Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koalicja Obywatelska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koalicja Obywatelska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2020

Konfederacja głupio się bawi

Okazuje się, że hasło „PiS-PO jedno zło” staje się powoli nieaktualne. Oto Konfederaci zdają się nam mówić, że teraz „większym złem” od Platformy jest dla nich PiS.

I. Propaństwowa opozycja

Wejście do Sejmu Konfederacji, które nastąpiło po ostatnich wyborach parlamentarnych, powitałem z nadzieją. Uważałem bowiem i nadal uważam (czemu dawałem niejednokrotnie wyraz), iż PiS potrzebuje twardego, merytorycznego recenzenta i swoistego „dyscyplinatora” z prawej strony, który od czasu do czasu potrafiłby rządzące ugrupowanie naprostować i przywrócić do pionu. W przyszłości zaś, być może, przy odpowiednim układzie politycznych wiatrów, ów recenzent mógłby się stać koalicjantem – nader pożądanym, wzmacniającym ideową, narodową flankę w obozie prawicy. Ten ozdrowieńczy „efekt Konfederacji” dało się zresztą zauważyć już wcześniej, kiedy współtworzące to ugrupowanie środowiska pozostawały jeszcze poza parlamentem. To w znacznej mierze pod ich wpływem PiS zdecydował się nieco utwardzić swą linię wobec Ukrainy – szczególnie w kwestii wołyńskiego ludobójstwa i polityki historycznej. Inny przykład, to korekta relacji Polska – środowiska żydowskie i Izrael, do pewnego momentu charakteryzujących się skrajną naiwnością i ustępliwością strony polskiej. To, że wreszcie PiS przestał udawać, że „pada deszcz” zostało w jakiejś mierze wymuszone podnoszeniem tych kwestii przez pozaparlamentarną prawicę potrafiącą skutecznie oddziaływać na część patriotycznej opinii publicznej. Najbardziej spektakularnym sukcesem obecnych Konfederatów było skuteczne nagłośnienie „ustawy 447” - sprawy dla obozu rządzącego skrajnie niewygodnej, głównie z powodu bliskich relacji z naszym obecnym „wielkim bratem” zza oceanu. Na początku PiS próbowało rzecz całą zamilczeć, a potem głupio bagatelizować – i dopiero pod wpływem konsekwentnych nacisków z prawej strony zdobyło się chcąc nie chcąc (bądźmy szczerzy – bardziej nie chcąc, niż chcąc) na stanowcze oświadczenia odrzucające bandyckie uroszczenia „holocaust industry”.

Oczywiście, te wymuszone korekty podyktowane były głównie troską o zachowanie monopolu politycznego na prawicy i obawą przed odpływem bardziej radykalnej części elektoratu. Niemniej, sam fakt, iż taka obawa w PiS się pojawiła, zmuszając partię do pewnych modyfikacji linii politycznej, świadczy o pozytywnym potencjale Konfederacji i sympatyzujących z nią środowisk. Ukoronowaniem tej drogi było przekroczenie przez Konfederację w ostatnich wyborach parlamentarnych progu wyborczego i wprowadzenie do Sejmu swych przedstawicieli. Wydawało się, że teraz, mając do dyspozycji nowe narzędzia, Konfederaci jeszcze skuteczniej będą pełnili swą rolę, recenzując poczynania rządu z prawicowych i zarazem propaństwowych pozycji, budując zarazem swój kapitał zaufania wśród patriotycznych wyborców.


II. Rachunki krzywd

Ostatnio jednak coś zaczęło się wyraźnie psuć – i to w najgorszym możliwym momencie, czyli w obliczu epidemii koronawirusa. Początki były wprawdzie obiecujące – kandydujący na urząd prezydenta Krzysztof Bosak zaoferował do pomocy swych wolontariuszy. Jednak to, co wydarzyło się przy okazji awantury o możliwość zdalnego odbywania posiedzeń Sejmu, kiedy to Konfederacja zaczęła mówić jednym głosem z „totalną opozycją” z Koalicji Obywatelskiej, jest bardziej niż niepokojące. Nie był to zresztą pierwszy sygnał tego typu – podobne głosy z szeregów Konfederatów dawały się słyszeć już podczas procedowania spec-ustawy mającej dać rządowi narzędzia do walki z epidemią. Wówczas również z ich strony dały się słyszeć insynuacje, iż nadzwyczajne rozwiązania mają służyć PiS-owi jedynie do umocnienia władzy, co wypisz-wymaluj przypominało histerię „totalnych” i wspierających ich ośrodków medialnych.

Zagadką pozostaje, co skłoniło „Konfę” do tej wolty. Partykularne, partyjne kalkulacje, by za wszelką cenę się wyróżnić? Jakieś antypisowskie resentymenty? Tak, wiem – są na prawicy „rachunki krzywd”. Dla PiS-u i zbliżonych do niego mediów przez całe lata dogmatem była niesławna „doktryna Lipińskiego” dająca się streścić słowami: „poza PiS-em nie ma życia na prawicy”. W myśl tej doktryny, zakładającej iż PiS (względnie szerzej – Zjednoczona Prawica) ma wypełniać całą przestrzeń polityczną po prawej stronie, jedną z głównych trosk przywództwa tej partii było to, by na prawicy nie narodziła się żadna inna siła polityczna. Stąd też brał się wrogi stosunek do narodowców, których działaczy usiłowano zohydzić w oczach opinii publicznej imputując im „agenturalność” na rzecz Rosji, zaś dla zwolenników opcji narodowej rezerwując miano „pożytecznych idiotów” i „ruskich onuc”. Przypomnijmy, że jeszcze całkiem niedawno aby zostać rzeczoną „onucą” wystarczyło nie wykazywać dostatecznego entuzjazmu wobec Ukrainy czy zbyt głośno przypominać o kresowym ludobójstwie Polaków. Te nieprzytomne wrzaski miały jeszcze jeden destrukcyjny efekt – rzucane na oślep inwektywy kompletnie zdewaluowały ciężar oskarżenia o agenturalność, które jest dziś obiektem podobnych kpin, jak zarzut „antysemityzmu” w wydaniu „Wyborczej”.

Środowiska obecnej Konfederacji odpowiedziały na to równie kretyńskim zawołaniem „PiS-PO jedno zło”, które dla każdego przytomnego obserwatora mogło świadczyć tylko o oderwaniu od rzeczywistości. Mówiąc obrazowo – radykałowie tym sloganem odjechali tak daleko, że z ich perspektywy zaczęły się zacierać jakiekolwiek różnice między pozostałymi uczestnikami sceny politycznej.


III. „Konfederacja Obywatelska”?

Po niedawnych wydarzeniach w Sejmie okazuje się jednak, że hasło „PiS-PO jedno zło” staje się powoli nieaktualne. Oto Konfederaci zdają się nam mówić, że teraz „większym złem” od Platformy jest dla nich PiS. Nie wiem, może porobili jakieś badania z których wyszło, że dla ich elektoratu, zwłaszcza tego najmłodszego, dopiero wkraczającego w dorosłość, czasy rządów PO-PSL to już prehistoria, dlatego należy skoncentrować się na dowalaniu obecnej władzy, jaka by ona nie była? To dla mnie jedyne wyjaśnienie zawierające w sobie ziarno elementarnego racjonalizmu. Każde inne wytłumaczenie trąci bowiem pustym awanturnictwem godnym jakichś „kuców” czy innej „gimbazy”, a nie poważnych, odpowiedzialnych polityków. Jeżeli wrzuca się do internetu „firmowy”, oznaczony logo ugrupowania mem w którym zestawia się Kaczyńskiego z Czarzastym opatrując komentarzem o „małym pakcie Ribbentrop-Mołotow”, to człowiek zaczyna sobie pluć w brodę, że o takiej gówniarzerii napisał kiedykolwiek ciepłe słowo.

To wszystko w normalnych okolicznościach można by zbyć wzruszeniem ramion. Niestety, okoliczności nie są normalne – są tak nadzwyczajne, jak tylko to możliwe w warunkach pokoju. Większym kryzysem niż obecnie mogłaby być jedynie wojna. Kraj praktycznie stoi, grozi nam krach gospodarczy większy niż ten po 2008 r., ludzie siedzą w domach, cały aparat państwa nastawiony jest na zwalczanie epidemii – a ci ścigają się z Platformą, kto będzie bardziej „totalną” opozycją. Bo to jest „totalniactwo” w najgorszym możliwym wydaniu, uprawiane pod płaszczykiem sklerotycznego proceduralizmu, czy o zdalnych posiedzeniach Sejmu można zdecydować również zdalnie, czy na sali plenarnej... Nawet razemowsko-czarzaste lewactwo z PSL-em zachowały się w tej sytuacji bardziej konstruktywnie i odpowiedzialnie. Dlatego nie dziwi decyzja prof. Jacka Bartyzela, który ogłosił, iż w obliczu uprawianego przez Konfederację „demoliberalnego partyjniactwa” postanowił wycofać swe poparcie dla kandydatury Krzysztofa Bosaka.

Przy tym wszystkim, „Konfa” zdaje się kompletnie nie dostrzegać, jak na swej „totalności” wyszła i wychodzi Koalicja Obywatelska, konsekwentnie tracąca poparcie przez swą antypaństwową postawę. Zaślepiona doraźnymi gierkami dobrowolnie abdykuje z dotychczasowej roli merytorycznego recenzenta na rzecz tępego, małostkowego politycznego zacietrzewienia. Tyle, że to, co KO będzie kosztować co najwyżej kilka punktów wyborczych, dla nieokrzepłego wciąż ugrupowania, jakim jest Konfederacja, może skończyć się anihilacją. Aż chce się zacytować klasyka – nie idźcie tą drogą! Źle się bawicie, panowie. Źle, a nade wszystko – potwornie głupio.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (03-09.04.2020)

wtorek, 29 października 2019

Przed bitwą o prezydenturę

Już dziś apeluję o wdrożenie złotej zasady: nie ma wroga na prawicy!

I. Przypływy i odpływy

Jednym z ciekawszych zagadnień w powyborczych remanentach jest analiza przepływów elektoratów poszczególnych ugrupowań w porównaniu z wyborami 2015 r. Z sondaży exit i late poll IPSOS wynika, iż najbardziej stabilny elektorat ma PiS – pozostało przy nim 90 proc. wyborców z 2015 r., 4 proc. przeszło do PSL a po 2 proc. do KO i Konfederacji. Do tego PiS wykazało się dużym potencjałem mobilizacyjnym – spośród wyborców, którzy nie głosowali w 2015, a poszli do urn teraz, PiS zgarnęło 23 proc., choć trzeba zauważyć, że tu lepsza okazała się Koalicja Obywatelska z wynikiem 27 proc, a tuż za plecami uplasowała się idąca pod szyldem SLD Lewica – 22 proc. To daje odpowiedź na pytanie, dlaczego mimo poprawy wyniku, PiS nie zwiększyło stanu posiadania w Sejmie – konkurenci wykazali się większym bądź zbliżonym przyrostem „świeżych” głosów. Po raz kolejny potwierdza się teza, że „rezerwowy” elektorat PiS trudniej nakłonić do głosowania, co stanowi wyzwanie przed wiosenną kampanią prezydencką.

Większość sejmową dla PiS-u, poza zdyscyplinowanym „twardym” elektoratem, uratowały przepływy wśród ugrupowań opozycyjnych. Na KO zagłosowało 69 proc. wyborców Platformy z 2015, a 16 proc. przeszło do Lewicy. PiS ugrało tu zaledwie 4 proc., zaś PSL – 9. Jeszcze większemu rozczłonkowaniu uległ dawny elektorat Nowoczesnej – 54 proc. poszło do KO, 28 do Lewicy, 9 do PSL, a po 4 proc. zebrały PiS i Konfederacja. Z lewicowej koalicji (tzw. „Zlew”) z 2015 r. 71 proc. zostało przy Lewicy, a 18 proc. przeszło do KO. Potwierdziło się więc, że oba główne bloki opozycyjne – liberalny i lewicowy będą „kanibalizowały” sobie nawzajem zbliżony elektorat. Z wyborców PSL przy ludowcach pozostało 68 proc. wyborców, zaś po 9-10 proc. odebrały im KO, Lewica i PiS.

Ciekawie sprawy się mają z wyborcami Kukiz'15. Aż 24 proc. zgarnęła Konfederacja, po 22 proc. - PiS i PSL, 16 proc. - KO, a 12 proc. - Lewica. Wynika z tego, że PSL utrzymał na powierzchni transfer Kukiza (co jest pewnym zaskoczeniem), warto też dodać, że ludowcy przytulili 11 proc. spośród tych, którzy nie głosowali w 2015 r.

Tu uwaga pod adresem Konfederacji. Potwierdziło się to, o czym kiedyś tu pisałem – walenie w PiS z nadzieją, że właśnie tam znajdzie się potencjalnych wyborców jest bez sensu. Podstawowe „żerowiska” wolnościowców i narodowców są dwa: były elektorat Kukiza oraz praca nad pozyskaniem świeżego elektoratu – spośród osób, które nie głosowały w 2015, a poszły do wyborów w 2019, Konfederacji przypadło aż 15 proc. Tędy droga panowie do poszerzania wyborczej bazy, podgryzanie PiS-u nic wam nie da, możecie co najwyżej połamać sobie zęby.


II. Co się dzieje z Polonią?

Teraz kolejna sprawa, może nieco marginalna, ale mogąca mieć wpływ na wybory prezydenckie, gdyby w drugiej turze doszło do walki „łeb w łeb”. Chodzi o wyniki wyborcze wśród Polonii, szczególnie z Ameryki Północnej i Europy Zachodniej, gdzie łącznie wzięło udział w wyborach 215,9 tys. naszych rodaków (w skali świata – 314 tys.). Otóż PiS wygrało bodaj jedynie w USA i Kanadzie. W całej reszcie państw zwyciężyła KO, a PiS niekiedy notowało nawet trzecie miejsce, za Lewicą. Ogółem KO zdobyła za granicą 38,95 proc. głosów, PiS – 24,89 proc., Lewica – 20,67 proc., Konfederacja – 11,39 proc., PSL – 4,11 proc. To jest wprost niebywałe zważywszy, iż większość głosów oddano w Europie Zachodniej i można domniemywać, że gros z nich pochodziło od ostatniej fali migracji Polaków – tych wypchniętych za chlebem głównie za rządów PO-PSL. Zagłosowali zatem na tych, przez których musieli wyjechać z kraju, szukając godnych warunków życia. Tu uwaga – w USA zagłosowało 29,5 tys. osób, a np. w Wielkiej Brytanii – ponad 88,5 tys., w Niemczech zaś – 46 tys. Zmienia się więc geograficzny ciężar rozlokowania polonijnych wyborców.

Generalnie jednak z powyborczych danych wyłania się dla PiS obraz pozytywny – zwiększyło swoje poparcie niemal w całej Polsce, praktycznie w każdej gminie. Jednak w perspektywie wyborów prezydenckich należy pamiętać, że w drugiej turze, gdy pozostanie dwóch kandydatów, będziemy mieli do czynienia z plebiscytem „za” lub „przeciw”. Można się spodziewać, że kandydat opozycji, kim by nie był, zsumuje rozproszone głosy obozu „anty-PiS”. To, co nie działa w przypadku wyborów partyjnych, gdzie dodatkowo mamy metodę d'Hondta (elektoraty poszczególnych partii idących w koalicji nie muszą się prosto „dodawać”, jak to stało się w przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego), może zadziałać przy okazji wyborów prezydenckich, w których decyduje prosta, arytmetyczna większość bez różnych „przeliczników”. Przedsmak tego mieliśmy już teraz przy większościowych wyborach senackich – opozycyjny „pakt senacki” pozbawił PiS dotychczasowej przewagi w izbie wyższej parlamentu.

Wniosek? Decydować będą detale, może nawet śladowe ilości głosów. Zatem, przede wszystkim należy utrzymać mobilizację we własnych wyborczych szeregach – śmiertelnym błędem może się okazać chociażby lekceważenie konserwatywnego elektoratu „odpuszczonego” na rzecz poszukiwań mitycznego „centrum”. Po drugie – trzeba zdwoić wysiłki w kierunku pozyskania wyborców niezdecydowanych, a tym bardzo często imponuje sprawczość i zdecydowanie w działaniu. Po trzecie wreszcie – nie warto zrażać do siebie wyborców Konfederacji wrzaskami o „agenturze” i „ruskich onucach”. Tych kilka procent może się okazać w maju 2020 r. języczkiem u wagi.


III. Przed kampanią wiosenną

To ostatnie kieruję szczególnie pod adresem prorządowych mediów – zarówno publicznych, jak i prywatnych. Jeśli TVP Kurskiego zrobi Dudzie „kampanię” równie finezyjnie ciosaną siekierą, jak ta na rzecz PiS-u, to może być licho. Już lepiej nie robić żadnej – przypomnę, że w 2015 r. Andrzej Duda wygrał mimo tego, że media publiczne nie były jeszcze w rękach „dobrej zmiany”. Sekowanie Konfederacji, pozbawianie głosu w państwowych mediach, pomijanie przy podawaniu wyników sondażowych – słowem, cały ten repertuar nieczystych chwytów, jaki TVP zaprezentowała ostatnio – jest nie tylko chamski. Jest przede wszystkim przeciwskuteczny, co pokazał wyborczy wynik i pozostaje mieć nadzieję, że zostaną z tego wyciągnięte właściwe wnioski, również personalne. Redaktorowi Sakiewiczowi natomiast, jeśli faktycznie leży mu na sercu reelekcja obecnego prezydenta, a nie jakieś własne, partykularne interesiki, doradzałbym, by wiosną powstrzymał się od kuriozalnych apeli w rodzaju tego, jaki przed wyborami parlamentarnymi wystosował do Konfederacji o wycofanie się ze startowania w wyborach. Takie głosy jedynie działają odstręczająco na elektorat na prawo od PiS – to po prostu jest obraźliwe, sugeruje bowiem, że wyborcy Konfederacji nie mają prawa do swej reprezentacji. Warto również dać sobie na wstrzymanie z gardłowaniem o „gawnojedach” i „pożytecznych idiotach” - bo to właśnie od nich, od tego miliona wyborców z hakiem, może zależeć wynik prezydenckiej batalii.

Ujmę to jeszcze inaczej: każdorazowo, gdy celebryci i tzw. intelektualiści z obozu „totalnej opozycji” - te wszystkie Jandy, Nurowskie, Markowskie, Hartmany, Stuhry i Matczaki – zabierają głos obrzygując z całą właściwą im butą i pogardą zwyczajnych ludzi, mieszkańców prowincji, wyzywając ich od ciemnego motłochu, patologii kupionej za „pińćet” i co tam jeszcze mają w swym repertuarze obelg – zacieramy ręce, czyż nie? Cieszymy się i nagłaśniamy każdy taki przypadek, bo doskonale wiemy, że potraktowani w ten sposób wyborcy prędzej odgryzą sobie rękę, niż zagłosują na lewactwo. No więc, dlaczego niektórzy z naszego obozu w podobny sposób zachowują się wobec wyborców Korwina, Brauna czy narodowców? Naprawdę uważacie, że to działa i tamci skruszeni i zawstydzeni przerzucą swoje głosy na PiS? Otóż nie, nie przerzucą – takie potraktowanie odniesie tylko jeden skutek: w kluczowym momencie, w drugiej turze wyborów prezydenckich zostaną w domu. Dlatego już dziś apeluję o wdrożenie złotej zasady: nie ma wroga na prawicy!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (25-31.10.2019)

piątek, 11 października 2019

Polityczny cynizm, czy zdrowy rozsądek?

Wyborcy pokazują w tym badaniu, że twardo stąpają po ziemi, wiedzą czym jest polityka, a swych wybrańców traktują często użytkowo – mają im załatwiać określone sprawy. I uważam, że jest to całkiem zdrowa, podmiotowa relacja.

I. Socjologia kontra „najgłupsza opozycja świata”

Niedawno otrzymaliśmy do rąk kolejny ciekawy raport socjologiczny przedstawiający postawy elektoratów partii politycznych – to Polityczny cynizm Polaków autorstwa Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego, zrealizowany jako koprodukcja trzech lewicowych podmiotów: Fundacji „Pole Dialogu”, Instytutu Studiów Zaawansowanych oraz „Krytyki Politycznej”. Jeżeli kogoś odrzuca lewacka proweniencja organizatorów badania, to od razu powiem – niesłusznie. Jest to bowiem pogłębiona analiza dalece wykraczająca poza medialne schematy, jakimi zwykło się opisywać wyborców poszczególnych „plemion politycznych” i co więcej – wnioski płynące z lektury opracowania niejednokrotnie zaprzeczają utartym stereotypom, jakimi zwykło się opisywać poszczególne grupy wyborców. Autorzy nie wahają się iść pod prąd narracji medialnego mainstreamu i chwała im za to. Szlak niewątpliwie przetarło tu pionierskie badanie zespołu dr. Macieja Gduli o tzw. „Miastku” z 2017 r., o którym również miałem przyjemność pisać na tych łamach w artykule „Miastko, czyli prawica pod lupą”. Przypomnijmy, że Gdula wraz ze współpracownikami wybrał się w polski interior do miejscowości (najprawdopodobniej Sochaczewa) w której PiS w wyborach parlamentarnych osiągnął niemal 50-proc. poparcie. Efektem była analiza „ludu pisowskiego” obalająca całą mitologię narosłą wokół ciemnej „dziczy” głosującej na prawicę. Badanie wywołało sporo zamieszania – na szczęście jednak ani „najgłupsza opozycja świata”, ani sprzyjające jej ośrodki medialne nie raczyły wyciągnąć z badań, które miały przed oczami żadnych praktycznych wniosków i po chwilowej konsternacji utrzymanej w stylu „to na prowincji też żyją biali ludzie?” gładko powróciły do tradycyjnej, propagandowej nawalanki i języka pogardy dehumanizującego obce, polityczne „plemię”. O czytelnikach udzielających się na forum „Gazety Wyborczej” czy artystyczno-celebryckim półświatku w ogóle szkoda gadać – ci bowiem zwyczajnie odmówili przyjęcia raportu z „Miastka” do wiadomości, wskutek czego liberalne media idąc za głosem swej publiki również prędziutko o wszystkim zapomniały. Trzeba powiedzieć, że z tak impregnowaną na rzeczywistość, zamkniętą w sobie i swoich fobiach, tudzież ogólnie niekumatą opozycją, PiS ma niebywałe wręcz szczęście.

Jestem niemal pewien, że podobnie będzie z raportem Sadury i Sierakowskiego, którzy śladem zespołu Gduli wyruszyli w lipcu i sierpniu tego roku w Polskę, by przeprowadzić szerzej zakrojone badania (w Puławach, Skierniewicach, Toruniu i Warszawie) obejmujące elektoraty PiS, PO-KO, Lewicy i PSL. Po badaniu „Miastka” (oraz wcześniejszych analizach również lewackiego Centrum Badań nad Uprzedzeniami dotyczących postaw osób deklarujących prawicowe poglądy) wyrażałem obawę, że „tamci” mają nas rozpracowanych, co może poskutkować jakimiś działaniami osłabiającymi wyborczą bazę „dobrej zmiany” i szerzej – obozu patriotyczno-niepodległościowego. Teraz już takich obaw nie mam – skamieliny III RP są po prostu do takich ruchów niezdolne, natomiast materiał badawczy może całkiem nieźle posłużyć „naszym”, inspirując ich do kolejnych kroków ofensywnych i sięgania po nowe grupy wyborców. Szkoda tylko, że tego wszystkiego dowiadujemy się od lewaków – prawicowe think-tanki wydają się nie być zainteresowane taką działalnością badawczą. No chyba, że robią to na wewnętrzny użytek PiS, a wyniki są skrzętnie skrywane pod korcem...


II. Potencjały mobilizacyjne PiS-u i opozycji

Tyle tytułem wstępu – teraz, do rzeczy. Autorzy, by oszacować maksymalny zasięg danego ugrupowania podzielili poszczególne elektoraty na dwa segmenty: elektorat rdzeniowy (czyli, w przybliżeniu „twardy” - wyborcy deklarujący zdecydowane poparcie dla danej partii i mający zamiar głosować na nią w jesiennych wyborach parlamentarnych) oraz elektorat rezerwuarowy - osoby unikające jednoznacznej deklaracji wyborczej, lecz w pewnych warunkach skłonne zagłosować na daną partię, bo już głosowały na nią w przeszłości (licząc od wyborów w 2015 r.), traktują określone ugrupowanie jako partię drugiego wyboru lub deklarują przynajmniej częściowe zaufanie do jakiegoś obozu politycznego.

Biorąc pod uwagę obie grupy, na dzień dzisiejszy największym potencjałem mobilizacyjnym dysponuje (i tu nie ma zaskoczenia) PiS. Elektorat rdzeniowy tego ugrupowania to 35 proc., a elektorat rezerwuarowy – dalsze 20 proc. Oznacza to, że maksymalny zasięg wyborczy PiS w warunkach pełnej mobilizacji twardych i potencjalnych wyborców wynosi 55 proc. Dla Koalicji Obywatelskiej (PO plus przystawki) to odpowiednio 25 i 22 proc. - czyli łącznie 47 proc., natomiast dla Lewicy – 8 i 12 proc., co daje pułap potencjalnego poparcia w wysokości 20 proc. Ponadto twardy elektorat PiS jest o wiele bardziej lojalny i związany ze swoją partią – wyborcy tej partii najczęściej deklarują, że „mają na kogo głosować” (76 proc.) i PiS jest dla nich partią jedyną, nie czują potrzeby zaistnienia „partii drugiego wyboru” (71 proc.). Na tym tle, twardy elektorat PO-KO jest o wiele bardziej chwiejny i częściej deklaruje, że „nie ma na kogo głosować” (40 proc.), przy czym mniej niż połowa jej wyborców deklaruje zaufanie do własnej partii (zaufanie dla PiS wyraża ponad 2/3 wyborców). Żeby było jeszcze ciekawiej – elektoraty PO i Lewicy są do siebie dość podobne i w znacznej mierze przenikają się między sobą, co powoduje, że obie siły polityczne „kanibalizują” sobie nawzajem ten sam zasób wyborców. Inne, istotne spostrzeżenie – wyborcy PO nie określają poprzez fakt popierania tej partii własnej tożsamości, w przeciwieństwie do twardych wyborców PiS, którzy swój wybór traktują często właśnie w kategoriach tożsamościowych. Procentuje tu wyrazistość partii Jarosława Kaczyńskiego, a Platformie odbijają się czkawką jej wieczne wolty programowo-światopoglądowe i ogólne wizerunkowe rozmamłanie.

Gorsza wiadomość dotyczy elektoratów rezerwuarowych obu głównych obozów politycznych. Otóż „rezerwowi” wyborcy PO częściej biorą udział w wyborach od „rezerwowych” wyborców PiS i w przeszłości częściej oddawali głos na któreś z ugrupowań obecnej koalicji PO-KO, niż „rezerwowi” wyborcy PiS na partię Jarosława Kaczyńskiego. Tutaj, na finiszu kampanii czeka PiS ostra orka nad mobilizacją potencjalnych wyborców, zaś w dalszej perspektywie – wytężona praca u podstaw nad generalną aktywizacją elektoratu.


III. PiS i anty-PiS

No dobrze, ale co napędza, co motywuje wyborców? Dlaczego np. wyborcy PO chcą tę partię popierać, mimo że słabo się z nią identyfikują i cieszy się ich mizernym zaufaniem? I tu robi się jeszcze bardziej interesująco. Główną emocją w wyniku której obóz PO dokonuje swych wyborów jest „anty-PiS”. Innymi słowy, zagłosują na każdego, kto będzie w stanie odsunąć PiS od władzy. W tym sensie, można powiedzieć, że wyborcy PO bardziej nienawidzą PiS-u, niż kochają Platformę. Odwrotnie niż w przypadku wyborców PiS – ci z kolei bardziej identyfikują się ze swoją partią, niż nienawidzą Platformy. Otwarcie deklarują się jako „PiS-owcy”. Jak zauważają autorzy - „PiS-owiec” to identyfikacja, „platformers” to przezwisko. Powyższe stanowi zresztą potwierdzenie wcześniejszych ustaleń Centrum Badań Nad Uprzedzeniami pt. „Polaryzacja polityczna w Polsce. Jak bardzo jesteśmy podzieleni?”. Z tamtych badań wynikało, że postawy zwolenników partii opozycyjnych wobec zwolenników PiS są bardziej negatywne, niż postawy zwolenników PiS wobec zwolenników opozycji”, ponadto zwolennicy „anty-PiS” częściej dehumanizują i mają mniejsze zaufanie do „PiS-owców”, niż na odwrót. Ta prawidłowość sprawdza się również w określaniu swojego otoczenia – zwolennicy PiS częściej mają kontakt ze zwolennikami opozycji, niż zwolennicy opozycji ze zwolennikami PiS. Wyłania się z tego obraz całkowicie odmienny od utrwalonych medialnych klisz – to „PiS-owcy” są bardziej otwarci, zaś obóz „anty-PiS” częściej zamyka się we własnej „bańce” towarzyskiej, światopoglądowej i medialnej. A zatem, narracja o dwóch politycznych „plemionach” bardziej pasuje do zwolenników PO-KO, niż PiS-u.

No właśnie, skoro już wspomnieliśmy o mediach. Badanie Sadury i Sierakowskiego zadaje kłam innemu, rozpowszechnionemu mitowi – jakoby zwolennicy PiS-u byli oczadziałą tłuszczą, zmanipulowaną przez propagandę TVP Kurskiego. Nic z tych rzeczy – przekaz TVP działa im na nerwy swą toporną, jednostronną propagandą niemal równie silnie, jak dzieje się to w przypadku wyborców PO. W wywiadzie ze strony jednego z respondentów pada np. taka wypowiedź: „Boże, jak oni, za przeproszeniem, wchodzą PiS-owi w dupę”. Inne głosy domagają się chociażby „samokrytycyzmu trochę też, bo to nie jest tak idealnie, że sam miód płynie”. Polecam to rozwadze pana Jacka Kurskiego i jego mocodawców. To jednak nie koniec – wyborcy PiS częściej deklarują, że starają się „zdywersyfikować” źródła informacji. Prócz „Wiadomości” TVP włączają również „Fakty” TVN czy „Wydarzenia” Polsatu. Wyborcy PO o wiele częściej poprzestają na TVN, co znów potwierdza większą otwartość elektoratu PiS.

Jaka jest natomiast samoidentyfikacja elektoratu PO – skoro nie jest nią partia na którą głosują? O „anty-PiS” już mówiliśmy lecz jest to czynnik niejako wtórny wobec innej, bardziej pierwotnej emocji. Tożsamość twardego rdzenia „platformersów” zasadza się „na satysfakcji z posiadania wyższego statusu społecznego, wielkomiejskości i europejskości”, zaś do wyborców Prawa i Sprawiedliwości na ogół mają stosunek pogardliwy. To wiele mówi – zwycięstwo pogardzanych „pisiorów” musieli uznać za osobistą zniewagę i symboliczne zakwestionowanie ich wspomnianego wyżej „wyższego statusu”. Jedyne, co imponuje im w PiS-ie, to skuteczność i pragnęliby, aby ich partia była równie sprawcza. Jak zauważają autorzy, brak wyrazistości PO i związanej z nią wiarygodności oraz poczucia, że będzie w stanie realnie spełnić oczekiwania wyborców może zadziałać na elektorat Platformy demobilizująco.


IV. Cynizm czy pragmatyzm?

Teraz przejdźmy do tytułowego „politycznego cynizmu”, który jakoby wyłania się z badań. Od razu powiem, że ja nazwałbym to raczej „zdrowym rozsądkiem” lub „pragmatyzmem”. Przede wszystkim, wyborcy – i to z obu stron podziału – zachowują wyjątkową trzeźwość w podejściu do swych partii. Przykładowo, wyborcy PiS przeważnie wcale nie pragną dla swej partii władzy absolutnej – i to jest pewne zaskoczenie. Nie są entuzjastami chociażby większości konstytucyjnej dla PiS. Ogólnie rzecz biorąc, uważają, że byłoby to „za dużo”, co obala kolejny mit – o „pisiorach” jako zwolennikach „zamordyzmu”. Więcej – formułują potrzebę zaistnienia silnej opozycji, która dyscyplinowałaby rządzących i patrzyła im na ręce. Jednocześnie wyborcy – tak z „prawa”, jak i z „lewa” - prezentują dość daleko posunięte polityczne wyrachowanie. Wyborców PiS i PO kompletnie „nie ruszają” jakieś podejrzane zagrywki, bo doskonale zdają sobie sprawę, że polityka to nie bukiecik fiołków. Dla wyborcy PiS np. zrozumiałe jest, że polityk czasem musi zagrać nieczysto – pod jednym warunkiem: musi to być w interesie partii, a nie z egoistycznych, osobistych pobudek. To tłumaczyłoby, dlaczego odpalenie przez „Wyborczą” afery ze „Srebrną” i „wieżami Kaczyńskiego” było kulą w płot i nie poderwało poparcia dla partii rządzącej. Elektorat PiS doskonale wie, że Kaczyński nie chciał budować wieżowców po to, żeby się wzbogacić, tylko by ugruntować finansowe zaplecze własnej partii. Dla ankietowanych wyborców aferą pozostaje „Amber Gold”, a nie jakieś tam sądy czy „dwie wieże”.

Z kolei wyborcy PO i Lewicy w pełni akceptują składanie fałszywych obietnic wyborczych – o ile będzie to służyło wygranej z PiS. W wypowiedziach respondentów pojawia się np. wątek, że PO powinna podtrzymać postulaty socjalne PiS, a nawet dodać coś od siebie aby przekonać „roszczeniowy” elektorat – a po wyborach ów „socjal” ograniczyć, a nawet wręcz skasować. Co ciekawe, taka postawa „antyrozdawnicza” jest silniejsza wśród wyborców... Lewicy, którzy bardziej koncentrują się na liberalnej „obyczajówce”. Ale, tu znów uwaga – ta „obyczajówka” kończy się w momencie, gdy pada kwestia obcych kulturowo imigrantów, oraz adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Krótko mówiąc: legalizacja homo-związków – tak, adopcja dzieci – stanowcze NIE. Aborcja? Większość elektoratu lewicowo-liberalnego jest za utrzymaniem obecnego „kompromisu aborcyjnego”. Żeby pogłębić ten galimatias – lewicowe kobiety uważają, że na czele ich partii powinien stać... mężczyzna, nawet jeśli deklarują, że głosując, zawsze wybierają na listach kobiety. Co więcej, nawet wśród wyborców PO i Lewicy (zwłaszcza w „miękkiej” części elektoratu pochodzącej z mniejszych ośrodków) polityka socjalna państwa odgrywa mimo wszystko ważną rolę (jedynie 1/3 odrzuca zdecydowanie 500+, zaś dla 40 proc. podtrzymanie 500+ jest istotne z punktu widzenia decyzji wyborczej). Inni z kolei chcą jedynie ograniczenia 500+ (np. by trafiało do określonych grup społecznych, np. rodzin w których pracuje minimum jedna osoba i z pominięciem najbogatszych – ten pogląd podziela zresztą spora część wyborców PiS) lub by pomoc państwa przeznaczyć raczej na inwestycje prorozwojowe i podniesienie standardu usług publicznych. Platforma będzie miała z tymi sprzecznościami nielichy problem – tym bardziej, że jej „miękki” elektorat deklarował, że w przeszłości głosował a to na Kukiza, to PSL, to Samoobronę, a nawet na narodowców.

Tu jeszcze uwaga o elektoracie PiS. Dzieli się on dość wyraźnie na dwie grupy - „starą”, czyli ludzi którzy głosowali na PiS od zawsze i „nową”, która przyszła po 2015 r. O ile „starzy” głosują głównie z pobudek ideowych, o tyle „nowi” są bardziej „interesowni” - przekonuje ich głównie polityka socjalna i konkretne pieniądze w kieszeni, a Platformy nie tyle nienawidzą, co się jej boją – bo może im odebrać „zdobycze socjalne”. To ostatnie dotyczy również „miękkich” elektoratów innych partii. Otwartym tekstem wyrażane jest oczekiwanie, że politycy by zyskać ich głos, musieliby ich „kupić”. Interesujący jest też stosunek do Kościoła – bynajmniej nie bezkrytyczny. Wyborcy PiS doskonale odróżniają Kościół od PiS-u. Rozumieją, że politycy ich partii muszą być z Kościołem blisko „bo tak trzeba” lecz zarazem potrafią ostro wypowiadać się w temacie skandalu pedofilskiego (pada nawet żądanie podania się Episkopatu do dymisji). To rozróżnienie pokazuje, dlaczego film Sekielskich, który poprzez Kościół miał uderzyć w partię rządzącą, nie spełnił pokładanych oczekiwań.


V. Polski zdrowy rozsądek

Wnioski? Dla PiS – orać w elektoracie socjalnym (tu są dwa pola ekspansji – PSL i... wyborcy PO z mniejszych miejscowości), nie zaniedbując jednak „starych”, tożsamościowych zwolenników, stanowiących 35-procentowy trzon wyborczego zaplecza. Należy jedynie zachować spójność i wiarygodność, a droga do trwałej zmiany Polski stanie otworem. W trudniejszej sytuacji jest PO – próbuje łączyć ogień z wodą, co nie zadowala w pełni ani elektoratu wielkomiejskiego (bardziej liberalnego), ani małomiasteczkowego (bardziej socjalnego). To może się skończyć tym, że ten pierwszy w końcu przepłynie do Lewicy, a drugi – do PiS. Z kolei jedynym atutem pominiętego tu, bo stopniowo marginalizowanego PSL-u, jest zakorzenienie w terenie działaczy oraz... proeuropejskość bardzo ceniona przez elektorat ludowców (zapewne za sprawą transferów eurofunduszy na wieś i do małych miast) – ich od PiS-u odrzuca głównie zbyt konfrontacyjny ton w relacjach z Brukselą (wedle ludowej mądrości – nie kąsa się ręki, która karmi).

A wniosek generalny? Nie traktować ludzi jak bezwolnej masy, bo oni doskonale zdają sobie sprawę, z kim mają do czynienia. Czy to cynizm, jak chcą autorzy raportu? Nie, pragmatyzm jak cholera, w jak najlepszym rozumieniu tego pojęcia. Wyborcy pokazują w tym badaniu, że twardo stąpają po ziemi, wiedzą czym jest polityka, a swych wybrańców traktują często użytkowo – mają im załatwiać określone sprawy. I uważam, że jest to całkiem zdrowa, podmiotowa relacja.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Miastko, czyli prawica pod lupą

Polska bastionem... zdrowego rozsądku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 11 (Październik 2019)

niedziela, 21 lipca 2019

Program PO-KO – analiza kitu

Jeżeli PiS wprowadza „500+”, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem”. Jeżeli natomiast PO zapowiada, że dołoży od siebie drugie tyle – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program.

I. Forum POgrobowe

Mamy kanikułę, w polityce zastój... a nie, wróć – wszak odbyła się konwencja programowa Koalicji Obywatelskiej (PO plus Nowoczesna, plus jakiś lewacki plankton), zatem chyba wypada się nią zająć na zasadzie „z braku laku, dobry i kit”. I właśnie analizą owego kitu wyborczego pozwolę sobie zaprzątnąć Państwa uwagę – bo też jest to ciemnota w typowym platformerskim stylu rodem z czasów Donalda Tuska i słynnego „3x15” mającego uczynić z Polski „drugą Irlandię”. Pamiętamy to jeszcze, prawda? Traf chciał, że zaraz potem za sprawą kryzysu finansowego Irlandia popadła w gigantyczne tarapaty i narracja jakby wystygła – tym bardziej, że i Polska była bliska podzielenia jej losu, bo ośmioletnie rządy PO-PSL zadłużyły nasz kraj na niemal drugie tyle, co wszystkie poprzednie ekipy po 1989 r. razem wzięte, na co nałożyła się gigantyczna dziura podatkowa w ściągalności VAT i CIT, której nie zasypał ani skok na środki z OFE, ani podwyżka VAT. Skończyło się na objęciu Polski unijną procedurą nadmiernego deficytu, a londyński sztukmistrz Rostowski rozpaczliwie wpisywał do budżetu 1,5 mld. zł. przychodów z fotoradarów, żeby chociaż na papierze wszystko się „spinało”. Mimo to, Polacy dwukrotnie dali się uwieść gładkiej gadce Tuska, który czarował elektorat z wdziękiem i wprawą Kalibabki – a potem, niczym wytrawny oszust matrymonialny zwiał do Brukseli, zostawiając całe gruzowisko nieszczęsnej Ewie Kopacz, która mogła w zasadzie już tylko usiąść na kamieni kupie i zapłakać. Dziś Tusk jakby stracił na atrakcyjności i wywołuje dreszcze ekscytacji jedynie wśród owładniętych syndromem sztokholmskim najbardziej zaślepionych akolitów obozu III RP.

To pokrótce zarysowane tło historyczne jest niezbędne dla właściwego odczytania nowego programu wyborczego Platformy z przystawkami. Mamy bowiem powrót do tego samego – tyle, że zamiast teflonowego Tuska z jego najlepszych lat, obietnice wygłasza toporny Grzegorz Schetyna, co już na samym starcie jest zabójcze dla ich wiarygodności i przydaje propozycjom walor niezamierzonej autoparodii. Na dodatek, Schetyna z kamienną twarzą Bustera Keatona postanowił wejść w prosocjalne buty Jarosława Kaczyńskiego i przebić jego „piątkę” własną „szóstką”, co znów ociera się o satyrę i kabaret. Nie dziwi zatem, że nawet członkowie jego własnej partii nie mogli na Twitterze dojść do ładu, czy uczestniczą w „Forum Programowym”, czy też „Forum POgromowym” lub zgoła „POgrobowym”.


II. „Odpowiedzialność” kontra „populizm”

No dobrze, co zatem tam mamy? Na pierwszy ogień poszły „związki partnerskie”, czyli stary, poczciwy konkubinat – do pewnego momentu praktykowany zupełnie jawnie w kręgach arystokratycznych, by następnie, po odbiciu historycznego wahadła, stać się domeną marginesu społecznego i wszelkiej patologii, czego dowodzą kroniki kryminalne utrzymane w stylu „konkubent Zdzisław Z. podczas alkoholowej libacji ugodził ośmiokrotnie nożem swą konkubentkę Barbarę W.” itd. Dziś, jak widzimy, owa forma współżycia wraca do łask za sprawą nowej, lewicowo-liberalnej lumpen-arystokracji z pretensjami do urządzania świata i przeorania norm społecznych – m.in. za sprawą sodomitów robiących w tym dziejowym rozdaniu za taran i lemiesz postępu. Jednak na miejscu ciotek (a wręcz „ciot”) rewolucji tak bardzo bym się do obietnic pana Grzegorza nie przywiązywał, bowiem jeszcze w piątek twierdził stanowczo, że o żadnych „związkach partnerskich” nie ma mowy, by w sobotę ogłosić, że jak najbardziej będą - i nikt nie może zagwarantować, co w tej materii stwierdzi za tydzień, o jesieni nie wspominając.

To jest zresztą zadziwiające, jak oni uporczywie odmawiają uczenia się na błędach w imię forsowania swojego „ideolo”. Po wyborach do europarlamentu odmiennym stanem świadomości spektakularnie błysnął Sławomir Neumann, mówiąc, iż KE wygrałaby w każdym kraju poza Polską i Węgrami. To jest wyższa forma surrealizmu – startować w Polsce i profilować kampanię, jakby była to Holandia. Teraz, jak widzimy, brną w powtórkę, w czym wyczuwam wkład intelektualny pani Barbary Nowackiej.

Ale legalizacja konkubinatu to dopiero aperitif. Prawdziwa jazda zaczyna się przy kwestiach socjalnych. Oto każdy, kto zarabia mniej niż 4,5 tys. zł. brutto (dwukrotność płacy minimalnej) ma otrzymać od państwa specjalne dopłaty do pensji (dla zarabiających najniższą krajową byłoby to 500 zł.), a do tego minimalne wynagrodzenie ma ustawowo wynosić połowę średniej krajowej, co miałoby podnieść najniższe płace nawet o 600 zł. Ponadto narzuty na płace (PIT, ZUS, NFZ) mają zostać zredukowane do 35 proc. wynagrodzenia, a osoby do 25 roku życia rozpoczynające działalność gospodarczą zostaną w ogóle zwolnione od składek na ZUS i NFZ. Aha, no i jeszcze 13 emerytura ma być na stałe.

Teraz zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, że coś takiego proponuje PiS. Jakie byłyby reakcje? „Rozdawnictwo!”, „populizm!”, „przekupstwo!”, „korupcja polityczna!”, „grecki scenariusz!”, „bankructwo!”, „druga Wenezuela!”. Ja, szczerze mówiąc, nie podejmuję się nawet z grubsza wyliczyć, ile to będzie kosztowało, ale czuję się o tyle usprawiedliwiony, że „eksperci” Platformy na czele z prof. Rzońcą (związanym z Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza) również nie podają kosztów ani źródeł finansowania. Nota bene, owe dopłaty do pensji obejmą jedynie osoby na etacie, więc cała rzesza zatrudnianych na śmieciówkach obejdzie się smakiem. Po drugie – dopłaty do niskich wynagrodzeń są jawną zachętą dla pracodawców by zamrozić pensje (bo „państwo” i tak dopłaci), co jest przerzuceniem na ogół podatników części kosztów zatrudnienia. Na takiej samej zasadzie w USA Wal-Mart zamiast podwyższać wynagrodzenia instruuje pracowników, jak efektywnie korzystać z pomocy socjalnej. Natomiast zwolnienie z ZUS i NFZ uruchomi falę wypychania młodych ludzi na fikcyjne samozatrudnienie, co już jest zmorą naszego rynku pracy. W efekcie otrzymamy pogłębienie obecnych patologii.

Ale od czego jest Czerska? Na portalu Gazeta.pl z miejsca „wytłumaczono” czytelnikom, że „opozycja postawiła na odpowiedzialność, a nie populizm” i zamierza „pokonać PiS bez rozdawnictwa”. Czym różni się „odpowiedzialność” od „populizmu”? Proszę się skupić. Jeżeli PiS wprowadza programy społeczne, finansując je w większości z uszczelnienia systemu podatkowego, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem” dla „patologii” i „nierobów”, co niechybnie doprowadzi do bankructwa w grecko-wenezuelskim stylu. Jeżeli natomiast PO ustami Schetyny zapowiada, że nie tylko niczego z pisowskiego „rozdawnictwa” nie uszczknie, ale jeszcze dołoży od siebie drugie tyle (w tym 13-tą emeryturę na stałe) – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program. W tym momencie nawet nie ma sensu pytać, w jaki sposób PO ma zamiar naprawić służbę zdrowia i skrócić oczekiwanie do specjalisty do 21 dni, a czas przyjęcia na SOR-ach do 60 minut. Zresztą, pytanie takie zadał posłowi Brejzie dziennikarz „Wirtualnej Polski” i został w dość obcesowym tonie odesłany... do obecnego ministra zdrowia z PiS-u, który jako żywo takich farmazonów nie obiecywał. Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy jeszcze plan całkowitej „dekarbonizacji” Polski do 2040 r. - niemieckie koncerny „wiatrakowe” już ostrzą sobie zęby.


III. Prawdziwy program – po wyborach!

No dobrze, dajmy już spokój tym gruszkom na wierzbie, jak bowiem w przeddzień „Forum POgrobowego” przyznał Grzegorz Schetyna, „czas na pokazanie programu przyjdzie po wyborach”. I słuszna jego racja, gdyż prawdziwy, taki „najmojszy” program ugrupowania poznajemy wtedy, gdy to ugrupowanie zaczyna rządzić - to jest kluczowy „stress test”, bo wcześniej jest to, umówmy się, konkurs piękności połączony z ruletką. Na szczęście, mamy już skalę porównawczą: widzieliśmy i doświadczyliśmy na własnej skórze rządów Platformy z „Peezelem” - i wiemy też, jak od blisko czterech lat rządzi PiS. Co ja tu się będę dłużej wymądrzał - wybór jest chyba oczywisty, prawda?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (19-25.07.2019)

piątek, 4 stycznia 2019

Pod-Grzybki 144

Ekologiści w popłochu! Na katowickim szczycie klimatycznym COP24 gości przywitała... górnicza orkiestra dęta. Trzeba przyznać, że organizatorom udał się ten trolling wyśmienicie. Szkoda tylko, że nie zaśpiewała jeszcze Roksana Węgiel...


*

Trollingu ciąg dalszy. Kolejnych spazmów eko-aktywiści dostali na widok polskiej wystawy, gdzie mogli obejrzeć m.in. czarne mydło wyprodukowane z węgla. I tu ich akurat rozumiem. Pewnie pomyśleli, że polscy naziści robią mydło z Murzynów.


*

Swetru założył nową partię (wkrótce przebije Korwina) - niestety, sam nie pamięta jaką („Teraz”? „Zaraz”? „Potem”? „Mañana ”? - jak to leciało?). Na moje oko, wymaga pilnego leczenia i to u bardzo specyficznego specjalisty. Takiego od nazw(isk). Zilustruję to przykładem. Otóż różnica między lekarzem „zwykłym”, a lekarzem-psychiatrą jest taka, że „zwykły” lekarz podchodzi do łóżka pacjenta i dziarsko zagaduje: „no, jak tam się dzisiaj czujemy?” - natomiast lekarz-psychiatra podchodzi do podopiecznego i łagodnym tonem zadaje pytanie: „jak się dzisiaj NAZYWAMY?”. Odpowiedź do którego z tej dwójki powinien udać się Swetru, pozostawiam domyślności Czytelników.


*

A w tak zwanym międzyczasie Schetyna pożarł Nowoczesną. Takie prawo natury - większy pożera mniejszego, a wszak Schetyna to prawdziwy aligator. Wystarczy na niego spojrzeć, zwłaszcza gdy się uśmiecha - strach podejść, bo rękę odgryzie. Tak właśnie polują krokodyle: czyhają długi czas w bezruchu na ofiarę, po czym następuje nagły i morderczy atak. Podobnie Schetyna - poczekał cierpliwie, aż Nowoczesna podejdzie do niego na krytyczną odległość i zaatakował. Efekty widzimy: jatka, po prostu jatka... czyli taka „Kolacja Obywatelska”.


*

Wiadomości kulturalne. „Upadła Madonna z wielkim cycem” van Klompa – pamiętny obraz namalowany na potrzeby sitcomu „Allo, Allo” - poszedł właśnie na aukcji za 15 tys. funtów. No to teraz już ostatecznie wyjaśniło się, na co potrzebne było te 20 tys. zł wręczone polskim psycho-fanom serialu spod Wodzisławia przez „anonimowego darczyńcę”. Chcieli licytować obraz! Niestety, nie starczyło (chlip, chlip) – funt w tej chwili to ok. 4,7 zł. Ależ sknery w tym tefałenie – nie mogliście sypnąć trochę więcej?


*

Tymczasem we Francji zbuntowały się „żółte kamizelki” - zaczęło się od cen paliwa, a tak naprawdę poszło o całokształt rządów Macrona. „Kamizelkom” warto kibicować, nie sposób jednak nie zadać pytania: co wy w tym Makaronie widzieliście, że pobiegliście na niego głosować? Przecież na pierwszy rzut oka było widać, że ten fircykowaty wypierdek to banksterska marionetka. Co was tak w nim ujęło? Że taki ładny i ma fajną babcię?


*

Generalnie, Francuzi zachowują się niczym zawiedziona kochanka, którą padła ofiarą oszusta matrymonialnego. Wybranek trochę ją oszukał, trochę zdradził, nieco sponiewierał – i porzucił z dzieckiem. Teraz zostały im już tylko bezsilne złorzeczenia, więc łażą i pomstują: ty szujo! ty bydlaku! ty świnio!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 24-01 (19.12.2018-15.01.2019)

poniedziałek, 12 listopada 2018

Miasta nie dla PiS

Tendencja czyniąca kandydatów Prawa i Sprawiedliwości „niewybieralnymi” zeszła z poziomu wielkich metropolii do ośrodków średniej wielkości.

I. Niepokojąca tendencja

Wyniki II tury wyborów samorządowych potwierdziły, że o ile na poziomie sejmików bądź powiatów jest dobrze lub nawet bardzo dobrze, o tyle w miastach PiS ma spory problem. Co więcej, problem ten narasta, bowiem tendencja czyniąca kandydatów Prawa i Sprawiedliwości „niewybieralnymi” zeszła z poziomu wielkich metropolii do ośrodków średniej wielkości. Uogólniając, na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że w największych miastach „szklanym sufitem” jest pułap poparcia na poziomie trzydziestu kilku procent, zaś w nieco mniejszych – czterdziestu kilku. Póki co, w wyborach „masowych”, typu sejmiki wojewódzkie czy wybory parlamentarne, można jeszcze liczyć na neutralizację miast głosami „Polski powiatowej” - ale, po pierwsze, pytanie jak długo będzie to działać; po drugie – jeśli obserwowany spadek poparcia będzie nadal się rozprzestrzeniał na coraz mniejsze miasta, to może zrobić się naprawdę niebezpiecznie, szczególnie, gdy na powyższe nałoży się mobilizacja elektoratu „anty-PiS”.

W skali kraju, warto się przyjrzeć rozsianym po Polsce tzw. miastom prezydenckim. Na 107 takich ośrodków, PiS miało swoich włodarzy w 11 – po tych wyborach zostały mu 4 (Chełm, Otwock, Stalowa Wola, Zamość). Największy z nich to Zamość z niespełna 65 tys. mieszkańców. Dla porównania, Koalicja Obywatelska zagarnęła 22 miasta – choć na miejscu „totalnej opozycji” również nie uderzałbym w triumfalistyczne tony, bo największymi wygranymi są tu tzw. kandydaci niezależni, którzy mają 77 miast.

Powtarzam – są powody do niepokoju, bo o ile metropolie można sobie jeszcze od biedy odpuścić, uznając, że wielkomiejski „stan umysłu” jest nie do przezwyciężenia, to jednak miasta kilkudziesięciotysięczne wydawały się do tej pory jak najbardziej w zasięgu prawicy.


II. Wielkomiejski stan umysłu

Sprawa wymaga zapewne szczegółowych badań i mam nadzieję, że kierownictwo PiS nie poskąpi środków na socjologiczne analizy (w końcu, po coś dostają te budżetowe dotacje), jednak już dziś można się pokusić o kilka oczywistych konstatacji i roboczych hipotez.

Pierwsza sprawa – w największych miastach wygra nawet kij od szczotki, byle nie był z PiS-u. Może być malwersantem, krętaczem, nieudolnym leniem – nieważne, tu toczy się gra wyłącznie o to, kto sprawniej zagospodaruje antypisowskie emocje. Przykład Trzaskowskiego w Warszawie jest symboliczny. Opisywałem niedawno mentalność wielkomiejskiego elektoratu, więc nie chcę się powtarzać, dodałbym tylko jedno – kampanijna koncentracja na aferze reprywatyzacyjnej nie podziałała. Okazało się, że mieszkańcy stolicy są impregnowani na elementarną empatię, co gorzko po wyborach skomentowała córka zamordowanej Jolanty Brzeskiej. Dlaczego tak? Sądzę, że wielkomiejska „klasa średnia” lubiąca postrzegać siebie jako „ludzi sukcesu” nie odczuwała z ofiarami czyścicieli kamienic socjalnej wspólnoty – dla nich mieszkańcy lokali komunalnych to element gorszy i obcy, kojarzony z patologią. Być może nawet co niektórzy w głębi ducha odczuwali zadowolenie, że do „wyczyszczonych” kamienic wprowadzą się „lepsi” lokatorzy, lub powstaną w nich eleganckie biura. Słowem, zadziałał darwinistyczny mechanizm spod znaku „śmierć frajerom”.

Pouczające są tu wyniki badań prof. Michała Bilewicza, którymi dzielił się swojego czasu w wywiadzie dla „Wyborczej” (wiem, że to lewak, ale tym razem akurat wyjątkowo warto go posłuchać). Otóż ankieterzy odpytywali nieźle sytuowanych Warszawiaków, jacy wg nich są Polacy. Odpowiedzi były wielce charakterystyczne: Polacy w optyce wielkomiejskiej klasy średniej to niemal bez wyjątku pijacy, lenie, nieudacznicy i złodzieje. Przy czym, autorzy tych opinii, mówiąc „Polacy”, nie mieli na myśli siebie – oni identyfikowali się jako pracownicy korporacji, działacze organizacji pozarządowych, przedstawiciele wolnych zawodów... To jest ich poziom tożsamości – a „Polacy” to dla nich zaścianek, prowincja, ciemnogród i generalnie, elektorat PiS. Można domniemywać, że ten sposób myślenia dotyczy również pozostałych największych miast – na co często nakłada się kompleks świeżego awansu społecznego.


III. Pełzające „rozbicie dzielnicowe”

Mamy zatem przepaść kulturową – ale to dalece nie wszystko. Postawię tu tezę, że zbieramy właśnie długofalowe owoce reformy samorządowej z 1999r. oraz „metropolitalnej” polityki rządów PO. W efekcie, mieszkańcy miast zaczynają postrzegać siebie i swoje ośrodki jako swoiste „wyspy”, poza którymi rozciąga się jakiś inny świat, z którym nie czują większych więzów. Państwo jest im potrzebne do szczęścia tylko „o tyle, o ile” - np. do tego, żeby można było się w miarę komfortowo przemieścić z jednej „wyspy” do drugiej, niekoniecznie zresztą położonej w Polsce. Już bardziej skłonni są orientować się na Brukselę z jej funduszami strukturalnymi – i dlatego są o wiele bardziej uwrażliwieni na propagandowe groźby „Polexitu”. Na dodatek, ten kosmopolityzm przenika w coraz większym stopniu do miast średniej wielkości, które również mają swe „metropolitalne” i „europejskie” aspiracje – a to oznacza przyjęcie „w pakiecie” zestawu lewicowo-liberalnych, „wielkoświatowych” poglądów. Do powyższego dochodzi jeszcze poparcie dla kandydatów „stąd”, odżegnujących się od partyjnych szyldów. Politycy partyjni są postrzegani często jako marionetki warszawskich central i (w przypadku PiS-u) wykonawcy polityki rządu. W takiej optyce, np. wizyta premiera Morawieckiego czy Jarosława Kaczyńskiego z poparciem dla kandydata może być postrzegana nie tyle jako np. szansa na inwestycje, ile jako zakamuflowana próba nacisku. Nawet zapowiedzi prowadzenia polityki zrównoważonego rozwoju, mającego wyrównywać szanse poszczególnych regionów, są traktowane jako zagrożenie dla własnego, wyjątkowego statusu (bo żeby dać „prowincji”, to nam „odbiorą”).

Zwróćmy uwagę – na Świnoujście czy Szczecin nie podziałała zapowiedź rozbudowy gazoportu i budowy tunelu pod Świną. Podobnie na Elblągu nie zrobił wrażenia projekt przekopu Mierzei Wiślanej będący wszak dla tego miasta i portu gigantyczną szansą rozwojową. Przywrócenie do życia portu lotniczego w Radomiu i uczynienie z niego lotniska uzupełniającego Okęcie – również bez efektu. Tak samo z rozbudową elektrowni w Ostrołęce. Zadziałał odruch: „nie, bo nie, obejdzie się bez łaski, rządzimy się sami”. To niebezpieczne sygnały, mogące świadczyć o pełzającym „rozbiciu dzielnicowym” kraju.


IV. Błędy i demobilizacja

Oczywiście, pozostaje też sprawa jakości lokalnych kadr i zwykłych błędów podczas samej kampanii. Jeśli miejscowe struktury przez cztery lata spały, to trudno wymagać od mieszkańców, by nagle dali im kredyt zaufania. Weźmy np. porażkę w Kielcach – tu PiS może „podziękować” swojemu harcownikowi Dominikowi Tarczyńskiemu, który postanowił „przywalić” Bogdanowi Wencie, wyciągając mu, że jako piłkarz ręczny był na „zomowskim” etacie w milicyjnym klubie, a potem przyjął obywatelstwo niemieckie. Co z tego, że to prawda - skutek okazał się odwrotny do zamierzonego, tym bardziej, że Wenta wśród tzw. zwykłych obywateli jest postrzegany przede wszystkim jako znakomity sportowiec i trener będący autorem sukcesów naszej reprezentacji szczypiornistów, którymi jeszcze nie tak dawno ekscytowała się cała Polska. Z kolei w takim Przemyślu PiS-owi odbiła się czkawką ugodowa (by nie rzec dosadniej) polityka wobec Ukrainy, w efekcie czego spektakularny sukces odniósł kandydat Kukiz'15 Wojciech Bakun.

Wreszcie pozostaje kwestia wyczuwalnej demobilizacji elektoratu PiS. Tu możemy mieć pokłosie dwóch spraw: rekonstrukcji rządu, której ofiarą padła uwielbiana wśród prawicowych wyborców Beata Szydło (Morawiecki jest co najwyżej tolerowany jako ciało obce i bankster) oraz kolejnych rejterad: braku repolonizacji mediów, wycofania się z nowelizacji ustawy o IPN czy zapowiedzi dostosowania się do dyktatu TSUE, co oznacza koniec reformy sądownictwa. Pozostaje mieć nadzieję, że ten miejski zimny prysznic skłoni PiS do wyciągnięcia odpowiednich wniosków.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wybory samorządowe – gra o Polskę

Gorzkie zwycięstwo PiS

Czy Pan miłuje Prawo i Sprawiedliwość?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (09-15.11.2018)

poniedziałek, 5 listopada 2018

Czy Pan miłuje Prawo i Sprawiedliwość?

O ile pogłoski o śmierci PSL okazały się przesadzone, o tyle równie przesadne były zapowiedzi zmartwychwstania postkomuny pod przewodem Włodzimierza Czarzastego.

I. Proroczy psalm

Nie odmówię sobie nawiązania na wstępie do próby rozpętania medialnego shitstormu wokół Psalmu 33 ze słowami „Pan miłuje prawo i sprawiedliwość”, śpiewanego podczas Mszy Św. w wyborczą niedzielę 21 października. Kolejne redakcje biły rekordy głupoty, dopatrując się złamania ciszy wyborczej i partyjnej agitacji. Trzeba było dopiero wyjaśnień przedstawicieli Episkopatu i przewodniczącego PKW, którzy musieli tłumaczyć tym cymbałom (ze szczególnym uwzględnieniem „Superstacji”), że dobór czytań z Pisma św. nie zależy od widzimisię jakiegoś księdza czy biskupa, tylko jest „na sztywno” przypisany do kolejnych dni w roku. Reguluje to ustanowiony przez Stolicę Apostolską lekcjonarz, obowiązujący w Kościele Katolickim na całym świecie. Cóż, przynajmniej dziennikarskie lewactwo dowiedziało się czegoś nowego – całe zamieszanie pokazuje jednak stopień kulturowego wykorzenienia tego towarzystwa i poziom obsesji na tle obecności Kościoła w przestrzeni publicznej. Ma to znaczenie o tyle, że te wybory w dużej mierze były samorządowymi tylko z nazwy. O wiele większą wagę, szczególnie w przypadku sejmików i dużych miast, miało symboliczne opowiedzenie się po stronie „PiS lub anty-PiS” - również w aspekcie cywilizacyjno-kulturowym.

Przed nami wprawdzie jeszcze dogrywka, jednak napięcie (może poza Gdańskiem i Krakowem) raczej już opadło, dlatego warto pokusić się o chłodną refleksję tego, co się wydarzyło – korygując przy okazji pewne wnioski formułowane na gorąco, pod wpływem świeżych emocji.

Przede wszystkim, trzeba przyznać, że słowa biblijnego psalmu okazały się prorocze – zwycięstwo PiS jest o wiele większe, niż początkowo się wydawało. W wyborach do sejmików wojewódzkich partia rządząca osiągnęła rezultat 34,13 proc. i tym samym pobiła rekord AWS z 1998 r. (33,32 proc.). Przełożyło się to na 254 miejsca i odebranie palmy pierwszeństwa Platformie Obywatelskiej, która w 2010 r. zdobyła 222 mandaty. Jak już wiemy oznacza to wygraną w 9 województwach i samodzielne rządy w 6 z nich – plus, być może, koalicję z Bezpartyjnymi Samorządowcami w sejmiku dolnośląskim. A zatem, zarówno w liczbach bezwzględnych (PiS w skali kraju zebrało 5 267 667 głosów – kolejny rekord w wyborach samorządowych), jak i procentowo, mamy triumf – i można tylko ubolewać nad kampanijną opieszałością niektórych struktur terenowych, bo władza w kilku kolejnych sejmikach również była na wyciągnięcie ręki.

To jednak jeszcze nie wszystko. Otóż PiS zanotowało również bezprecedensowy wynik w wyborach powiatowych, zwyciężając w 162 powiatach spośród ogólnej liczby 380 (czyli w 43 proc.). To oznacza następny rekord – i tu od razu muszę uderzyć się w piersi, napisałem bowiem przed tygodniem, że na prowincji PiS nie może mierzyć się z PSL. Jak widać może, bowiem ludowcy zachowali władzę jedynie w 40 powiatach.


II. Klęska postkomuny

Warto jeszcze nadmienić, że jeśli chodzi o sejmiki, to na korzyść PiS zagrał chyba podobny mechanizm, jak w wyborach parlamentarnych w 2015 r. Wtedy, jak pamiętamy, samodzielne rządy Zjednoczonej Prawicy zagwarantował niespodziewanie słaby wynik koalicji zgrupowanej wokół SLD, która wylądowała pod ośmioprocentowym progiem wyborczym. Teraz podobnie – lewicowa koalicja padła, paradoksalnie, ofiarą mobilizacji obozu „anty-PiS”, który poparł Koalicję Obywatelską (na rzecz KO SLD straciło 17,5 proc. głosów z 2014 r.). W efekcie, komitet SLD – Lewica Razem uciułał w sejmikach ledwie 11 mandatów – i jedynie w woj. śląskim będzie języczkiem u wagi. Jak to ujął tydzień temu Mirosław Kokoszkiewicz - „opatrzność czuwała”. O ile zatem pogłoski o śmierci PSL okazały się, mimo wyraźnych strat tego ugrupowania, przesadzone - o tyle równie przesadne były zapowiedzi zmartwychwstania postkomuny pod przewodem Włodzimierza Czarzastego.

A skoro wspomnieliśmy o PSL – ludowcy stracili niemal milion głosów (inna sprawa, że w 2014 r. prócz machlojek zagrała na ich korzyść niesławna „książeczka” wyborcza, co dało im znaczącą nadreprezentację). Utrata władzy w sejmikach, w tym w świętokrzyskim „bastionie”, to jedno – lecz równie bolesne jest, że w regionach PSL zostało „wyczyszczone” także na poziomie powiatów. Słowem, tam gdzie wygrało PiS, było to zwycięstwo totalne - rzekłbym nawet, że ponad stan, zważywszy na dysproporcję w liczbie członków obu partii (PiS - 34 508, PSL - 100 320). To zaś dla ludowców oznacza wytrącenie z rąk ich podstawowego atutu – czyli możliwości załatwiania Posad Swoim Ludziom. Mowa nie tylko o krzesłach radnych, ale przede wszystkim o dziesiątkach tysięcy stanowisk urzędniczych czy w przedsiębiorstwach komunalnych. Nie bez przyczyny kilka dni temu na portalu gazeta.pl ukazał się dramatyczny artykuł wieszczący czystkę kadrową w przejętych przez PiS województwach. A warto zauważyć, że dla PSL-owców te posady mają nie tylko znaczenie materialne – to również symbol awansu społecznego. Przez ostatnie lata zdążyli przyzwyczaić się do garniturów i garsonek, pokończyli różne kursy, ustawili krewnych i znajomych – a teraz co? Owszem, zapewne zostało im jeszcze całkiem sporo gmin, ale przecież dla wszystkich stanowisk nie wystarczy. Przewiduję płacz i frustrację – a dla „peselu” utrata marki „dobrego pracodawcy” może być początkiem końca.


III. Przed maratonem 2019

Dla odmiany, PiS w stosunku do 2014 r. zyskało ponad 2 mln. głosów – i jest to dobra odskocznia przed wyborami parlamentarnymi. Wprawdzie w porównaniu z 2015 r. mamy ubytek ok. 450 tys. głosów (5 267 667 przy 5 711 671 w 2015), lecz z kolei KO straciła w stosunku do łącznego wyniku Platformy i Nowoczesnej aż 750 tys. głosów, na dodatek sondażowe przepływy elektoratu wg exit polls pokazują, że elektorat PiS jest o wiele bardziej stabilny, co nieźle rokuje na przyszłość.

Ale, żeby nie było tak słodko – w tzw. miastach prezydenckich PiS poniosło klęskę. Druga tura wprawdzie jeszcze przed nami lecz patrząc realistycznie, PiS ma szanse może na kilkanaście prezydenckich foteli spośród 107. Podkreślmy – nie chodzi o największe metropolie, ale przeważnie o ośrodki średniej wielkości. Jest to niewątpliwie lekcja do odrobienia i sądzę, że kierownictwo partii powinno przyjrzeć się uważnie lokalnym oddziałom – z opcją radykalnego „przewietrzenia”. Co ciekawe, transfery socjalne oraz lokalne inwestycje niekoniecznie mają wpływ na polityczne wybory mieszkańców – teoretycznie program 500+ powinien zmobilizować np. beneficjentów z warmińsko-mazurskiego czy zachodniopomorskiego. Okazało się, że nic z tych rzeczy. Pouczający jest też przypadek Świnoujścia – mimo inwestycji w gazoport i „klepnięcia” budowy tunelu pod Świną, PiS w tym mieście przegrało.

I tu dotykamy wspomnianego na wstępie aspektu cywilizacyjnego. Najwyraźniej, nie tylko wielkie miasta postrzegają PiS jako element „prowincjonalny” i kulturowo obcy – również te średnie mają swoje wielkomiejskie i „europejskie” aspiracje. Dodatkową specyfiką jest głosowanie na kandydatów „niezależnych”, demonstracyjnie odcinających się od partyjnych szyldów. Warto zwrócić uwagę na przykład Katowic, gdzie PiS „podłączyło się” pod bezpartyjnego kandydata – inaczej nie byłoby sukcesu. Jak przekonać do siebie ten segment elektoratu – oto zagadka, którą sztabowcy PiS będą musieli rozwikłać, bo o ile metropolie nie muszą mieć decydującego wpływu na wynik w skali ogólnopolskiej, to już łączny rezultat w dużych i średnich miastach może zaważyć na końcowym sukcesie bądź porażce.

A już za moment czeka nas kolejna poważna batalia o przyszłość Polski – i to nie tylko o utrzymanie samodzielnych rządów obozu patriotycznego. Również wiosenne wybory do Parlamentu Europejskiego są ważne jak nigdy wcześniej, bowiem za sprawą rosnących w siłę ugrupowań antysystemowych szykuje się możliwość przemeblowania europejskiej sceny politycznej w pożądanym przez nas kierunku. Biorąc to pod uwagę, mocna reprezentacja PiS mogłaby znacząco przyczynić się do poprawy pozycji Polski w trudnych relacjach z Brukselą.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wybory samorządowe – gra o Polskę

Gorzkie zwycięstwo PiS


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (02-08.11.2018)