Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anodina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anodina. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 października 2012

Krach anty-smoleńskiej narracji

Dyktaturze Matołów pozostało już tylko rozhuśtywanie zbiorowych emocji sprawami obyczajowymi, w nadziei na ożywienie społecznych podziałów.

I. Bezradność sekty

Ostatnie wydarzenia wokół Tragedii Smoleńskiej zapoczątkowane skandalem ekshumacyjnym zaczynają układać się w ciąg wydarzeń ostatecznie destruujących oficjalną narrację „Sekty Pancernej Brzozy”. O bezradności najlepiej świadczy kompletne przemilczenie przez wiodące audiowizualne mediodajnie niedawnej Konferencji Smoleńskiej na UKSW z udziałem ekspertów prezentujących różne dziedziny nauk ścisłych. Na posterunku zameldowała się natomiast oczywiście „Wyborcza”, ale jej nieudolne kpiny trudno odczytać inaczej, niż wyraz bezsiły w obliczu nowych ustaleń.

Podobnie zresztą jest ze specjalistami zatrudnionymi przez tzw. komisję Millera, którzy po odfajkowaniu swej prorządowej pańszczyzny nabrali wody w usta i skrupulatnie unikają wchodzenia w jakąkolwiek merytoryczną polemikę. No, ale czegóż wymagać, jeśli wspomni się słowa prof. Biniendy podczas jednego ze spotkań, kiedy to opowiadał jak dopraszał się o wyliczenia od millerowych specjalistów, bo jeszcze wtedy naiwnie sądził, że „oni jednak coś policzyli”. Innymi słowy, rządowi naukowcy dali swe nazwiska i tytuły dla uwiarygodnienia wersji o „pancernej brzozie” lansowanej od pierwszych godzin po zdarzeniu i „usankcjonowanej” przez raport Anodiny, nie zaprzątając sobie głowy zbędnymi szczegółami.

II. Profanacja sacrum

Oczywiście, wszystko pruło się w szwach już znacznie wcześniej – dla mnie przełomową chwilą, kiedy ostatecznie odrzuciłem myślenie spod znaku „może jednak to nie zamach” były ustalenia prof. Biniendy (do tego momentu zostawiałem sobie jakiś minimalny margines niepewności). Przypuszczam jednak, że dla tzw. „ogółu” punktem zwrotnym stała się sprawa zamiany ciał Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej wraz z bulwersującymi szczegółami dotyczącymi potraktowania zwłok przez Rosjan. Tu bowiem wkroczono na teren sacrum, jakim dla Polaków są zmarli, pamięć o nich i godny pochówek. Bezczeszczenie zwłok owo sacrum profanuje w sposób nie do przyjęcia dla każdego normalnego człowieka. Tak oto „kult Tanatosa” nad którym w czasie Żałoby Narodowej wydziwiała „Krytyka Polityczna” pokazał, że lepiej go nie tykać.

Małostkowe wystąpienie Tuska podczas sejmowej debaty i pokrętne tłumaczenia Ewy Kopacz, mimo medialnego wsparcia, były wręcz przeciwskuteczne, nakładając się dodatkowo na atmosferę „przełożenia wajchy” społecznych sympatii politycznych. Dodatkowym elementem świadczącym o kompletnym zatraceniu wyczucia przez „smoleńskich narratorów” było dopuszczenie przed mikrofony i kamery wynaturzonych celebrytów deklarujących jeden przez drugiego, że to przecież wszystko jedno co się stało z ciałami oraz gdzie i w jakich fragmentach leżą, bo przecież i tak wszystkich zjedzą robale. Ekstremalny popis nihilizmu dała tu Krystyna Mazurówna (ta od aborcyjnego coming-outu), która oznajmiła że po śmierci dzieci mają wywalić jej prochy przez kibel samolotu. Biedna dzidzia-piernik chyba nie wie, że w samolocie toalety nie mają ujścia na zewnątrz... a kibel w pociągu relacji Łowicz-Skierniewice może być?

III. Fiasko „inscenirowki”

Jeszcze kilka słów o niedawnej sprawie zdjęć z syberyjskiego portalu. Otóż, ta wrzutka ruskich służb i zadaniowanej „blogerki” Karacuby paradoksalnie obróciła się przeciw jej autorom. O czym bowiem ona świadczy? Ano, świadczy o malejącej zdolności służb do rozgrywania polskiej opinii publicznej za pomocą podobnych prowokacji. Zdjęcia ofiar Smoleńska wisiały w necie od września i pies z kulawą nogą się nimi nie zainteresował, nie mówiąc już o robieniu medialnej zadymy. Antoni Macierewicz po ich otrzymaniu przekazał je specjalistom do analizy i tyle.

Wreszcie w desperacji jacyś „ktosie” zaczęli oferować zdjęcia redakcjom – i tu zaskoczenie – nawet tabloidy odmówiły publikacji. Nie z wrażliwości oczywiście, prywislańskie mediodajnie pokazały niejednokrotnie gdzie mają uczucia rodzin. Poszło tu moim zdaniem o co innego – mediodajnie zreflektowały się poniewczasie, że takie pójście za głosem Paradowskiej, by „pokazać wszystko” odbiłoby się fatalnie zarówno na ich wiarygodności, jak i na zbierającym się do medialno-politycznego kontrnatarcia Tusku. Innym słowy, odrobiły lekcję ze skandalu ekshumacyjnego i przyjęły taktykę - „ciszej o Smoleńsku, ciszej o ciałach”.

Taktykę tę przyjęto również dlatego, że poza wszystkim innym, stan widocznych na zdjęciach porozrywanych ludzkich zwłok i poszarpanych szczątków samolotu wyraźnie pokazuje, że to nie mógł być zwykły wypadek, że tak wyglądają ofiary wybuchu. Natomiast obudowanie tych fotografii żałosną historyjką o „mordzie rytualnym” i hipotezą „inscenirowki” świadczy o zupełnym pogubieniu towarzyszy czekistów, którzy najwyraźniej postanowili wciskać społeczne guziki na oślep w nadziei, że któryś odpali. Nie odpalił, mimo że „inscenirowka” i niesławna „maskirowka” Free Your Minda zdają się być uszyte wedle tej samej sztancy. Trzeba jednak oddać FYM-owi, że swą „maskirowkę” skomponował o wiele zręczniej – miał więcej czasu na snucie opowieści rodem z Dana Browna - potem zaś spektakularnie unicestwił swe dzieło własnymi rękami, sprawiając (świadomie, lub nie) że klimat na tego typu okołosmoleńskie historie minął bezpowrotnie, nawet w skłonnej do dawania wiary różnym sensatom blogosferze. Fakt ten towarzysze czekiści od „inscenirowki” jakoś przeoczyli.

IV. Rozkaz - milczeć!

Koniec końców, okazuje się, że to co działało do tej pory, nie działa – metodę ze smoleńskimi „wrzutkami” wyeksploatowano do cna. Ba, nieostrożna „wrzutka” może wręcz spowodować społeczny przechył w niepożądanym przez Dyktaturę Matołów i jej mocodawców kierunku. Gdyby np. szpalty gazet i ekrany zapełniły się zdjęciami zmasakrowanego ciała śp. Lecha Kaczyńskiego, poskutkowałoby to pewnie nawet przypływem antyrosyjskich i antyrządowych emocji. Bajeczki o państwie, które „zdało egzamin” skutkowały tylko do czasu. Gdy społeczne wahadło wychyla się w druga stronę, mogą budzić już tylko irytację. Dlatego lepiej przesłać otwartym tekstem polecenie „nie publikować!”, bo taki był sens medialnych jeremiad rządu i „pokazuchy” z wezwaniem na dywanik rosyjskiego ambasadora. A o Konferencji Smoleńskiej – milczeć!

Nic więc dziwnego, że Tusk nagle wyskoczył z projektem rozporządzenia w sprawie refundacji „in vitro”, wcześniej zaś rękami Palikota podsycił wojnę światopoglądową. To nie tylko odpowiedź na „jesienną ofensywę” PiS, który wreszcie umiejętnie zbalansował przekaz „merytoryczny” i „smoleński”. To również – a może przede wszystkim – próba zagospodarowania społecznych emocji, by odwrócić uwagę gawiedzi od zamachu smoleńskiego i kolejnych skandali ekshumacyjnych, oraz niedopuszczenie, by ludzie nie interesujący się na co dzień Smoleńskiem zainteresowali się ustaleniami poważnych naukowców, którzy idąc wbrew rządowej wersji wydarzeń gotowi są postawić na szali swą naukową reputację. A nie są to wyłącznie eksperci związani z Zespołem Parlamentarnym, mimo że „Wyborcza” nie omieszkała rzecz jasna napiętnować ich mianem „PiS-owskich ekspertów”.

Ich nie da się „unieważnić” w powszechnym odbiorze tak łatwo jak „szalonego” Macierewicza, czy „smoleńskich wariatów” z „Gazety Polskiej” lub Krakowskiego Przedmieścia. Nie da się również ludziom z powrotem narzucić optyki ze złotej epoki ruskich wrzutek – arsenał wyczerpany. Robota płatnych trolli w internecie i medialnych funkcjonariuszy jest coraz bardziej jałowa, buksują w miejscu powtarzając wciąż te same, zdezaktualizowane zaklęcia. Nawet oblicze „merytoryczne” Tuska spod znaku „drugiego expose” się nie sprzedaje. Dyktaturze Matołów pozostało już tylko rozhuśtywanie zbiorowych emocji sprawami obyczajowymi, w nadziei na ożywienie społecznych podziałów. Ale ta wysilona żenada to ostatnie podrygi. Już niedługo...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 22 stycznia 2011

Między wojną a hańbą


"Przywiozłem pokój!” - Neville Chamberlain/Donald Tusk.



 


I. Z czym mam problem.


Jakoś nie byłem w stanie wykrzesać z siebie oburzenia po opublikowaniu raportu krasawicy Anodiny. Z prostego powodu: niczego się po nim nie spodziewałem. No, może łajdacka „wrzutka” z alkoholem we krwi ś.p. gen. Błasika utrafiająca idealnie w zachodni stereotyp Polaka i zapotrzebowanie innostrannych mediodajni, pełnych agentów wpływu i pożytecznych idiotów... Ale co do meritum – nic, czego by nie mówiono od pierwszych niemal chwil po katastrofie. W tym sensie, z MAKowskim raportem nie mam problemu.


Mam za to problem z reakcją krajowych polityczno–medialnych „pudeł rezonansowych”. Owe „pudła” opętane nienawiścią do „Kaczora” gotowe są podżyrować każdą rosyjską bzdurę, każde urągliwe kłamstwo, byle wdeptać w ziemię, byle „pisiory” nie ugrały jakichś politycznych punktów. Oto poziom myślenia o państwie, oto postkolonialne rozumienie racji stanu w całej swej okazałości. No, dla zachowania pozorów, można napomknąć o jakichś drugorzędnych „uchybieniach” po stronie rosyjskiej, ale żeby podważać pryncypia, godzić w sojusze – o, co to, to nie.


II. Wypisy z hańby.


W tym kontekście warto odnotować materiał wyemitowany 19.01.2011 w programie Tomasza Sekielskiego o iście orwellowskim tytule „Czarno na białym” w WSI24, bowiem zarysowuje on aktualną linię nieformalnej spółki TVN-Anodina. Otóż, za wszystko co złe w polskim lotnictwie w ostatnich latach z katastrofą Casy włącznie, odpowiada gen. Błasik i pośrednio Lech Kaczyński, który go mianował. Wyciągnięto archiwalne wypowiedzi m.in. Bogdana Klicha i - tu szczególna obrzydliwość - wdów po ofiarach tragedii pod Mirosławcem. Słowem, popis koncesjonowanego pseudo-nonkonformizmu spod znaku agit-propu. To, że ś.p. generał Błasik był cenionym dowódcą NATO, po najlepszych polskich i zachodnich uczelniach z nalotem 1592 godzin, nie ma nic do rzeczy, a nawet stanowi - jak można się domyślać - okoliczność obciążającą, gdyż nie zalicza się do grona „starych sprawdzonych fachowców” po moskiewskich wojennych ucziliszczach.


Chyba nie ma sensu, by kontynuować wypisy. Zostawiam zatem wyzute z sumień karierowiczowskie szumowiny - te wszystkie Lisy, Olejniki, Kuźniary...tfu – imię ich Legion ...


Chociaż nie. Zatrzymam się jeszcze przy felietonie Jacka Fedorowicza, (w „GW”, gdzieżby indziej), którego niegdyś lubiłem i poważałem, a który stoczył się ze szczętem w odmęty zapiekłej salonowszczyzny. Widzicie Państwo - życie Jacka Fedorowicza stało się lepsze. Życie Jacka Fedorowicza stało się weselsze:



(...) jakoś raźniej się czuję w sklepie, w pociągu, na ulicy. Jeszcze jesienią patrzyłem na rodaków z prawdziwym przerażeniem: oto barwny tłumek przechodniów, idą sobie, wyglądają zupełnie normalnie, ale co drugi z nich jeszcze niedawno nie miał nic przeciwko temu, żeby prezydentem został JK. Na zarzut, że zaledwie co czwarty (głosowała połowa), odpowiadam, że według fachowców sympatie nie głosujących rozkładają się podobnie jak tych, co głosowali. Tragiczna konstatacja, że aż co drugi rodak ma trochę porobione w głowie, długo mnie nękała. (...)



Smutne. Jakiś czas temu napisałem w „Pod-Grzybkach”: „jak to jest, że nawet w miarę sympatyczni i – zdawałoby się – pozbawieni agresji przedstawiciele tzw. Salonu prędzej czy później zamieniają się w ociekających jadem, zacietrzewionych staruchów? Fatum jakieś, czy co?”


No właśnie. Ilu jeszcze dołączy do tej ponurej galerii?


Stęchły smród pogardy wylewa się z ekranów, gazet, eterów.


III. Ze Smoleńska przywiozłem pokój.


Stop. Dość już popłuczyn z medialnych garkuchni. Przejdźmy do popłuczyn z garkuchni politycznych. Wystąpienie Tuska podczas smoleńskiej debaty sejmowej było kopią pamiętnej agresywnej mowy podczas kampanii prezydenckiej. Wtedy też grunt usuwał się Platformie spod nóg, Jarosław Kaczyński zdobywał punkty i Tusk na konwencji „pojechał” z taką „wilczą” zaciekłością, że komentatorów na chwilę zamurowało – ale tamta mowa, zmultiplikowana w społecznym odbiorze przez wiodące pasy transmisyjne, zadziałała mobilizująco na platformerski elektorat. Teraz Tusk powtarza ten „myk” - robiąc z trybuny „wilcze oczy” ciska gromy na opozycję. Strasząc wojną, odwraca sytuację, wpierając PiSowi dziecko w brzuch, czyli działanie na korzyść Moskwy. Klasyczny mechanizm przeniesienia własnych intencji na przeciwnika. Igor Ostachowicz rzetelnie zarobił na swoje pieniądze.


Tyle, że... Tusk bredzący o tym, że „lepiej znać prawdę i nie mieć wojny” jako żywo przypomina Neville Chamberlaina na lotnisku A.D. 1938 po konferencji monachijskiej wymachującego świstkiem (czyżby załącznikiem nr. 13 do Konwencji Chicagowskiej?) i wykrzykującego „przywiozłem wam pokój!”. Warto nadmienić, iż Winston Churchill skomentował później tę fanfaronadę słowami - „Mieliście do wyboru wojnę, bądź hańbę. Wybraliście hańbę, a wojnę i tak będziecie mieli”.


I jeszcze to: wystawienie zaburzonego wicemarszałka Sejmu, Stefana Niesiołowskiego do prowadzenia części debaty sejmowej. Szalony Entomolog dał prawdziwy popis, wyłączając z małpią złośliwością mikrofony posłom PiS w pół słowa, jeszcze podczas pikania sygnalizatora upływu czasu.


To był wyraźny sygnał od małp, które obsiadły drzewo: będziemy bronić pozycji – wbrew wszystkiemu – bo to nasze drzewo i nasze gałęzie. I frukta też nasze.


IV. Długa zima ocieplenia.


Podsumowując, zjednoczone siły polit-medialne idą na całość. W zaparte. Będą zgodnie z tą knajacką taktyką bronić ministra Klicha, Arabskiego, Sikorskiego i kogo tam jeszcze, jak niepodległości - by nie wywołać efektu domina. Albowiem, może to szkodliwe, ale tylko pionki. Prócz nich, musieli by bowiem pójść w odstawkę wszyscy inni umoczeni w zatajanie prawdy i robienie „ociepleniowego" pijaru Rosjanom i MAKowi z włodarzami mediodajni i Premierem Rządu III RP, Donaldem Tuskiem, na czele.


Nie przeceniałbym też siły i skali społecznego oburzenia. Odnoszę wrażenie, że u większej części postkolonialnego „Polactwa" nastąpiło zmęczenie tematem, pilnie dopieszczane przez mediodajnie, które nawet teraz, jak „Wyborcza" w materiałach informacyjnych piszą/mówią jedno a w komentarzach drugie, bo też przez 9 m-cy uczestniczyły w tej samej ruskiej grze, co wspierany przez nie rząd. Ludzie są zdezorientowani i na Smoleńsk nawet teraz reagują „a dajcie wy mi wszyscy święty spokój". Nastój ten ma dodatkowo podsycić podła „wrzutka” z upublicznieniem wysokości proponowanego odszkodowania, tak by zawistna czereda tubylców zzieleniała z zazdrości – ile to pazerne wdowy i dzieci dostaną kasiory.


Cóż, minie trochę czasu, zanim to wszystko się z hukiem wy...li. Państwo przegnije, brak kiełbasy na grilla zajrzy w oczy - i dopiero wtedy ludziska przypomną sobie również o Smoleńsku.


Póki co, czeka nas długa zima ocieplenia.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl