Pokazywanie postów oznaczonych etykietą geje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą geje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 grudnia 2017

Homopropaganda pod patronatem kardynała

Najwyraźniej kardynał Christoph Schönborn należy do tej grupy uczonych mędrków, którym się wydaje, że mogą sobie lepić Pana Boga na swój obraz i podobieństwo.

I. Profanacja katedry

Kardynał Christoph Schönborn powinien uznać się za szczęściarza, że Pan Bóg nie spopielił wiedeńskiej katedry św. Szczepana niczym Sodomy i Gomory. Otóż z okazji „Światowego Dnia AIDS” świątynia została udostępniona na „spotkanie modlitewne” organizacjom homoseksualnym, a wspomniany kardynał wygłosił podczas uroczystości okolicznościowe kazanie. Na tę okazję katedra obwieszona została gejowskimi banerami i tęczowymi flagami, zaś kard. Schönborn powiedział m.in. „Bóg nie przyszedł, by potępić, ale zbawić” i w związku z tym mamy „Nie osądzać, nie wykluczać, nie przywoływać do porządku” (cyt. za „Bibuła.com”). Dostojnikowi wtórował znany transwestyta Thomas Neuwirth, występujący pod pseudonimem Conchita Wurst (któremu/której kardynał zresztą gratulował swojego czasu triumfu w konkursie Eurowizji), ubolewając nad „dyskryminacją” osób LGBT(QWERTY), natomiast całość imprezy zwieńczyły słowa homoaktywisty Gerry’ego Keszlera, iż „nie ma znaczenia, kogo kochamy lub w kogo wierzymy”. W doniesieniach nie ma niestety informacji, jakie konkretnie modlitwy (i do kogo) odmawiano podczas owego „modlitewnego spotkania”.

Jeżeli nie jest to profanacja, po której na dobrą sprawę należałoby katedrę zamknąć aż do uroczystego nabożeństwa przebłagalnego, to nie wiem, co jeszcze musiałoby się wydarzyć. Przypomnę, że w Polsce mieliśmy do czynienia z podobnym przypadkiem w 2013 r., kiedy to w kościele warszawskiej parafii św. Augustyna odbył się bluźnierczy pokaz mody projektanta Macieja Zienia z roznegliżowanymi modelkami, przy wtórze muzyki z „Dziecka Rosemary” i gejowskiego „westernu” „Tajemnica Brokeback Mountain”. Wybiegiem była główna nawa świątyni – cała ta półpornograficzna defilada odbyła się zatem przed tabernakulum. Efektem była konieczność odprawienia nabożeństwa przebłagalnego – i nie miało znaczenia, że proboszcz parafii został wprowadzony w błąd, bo organizatorzy powiedzieli mu, że będzie to zamknięty pokaz sukien ślubnych. Jednak w odniesieniu do imprezy w wiedeńskiej katedrze zastanawiam się, kto mógłby takowe nabożeństwo poprowadzić, skoro głównym winowajcą jest miejscowy książę Kościoła?


II. Sodoma pod okiem kardynała

W przypadku kard. Christopha Schönborna trudno mówić o nieświadomości celu zgromadzenia – gejowska symbolika jaką zostało wypełnione wnętrze kościoła w połączeniu z treścią przemówień pokazuje jasno, że nie chodziło tu o żadną modlitwę, tylko o symboliczne zawłaszczenie dla potrzeb homopropagandy przestrzeni sakralnej, którą potraktowano jak zdobyty teren. Pismo Święte, zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie nie pozostawia złudzeń co do zapatrywań Stwórcy w kwestii „zachowań nieheteronormatywnych” - czego widomym dowodem jest los wzmiankowanych na wstępie Sodomy i Gomory. Nadmieńmy, że wedle biblijnego przekazu, Bóg obiecał oszczędzić Sodomę, jeśli znajdzie się tam dziesięciu sprawiedliwych. Ponieważ zapewne Sodoma liczyła sobie więcej mieszkańców niż liczba zgromadzonych w katedrze, nomen omen, sodomitów, to być może miejsce to zostało uratowane dzięki obecności choć jednego sprawiedliwego, który się tam przypadkiem zaplątał. Na miejscu kardynała jednak na przyszłość nie igrałbym z Bożą cierpliwością, bo jeśli następnym razem nawet tego jednego sprawiedliwego zabraknie, to finał może być nagły i bolesny. Szczególnie, gdyby jego ekscelencji w przypływie ekumenicznego szaleństwa wpadło do głowy zaprosić grupę satanistów (skoro „nie ma znaczenia w kogo wierzymy”), by mogli sobie uczcić rogatego kozła – co poniekąd, tylko w lekko zawoalowanej formie, właśnie się odbyło.

Najwyraźniej jednak kardynał Christoph Schönborn należy do tej grupy uczonych mędrków, którym się wydaje, że poprzez „twórczą reinterpretację” Pisma Świętego i spirytystyczne w swej istocie wywoływanie „ducha czasu”, mogą sobie lepić Pana Boga na swój obraz i podobieństwo, wedle doraźnych zachcianek – na przykład jeśli chodzi o bezwarunkowe zbawienie ostentacyjnych i aktywnych pederastów. Jeśli jest tak w istocie, to już mu współczuję, bo wątpię czy Stwórca zechce się podporządkować tym zuchwałym uroszczeniom i zasadniczo należałoby się tu zastanowić nad modlitwą do św. Rity – orędowniczki w sprawach beznadziejnych.


III. Gejowskie „święto”

Warto poświęcić chwilę okazji z jakiej urządzono opisaną tu bluźnierczą farsę. Z tego co mi wiadomo „Światowy Dzień AIDS” póki co nie został wpisany do kalendarza liturgicznego, zaś ofiary tej choroby nie są wynoszone na ołtarze w charakterze męczenników. Dzieje się tak dlatego, że poza absolutnie marginalnymi sytuacjami (np. przypadkowe zarażenie w szpitalu bądź gwałt), chorobą tą zarazić się można jedynie w następstwie grzechu – rozwiązłości lub zażywania narkotyków. „Światowy Dzień AIDS” jest po prostu jednym z pseudo-świąt taśmowo produkowanych przez lewackie agendy ONZ (w tym przypadku – WHO), którym „niepolitycznie” jest przyznać, że jedyną skuteczną radą jest wstrzemięźliwy tryb życia.

Inaczej jednak rzecz się ma w optyce części środowisk homoseksualnych. Mianowicie w kreowanej przez nie mitologii, AIDS jest rodzajem mistycznego fetyszu, zaś nosiciele wirusa HIV cieszą się rodzajem „namaszczenia”. Ta quasi-sakralizacja śmiertelnej choroby widoczna jest niekiedy w „gejowskiej” sztuce (chociażby „Anioły w Ameryce” Tony'ego Kushnera) i doprowadziła do zjawiska „Bug Chasers” - czyli osób „polujących” na możliwość zakażenia się wirusem, który traktowany jest jako przekazywany sobie kolejno „dar”. Dla nich zatem „Światowy Dzień AIDS” jest środowiskowym świętem, formą nobilitacji homoseksualnych „męczenników”. Zastanawiam się, czy kard. Schönborn organizując uroczystość mającą „upamiętnić 36 milionów zmarłych i dać sygnał przeciwko uprzedzeniom” był świadom tych konotacji? A może mu one nie przeszkadzały?


IV. Boże Narodzenie jako obszar starcia cywilizacji

Dodać należy, że ten homoseksualny wiec w katedrze odbył się u progu Adwentu, przez co – zważywszy na stosunek homoaktywistów do Kościoła, ich obsesję na punkcie postaci Jezusa czy Świętej Rodziny – cała sytuacja nabiera dodatkowego, ponurego kontekstu. Niestety, już od lat Boże Narodzenie i okres mu towarzyszący, zamiast być radosnym świętem „ludzi dobrej woli”, staje się polem wojny cywilizacyjnej w której agresorem jest skrajna lewica (w tym homolobby) oraz jej nowy sojusznik – islamiści. Co roku jesteśmy bombardowani informacjami, że pod dyktatem politycznej poprawności uginają się kolejne kraje zakazujące publicznego eksponowania szopek, choinek, szkolnych jasełek i generalnie rugujące aspekt religijny świąt z przestrzeni publicznej. Do tego nieodmiennie pojawiają się akcenty bluźniercze, jak niedawna „homo-szopka” wystawiona przez działaczkę LGBT prezentująca dwóch Józefów w różowych strojach czuwających nad Dzieciątkiem Jezus.

W Polsce ten trend na razie dopiero raczkuje, co nie znaczy, że lewactwo i u nas nie próbuje wdrożyć swej agendy. Instytut „Ordo Iuris” poinformował niedawno o alarmujących sygnałach, że w szkołach i przedszkolach rodzice-ateiści powołując się na „świeckość państwa” usiłują wymusić zakaz jasełek i kolędowania. W przeszłości mieliśmy prowokacyjne manifesty sfanatyzowanych feministek deklarujących popełnienie aborcji w Wigilię (Katarzyna Bratkowska), bądź 6 stycznia (w Święto Trzech Króli – homoaktywistka Anna Zawadzka). To wręcz niesamowite, jakie spazmy wściekłości Narodziny Pańskie wywołują u różnych „osobistych nieprzyjaciół Pana Boga”. Na szczęście jest też światełko w tunelu – prezydent Donald Trump właśnie oznajmił, że najwyższy czas znów życzyć sobie „Merry Christmas” zamiast idiotycznego, promowanego przez lewactwo „happy holidays”.

Wracając na koniec do głównego wątku - jeżeli czytają nas rodacy zamieszkali w Wiedniu, doradzałbym omijanie katedry św. Szczepana szerokim łukiem. Jeszcze na pasterce wystąpi kardynał Schönborn z jakimś właściwym sobie przekazem i cały podniosły nastrój trafi szlag. Lecz tymczasem – Wesołych Świąt!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51 (22-28.12.2017)

wtorek, 5 lipca 2011

Lesbijski agit-prop


Dla niecierpliwych – na zakończenie pikantna anegdotka. Cierpliwym polecam resztę, żeby wiedzieli z jakich powodów wzmiankowana anegdotka została opowiedziana.



I. Serial dla posła Węgrzyna.


Od czasu do czasu popatruję na lecący w Fox Life serial „Słowo na L”. Nie, żeby wciągały mnie perypetie bohaterek - szczerze mówiąc, gdybym miał teraz wymienić ich imiona i streścić fabułę, byłbym w kłopocie. Serial ów zainspirował mnie z zupełnie innych powodów – jako przykład skutecznej propagandy uprawianej za pomocą mediodajni przez środowiska LGBT (Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders - Lesbijki, Geje, Biseksualiści i Transseksualiści, tj. pardon - „osoby transgenderyczne”).


Oto mamy do czynienia z grupą lesbijek miksujących się w różnych emocjonalno-łóżkowych konfiguracjach, żyjących ze sobą, rozstających się – ba, procesujących gdy przychodzi do rozwiązania lesbijskiego stadła. Jedna z bohaterek zachodzi nawet w ciążę, by wzbogacić związek potomstwem (a potem się procesuje ze swą eks). To wszystko jeszcze nie wywołuje żywszej pulsacji neuronów; nasze nieszczęśliwe czasy nie takie rzeczy dobijające zdychającą cywilizację Zachodu już widziały - był czas by zobojętnieć.


Rzecz tkwi w czym innym: otóż wszystkie bohaterki są ucieleśnieniem marzeń posła PO Roberta Węgrzyna, pamiętacie – tego, co to by sobie chętnie popatrzył - a także, jak sądzę, różnych „lajfstajlowych feministek” z główkami zaczadzonymi postępackimi nowinkami. Tele-bohaterki są atrakcyjne, młode, wykształcone, niezależne, często o „artystycznym” zacięciu, żyją w wielkim mieście, wykonują wolne zawody – no, słowem żywa reklama mówiąca widzowi – lesbijki są cool, trendy, czadowe, zajebiste i w ogóle super. Reklama jest tym skuteczniejsza, że są również i „momenty”, a jakże – i to nakręcone estetycznie, bez wulgarności. Tak, posłowie Węgrzynowie tego świata mieli by prawo poczuć się usatysfakcjonowani.


Zwróćmy uwagę – facetom ten obrazek mówi: lesbijki to fajne babki, natomiast otumanionym kobiecą prasą „lajfstajlowym feministkom” serwuje przekaz, nazwijmy to, werbunkowy: pragniesz pełnej samorealizacji? Więc zostań... no właśnie. Albo przynajmniej spróbuj – a nuż ci się spodoba.


II. Strategia homoofensywy.


Nie bez przyczyny serial nie opowiada o pedziach lecz o lesbijkach. Widok dwóch facetów penetrujących swe kiszki stolcowe działa wymiotnie. Co innego dwie atrakcyjne kobitki – tu ryzykujemy jedynie tym, że jak się baby całują, to deszcz będzie padał. Krótko mówiąc, niezależnie od sercowych rozterek, zdrad i perturbacji zawodowych pokazywanych pretekstowo - wyłącznie po to, by była jakakolwiek akcja – mamy do czynienia z wyidealizowanym oleodrukiem.


Jest to idealnie zbieżne ze „Strategią homoofensywy”, którą onegdaj opisywałem przy okazji Raportu Fundacji Mamy i Taty „Przeciw wolności i demokracji”, negliżującym m.in. wielofrontową wojnę o zdominowanie społeczeństwa heteroseksualnej większości przez homoseksualną mniejszość. Fundacja Mamy i Taty przywołała sformułowane w 1989 roku przez amerykańskiego aktywistę Marshalla Kirka zasady pozyskiwania kolejnych odcinków przestrzeni publicznej dla szeroko rozumianej gejowszczyzny.


Tu muszę wtrącić ważne rozróżnienie między homoseksualistą a gejem, które onegdaj przedstawiłem w notce „Geje kontra homoseksualiści”. W skrócie chodzi o to, że homoseksualistę poza prywatnymi, łóżkowymi preferencjami, cechuje dyskrecja i szacunek dla ogólnie przyjętych norm społecznych, natomiast gej odznacza się postawą silnie zideologizowaną i spolityzowaną. Gej do swej seksualności dorabia ideologię, której długofalowym celem jest przebudowa społeczeństwa, zgodnie z zasadami ideologii tolerancjonizmu, czyli agresywnej apologii zachowań i obyczajów pozostających w sprzeczności z normami kulturowymi przyjętymi w określonym kręgu cywilizacyjnym. W szerszym wymiarze postawa ta jest częścią składową Antycywilizacji Postępu (o której piszę z kolei TU, TU i TU), dążącej do zniszczenia cywilizacji łacińskiej.


Wróćmy jednak do raportu Fundacji Mamy i Taty. Czytamy tam:



Media wizualne - film i telewizja - to najpotężniejsze środki budowy wizerunku w cywilizacji zachodniej. Homoseksualiści w show biznesie są najlepszą ukrytą bronią w walce o znieczulenie głównego nurtu opinii. Stopniowo wprowadza się postacie i tematy „gejowskie” do filmów i programów.” (wytłuszczenie moje - GG)



No i jesteśmy w domu, jeśli chodzi o rolę przywołanego tu serialu, który jest modelowym przykładem praktycznego zastosowania zacytowanych przed chwilą wytycznych.


Zachęcam do lektury całości Raportu Fundacji Mamy i Taty „Przeciw wolności i demokracji” - warto, choćby po to by mieć argumenty w dyskusji z różnymi postępakami.


III. Czego serial „Słowo na L” nie pokazuje. Nie ma homoseksualistów po pięćdziesiątce?


A teraz wracamy do naszego stadka serialowych lesbijek. I do tego, czego serial „Słowo na L” nie pokazuje. Otóż, widz nie zobaczy lesbijek starych, brzydkich, samotnych, ubogich. Dlaczego? Bo to dla środowisk LGBT kłopotliwy temat i porażająco źle wygląda na wizji. Panujący w naszej zdegenerowanej cywilizacji kult młodości, gdzie starość jest co najmniej nietaktem, u nich osiąga rozmiary przerażającej groteski. Warto zapytać o to, jak ci „homo-wykluczeni” sami bezwzględnie wykluczają ze swego grona tych, którzy przestają z wiekiem „odpowiednio” wyglądać. Podstarzały pedał nie ma czego szukać w gejowskich klubach, nie widujemy takich na paradach równości. No, chyba że są bogaci i wpływowi.


Ta druga, ciemna strona medalu nie jest prezentowana masowej publiczności.


Nie ma dramatów samotności, opuszczenia, żebrania o seks i kiblowej, homoseksualnej prostytucji. Zdawałoby się, że nie ma homoseksualistów po pięćdziesiątce. Nie ma lesbijek po menopauzie, brzuchatych i podstarzałych homosiów – brutalnie odtrąconych, wyszydzonych, odepchniętych, wykluczonych przez środowisko tych, którzy na co dzień przed kamerami tak elokwentnie dopominają się o „prawa”.


Tak się bowiem składa, że gejowscy aktywiści-działacze, ci profesjonalni reprezentanci „uciskanej mniejszości”, mają tyle wspólnego z homoseksualistami obojga płci, ile zawodowi komuniści z różnych kompartii z robotnikami.


IV. Anegdota z Dworca Centralnego.


Na zakończenie anegdotka. Kiedyś na Dworcu Centralnym w Warszawie wszedłem do toalety i zobaczyłem ciekawy obrazek: grono facetów w średnim wieku wystawało przed rzędem zamkniętych kabin. W swej młodzieńczej naiwności pomyślałem, że wszystkie sracze są zajęte, a ci panowie, to kolejka. Stanąłem więc grzecznie gdzieś z boku. Panowie zaczęli rzucać mi spod oka dyskretne spojrzenia. Po kilku chwilach, gdy żadna z kabin nie otwierała się, zacząłem lustrować prześwity między podłogą a drzwiami. Niemal nigdzie nie zaobserwowałem charakterystycznego widoczku butów przykrytych opuszczonymi gaciami. Zrobiło mi się jakoś tak nieswojo, ale cóż – naturalna potrzeba była zbyt silna. Klnąc w duchu szarpnąłem za drzwi najbliższego sracza i czym prędzej zrobiłem co swoje. Na ścianach kibla widniały nabazgrane niezmywalnymi markerami różne numery telefonów komórkowych, czasem okraszone dopiskami w stylu „zawsze dostępny”. Załatwiwszy się, wyszedłem unikając spojrzeń wciąż tkwiących pod przeciwległą ścianą pedałów, ale niemal fizycznie czułem na plecach ich spojrzenia.


I to jest prawda o dramacie homoseksualizmu. Ta żałosna grupa brzuszkowatych, wąsatych jegomościów z saszetkami w dłoniach, w brązowych skórach, sweterkach w romby, znoszonych dżinsach, bazarowych „adidasach”, tkwiących pod ścianą sracza na Dworcu Centralnym. O nich nie kręci się seriali. Oni nie istnieją.


I z całą pewnością nie interesują Biedronia, Legierskiego, czy posła Węgrzyna. Ten ostatni zresztą kontentuje zapewne ducha serialem „Słowo na L”.


Gadający Grzyb

piątek, 23 lipca 2010

Homoseksualiści kontra geje...


..czyli o homofobicznych homoseksualistach słów kilka.

I. Zawodowa gejowszczyzna.

Przy okazji niedawnej warszawskiej gej – parady, stanowiącej zwieńczenie „Tygodnia Dumy”, przypomniała mi się notka „Geje kontra homoseksualiści”, którą opublikowałem nieco ponad rok temu. Generalnie, myśl przewodnia sprowadzała się do rozróżnienia pojęć „gej” i „homoseksualista”. Otóż, homoseksualistę, poza wiadomymi preferencjami, cechuje akceptacja ogólnie przyjętych norm społecznych. Oznacza to m.in., że łóżkowe sprawy zostawia za drzwiami sypialni i nie wynosi ich na forum publiczne - nie odczuwa potrzeby epatowania swą seksualnością otoczenia.

Geje natomiast, pod pozorem walki z nietolerancją, arogancko żądają afirmacji swego trybu życia, promując w sferze publicznej swoisty kult homo - rozwiązłości. Cechuje ich przy tym silnie zideologizowana i spolityzowana postawa – można powiedzieć, że czują się swoistą „awangardą postępu”, uzurpując sobie zarazem prawo do reprezentowania wszystkich osób o homoseksualnych skłonnościach, nie bacząc na to, czy tym osobom się to podoba, czy nie. Zawodowi geje, podobnie jak zawodowe feministki, a wcześniej – zawodowi komuniści, czują przemożną potrzebę wyzwolenia społecznej „klasy”, przypisując swój światopogląd wszystkim domniemanym tejże „klasy” przedstawicielom. Bez pytania o zdanie, bo niby po co? Gdy zwyciężymy, to nielewomyślnych homoseksualistów podda się reedukacji w odpowiednim duchu, albo nawet wsadzi do tiurmy za... homofobię!

To trochę tak, jakby „heterycy” byli reprezentowani przez zawodowych ekshibicjonistów, którzy z parkowych zaułków „wycomingoutowali się” do mediorzeczywistości, czyniąc z aktu okazywania bliźnim swych genitaliów kwestię polityczną.

Czy „heterycy” zgodziliby się na dyktat ekshibicjonistów? Nie sądzę.

Czy homoseksualiści muszą się godzić na podobny „gejopoprawnościowy” dyktat? Otóż nie, nie muszą.

I, co więcej, nie godzą się. Tylko, że ich głos jest przez ultrapostępowe mediodajnie starannie wyciszany.

II. Pani redaktor się dziwi.

Paradoksalnie, jako dowód owego przemilczania przytoczę wywiad ze... stołecznego dodatku „Gazety Wyborczej”, która w minionym tygodniu w pełni zasłużyła na miano „Gazety Gejowskiej”. Ów wywiad, opatrzony „prowokacyjnym” tytułem „Geje którzy nie idą na Euro Pride: , przeprowadzony został z homoseksualną parą, która, delikatnie mówiąc, nie pała entuzjazmem do próbującej ich zawłaszczać krzykliwej gejowszczyzny. Fakt, że ów wywiad został przeprowadzony i opublikowany, interpretuję dwojako:

1)
Po fali propagitki utrzymanej w duchu gejowszczyzny w redakcji uznano, że dla zachowania pozorów obiektywizmu należy odnotować „zdanie odrębne”.

2) W tzw. „branży” opór przeciw „zawodowym reprezentantom” jest na tyle silny, że nie dało się dłużej ignorować głosów homoseksualnych „dołów”.

Tak, czy inaczej, lektura artykułu dostarczyła mi wiele radości. I to nie ze względu na interlokutorów - Michała i Łukasza, którzy mówią sensownie, lecz ze względu na arcypostępową panią redaktor Martę Krzeptowską, której najwyraźniej nie mieści się w zmodernizowanej główce, że homoseksualistom może nie pasować podszyty szantażem dyktat gejowszczyzny. Kolejne pytania pani Marty dowodzą kompletnej bezradności w obliczu nieznanego zjawiska, jakim jest brak jednomyślności „grupy docelowej” w obliczu polit-ideologicznego wyzwania.

Spójrzmy:

Pani redaktor pyta o powody, dla których jej rozmówcy nie wybierają się na paradę. Następnie, nieco zdziwiona, dopytuje, czy to dlatego, że parada jest krzykliwa i kolorowa, by w kolejnych pytaniach desperacko dociskać, że przecież „ludzie walczą w ten sposób o akceptację” i „niecałe środowisko myśli w ten sposób” (pisownia org. - G.G.), na koniec zaś spytać się z troską czy aby panowie nie boją się narażenia znajomym.

Co odpowiadają Łukasz i Michał? Oto garść cytatów:

„(...) Przez takie parady utrwala się negatywny obraz środowiska homoseksualnego(...)” „(...)Ta forma nas odrzuca, powoduje niesmak, a czasem wręcz złość(...)” „(...)Roznegliżowani panowie o wymuskanych torsach i wymalowanych brwiach mają reprezentować nasze interesy?(...)” „(...)Niech pokażą, że są wartościowymi ludźmi, a nie przebierańcami(...)” „(...) Rozmawiać ze społeczeństwem, a nie narzucać tęczowy monolog(...)”


Zresztą, całość wywiadu zamieszczam w post scriptum – polecam.

Symptomatyczne jest narastające zdumienie pani redaktor. Jak to, zdaje się mówić między wierszami – tu kwiat gejowszczyzny demonstruje... no, może mniejsza z tym, co konkretnie demonstruje, ale idea słuszna, a wy - Michale i Łukaszu, się alienujecie? Redaktor Krzeptowska jest w kłopocie: z jednej strony chciałoby się pryncypialnie potępić homofobów, z drugiej zaś – to są jednak przedstawiciele właściwej mniejszości. Na dodatek z kontekstu wynika, że są młodzi, wykształceni i mieszkają w dużym mieście. Nie to, co jakieś zapyziałe, prowincjonalne mohery...

Dysonans poznawczy to istny koszmar. Zwłaszcza dla dziennikarki, która nagle dowiaduje się, że świat nie jest czarno-biały.

Najgorsze (z punktu widzenia oświeconych sił Postępu) jest to, iż zważywszy na mizerną frekwencję Euro Pride, większość osób homoseksualnych zdaje się podzielać postawę Michała i Łukasza.

Od razu zastrzegam - nie kupuję argumentacji, że ci, którzy nie przybyli boją się coming out’u, bo mieliby przechlapane w lokalnych środowiskach. Nie po tym, jak za uporczywe wyzywanie sąsiadów od „pedałów” pewna Wolinianka zarobiła sądowy wyrok.

Cóż, nie wątpię, że z punktu widzenia zawodowych gejów, powyższa para homoseksualistów kwalifikuje się co najmniej do antyhomofobicznej reedukacji. (W myśl hasła: „Homofobia – to się leczy!”). Homofobiczny homoseksualista? To tylko pozorny oksymoron. Do łagrów trafiali wszak m.in. robotnicy, którym nie podobał się zafundowany im przez „przedstawicieli klasy pracującej” raj na Ziemi...

III. Medio - rzetelność.

Tak a propos - zwróćmy uwagę na „rzetelność” mediodajni. W tym samym, weekendowym czasie, miały miejsce dwie imprezy. Na polach grunwaldzkich inscenizacja w 600-lecie bitwy, mimo morderczego upału (w pełnym słońcu temperatura dochodziła do 40 stopni), zgromadziła grubo ponad sto tysięcy osób (byłem, widziałem, poparzeń słonecznych się nabawiłem ;)). Warszawska gej – parada zgromadziła około ośmiu tysięcy uczestników. Co w niedzielę 19 lipca AD 2010 było newsem nr 1? Oczywiście, parada gejowskich aktywistów, zaś o Grunwaldzie wspominano w trzeciej kolejności (po wypadku taterników) z naciskiem na fatalną organizację imprezy (co, niestety, jest prawdą).

Podtekst suflowanej dez-informacji jest jasny: nie pchajcie się na ten cały Grunwald, bo to upał i niemożliwe do rozładowania korki. Lepiej udajcie się na gej – paradę, gdzie jest fajnie, kolorowo, wielkoświatowo, europostępowo i w ogóle. No, może zjawi się jakaś grupka prawicowych ekstremistów (a co – tworzenie atmosfery zagrożenia jest najlepszym gwarantem umacniania jedności polityczno – światopoglądowej), ale dzielna policja już tym wichrzycielom pokaże... Nie to, co pod tym całym Grunwaldem, gdzie drogówka spieprzała ze strachu przed rękoczynami ze strony kierowców...

Jeżeli ktoś potrzebuje przykładu na ideologiczne zaangażowanie mediodajni w służbie ideologii tolerancjonizmu i szerzejAntycywilizacji Postępu, to zarysowana powyżej, wielce charakterystyczna gradacja „ważności” newsów mówi wszystko.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. Wywiad z Michałem i Łukaszem zamieszczono również na lesbijskim portalu kobiety-kobietom.com. Komentarze pokazują, jak obce osobom homoseksualnym są krzykliwe zapędy zawodowej gejowszczyzny.

P.S.2 A oto całość wywiadu:

Marta Krzeptowska: W sobotę wyruszy parada EuroPride. Nie wybieracie się. Dlaczego?

Michał (25 lat) i Łukasz (22 lata), żyją ze sobą i tworzą wspólnie projekty medialne od sześciu lat: - Przez takie parady utrwala się negatywny obraz środowiska homoseksualnego. EuroPride krzyczy: "My istniejemy, niech nas zobaczą!". Dobrze, niech nas zobaczą. Ale nie takich. To prawda, istniejemy. Ale my to nie tęczowy zespół pieśni i tańca. By kogoś tolerować, a potem zaakceptować, najpierw trzeba go poznać. Przez takie poznanie, jakie oferuje parada, chyba mało kto chce brnąć dalej w taką znajomość.

Dlatego, że parada jest krzykliwa i kolorowa?

- Ta forma nas odrzuca, powoduje niesmak, a czasem wręcz złość. Nie dziwi nas, że społeczeństwo reaguje na parady negatywnie i emocjonalnie. Bo pokazują całe środowisko LGTB przez pryzmat seksualności. Roznegliżowani panowie o wymuskanych torsach i wymalowanych brwiach mają reprezentować nasze interesy? Zdecydowanie nie. Bo wtedy ludzie postrzegają nas jako istoty niecywilizowane, które swoją prywatność i intymność wynoszą na ulicę. To tak jakby sto heteroseksualnych par w obscenicznych skórzanych strojach wskoczyło na lawetę i ruszyło w miasto, namiętnie się całując. Uwagę to przykuwa, ale co z tego wynika? Nic. Jak potem można uważać nas za partnerów do rzeczowej dyskusji na temat istotnych dla nas problemów, np. jak zmienić prawo, bym mógł odwiedzić w szpitalu ukochaną osobę czy zabezpieczyć jej status. Trafne jest powiedzenie: "Jak cię widzą, tak cię piszą". A co ludzie widzą na paradzie? Cyrk oraz promujących się polityków. To żenujące. I wypacza obraz homoseksualistów.

Ale ludzie walczą w ten sposób o akceptację.


- Tak, ale najpierw niech pokażą cechy i elementy łączące, a nie skrajne różnice. Niech pokażą, że są wartościowymi ludźmi, a nie przebierańcami. Chodzi o nasze bezpieczeństwo i godność. Czemu mamy być narażeni na wulgaryzmy, rękoczyny, potępianie z ambon, uosabianie geja z pedofilem? Chcemy być traktowani normalnie.

Niecałe środowisko myśli w ten sposób.

- To nasze subiektywne zdanie. To prawda, że parady przekazują zawsze jakieś edukacyjne treści i są dla niektórych bodźcem do myślenia, na uwagę zasługuje pozytywny wydźwięk imprez towarzyszących EuroPride, jak konferencje społeczno-biznesowe oraz spektakle teatralne. Ale społeczeństwo koncentruje się głównie na paradzie. Wtedy efekty są odwrotne do zamierzonych. Jesteśmy ludźmi, kochamy tak samo, tak samo cierpimy, tak samo martwimy się i staramy o ukochaną osobę. Są wśród nas indywidualności, które na paradach są zgrupowane niczym kompania reprezentacyjna, co tworzy nasz obraz.

Nie boicie się, że taką oceną narazicie się znajomym?

- Wiemy o tym i bardziej ze względu na nich niż nas samych nie podajemy nazwisk. Chodzi nam o szersze spojrzenie. Na nasz stosunek do świata i innych osób, na nasze zaangażowanie społeczne i zawodowe. A nie na nasze łóżko, bo to nasza intymność, taka sama jak pani.

Jak więc homoseksualiści powinni walczyć o swoje prawa?

- Rozmawiać ze społeczeństwem, a nie narzucać tęczowy monolog. Pokazać naszą normalność. Wciąż jest wiele dyskryminacji, masa prawnych ograniczeń. Rozmawiajmy na argumenty, nie osaczajmy. Tu nie chodzi o walkę, ale o coś, co nam się najzwyczajniej należy - o ludzkie traktowanie. Mądrych form do tego jest wiele.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Różowe berety.


Geje w US Army? Ja bym ich zagospodarował…

Pół żartem, pół serio - czyli mały oddech od krajowej bieżączki:

Jak donoszą mediodajnie, amerykańscy geje są wściekli na Obamę, gdyż ten, wbrew przedwyborczym zapowiedziom nie zniósł obowiązującej w amerykańskiej armii od czasów Clintona zasady: „nie pytaj, nie mów”. Oznacza ona, że przełożeni nie mogą pytać o orientację seksualną swych podkomendnych, ci zaś ze swojej strony nie mogą się publicznie ujawniać ze swym homoseksualizmem.

Cóż, rozwiązanie tego nabrzmiałego problemu jest wg mnie proste jak drut, i aż dziwne, że Obama nie wpadł na nie do tej pory. Najrozsądniej byłoby bowiem sformować w ramach US Army specjalną, gejowską jednostkę, nazywając ją, dajmy na to, „Różowe Berety”. Jednostkę tę należałoby po przeszkoleniu wysłać ciupasem do Afganistanu w charakterze spec – komanda z zadaniem ostatecznej rozprawy z talibami. I szeroko ten fakt rozpropagować, tak by afgańscy brodacze wiedzieli z kim mają sprawę.

Nie wiem, jak Koran zapatruje się na kwestię śmierci islamskiego bojownika z rąk pederasty, przypuszczam jednak, że w „talibańskiej” interpretacji jest ona nie mniej hańbiąca, niż śmierć zadana przez kobietę. Tak się bowiem składa, że w tamtejszej kulturze homoseksualista (nieważne – czynny czy bierny), przez swe praktyki degraduje się do statusu kobiety właśnie. Należy zatem domniemywać, że islamiści, dla których wizja pośmiertnego Raju z hurysami jest jedną z podstawowych motywacji do walki w imię Allacha, na widok „Różowych Beretów” dadzą czym prędzej drapaka, tak jak kilkadziesiąt lat temu Arabowie na widok kobiet w izraelskiej armii.

I nagle, o dziwo, może się okazać, że „nierozwiązywalny” problem Afganistanu można przeciąć za pomocą prostego triku, bazującego na silnie zakorzenionym kulturowo - religijnym tabu.

Pozostaje tylko pytanie, czy amerykańscy geje chcą wstępować do armii by walczyć, czy po prostu lubią twarzowe mundury i upojne noce w koszarach pełnych młodych, przystojnych chłopaków…

Gadający Grzyb


P.S. Tak już całkiem poważnie. Oczywiście, nie mam złudzeń, że armia jest dla homoaktywistów kolejnym ideologicznym przyczółkiem do zagospodarowania, zgodnie z taktyką małych kroków. Wprowadzenie zasady „nie pytaj, nie mów” było krokiem pierwszym. Teraz przyszła pora na krok następny. Co nie oznacza, by nie wysyłać ewentualnych gejowskich oddziałów na pierwszą linię w najgorętszych punktach świata. Zawsze można byłoby powiedzieć – chcieliście, to macie…

http://www.rp.pl/artykul/2,464665.html


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

wtorek, 4 sierpnia 2009

Wypisy z Antycywilizacji Postępu (A.P.) - odc. 1.


Z góry uprzedzam, że w tym tekście pojadę ostro i emocjonalnie. Lektura na własną odpowiedzialność.

W swoim cyklu „Antycywilizacja Postępu” (linki poniżej) naszkicowałem podstawowe zagrożenia z jakimi boryka się cywilizacja łacińska. Postanowiłem uzupełniać go sukcesywnie nowym cyklem – „Wypisy z Antycywilizacji Postępu” w którym, od czasu do czasu, będę odnotowywał kurioza obrazujące obłęd naszych czasów.

Spotkanie z Obcym.

Na początek, zreferuję notkę pióra Magdaleny Żakowskiej p.t. „Jeśli mój syn będzie gejem…”, która ukazała się na drugiej stronie piątkowej „Gazety Wyborczej” (31.07.2009).

Dlaczego biorę na tapetę akurat ten artykuł? Ano, dlatego, że idealnie ilustruje to, co napisałem o głębokim zinternalizowaniu A.P. na skutek wszechstronnej indoktrynacji (medialnej, szkolnej, ustawodawczej), w efekcie której, cytuję:

„…rozmawiasz z człowiekiem który włada tym samym narzeczem (powiedzmy, eboniksem polszczyzny), który urodził się i wychował w tym samym kraju i teoretycznie, powinien nasiąknąć podobnymi wartościami, a tak naprawdę, po chwili rozmowy wychodzi na to, że gadasz z przedstawicielem innej cywilizacji.”


Oczywiście, pani Magdalena Żakowska nie włada „eboniksem” – polszczyznę ma opanowaną, niemniej jednak, czytając jej tekst odniosłem wrażenie spotkania z Obcym – przedstawicielem innej cywilizacji.

Jednocześnie muszę ze skruchą uderzyć się w klatę – wymieniając w poprzednich tekstach indoktrynacyjne wpływy, takie jak media, szkoła czy ustawodawstwo, prześlepiłem wpływ bodaj najważniejszy – płynący z wnętrza rodziny, gdy umysły rodziców już zaczadzonych A.P. przekazują wzmiankowane zaczadzenie następnemu pokoleniu.

Tak właśnie postępuje Magdalena Żakowska – wzorcowy przykład owładniętego maniacką postępowością toksycznego rodzica.

Jeszcze raz ostrzegam, że będę się pastwił – bo też i jest nad czym.

Etapy antycywilizacyjnej indoktrynacji.


Zazwyczaj tego nie robię, ale ten artykuł potrząsnął mną na tyle, że omówię go dość szczegółowo, uzupełniając własną, „kuchenną” psychoanalizą. Na końcu podaję link, zatem każdy będzie mógł wyrobić sobie zdanie, czy dopuściłem się nadużycia. A teraz, do rzeczy.

Generalnie, tekst Magdaleny Żakowskiej jest wstrząsającym zapisem systematycznego prania mózgu; tresury w duchu Antycywilizacji Postępu, jakiej bohaterka poddaje od kołyski swojego synka.

Etap 1 – rasizm.

Na wstępie, mamuśka wstydzi się, że syn (półtoraroczny) widząc na basenie Murzynka, mówi „a fe”, kojarząc czarny kolor z brudem. Mamcia reaguje i by zagłuszyć jątrzące poczucie prowincjonalizmu, kupuje latorośli klocki Duplo, gdzie prócz wozu strażackiego są trzej strażacy, w tym dwaj czarni. Następnie zabiera synka na wycieczkę reedukacyjną do Afryki, po której dziecko przestało reagować na czarny kolor skóry (jak się domyślam, nie nocowali w slumsach Pretorii, czy Johannesburga, w których to miastach po zniesieniu apartheidu wskaźniki przestępczości podskoczyły do sufitu).

Etap 2 – walka z patriarchatem.

W dalszej kolejności, rzeczona mamuśka – aktywistka A.P. zabiera się za wykorzenianie patriarchalnych uprzedzeń wyrodnego synalka, który śmie właśnie jej przynosić brudny kubek do pozmywania, tudzież wrzeszczy „MAMA bałagan”, gdy rozgniecie na podłodze maliny.

Cóż robi w tej sytuacji uświadomiona, postępowa matka? Tłumaczy synkowi, że to nieładnie brudzić, a jeśli już się nabrudziło, to trzeba pomóc mamie posprzątać? O, nie – mama sięga po „Boba Budowniczego”, którego żona, Marta,

„jest bardziej od Boba rozgarnięta i potrafi szybciej niż on wyremontować mieszkanie”.

A masz, a masz, ty wredny, mały szowinisto… Już ja cię nauczę…

Założę się, że pani Żakowska nigdy nie dała dziecku klapsa. Takiego uczciwego klapa w dupę z solennym wyjaśnieniem co dziecko, mimo napomnień rodziców zrobiło źle i dlaczego zostało tak a nie inaczej potraktowane. Zamiast tego, łoi dziecko po mózgu permanentną indoktrynacją. Stosuje terror psychointelektualny.

Etap 3 – seksizm i ageizm.

No nic. Jedźmy dalej. Oto „odkrywają” (pani Magdalena i dziecko, znaczy się) Gryzikruszkę z „Dwóch niegrzecznych myszy” pióra Beatrix Potter. Bohaterka

„jest dużo bardziej niegrzeczna od swojego męża Wścibska, łobuzowanie sprawia jej większą przyjemność i w ogóle ma lepsze pomysły.”


Ale, do czasu, bowiem nawet w tej postępowej bajeczce, mamuśko – ciotka antycywilizacyjnopostępowej rewolucji wykryła zatrute ziarno… albowiem, o zgrozo, Gryzikruszka okazuje się być… kurą domową, bowiem:

„…każdego ranka, bardzo wcześnie - zanim ktokolwiek się obudzi - Gryzikruszka zjawia się ze śmietniczką i miotłą, by pozamiatać w domu lalek!"


Tej ostatniej, seksistowskiej strony, bohaterka niniejszej analizy antycywilizacyjnego zidiocenia, synkowi, rzecz jasna, nie czyta. Co więcej, żałuje, że kartki nie da się wyrwać – „takie wydanie”, ubolewa.

No cóż – predylekcja do wyrywania kartek, palenia książek… Zakładam, że dostojna, matrona spopieli wkrótce rzeczoną książeczkę w kominku, by syn, gdy dorośnie, przypadkiem nie doczytał ostatniej strony… z haniebną, szowinistyczną puentą.

Jak rany, przecież ta potłuczona kobieta, nawet by nauczyć latorośl szacunku dla osób starszych, poruszających się o lasce, musiała posiłkować się „Żółwiem Franklinem”!

„Jeden z jego najlepszych kumpli, borsuk, ma usztywnioną nogę i nie rozstaje się z kulami.”



Etap 4 – synku, bądź pedałem…

I teraz coś, co mnie powaliło:

„A potem w ciążę zaszła moja przyjaciółka. Kiedy zadałam jej idiotyczne, ale odruchowe pytanie - czy chciałaby chłopca, czy dziewczynkę? Odpowiedziała: "Marzę o chłopcu i żeby był gejem, bo do końca życia będzie miał ze mną silną emocjonalną więź, jak w filmach Almodóvara".

Jeeezuuu!!! Pedalską, filmową propagandę zboczeńca Almodóvara odczytywać jako poradnik rodzica… Tylko wyć i rwać kłaki z brody…

Ale to nic. Jaka jest refleksja autorki odnośnie zacytowanych niewczesnych wynurzeń?

„Była to odpowiedź szczera, ale nie takiej się spodziewałam. Poprawna brzmi przecież: "Wszystko jedno, ważne, żeby dziecko było zdrowe". Okolicznością łagodzącą może być to, że przyjaciółka jest pół-Francuzką, a więc wychowała się w kraju, w którym słowo "homofobia" wyszło już w zasadzie z użycia.”

Nie to co u nas, chciałoby się powiedzieć – w tym zatęchłym, obskurnym, katolickim ciemnogrodzie… Ach, jak pani Magdalena usycha z zazdrości… Wyobrażam sobie to dojmujące, prowincjonalne poczucie niższości… Jak to musi wiercić od środka, jak ssać duszę… I jak skutkuje wzmożonym, parweniuszowskim zapałem, by być równie „oświeconą” antycywilizacyjną „mamuśką rewolucji”, jak francuska przyjaciółka…

Etap 5 – upostępowić świat dla przyszłego gejosynka.

W każdym razie, zadawszy sobie pytanie: „a jeżeli mój syn będzie gejem”, omawiana tu mateczka rewolucji stwierdza, że „wszystko jedno. Ważne, by był szczęśliwy.” I wychodząc z tego założenia, dochodzi do wniosku, iż aby uszczęśliwić synka i usłać mu drogę życiową różami, winna zrobić wszystko, by przemodelować przestrzeń publiczną wokół niego.

„ Szczęśliwy gej nie musi ukrywać ani wstydzić się tego, że jest gejem. Gdy się zakocha, może związać się z partnerem, także w obliczu prawa. Jeśli będzie chciał mieć dziecko - czemu nie mógłby go adoptować? Przecież staram się wychować syna na dobrego ojca.”

Cóż, starania staraniami, a życie życiem. Nie wiem, czy będzie dobrym ojcem, czy nie. Pani Magdalena również tego nie wie. Ale poraża mnie beztroska stwierdzenia: „Jeśli będzie chciał mieć dziecko - czemu nie mógłby go adoptować?” Prawda, jakie to łatwe? A czy hipotetyczny związek gejosynka z innym facetem będzie obwarowany identycznymi zobowiązaniami, jak wstecznickie, tfu, heteroseksualne małżeństwo? Z identycznymi prawami dotyczącymi rozwodu? Wychowania dzieci? Z obowiązkiem alimentacyjnym?

Etap 6 – antyhomofobiczna profilaktyka.

Koniec końców, pańcia – postępówka deklaruje, iż:

„Teraz, gdy wchodzimy do sklepu z zabawkami, nie narzucam synowi, w którą ma iść stronę - z reguły wybiera dział z samochodami, ale ostatnio poprosił o wózek (tak - różowy!) z działu dla dziewczynek i wozi w nim ulubionego pluszowego królika. Na razie nie mam pewności, jakiej jest orientacji.”

No, na litość Boską… Infantylna mamuśka z silnym zafiksowaniem na indoktrynację potomstwa, to chyba najgorsze, co może się trafić. Już współczuję temu młodzianowi, skrępowanemu od powicia gorsetem Antycywilizacji Postępu w rodzinnym gronie, bowiem, pańcia deklaruje twardo „Jedno wiem na pewno - homofobem nie będzie.” W tym celu zamierza zakupić bajkę o gejach – pingwinach, wychowujących małego pingwinka. I postponuje wroga we własnych szeregach – Grzegorza Napieralskiego, który śmiał stwierdzić, iż „jego dzieci wolą klasyczne bajki".

„Dzieci, panie pośle” - poucza pani Żakowska – „wolą takie bajki, jakimi rodzice potrafią ich zaciekawić. Klasyczne bajki - konserwatywne poglądy - pomylił pan partie.”

Ot, i zagnała pseudolewicowego kryptofaszystę w kozi róg. Tradycyjne bajki, taaak? Jakiś Kopciuszek? A może „Królewny Śnieżki” się wam zachciewa? Kuchty u siedmiu szowinistycznych krasnoludków, cooo? Drobnomieszczaństwo wyłazi z towarzysza Napieralskiego – socjaldemokraty. Już Lenin i Stalin uczyli, że socjaldemokraci to socjalfaszyści. Na reedukację tu mi zaraz k…a twoja mać i ten teges… Biegiem marsz!

Żona modna.

Najwyraźniej, pani Magdalena odczuwa nie do końca wyrażone, niedopowiedziane, skryte pragnienie: - „Ach, gdyby mój synuś okazał się gejusiem! Ach, jakież to by było modne! Jakie trendy, cool i ogólnie, postępowo zajefajne! Mogłabym się pochwalić przed całym modnym światem swoim gejusiem i jego partnerem, tudzież ich przychówkiem z adopcji, przy których ja, mamusia - gejusia jawiłabym się jako ostoja tolerancjonizmu. Tatuś jest ważniak, tatuś bryluje na salonach, więc ty, synku, przynajmniej zostań pedałem… Bo dzięki temu i ja zaistnieję… przy tobie…"

Niesprawiedliwe z mojej strony? Krzywdzące? Być może. Ale tabloidalny styl wynurzeń pani Magdaleny, pod cieniutkim płaszczykiem walki o tolerancjonizm aż bije po oczach. Toteż, dałem się sprowokować. I jeszcze dorzucę:

Otóż, pani Magdaleno – gdyby syn okazał się pedrylem, to wolałaby Pani, by był czynnym, czy biernym? Aktywnym, czy pasywnym? Tym, który wali kogoś w cztery litery, czy też tym, który w cztery litery jest walony? A może miałby być gejem uniwersalnym, na zasadzie - raz on kogoś, innym razem ktoś jego? A może… nie, dość obrzydliwości. Przejdźmy do refleksji końcowych.

Zakończenie.

Niegdyś, do tego by nie wyśmiewać się z Murzynów, niepełnosprawnych i.t.p. wystarczyła odpowiednia kindersztuba, zapewniana przez właściwe wychowanie w rodzinnym domu. W A.P. jak się okazuje, kindersztuba nie wystarczy – ba, jest zdecydowanie passe i należy zastąpić ją politpoprawnym „ideolo” wpajanym dziecku od kołyski.

Swoją drogą, jestem ciekaw, czy gdy potomek pani Żakowskiej zrobi pełną obrzydzenia minkę na widok zakonnicy/księdza, to mamcia pospieszy do księgarni po odpowiednie tolerancjonistyczne bajeczki, lub tematyczne klocki? Z góry uprzedzam, że ich nie dostanie. Zresztą, być może, uśmiechnie się szczęśliwa, iż ukształtowała swego potomka w należytej odrazie do „katoli”.

A tak w ogóle, żałosny to widok: rodzic, który cenzuruje dzieciaka na każdym kroku, by ten przypadkiem nie odstąpił na włos od aktualnie obowiązujących „tryndów”. Głęboko zinternalizowany salonowy snobizm, połączony z silnym parciem na nowoczesność. Zastępowanie procesu wychowawczego ideologiczną tresurą, za którą potomek może zapłacić w najbliższych latach wyobcowaniem, tudzież szeregiem zawichrowań.

Jeszcze jedno – nie mogę oprzeć się wrażeniu, że postępowa mamuśka pragnie wystrugać swojego synka na szczególny rodzaj prymusika – poprawnego ze wszech miar antycywilizacyjnego hunwejbina.

Słowem, Antycywilizacja Postępu ma być i już! – tak w domu, jak i w kojcu, tudzież zagrodzie.

Gadający Grzyb

P.S.1 Pingwin – gej Harry z Zoo w San Francisco, który wraz z kolegą Pepperem wychowywał pingwiniątko Tango i z tego tytułu będący ogólnoświatowym idolem pedałów, jakiś czas temu zmienił orientację i związał się z pingwinicą Lindą. Zatem, inspirowana tym związkiem gejo - bajeczka straciła już nieco na aktualności. Gejowscy aktywiści dostali piany.

P.S.2 Magdalena Żakowska nie jest jedyna. Ostatnio przyjaciółka zaszokowała mnie opowieścią zasłyszaną od jej córki. Otóż, koleżanka owej córki (13 lat), przyszła z ufarbowanymi na czerwono włosami, stwierdzając z tyleż nieszczęśliwą co zrezygnowaną miną, iż „mama ją dorwała”, robiąc na siłę swojemu dziecku czerwony kolor na łepetynie. Dodała jeszcze, iż w porę udało się jej uciec spod opiekuńczych skrzydeł mamuśki, gdyż ta planowała jeszcze… fioletowe pasemka.

Córka przyjaciółki (również 13 lat) skwitowała to następująco: „No tak, jej mama jest nowoczesna. Moja mama nigdy nie pozwoliłaby mi się ufarbować”.

Fakt, nie pozwoliłaby. Tato również. Są jeszcze jakieś oazy normalności.


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Linki:

Artykuł Magdaleny Żakowskiej:

http://wyborcza.pl/1,76842,6878110,A_jesli_moj_syn_bedzie_gejem___.html">

Polecam ciekawą dyskusję na forum wielodzietnych:
http://wielodzietni.org/comments.php?DiscussionID=4569">

Moje teksty kręcące się wokół podobnej tematyki:

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu">
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-2">
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-3">
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/mala-analiza-ideologii-tolerancjonizmu">
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci">