Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory samorządowe 2018. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory samorządowe 2018. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 listopada 2018

Miasta nie dla PiS

Tendencja czyniąca kandydatów Prawa i Sprawiedliwości „niewybieralnymi” zeszła z poziomu wielkich metropolii do ośrodków średniej wielkości.

I. Niepokojąca tendencja

Wyniki II tury wyborów samorządowych potwierdziły, że o ile na poziomie sejmików bądź powiatów jest dobrze lub nawet bardzo dobrze, o tyle w miastach PiS ma spory problem. Co więcej, problem ten narasta, bowiem tendencja czyniąca kandydatów Prawa i Sprawiedliwości „niewybieralnymi” zeszła z poziomu wielkich metropolii do ośrodków średniej wielkości. Uogólniając, na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że w największych miastach „szklanym sufitem” jest pułap poparcia na poziomie trzydziestu kilku procent, zaś w nieco mniejszych – czterdziestu kilku. Póki co, w wyborach „masowych”, typu sejmiki wojewódzkie czy wybory parlamentarne, można jeszcze liczyć na neutralizację miast głosami „Polski powiatowej” - ale, po pierwsze, pytanie jak długo będzie to działać; po drugie – jeśli obserwowany spadek poparcia będzie nadal się rozprzestrzeniał na coraz mniejsze miasta, to może zrobić się naprawdę niebezpiecznie, szczególnie, gdy na powyższe nałoży się mobilizacja elektoratu „anty-PiS”.

W skali kraju, warto się przyjrzeć rozsianym po Polsce tzw. miastom prezydenckim. Na 107 takich ośrodków, PiS miało swoich włodarzy w 11 – po tych wyborach zostały mu 4 (Chełm, Otwock, Stalowa Wola, Zamość). Największy z nich to Zamość z niespełna 65 tys. mieszkańców. Dla porównania, Koalicja Obywatelska zagarnęła 22 miasta – choć na miejscu „totalnej opozycji” również nie uderzałbym w triumfalistyczne tony, bo największymi wygranymi są tu tzw. kandydaci niezależni, którzy mają 77 miast.

Powtarzam – są powody do niepokoju, bo o ile metropolie można sobie jeszcze od biedy odpuścić, uznając, że wielkomiejski „stan umysłu” jest nie do przezwyciężenia, to jednak miasta kilkudziesięciotysięczne wydawały się do tej pory jak najbardziej w zasięgu prawicy.


II. Wielkomiejski stan umysłu

Sprawa wymaga zapewne szczegółowych badań i mam nadzieję, że kierownictwo PiS nie poskąpi środków na socjologiczne analizy (w końcu, po coś dostają te budżetowe dotacje), jednak już dziś można się pokusić o kilka oczywistych konstatacji i roboczych hipotez.

Pierwsza sprawa – w największych miastach wygra nawet kij od szczotki, byle nie był z PiS-u. Może być malwersantem, krętaczem, nieudolnym leniem – nieważne, tu toczy się gra wyłącznie o to, kto sprawniej zagospodaruje antypisowskie emocje. Przykład Trzaskowskiego w Warszawie jest symboliczny. Opisywałem niedawno mentalność wielkomiejskiego elektoratu, więc nie chcę się powtarzać, dodałbym tylko jedno – kampanijna koncentracja na aferze reprywatyzacyjnej nie podziałała. Okazało się, że mieszkańcy stolicy są impregnowani na elementarną empatię, co gorzko po wyborach skomentowała córka zamordowanej Jolanty Brzeskiej. Dlaczego tak? Sądzę, że wielkomiejska „klasa średnia” lubiąca postrzegać siebie jako „ludzi sukcesu” nie odczuwała z ofiarami czyścicieli kamienic socjalnej wspólnoty – dla nich mieszkańcy lokali komunalnych to element gorszy i obcy, kojarzony z patologią. Być może nawet co niektórzy w głębi ducha odczuwali zadowolenie, że do „wyczyszczonych” kamienic wprowadzą się „lepsi” lokatorzy, lub powstaną w nich eleganckie biura. Słowem, zadziałał darwinistyczny mechanizm spod znaku „śmierć frajerom”.

Pouczające są tu wyniki badań prof. Michała Bilewicza, którymi dzielił się swojego czasu w wywiadzie dla „Wyborczej” (wiem, że to lewak, ale tym razem akurat wyjątkowo warto go posłuchać). Otóż ankieterzy odpytywali nieźle sytuowanych Warszawiaków, jacy wg nich są Polacy. Odpowiedzi były wielce charakterystyczne: Polacy w optyce wielkomiejskiej klasy średniej to niemal bez wyjątku pijacy, lenie, nieudacznicy i złodzieje. Przy czym, autorzy tych opinii, mówiąc „Polacy”, nie mieli na myśli siebie – oni identyfikowali się jako pracownicy korporacji, działacze organizacji pozarządowych, przedstawiciele wolnych zawodów... To jest ich poziom tożsamości – a „Polacy” to dla nich zaścianek, prowincja, ciemnogród i generalnie, elektorat PiS. Można domniemywać, że ten sposób myślenia dotyczy również pozostałych największych miast – na co często nakłada się kompleks świeżego awansu społecznego.


III. Pełzające „rozbicie dzielnicowe”

Mamy zatem przepaść kulturową – ale to dalece nie wszystko. Postawię tu tezę, że zbieramy właśnie długofalowe owoce reformy samorządowej z 1999r. oraz „metropolitalnej” polityki rządów PO. W efekcie, mieszkańcy miast zaczynają postrzegać siebie i swoje ośrodki jako swoiste „wyspy”, poza którymi rozciąga się jakiś inny świat, z którym nie czują większych więzów. Państwo jest im potrzebne do szczęścia tylko „o tyle, o ile” - np. do tego, żeby można było się w miarę komfortowo przemieścić z jednej „wyspy” do drugiej, niekoniecznie zresztą położonej w Polsce. Już bardziej skłonni są orientować się na Brukselę z jej funduszami strukturalnymi – i dlatego są o wiele bardziej uwrażliwieni na propagandowe groźby „Polexitu”. Na dodatek, ten kosmopolityzm przenika w coraz większym stopniu do miast średniej wielkości, które również mają swe „metropolitalne” i „europejskie” aspiracje – a to oznacza przyjęcie „w pakiecie” zestawu lewicowo-liberalnych, „wielkoświatowych” poglądów. Do powyższego dochodzi jeszcze poparcie dla kandydatów „stąd”, odżegnujących się od partyjnych szyldów. Politycy partyjni są postrzegani często jako marionetki warszawskich central i (w przypadku PiS-u) wykonawcy polityki rządu. W takiej optyce, np. wizyta premiera Morawieckiego czy Jarosława Kaczyńskiego z poparciem dla kandydata może być postrzegana nie tyle jako np. szansa na inwestycje, ile jako zakamuflowana próba nacisku. Nawet zapowiedzi prowadzenia polityki zrównoważonego rozwoju, mającego wyrównywać szanse poszczególnych regionów, są traktowane jako zagrożenie dla własnego, wyjątkowego statusu (bo żeby dać „prowincji”, to nam „odbiorą”).

Zwróćmy uwagę – na Świnoujście czy Szczecin nie podziałała zapowiedź rozbudowy gazoportu i budowy tunelu pod Świną. Podobnie na Elblągu nie zrobił wrażenia projekt przekopu Mierzei Wiślanej będący wszak dla tego miasta i portu gigantyczną szansą rozwojową. Przywrócenie do życia portu lotniczego w Radomiu i uczynienie z niego lotniska uzupełniającego Okęcie – również bez efektu. Tak samo z rozbudową elektrowni w Ostrołęce. Zadziałał odruch: „nie, bo nie, obejdzie się bez łaski, rządzimy się sami”. To niebezpieczne sygnały, mogące świadczyć o pełzającym „rozbiciu dzielnicowym” kraju.


IV. Błędy i demobilizacja

Oczywiście, pozostaje też sprawa jakości lokalnych kadr i zwykłych błędów podczas samej kampanii. Jeśli miejscowe struktury przez cztery lata spały, to trudno wymagać od mieszkańców, by nagle dali im kredyt zaufania. Weźmy np. porażkę w Kielcach – tu PiS może „podziękować” swojemu harcownikowi Dominikowi Tarczyńskiemu, który postanowił „przywalić” Bogdanowi Wencie, wyciągając mu, że jako piłkarz ręczny był na „zomowskim” etacie w milicyjnym klubie, a potem przyjął obywatelstwo niemieckie. Co z tego, że to prawda - skutek okazał się odwrotny do zamierzonego, tym bardziej, że Wenta wśród tzw. zwykłych obywateli jest postrzegany przede wszystkim jako znakomity sportowiec i trener będący autorem sukcesów naszej reprezentacji szczypiornistów, którymi jeszcze nie tak dawno ekscytowała się cała Polska. Z kolei w takim Przemyślu PiS-owi odbiła się czkawką ugodowa (by nie rzec dosadniej) polityka wobec Ukrainy, w efekcie czego spektakularny sukces odniósł kandydat Kukiz'15 Wojciech Bakun.

Wreszcie pozostaje kwestia wyczuwalnej demobilizacji elektoratu PiS. Tu możemy mieć pokłosie dwóch spraw: rekonstrukcji rządu, której ofiarą padła uwielbiana wśród prawicowych wyborców Beata Szydło (Morawiecki jest co najwyżej tolerowany jako ciało obce i bankster) oraz kolejnych rejterad: braku repolonizacji mediów, wycofania się z nowelizacji ustawy o IPN czy zapowiedzi dostosowania się do dyktatu TSUE, co oznacza koniec reformy sądownictwa. Pozostaje mieć nadzieję, że ten miejski zimny prysznic skłoni PiS do wyciągnięcia odpowiednich wniosków.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wybory samorządowe – gra o Polskę

Gorzkie zwycięstwo PiS

Czy Pan miłuje Prawo i Sprawiedliwość?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (09-15.11.2018)

poniedziałek, 5 listopada 2018

Czy Pan miłuje Prawo i Sprawiedliwość?

O ile pogłoski o śmierci PSL okazały się przesadzone, o tyle równie przesadne były zapowiedzi zmartwychwstania postkomuny pod przewodem Włodzimierza Czarzastego.

I. Proroczy psalm

Nie odmówię sobie nawiązania na wstępie do próby rozpętania medialnego shitstormu wokół Psalmu 33 ze słowami „Pan miłuje prawo i sprawiedliwość”, śpiewanego podczas Mszy Św. w wyborczą niedzielę 21 października. Kolejne redakcje biły rekordy głupoty, dopatrując się złamania ciszy wyborczej i partyjnej agitacji. Trzeba było dopiero wyjaśnień przedstawicieli Episkopatu i przewodniczącego PKW, którzy musieli tłumaczyć tym cymbałom (ze szczególnym uwzględnieniem „Superstacji”), że dobór czytań z Pisma św. nie zależy od widzimisię jakiegoś księdza czy biskupa, tylko jest „na sztywno” przypisany do kolejnych dni w roku. Reguluje to ustanowiony przez Stolicę Apostolską lekcjonarz, obowiązujący w Kościele Katolickim na całym świecie. Cóż, przynajmniej dziennikarskie lewactwo dowiedziało się czegoś nowego – całe zamieszanie pokazuje jednak stopień kulturowego wykorzenienia tego towarzystwa i poziom obsesji na tle obecności Kościoła w przestrzeni publicznej. Ma to znaczenie o tyle, że te wybory w dużej mierze były samorządowymi tylko z nazwy. O wiele większą wagę, szczególnie w przypadku sejmików i dużych miast, miało symboliczne opowiedzenie się po stronie „PiS lub anty-PiS” - również w aspekcie cywilizacyjno-kulturowym.

Przed nami wprawdzie jeszcze dogrywka, jednak napięcie (może poza Gdańskiem i Krakowem) raczej już opadło, dlatego warto pokusić się o chłodną refleksję tego, co się wydarzyło – korygując przy okazji pewne wnioski formułowane na gorąco, pod wpływem świeżych emocji.

Przede wszystkim, trzeba przyznać, że słowa biblijnego psalmu okazały się prorocze – zwycięstwo PiS jest o wiele większe, niż początkowo się wydawało. W wyborach do sejmików wojewódzkich partia rządząca osiągnęła rezultat 34,13 proc. i tym samym pobiła rekord AWS z 1998 r. (33,32 proc.). Przełożyło się to na 254 miejsca i odebranie palmy pierwszeństwa Platformie Obywatelskiej, która w 2010 r. zdobyła 222 mandaty. Jak już wiemy oznacza to wygraną w 9 województwach i samodzielne rządy w 6 z nich – plus, być może, koalicję z Bezpartyjnymi Samorządowcami w sejmiku dolnośląskim. A zatem, zarówno w liczbach bezwzględnych (PiS w skali kraju zebrało 5 267 667 głosów – kolejny rekord w wyborach samorządowych), jak i procentowo, mamy triumf – i można tylko ubolewać nad kampanijną opieszałością niektórych struktur terenowych, bo władza w kilku kolejnych sejmikach również była na wyciągnięcie ręki.

To jednak jeszcze nie wszystko. Otóż PiS zanotowało również bezprecedensowy wynik w wyborach powiatowych, zwyciężając w 162 powiatach spośród ogólnej liczby 380 (czyli w 43 proc.). To oznacza następny rekord – i tu od razu muszę uderzyć się w piersi, napisałem bowiem przed tygodniem, że na prowincji PiS nie może mierzyć się z PSL. Jak widać może, bowiem ludowcy zachowali władzę jedynie w 40 powiatach.


II. Klęska postkomuny

Warto jeszcze nadmienić, że jeśli chodzi o sejmiki, to na korzyść PiS zagrał chyba podobny mechanizm, jak w wyborach parlamentarnych w 2015 r. Wtedy, jak pamiętamy, samodzielne rządy Zjednoczonej Prawicy zagwarantował niespodziewanie słaby wynik koalicji zgrupowanej wokół SLD, która wylądowała pod ośmioprocentowym progiem wyborczym. Teraz podobnie – lewicowa koalicja padła, paradoksalnie, ofiarą mobilizacji obozu „anty-PiS”, który poparł Koalicję Obywatelską (na rzecz KO SLD straciło 17,5 proc. głosów z 2014 r.). W efekcie, komitet SLD – Lewica Razem uciułał w sejmikach ledwie 11 mandatów – i jedynie w woj. śląskim będzie języczkiem u wagi. Jak to ujął tydzień temu Mirosław Kokoszkiewicz - „opatrzność czuwała”. O ile zatem pogłoski o śmierci PSL okazały się, mimo wyraźnych strat tego ugrupowania, przesadzone - o tyle równie przesadne były zapowiedzi zmartwychwstania postkomuny pod przewodem Włodzimierza Czarzastego.

A skoro wspomnieliśmy o PSL – ludowcy stracili niemal milion głosów (inna sprawa, że w 2014 r. prócz machlojek zagrała na ich korzyść niesławna „książeczka” wyborcza, co dało im znaczącą nadreprezentację). Utrata władzy w sejmikach, w tym w świętokrzyskim „bastionie”, to jedno – lecz równie bolesne jest, że w regionach PSL zostało „wyczyszczone” także na poziomie powiatów. Słowem, tam gdzie wygrało PiS, było to zwycięstwo totalne - rzekłbym nawet, że ponad stan, zważywszy na dysproporcję w liczbie członków obu partii (PiS - 34 508, PSL - 100 320). To zaś dla ludowców oznacza wytrącenie z rąk ich podstawowego atutu – czyli możliwości załatwiania Posad Swoim Ludziom. Mowa nie tylko o krzesłach radnych, ale przede wszystkim o dziesiątkach tysięcy stanowisk urzędniczych czy w przedsiębiorstwach komunalnych. Nie bez przyczyny kilka dni temu na portalu gazeta.pl ukazał się dramatyczny artykuł wieszczący czystkę kadrową w przejętych przez PiS województwach. A warto zauważyć, że dla PSL-owców te posady mają nie tylko znaczenie materialne – to również symbol awansu społecznego. Przez ostatnie lata zdążyli przyzwyczaić się do garniturów i garsonek, pokończyli różne kursy, ustawili krewnych i znajomych – a teraz co? Owszem, zapewne zostało im jeszcze całkiem sporo gmin, ale przecież dla wszystkich stanowisk nie wystarczy. Przewiduję płacz i frustrację – a dla „peselu” utrata marki „dobrego pracodawcy” może być początkiem końca.


III. Przed maratonem 2019

Dla odmiany, PiS w stosunku do 2014 r. zyskało ponad 2 mln. głosów – i jest to dobra odskocznia przed wyborami parlamentarnymi. Wprawdzie w porównaniu z 2015 r. mamy ubytek ok. 450 tys. głosów (5 267 667 przy 5 711 671 w 2015), lecz z kolei KO straciła w stosunku do łącznego wyniku Platformy i Nowoczesnej aż 750 tys. głosów, na dodatek sondażowe przepływy elektoratu wg exit polls pokazują, że elektorat PiS jest o wiele bardziej stabilny, co nieźle rokuje na przyszłość.

Ale, żeby nie było tak słodko – w tzw. miastach prezydenckich PiS poniosło klęskę. Druga tura wprawdzie jeszcze przed nami lecz patrząc realistycznie, PiS ma szanse może na kilkanaście prezydenckich foteli spośród 107. Podkreślmy – nie chodzi o największe metropolie, ale przeważnie o ośrodki średniej wielkości. Jest to niewątpliwie lekcja do odrobienia i sądzę, że kierownictwo partii powinno przyjrzeć się uważnie lokalnym oddziałom – z opcją radykalnego „przewietrzenia”. Co ciekawe, transfery socjalne oraz lokalne inwestycje niekoniecznie mają wpływ na polityczne wybory mieszkańców – teoretycznie program 500+ powinien zmobilizować np. beneficjentów z warmińsko-mazurskiego czy zachodniopomorskiego. Okazało się, że nic z tych rzeczy. Pouczający jest też przypadek Świnoujścia – mimo inwestycji w gazoport i „klepnięcia” budowy tunelu pod Świną, PiS w tym mieście przegrało.

I tu dotykamy wspomnianego na wstępie aspektu cywilizacyjnego. Najwyraźniej, nie tylko wielkie miasta postrzegają PiS jako element „prowincjonalny” i kulturowo obcy – również te średnie mają swoje wielkomiejskie i „europejskie” aspiracje. Dodatkową specyfiką jest głosowanie na kandydatów „niezależnych”, demonstracyjnie odcinających się od partyjnych szyldów. Warto zwrócić uwagę na przykład Katowic, gdzie PiS „podłączyło się” pod bezpartyjnego kandydata – inaczej nie byłoby sukcesu. Jak przekonać do siebie ten segment elektoratu – oto zagadka, którą sztabowcy PiS będą musieli rozwikłać, bo o ile metropolie nie muszą mieć decydującego wpływu na wynik w skali ogólnopolskiej, to już łączny rezultat w dużych i średnich miastach może zaważyć na końcowym sukcesie bądź porażce.

A już za moment czeka nas kolejna poważna batalia o przyszłość Polski – i to nie tylko o utrzymanie samodzielnych rządów obozu patriotycznego. Również wiosenne wybory do Parlamentu Europejskiego są ważne jak nigdy wcześniej, bowiem za sprawą rosnących w siłę ugrupowań antysystemowych szykuje się możliwość przemeblowania europejskiej sceny politycznej w pożądanym przez nas kierunku. Biorąc to pod uwagę, mocna reprezentacja PiS mogłaby znacząco przyczynić się do poprawy pozycji Polski w trudnych relacjach z Brukselą.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wybory samorządowe – gra o Polskę

Gorzkie zwycięstwo PiS


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (02-08.11.2018)

poniedziałek, 29 października 2018

Gorzkie zwycięstwo PiS

Zamiast wzmożenia prawicowego elektoratu nastąpiło uśpienie - zmobilizowała się natomiast druga strona.

I. W terenie bez zmian

Zgodnie z moimi obawami sprzed tygodnia, wybory samorządowe nie przyniosły zasadniczego przełomu. Wg sondażu late poll pracowni Ipsos (dane z losowo wybranych komisji wyborczych) PiS osiągnęło w skali kraju 33 proc., Koalicja Obywatelska – 26,7, PSL – 13,6. Przełożyło się to na zwycięstwo PiS w 9 województwach – w 1/3 jest to jednak triumf symboliczny. W momencie, gdy piszę te słowa, Prawo i Sprawiedliwość na samodzielne rządy może liczyć w 6 sejmikach – podkarpackim, podlaskim, małopolskim, lubelskim, łódzkim i świętokrzyskim. Być może uda się jeszcze gdzieś sklecić koalicję, ale póki co, w stosunku do wyborów z 2014, PiS udało się odwojować pięć regionów – w pozostałych KO z PSL wspólnymi siłami są w stanie przelicytować partię rządzącą. Krótko mówiąc, mimo poprawy wyniku z 2014 o ponad 6 pkt. proc. historia się powtarza – PiS swą wygraną będzie w stanie skonsumować w stosunkowo niewielkim stopniu, a w terenie przeważnie wszystko zostanie po staremu (10 z 16 sejmików zachowa status quo). Widać wyraźnie, że aby osiągnąć realny polityczny sukces, należało co najmniej powtórzyć wynik z wyborów parlamentarnych (37,58 proc.), a najlepiej – poprawić go. Tymczasem, nastąpił tu regres o niemal 5 pkt. proc., do czego walnie przyczynił się dwucyfrowy wynik PSL. Partia ta z reguły jest nadreprezentowana w samorządach, co zawdzięcza silnemu zakorzenieniu w terenie. Za rok, w wyborach do Sejmu, z pewnością nawet nie zbliży się do podobnego rezultatu, niemniej pogłoski o śmierci ludowców okazały się stanowczo przesadzone.


A zatem, mamy pewien postęp, lecz osiągnięty wynik jest zdecydowanie słabszy, niż mógłby być – a już na pewno jest poniżej oczekiwań, o czym świadczy również nader powściągliwa reakcja Jarosława Kaczyńskiego, który w swym wystąpieniu podkreślił przede wszystkim ogrom pracy czekającej jego ugrupowanie przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. Trzeba dodać jeszcze zdecydowaną porażkę w wielkich miastach - poza Gdańskiem i Krakowem kandydaci PiS polegli już w I turze.


II. PSL złapało drugi oddech

Nieskrywaną intencją Prawa i Sprawiedliwości w kampanii wyborczej było ostateczne znokautowanie PSL i wydarcie Polski gminno-powiatowej z rąk tego bodaj najbardziej szkodliwego ugrupowania. To się zdecydowanie nie udało, na prowincji obroniły się stare układy, co ludowcy zawdzięczają w dużej mierze rozbudowanym, zasiedziałym strukturom i związaną z tym zdolnością do realizacji swego jedynego prawdziwego programu – Posady Swoim Ludziom. PSL to po prostu liczący się pracodawca z rzeszą wiernych beneficjentów. Ale koniecznie trzeba tu zaznaczyć, że sukces ludowców jest również pokłosiem błędów i zaniechań PiS z ostatnich lat. Po pierwsze, mści się sposób budowania partii jako ugrupowania „kadrowego”, zamiast „partii masowej”. Przekłada się to na stosunkowo niewielką liczbę członków i związaną z tym słabość organizacyjną w terenie. Na prowincji PiS do PSL-u zwyczajnie „nie ma wstanu”. Druga rzecz, to szereg niefortunnych posunięć, z których wymieniłbym trzy podstawowe: zbyt restrykcyjna ustawa o obrocie ziemią, utrudniająca rolnikom zbywanie i poszerzanie gospodarstw; absurdalny projekt ustawy o ochronie zwierząt forsowany przez Krzysztofa Czabańskiego; no i wreszcie brak reformy skupu płodów rolnych opanowanego dziś przez kartel pośredników z zagranicznym kapitałem.


Spójrzmy na to oczyma rolnika: hodowla zwierząt futerkowych jest jedną z nielicznych branży, gdzie Polska należy do światowych potentatów. I na to przychodzi jakiś nawiedzony wegetarianin pragnący jednym pociągnięciem pióra, z czysto ideologicznych pobudek, zniszczyć dorobek tysięcy przedsiębiorców.
Takie postępowanie się mści i PiS zapłaciło rachunek za lewackie szajby Czabańskiego – co gorsza, przeprowadzane przy osobistym poparciu Jarosława Kaczyńskiego. Kolejna sprawa, to tzw. malina-gate, czyli wysyłanie przy poparciu rządu sadzonek malin na Ukrainę wraz z organizowaniem fachowych szkoleń dla tamtejszych plantatorów. Ja wiem, że w gruncie rzeczy ta akcja miała rozmiary symboliczne, lecz polityka i ludzkie emocje mają to do siebie, że przez takie drobiazgi można przerżnąć wybory. W tym roku mieliśmy kryzys na rynku owoców miękkich – i w takim momencie rolnik, który nie mógł sprzedać swoich malin po godziwej cenie usłyszał, że rząd będzie wspomagał zagraniczną konkurencję. Po takim sygnale krew zalewa człowieka, a ręce same wyciągają się po widły.


Skutek powyższego jest taki, że PiS w oczach znacznej części mieszkańców polskiej wsi wciąż pozostaje ugrupowaniem „miastowych” - z „miastowymi” fanaberiami w rodzaju załamywania rąk nad losem biednych norek. A „pesel” to zawsze „pesel” - miejscowi, swoi. Lepszego prezentu PiS nie mogło zrobić konkurencji i PSL skrzętnie go wykorzystało.
W efekcie, PiS przegrało władzę w szeregu sejmików i wielu małych miejscowościach w dużej mierze na własne życzenie. Wybory, które miały złożyć ludowców do grobu, dały im drugi oddech, a samorządowe sitwy czekają kolejne cztery spokojne lata.


III. Błędy kampanii

Roztrząsając wynik wyborczy trzeba też powiedzieć co nieco o samej kampanii. Otóż sądzę, że na notowaniach PiS w znaczący sposób zaważyła jazgotliwa i toporna propaganda sukcesu uprawiana przez rządową telewizję Jacka Kurskiego, z którą ścigały się sprzyjające władzy tytuły prasowe prezentujące linię już nawet nie „prawicową” czy „tożsamościową”, ile po prostu partyjną. Oczywiście rozumiem, że za hojne futrowanie reklamami spółek Skarbu Państwa wypada się odwdzięczyć, lecz funkcjonariusze agit-propu zwyczajnie przedobrzyli, wyświadczając tym samym PiS niedźwiedzią przysługę. Dzień w dzień trwało napawanie się coraz bardziej bombastycznymi sondażami w których PiS „miażdżył” rywali, do tego stały przekaz w którym partia rządząca była nieodmiennie fantastyczna i bez wad, a bruździła jedynie „targowica i zagranica”. Na wytykanie błędów i wpadek, a nawet na życzliwą, konstruktywną krytykę nie było miejsca. Kto zgłaszał jakieś zastrzeżenia – ten defetysta, albo zgoła „ruski agent”. Na dłuższą metę taka monotonna młócka jest po prostu nie do zniesienia, co potwierdza dramatycznie malejąca sprzedaż prawicowych tygodników opinii (z wyjątkiem „Warszawskiej Gazety”, za co jesteśmy naszym Czytelnikom nieodmiennie wdzięczni). Efekt? Zamiast wzmożenia prawicowego elektoratu nastąpiło uśpienie, bo „nasi” wszak mają zwycięstwo w kieszeni... Natomiast zmobilizowała się druga strona, co ewidentnie widać po frekwencji (54 proc. przy 47 proc. w 2014) - bo za wszelką cenę trzeba było „powstrzymać PiS”. Inna sprawa, że sondaże faktycznie były dość optymistyczne, więcej – o ile wcześniej PiS w badaniach było z reguły niedoszacowane, to tym razem sytuacja była odwrotna. Czyżby sondażownie chciały w ten sposób zdemobilizować prawicowych wyborców?


No i wreszcie błędy samego PiS i jego kandydatów.
Spot wyborczy z uchodźcami był klasycznym strzałem w kolano. Podejrzewam, że ludzie potraktowali go jako cyniczną, nachalną próbę odgrzania emocji z 2015 r. - stojącą ponadto w sprzeczności z polityką rządu Morawieckiego ściągającego na potęgę imigrantów zarobkowych, również z krajów egzotycznych, co przecież widać na co dzień na ulicach. Z kolei Patryk Jaki przeszarżował z totalną krytyką stanu Warszawy, co zostało odebrane jako dezawuowanie nie tylko HG-W, ale również samych warszawiaków, którzy trzykrotnie ją wybrali. Próba „delegalizacji” Hanny Zdanowskiej w Łodzi została potraktowana jako brutalne usiłowanie ręcznego sterowania wyborami, co wręcz idealnie pokrywało się z lansowanym przez opozycję wizerunkiem PiS jako partii zamordystów, więc wyborcy w odruchu sprzeciwu zagłosowali „na przekór”. A jeszcze można dodać lekceważenie własnego, twardego elektoratu przejawiające się w braku rozliczeń poprzedniej władzy czy dziwnym meandrowaniu w kierunku mitycznego centrum...


Skutkiem jest wynik poniżej możliwości. To wprawdzie wciąż zwycięstwo - ale zwycięstwo cokolwiek gorzkie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Wybory samorządowe – gra o Polskę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (26.10-01.11.2018)

poniedziałek, 22 października 2018

Wybory samorządowe – gra o Polskę

Celem podstawowym jest wyrwanie Polski z łap skorumpowanej, lokalnej „magnaterii” - od gminy po województwo.

I. Rozbić lokalne sitwy

Nie da się ukryć, że z perspektywy obozu rządzącego wybory samorządowe są najtrudniejsze, z kolei dla opozycji – najłatwiejsze. Mamy tu prosty mechanizm – PiS, aby ugruntować swą polityczną dominację niejako skazany jest na grę o pełną stawkę, szczególnie w przypadku sejmików wojewódzkich, nie zaniedbując jednocześnie prestiżowych wielkich miast i Polski gminno-powiatowej. Każda z tych batalii najeżona jest trudnościami. W przypadku najniższych szczebli samorządowej drabiny partia zmuszona jest do ogromnego wysiłku kadrowo-organizacyjnego: wystawienia w tysiącach gmin i setkach powiatów silnych, sensownych drużyn, złożonych z osób rozpoznawalnych i pozytywnie odbieranych w terenie. Tu raczej nie sprawdzają się „spadochroniarze”, ratujący często sytuację w wyborach parlamentarnych, w których listę może ciągnąć jakiś popularny, znany z mediów polityk.

Problem w tym, że PiS-owi daleko do partii masowej – taka szansa była po katastrofie smoleńskiej, kiedy to lokalne biura partyjne przeżyły szturm chętnych do włączenia się w publiczną działalność. Szturm, dodajmy, odparty przez terenowe oddziały, dla których nowi członkowie byli tylko kłopotem, a nawet zagrożeniem dla wypracowanych latami układów sił i podwieszeń. Podobnie było w przypadku kolejnych wyborów parlamentarnych i samorządowych, gdy konsekwentnie spławiano ochotniczych kandydatów na mężów zaufania. Powstały wówczas Ruch Kontroli Wyborów długo musiał się dobijać, by nawiązać jakąkolwiek współpracę z oficjalnymi strukturami partii. W efekcie PiS liczy dziś razem z młodzieżówką 34 508 członków, co daje niespełna 14 działaczy na gminę i nieco ponad 90 na powiat. Słabo, a jeśli weźmiemy pod uwagę nieznaną liczbę „martwych dusz” - wyjątkowo słabo. Stąd silna jest pokusa, by kaptować ludzi z zewnątrz, co niesie ze sobą ryzyko, że pod szyldem PiS-u dojdą do władzy ludzie zaplątani w lokalne „układy zamknięte”, a partia będzie musiała później pić naważone przez nich piwo, tracąc zaufanie w oczach miejscowych społeczności. Nie od dziś wiadomo, że zmorą Polski lokalnej są rodzinno-towarzysko-biznesowe sitwy okupujące pod różnymi szyldami lokalne instytucje, co przekłada się na pokaźne armie uzależnionych bytowo wyborców. Zwyciężyć z nimi, przy szczupłych zasobach kadrowych (abstrahując już od jakości tychże kadr) jest bardzo trudno, za to przegrać bardzo łatwo – co media obozu „antypisowskiego” nie omieszkają przekuć na narrację, że partia rządząca nie powiększa lub zgoła traci swój stan posiadania na polskiej prowincji.


II. Sejmiki – batalia o Polskę

W przypadku sejmików wojewódzkich, do których wybory najbardziej przypominają te parlamentarne (głosuje się na listy partyjne), sytuacja jest równie poważna – niemal wszędzie Prawo i Sprawiedliwość musiałoby uzyskać samodzielną większość. W przeciwnym razie będziemy mieli do czynienia z sytuacją, w której PiS nominalnie będzie zwycięzcą, ale pozostałe ugrupowania stworzą blokującą koalicję i wszystko zostanie po staremu. A jest czego bronić, bo sejmiki to nie tylko kolejne posady ratujące tyłki odsuniętym gdzie indziej od żłoba działaczom, lecz przede wszystkim ogromne pieniądze, którymi można wspierać „zaprzyjaźnione” samorządy, kreując w ten sposób w terenie mit „dobrych gospodarzy” i gwarantując „swoim” wybór na kolejną kadencję. Tu batalia będzie na noże. Obecnie PiS rządzi jedynie w sejmiku podkarpackim, mimo że w 2014 wygrało w sumie w pięciu województwach, notując zarazem najlepszy wynik w skali kraju. Na Podkarpaciu PiS dostało ponad 43 proc. głosów – i właśnie poparcie oscylujące w tych granicach jest niezbędne do samodzielnych rządów. Przykładowo, w Małopolsce, gdzie PiS osiągnęło ponad 36 proc., w sejmiku stworzono koalicję PO-PSL-SLD i było pozamiatane. To obrazuje skalę trudności, bowiem na dzień dzisiejszy trudno liczyć na zawiązanie w poszczególnych sejmikach „pisowskich” koalicji.

Na dodatek, wybory do sejmików zwykło się traktować jako odzwierciedlenie szerszych trendów politycznych i prefigurację wyborów parlamentarnych. Gra więc toczy się również o podtrzymanie wizerunku partii zwycięskiej – a wyborcy lubią zwycięzców. Niezwykle istotny w tym kontekście będzie wynik poszczególnych partii w skali ogólnopolskiej – da on bowiem wskazówki, czy PiS po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych będzie w stanie utrzymać samodzielne rządy, a może nawet zbliżyć się do większości konstytucyjnej. I tu znów „opozycja totalna” ma ułatwione zadanie – wystarczy względna porażka partii rządzącej, by obóz anty-PiS nabrał wiatru w żagle.


III. Wielkie miasta – „lemingrady”

No i wreszcie zostają największe miasta typu Warszawa, Poznań, Kraków, Łódź, Wrocław czy Gdańsk. Tutaj „totalni” w zasadzie już ogłosili zwycięstwo – i nie bez podstaw, zważywszy na specyficzny elektorat, znacząco różniący się od reszty Polski. Dominuje tu mentalność liberalno-lewicowa, podszyta swoistym „kompleksem słoika” - im ktoś jest nowszym mieszkańcem aglomeracji, tym bardziej stara się udowodnić, że nie ma nic wspólnego z prowincjonalnym „zaściankiem”, a i starzy mieszkańcy jako probierz swego wielkomiejskiego statusu traktują nader często zestaw „właściwych” i „europejskich” poglądów. Ponadto lubią samych siebie postrzegać jako „ludzi sukcesu”, niechby jedynie symbolicznego – nawet jeżeli miarą owego „sukcesu” jest tyranie w „korpo” i mieszkanie na kredyt aż do śmierci, a po spłacie comiesięcznej raty ledwie wystarcza do pierwszego. Ci ludzie prędzej przegryzą sobie żyły, niż zagłosują na „pisiora” - bo zachwiałoby to ich poczuciem przynależności do „lepszego” i „nowoczesnego” świata.

Dodatkowo charakteryzuje ich (przynajmniej werbalnie) korwinistyczno-balcerowiczowskie podejście do spraw socjalnych i ekonomicznych, na granicy darwinizmu społecznego. W skrócie: każdy jest kowalem własnego losu, jeśli komuś się nie udało, to pewnie za mało się starał, „nierobom” nic się nie należy (zwłaszcza z „moich podatków”), a „pięćsetplusy” to patologia przekupiona kiełbasą wyborczą. Wprawdzie sami również owo „pięćset” biorą, ale po pierwsze – im akurat „się należy” (bo „odzyskują” w ten sposób „swoje podatki”), po drugie zaś – biorą z wewnętrzną odrazą i poczuciem upokorzenia, że muszą dzielić to świadczenie z „patologią” (nienawidzą więc PiS-u jeszcze bardziej). Owładnięci „przymusem sukcesu” w życiu nie przyznają, że polityka społeczna rządu w czymkolwiek im pomogła – bo oznaczałoby to przyznanie się do osobistej porażki, ponadto zagłosowanie na „pisiora” zdegradowałoby ich we własnych oczach do poziomu „Januszy” i „Grażyn”. Ta wpojona im atawistyczna nienawiść jest nie do zwalczenia, więc PiS w dużych ośrodkach musi się starać o przyzwoity wynik głównych kandydatów (już to będzie jakąś wygraną) oraz mocną reprezentację w radach miejskich i poszczególnych dzielnic. Na szczęście, wyborów powszechnych nie wygrywa się w wielkich miastach, mają one jedynie wartość prestiżową.


IV. Odzyskać Polskę

Na zakończenie, warto jeszcze raz podkreślić o co toczy się gra. To mit, że PiS dysponuje w Polsce „pełnią władzy”. PiS ma jedynie w rękach władzę centralną, poza którą są olbrzymie obszary rządzone po dziś dzień przez stare, przeżarte patologiami układy – często decydujące o jakości życia milionów Polaków. Np. sejmik województwa pomorskiego usiłuje blokować przekop Mierzei Wiślanej, włodarze poszczególnych jednostek samorządowych prowadzą własną politykę (również zagraniczną – jak we Wrocławiu czy Gdańsku), co w praktyce przekłada się na pełzające rozbicie dzielnicowe. W dalszej perspektywie warto rozważyć likwidację sejmików wojewódzkich (kuriozalny system dwuwładzy w regionach), powiatów (zamęt kompetencyjny) i wprowadzenie dwukadencyjności władz samorządowych. Póki co jednak, celem podstawowym jest wyrwanie Polski z łap skorumpowanej, lokalnej „magnaterii” - od gminy po województwo. Bez tego każda próba realnej sanacji kraju będzie buksowała w bagnie obstrukcyjnego „imposybilizmu”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Pełzające rozbicie dzielnicowe


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (19-25.10.2018)