Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Kurski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Kurski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

„Kura” wyleciał z kurnika?

Większość elektoratu PiS głosuje na tę partię nie dzięki Kurskiemu, ale POMIMO tej topornej i paździerzowej sieczki serwowanej przez „Kurę” i jego podwładnych.

I. Łańcuch błędów

Zagadka: co się robi w momencie, gdy na dobre rozkręca się kampania wyborcza? Odpowiedź: wywołuje się wojenkę domową we własnym obozie politycznym. Do takich wniosków można dojść obserwując awanturę wokół podpisania przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy abonamentowej i dymisji Jacka Kurskiego. Ostatni raz tak spektakularne i rozgrywane na oczach opinii publicznej frontalne starcie w obozie władzy mieliśmy przy okazji sporu pałac prezydencki – rząd, zakończonego dymisją Antoniego Macierewicza. Tyle, że wtedy PiS nie miał na karku kluczowych wyborów. Teraz buldogi znów wylazły spod dywanu i zaczęły się żreć na oczach wyborców. Ktoś chyba doszedł do wniosku, że jest za dobrze i trzeba sobie pogorszyć notowania. Zwróćmy uwagę - „totalnej opozycji” udało się sprawić rękoma samego PiS, by kwestia rekompensaty dla mediów publicznych, będąca dotąd sporem na linii rząd-opozycja, przekształciła się w wewnętrzny konflikt w szeregach Zjednoczonej Prawicy. Mistrzowie, po prostu mistrzowie...

Mamy tutaj do czynienia z całym łańcuchem błędów. Błędem numer jeden było procedowanie ustawy o rekompensacie dla mediów publicznych w przededniu kampanii prezydenckiej. Nikt nie przewidział konfliktogennego potencjału takiego ruchu? Owszem, TVP i Polskiemu Radiu należy się wyrównanie utraconych wpływów z abonamentu – ale tę sprawę trzeba było załatwić albo zaraz po wyborach parlamentarnych, albo poczekać z nią do zakończenia wyborów prezydenckich. Przez te kilka miesięcy TVP by nie zbankrutowała – w ostateczności mogłaby się poratować linią kredytową w banku. Tymczasem PiS podał opozycji na tacy znakomity temat do „grzania”, na dodatek okraszony bonusem w postaci „palca” posłanki Lichockiej. Wymarzony pretekst do urządzania demagogicznej małpiarni, co opozycja natychmiast wykorzystała, podbijając stawkę nośnym społecznie żądaniem przekazania tych 1,95 mld. zł. „na onkologię” (przy czym do opinii publicznej jakoś nie przebiła się informacja, że „zapomoga” dla mediów publicznych zostanie wypłacona nie jako żywa gotówka, lecz w formie obligacji do spieniężenia w kolejnych transzach).

Błędem numer dwa było podesłanie uchwalonej w takiej atmosferze ustawy rozpoczynającemu kampanię Andrzejowi Dudzie „do wykonu”, nawet bez prób pozorowania jakichkolwiek konsultacji. To ważne, bo taka symboliczna nasiadówka w Pałacu Prezydenckim stanowiłaby komunikat, że ustawa jest efektem szerokiego porozumienia w obozie władzy. Można było nawet urządzić teatrzyk, na zasadzie – rząd/parlament chce dla TVP, dajmy na to, 3 mld. zł., na co Duda odpowiada – nie, to za dużo, dajmy 2 mld. I w ten sposób kwota, jaka miała i tak od początku trafić do państwowych mediów, jawiłaby się jako efekt kompromisu, co pozwoliłoby Andrzejowi Dudzie zaznaczyć swą podmiotowość i zachować twarz. Tymczasem PiS postawił stojącego u progu kampanii prezydenta w wyjątkowo niezręcznej sytuacji, podsyłając mu „zgniłe jajeczko” i traktując go tym samym niczym „Adriana” - „człowieka-długopis” rodem z memów „Soku z Buraka”.

Na powyższe nakłada się dodatkowo „błąd pierworodny” - czyli chroniczna niemożność uchwalenia ustawy medialnej, która załatwiłaby kwestię finansowania i statusu publicznych mediów raz na zawsze, bez konieczności corocznej łataniny ich budżetu subwencjami (bo rekompensaty przyznawano również w poprzednich latach). Była na to cała kadencja, a zajmować się tym miał osobiście szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański.


II. „Kurnik” TVP

Żeby nie było, że odpowiedzialnością obarczam jedynie stronę partyjno-rządową. Andrzej Duda również mógł się powstrzymać przed żądaniem dymisji Jacka Kurskiego, a ustawę chociażby skierować do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie przeczekałaby sobie spokojnie do końca maja. Ale nie – nagła szansa na uwalenie nielubianego „Kury” okazała się zbyt kusząca. Kto wie, kiedy znów trafiłaby się taka okazja? Bóg mi świadkiem, że nie należę, delikatnie mówiąc, do fanów Jacka Kurskiego i topornego stylu jaki prezentuje zarządzana przez niego TVP – ale moment, podobnie jak z uchwaleniem ustawy abonamentowej, był najgorszy z możliwych.

Generalnie, wokół TVP i Kurskiego zbiegają się linie najróżniejszych podziałów i sprzecznych interesów. Do zaprzysięgłych wrogów Kurskiego należą chociażby wspomniany wyżej Krzysztof Czabański i Joanna Lichocka (członek pięcioosobowej Rady Mediów Narodowych). Przypomnijmy, że ta dwójka już w sierpniu 2016 r. usiłowała przeprowadzić medialny „pucz”, doprowadzając do odwołania Jacka Kurskiego z funkcji prezesa TVP. Trzeba było osobistej interwencji Jarosława Kaczyńskiego, by RMN wycofała się rakiem ze swej decyzji i to w dość kuriozalny sposób: formalnie odwołany Kurski pozostał p.o. prezesa do czasu „konkursu” na stanowisko szefa TVP, który to „konkurs” wygrał – cóż za niespodzianka – tenże Jacek Kurski... Nic więc dziwnego, że od tamtego blamażu stronnictwo Czabańskiego dyszało żądzą zemsty – a że Andrzej Duda dał im sposobność, by „Kurę” utrącić, to skwapliwie z niej skorzystali. Czabański w ekspresowym tempie zarządził korespondencyjne głosowanie – i wszystkich pięciu członków Rady Mediów Narodowych zagłosowało za odwołaniem prezesa TVP. Wytworzył się przy tym egzotyczny sojusz między „pisowcami”, a przedstawicielami opozycji – Juliuszem Braunem i Grzegorzem Podżornym (z ramienia Kukiz'15). Fajnie się bawią, nie ma co...

Komu natomiast potrzebna była „kurska” TVP? Przede wszystkim okołopisowskim ośrodkom medialnym, które z dotychczasowego rozdania czerpały swoje partykularne korzyści – to ich przedstawiciele brylowali na antenie, reklamując przy tym siłą rzeczy swoje media. Wystarczy prześledzić z których redakcji w ostatnim czasie podnosiły się najmocniejsze głosy w obronie aktualnego układu. Z całą pewnością natomiast TVP w swej obecnej formule nie była potrzebna widzom – również elektoratowi PiS (który i bez tego ma sprecyzowane poglądy), a już w szczególności mitycznemu „umiarkowanemu wyborcy”. Większość elektoratu PiS głosuje na tę partię nie dzięki Kurskiemu, ale POMIMO tej topornej i paździerzowej sieczki serwowanej przez „Kurę” i jego podwładnych. Wszystkie badania pokazują, że elektorat PiS (w odróżnieniu od wyborców „totalnych”, nie oglądających niczego poza TVN) jest najbardziej pluralistyczny i otwarty - ogląda nie tylko „Wiadomości”, ale również „Fakty” TVN i „Wydarzenia” Polsatu. Słowem, konfrontuje różne punkty widzenia i nie pozwala robić sobie wody z mózgu. Traktowanie tych ludzi jak „ciemnego ludu”, któremu trzeba wbić partyjny przekaz do głów młotkiem, jest dla nich zwyczajnie obraźliwe. Biorąc to pod uwagę, nie dziwi, że Andrzej Duda wolał się od „kurnika” TVP dystansować (zresztą z wzajemnością).


III. Bądźmy mądrzejsi od politykierów

Zadziwiająca jest przy tym słabość, jaką ma do Kurskiego Jarosław Kaczyński, który najwyraźniej wierzy, że taka medialna kłonica jest niezbędna do mobilizowania „żelaznego elektoratu”. Rzecz zdumiewająca tym bardziej, że jak dotąd jedyną namacalną „zasługą” Kurskiego było... wypromowanie Konfederacji – czyli konkurenta przełamującego monopol PiS po prawej stronie. Jego TVP bojkotowała i oczerniała polityków „Konfy” tak konsekwentnie, że w końcu osiągnęła efekt przeciwny do zamierzonego. Kaczyński dotąd zdawał się pozostawać na to wszystko ślepy - ale nawet Naczelnik musiał jednak poświęcić swego protegowanego w imię zażegnania politycznego kryzysu.

Cały ten konflikt pokazuje, jak wiele złej krwi nagromadziło się w minionych latach w obozie Zjednoczonej Prawicy. Tam literalnie nikt nikomu nie ufa, poszczególne frakcje gryzą się między sobą jak wściekłe psy – i wystarczył stosunkowo niewielki detonator, by wszystko to wylało się na widok publiczny. Jeżeli poszczególnych politykierów i koterii nie powstrzymała przed skoczeniem sobie do oczu nawet perspektywa absolutnie kluczowych wyborów, to znaczy, że jest naprawdę niedobrze – i cała nadzieja, że w maju wyborcy okażą się mądrzejsi od własnych wybrańców.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Lichocka do szafy!

Finansowanie mediów publicznych – do zmiany

Media państwowe, nie „publiczne”

Zrobieni w abonament


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (13-19.03.2020)

niedziela, 20 października 2019

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie

PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


I. Mało brakowało

O mały włos... Naprawdę, niewiele brakowało, by Zjednoczona Prawica pożegnała się z samodzielną większością w Sejmie. Ostatecznie udało się zachować stan posiadania z 2015 r. - czyli 235 mandatów. I to jest niewątpliwie sukces – przy największej od 1989 r. frekwencji (61,74 proc.) ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego zdobyło nowych wyborców (43,59 proc. przy 37,58 proc. w 2015 r.), zyskując 6,1 pkt. proc. W liczbach bezwzględnych – w 2015 r. na PiS głosowało 5 711 687 wyborców, zaś w 2019 - 8 051 935, co oznacza przyrost głosów o 2 340 248. Można więc powiedzieć, że plan minimum został wykonany. Jednocześnie jednak nie da się ukryć, że apetyty były dużo większe i liczono na znaczący przyrost miejsc z Sejmie. Dał temu zresztą wyraz w swym wystąpieniu Jarosław Kaczyński, mówiąc „otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”, w innym miejscu stwierdzając z kolei, iż jego partię czeka refleksja nad tym „co spowodowało, że poważna część społeczeństwa jednak uznała, że nie należy nas popierać”. A jest się nad czym zastanawiać – warto tu przypomnieć pogłębione badanie socjologiczne pt. „Polityczny cynizm Polaków”, które omawiam szerzej w bieżącym wydaniu „Polski Niepodległej”. Wg tego badania, twardy elektorat PiS wynosi obecnie 35 proc., zaś „elektorat rezerwuarowy” to kolejne 20 proc. - czyli łącznie 55 proc. Z tych „rezerw” PiS-owi udało się pozyskać 8,59 proc., a więc mniej niż połowę. Wystarczyło, by obronić dotychczasową pozycję – ale tylko tyle. Czyli, niby „pykło”, lecz jakoś nie do końca. Autorzy przywołanego badania zwracali uwagę, że „rezerwowy” elektorat PiS rzadziej chodzi do wyborów, niż analogiczne elektoraty ugrupowań opozycyjnych, co znajdowało potwierdzenie w późniejszych sondażach wskazujących na demobilizację wyborców Zjednoczonej Prawicy. W najbliższym czasie obóz rządzący czeka więc poważna orka nad aktywizacją potencjalnych zwolenników, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów prezydenckich, bo wbrew pozorom druga kadencja Andrzeja Dudy wcale nie jest przesądzona.

W Sejmie jednak PiS przynajmniej się obronił. Nie da się natomiast usprawiedliwić porażki w Senacie. W 2015 r. PiS wprowadził 61 senatorów, by w tej kadencji stracić 12 miejsc i tym samym większość w izbie wyższej parlamentu. To oczywiście nie jest jeszcze tragedia, ale może spełnić się scenariusz o którym pisałem przed tygodniem - „izba refleksji” może zostać zamieniona przez „totalną opozycję” w „izbę obstrukcji”. W kluczowych sprawach trzeba będzie się zmagać z próbami sabotowania ustaw, wszystko będzie szło o wiele wolniej. Tu trzeba zauważyć, że nawet tzw. „senatorowie niezależni” wywodzą się z obozu opozycyjnego, więc naprawdę ciężko będzie ciułać głosy dla poszczególnych projektów. Odnoszę wrażenie, że PiS rzucił wszystkie siły w kampanii na odcinek sejmowy, licząc iż przewagę w Senacie osiągnie siłą rozpędu. Tymczasem na tym froncie partie opozycyjne zwarły szyki, wystawiając w ramach „paktu senackiego” w większości okręgów jednego kandydata, by nie rozpraszać głosów – i ta taktyka się sprawdziła.

Dodatkowo, w wyborach do Sejmu obóz „anty-PiS” (PO-KO, Lewica, PSL) uzyskał w skali kraju łącznie 8 958 824 głosy – a więc o ponad 900 tys. więcej od Zjednoczonej Prawicy. Jeśli doliczyć Konfederację z 1 256 953 głosami, przewaga wynosi grubo ponad 2 miliony. PiS może dać na mszę w intencji metody d'Hondta premiującej największe ugrupowania.


II. Przełamanie duopolu

No właśnie, jaki szerszy obraz wyłania się z tych wyborów? Przede wszystkim okazuje się, że Polacy nie życzą sobie systemu dwupartyjnego. Polityczny duopol i wieczna nawalanka na linii PiS-PO dla wielu stała się zwyczajnie nużąca, co zaowocowało „kontrolnym” oddaniem głosu na którąś z alternatywnych opcji. Świadczy o tym nie tylko dwucyfrowy wynik lewicy startującej pod szyldem SLD (12,56 proc.), ale nadspodziewany sukces PSL z Kukizem (8,55 proc.), a nade wszystko Konfederacji (6,81 proc.). Ta ostatnia dwójka to chyba największe zaskoczenie. Okazało się, że wbrew moim nadziejom Kukiz nie pogrzebał ludowców i ten fenomen godzien jest osobnych analiz.

No i wreszcie Konfederacja – wydawało się, że wysoka frekwencja pogrzebie antysystemowców, którzy dotąd nie byli w stanie przebić szklanego sufitu kilkuset tysięcy głosów. Swój triumf (bo tak należy na to patrzeć) konfederaci zawdzięczają przede wszystkim mobilizacji najmłodszego elektoratu (18-29 lat) – z tej grupy wiekowej zagłosowało na nich ponad 20 proc., co jest trzecim wynikiem po PiS i KO. I tu nie tyle kamyczek, co wręcz głaz należy wrzucić do propagandowego aparatu PiS. Stawiam tezę, że do sukcesu Konfederacji walnie przyczyniła się przaśna, toporna propaganda TVP Jacka Kurskiego. Bojkotowanie, jak by nie było, ogólnopolskiego komitetu wyborczego balansującego w sondażach na granicy progu wyborczego było tak bezczelne i groteskowe, że zwyczajnie musiało przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Nie zapraszanie polityków Konfederacji przy jednoczesnym pompowaniu lewicy, przypieczętowane aferą z pominięciem przy podawaniu sondażowych wyników, za co TVP przegrała (zasłużenie) proces w trybie wyborczym – ta ostentacyjna stronniczość aż gryzła w oczy. Nic więc dziwnego, że na ostatniej prostej konfederatów „zagospodarował” TVN, prezentując polityków tej formacji już nie jako „faszystów”, lecz wyważonych, zdroworozsądkowych wolnorynkowców. Kurski najwyraźniej zapomniał, że TVP nie jest jedyną telewizją w Polsce i sam „sprezentował” Konfederację konkurencji – a ta nie omieszkała skwapliwie skorzystać z podarunku. Jeżeli ktoś powinien beknąć za wynik PiS poniżej oczekiwań, to w pierwszym rzędzie powinien być to „Kura”. Tu znów odwołam się do wspomnianego wyżej badania – otóż wynika z niego, że wyborcy prawicowi mają często bardzo krytyczny stosunek do przekazu mediów publicznych – a na dodatek na ogół oglądają również programy informacyjne pozostałych stacji oraz, co równie ciekawe, często nie życzą sobie zbyt miażdżącej przewagi politycznej PiS, instynktownie szukając jakiejś przeciwwagi.

Generalnie jednak, układ w Sejmie wskutek wejścia Konfederacji jest wręcz idealny. Wbrew rachubom TVN-u, konfederaci nie pozbawili PiS samodzielnej większości i partia Jarosława Kaczyńskiego utrzymała władzę – ale nie „bezkarną”. Wielokrotnie formułowałem tu pogląd, że Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje nad sobą „bata” - i to z prawej strony, by nie zastygło w pysze i samozadowoleniu. Dzięki Konfederacji, partia rządząca odebrała niezbędną lekcję pokory, a do stawu z pisowskimi karpiami wdarł się przebojem antysystemowy szczupak, który zadba o to, by nie obrosły tłuszczem. Taki „dyscyplinator” może się okazać zbawienny w pewnych sprawach typu polityka wschodnia, brak asertywności w relacjach z USA czy żydowskie roszczenia majątkowe. Jeśli tylko nie zaczną zanadto „kucować”, to 11 posłów Konfederacji może okazać się wartościowym uzupełnieniem obecnego składu parlamentu. A dla PiS rada na przyszłość – pogódźcie się z tym, że istnieje bardziej radykalna grupa wyborców (zwłaszcza młodych), których nie da się „zakopać” i którzy zwyczajnie mają prawo do swej parlamentarnej reprezentacji.


III. Przed bitwą prezydencką

Niewątpliwie te wybory pokazały, że w narodzie zaczyna coś podskórnie buzować. Zdiagnozowanie tego fermentu to zadanie dla PiS w najbliższych miesiącach. Warto zauważyć wynik Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – wprawdzie startowała z najbardziej przyjaznego KO okręgu warszawskiego, ale ponad 416 tys. głosów i tak robi wrażenie. Wygrała tu „matczynym” wizerunkiem - w czym przypominała jako żywo... Beatę Szydło z 2015 r. Może za wcześnie wyciągać daleko idące wnioski, ale jeśli PO zdecyduje się ją wystawić w wyborach prezydenckich, to może być problem. Podsumowując, PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

O co toczy się gra

Polityczny cynizm, czy zdrowy rozsądek?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (18-24.10.2019)

niedziela, 10 lutego 2019

Barwy kampanii

O ile przekaz z „zaszczuciem” Adamowicza skierowany jest do „totalsów”, o tyle przekaz z taśm Birgfellnera ma zbulwersować i odstręczyć od PiS „normalsów”.

I. Adamowicz jako knebel

Napisałem niedawno, że w ciągu doby od zabójstwa Pawła Adamowicza ukształtował się przekaz, który zdominuje obie tegoroczne kampanie wyborcze. Zasadniczo nie wycofuje się z tej diagnozy, acz wprowadzić trzeba do niej jedną, istotną korektę: wygląda na to, że propagandowa narracja „totalnej opozycji” będzie nieco bardziej zniuansowana – a to za sprawą taśm Birgfellnera. Atak będzie zatem przebiegał dwutorowo, obsługując różne segmenty elektoratu. Najtwardsze jądro będzie ekscytowane i utrzymywane w zwartości sprawą zabójstwa prezydenta Gdańska, czemu dodatkowo sprzyjać mają wybory uzupełniające, w których jako faworytka startuje jego zastępczyni Aleksandra Dulkiewicz. Ze względu na dramatyczne okoliczności, gdańskie wybory będą miały wydźwięk ogólnopolski, a spodziewane zwycięstwo Dulkiewicz będzie próbowała zdyskontować Platforma Obywatelska, świeżo pogodzona nad urną Adamowicza z układem „małej Sycylii”. Obóz „totalnych” zresztą nawet niespecjalnie ukrywa, że chce z morderstwa zrobić coś na kształt własnego Smoleńska – z odpowiednio spreparowaną legendą, jakoby Adamowicza zaszczuła pisowska „nienawiść”, ze szczególnym uwzględnieniem TVP Jacka Kurskiego. A zatem, wedle tej legendy, PiS i media publiczne mają „krew na rękach” i podbechtały zabójcę do zbrodni – w związku z tym, wobec siewców nienawiści nie obowiązują żadne cywilizowane standardy. Można pluć, poniżać, dopuszczać się aktów agresji, cementując w ten sposób najbardziej zaciekłych wyborców. Jakakolwiek próba obrony ze strony rządowej będzie zaś przedstawiana jako cyniczne odwracanie kota ogonem.

To zakładanie knebla odbywa się na naszych oczach – wszelkie przypomnienia o różnych mętnych interesach byłego włodarza Gdańska, jego kontach bankowych i niejasnościach w oświadczeniach majątkowych jest kwitowane jako „szczucie” i „mowa nienawiści”. Z wyjątkową gorliwością włączyła się w ten spektakl pogrążona w żałobie wdowa, zaliczając medialne tournée podczas którego lansowała właśnie tego typu „story”. Podobnie rzecz się ma z pytaniami o zabezpieczenie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Jerzy Owsiak, który początkowo wyraźnie spanikował i ogłosił swoją rezygnację z funkcji prezesa WOŚP, po kilku dniach odzyskał rezon – zupełnie jakby dostał gwarancję, że nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i zachowa status bezkarnej, świętej krowy III RP. PiS-owi z przyczyn politycznych niezręcznie jest uderzać w „Jurka” i dociekać na jakiej zasadzie omija prawo nie zgłaszając finałów WOŚP jako imprez masowych. Wystarczy sobie przypomnieć, jakie morze histerycznego wrzasku wylało się swojego czasu na ministra Błaszczaka, gdy chciał zakwalifikować Przystanek Woodstock jako imprezę podwyższonego ryzyka, by mieć odpowiedź, dlaczego odpowiednie służby nie drążą tematu bezpieczeństwa na wydarzeniach organizowanych przez „Jurasa” i poprzestały na nękaniu szefa agencji ochroniarskiej oraz ściganiu internetowych hejterów. Tak więc i na tym odcinku PiS spychany jest do defensywy.


II. Tolerancja represywna

Istotną rolę odgrywa tu Donald Tusk w charakterze suflera narracji. Czyni to w typowy dla siebie sposób – podgrzewając atmosferę i jątrząc za pomocą rzucanych przy różnych okazjach aluzji, insynuacji i niedomówień. Te wszystkie frazy w rodzaju „współczesnych bolszewików” czy gdańskiego apelu, by ocalić Europę, Polskę i Gdańsk przed „nienawiścią i pogardą” mają na celu ustawienie i koordynację przekazu „totalnej opozycji”, utrafiając przy okazji w emocjonalne zapotrzebowanie „anty-PiS-u”. Owo zapotrzebowanie zaś sprowadza się do utwierdzenia w przekonaniu, że reprezentują siły dobra – światłej, postępowej, demokratycznej i generalnie lepszej części Polaków i „europejczyków” walczących z siłami ciemności. A skoro tak, to nie czas na sentymenty i trzeba jechać ostro.

W praktyce zobaczyliśmy to niedawno podczas ataku na wychodzącą z gmachu TVP Magdalenę Ogórek - nienawistne hasła, obelgi, oklejanie samochodu wlepkami, blokowanie wyjazdu... Stąd już naprawdę niedaleko do fizycznej agresji, co w pierwszym momencie przyznała nawet część opozycyjnych dziennikarzy i polityków (np. Dominika Wielowieyska z „Wyborczej”, pisząc, że „to wydarzenie miało cechy linczu”). Tu jednak wkroczył, niczym ober-dyscyplinator, Donald Tusk, podając „właściwą” interpretację wydarzeń: „Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy, której ofiarami jesteśmy wszyscy. I wszyscy powinni solidarnie, w ramach prawa, przeciw temu kłamstwu protestować. A więc, winny jest PiS i TVP oraz sama Magdalena Ogórek. Od tego momentu, jak za dotknięciem różdżki, przekaz skręcił o 180 stopni – nagle okazało się, że demonstranci wyrażali jedynie słuszny „gniew ludu”, forma protestu wcale nie była aż tak agresywna i dolegliwa, a Ogórek perfidnie kreuje się na ofiarę. Dodatkowo, to atakujący z miejsca awansowali do roli „ofiar reżimu”, bo po zajściu śmiała nachodzić ich policja i stawiać jakieś zarzuty. Oznacza to rozgrzeszenie wszelkich ewentualnych aktów przemocy w przyszłości. Uczenie nazywa się to „tolerancją represywną” - ów koncept zakłada dominację świadomej mniejszości (w tej roli widzi siebie obóz „anty-PiS”) nad upokorzoną większością. Innymi słowy, nie ma tolerancji dla naszych wrogów, a wobec „nienawistników” można stosować nienawiść z czystym sumieniem. To właśnie podpowiedział swoim tweetem Tusk, zyskując entuzjastyczny aplauz „totalnych”. Wygląda więc, że Palikot pospieszył się, kasując swój wulgarny wpis o Magdalenie Ogórek i symulując przeprosiny. Następnym razem już nie skasuje, tylko pójdzie na całość, tak jak robił to „podrywając godnościowe podstawy prezydentury Lecha Kaczyńskiego” i szczując po tragedii smoleńskiej.


III. Kaczyński - „oligarcha”

Ale powyższe, to tylko jeden element. Drugi, to taśmy Birgfellnera i sprawa budowy przez Srebrną biurowców w Warszawie. „Wyborcza” na początek wprawdzie ewidentnie przeszarżowała, głosząc, że nagrania zatopią PiS, nie znaczy to jednak, że wycofa się z kampanii. Założenie jest proste – PiS i Jarosław Kaczyński mają być systematycznie grillowani za pomocą dawkowanych co jakiś czas kolejnych stenogramów. I nie ma znaczenia, że na taśmach próżno szukać śladu jakiejkolwiek przestępczej czy choćby wątpliwej etycznie działalności - bo nie o to chodzi. Rzecz w tym, by zawartość odpowiednio opakować powtarzanymi konsekwentnie sugestiami, że mamy do czynienia z aferą, zaś Jarosław Kaczyński jest obłudnikiem pozorującym jedynie skromny tryb życia, podczas gdy tak naprawdę jest rekinem biznesu deweloperskiego i niemalże oligarchą kręcącym szemrane interesy. Intencja jest następująca – mało komu będzie się chciało odsłuchiwać długie rozmowy i przedzierać przez stenogramy. Średnio zorientowany odbiorca, który coś uchwyci jednym uchem ma odnieść wrażenie, że tak „w ogólności” coś tu śmierdzi, a partia i jej prezes deklarujący, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy, w rzeczywistości nie są lepsi od reszty polityków. Tego zaś wyborcy nie lubią – mogą przymknąć oko na przekręty, tak jak przymykali przez osiem lat rządów PO, lecz na fałszywych moralistów reagują alergicznie. I właśnie temu mają służyć taśmy – by do PiS przykleiła się opinia zakłamanych świętoszków, którzy po cichu kręcą lody nie gorzej od poprzedników. Podsumowując – o ile przekaz z „zaszczuciem” Adamowicza skierowany jest do „totalsów”, o tyle przekaz z taśm Birgfellnera ma zbulwersować i odstręczyć od PiS „normalsów”.

Póki co, PiS reaguje na zasadzie strażaka gaszącego kolejne pożary – a to zatrzymaniem Misiewicza („nie ma świętych krów”), to znów korupcyjno-łóżkowymi ekscesami „jurnego Stefana”. To jednak mało. Potrzeba zbudowania spójnej narracji neutralizującej atak i przede wszystkim przejścia od reaktywności do narzucenia własnej, ofensywnej retoryki. Na szczęście, jest jeszcze trochę czasu, a „totalni” otwierając przedwcześnie ogień mogą do wyborów wystrzelać się z amunicji.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polityczna nekrofilia „totalnej opozycji”

„Mowa nienawiści” - knebel na prawicę

#JaCięNieMogę!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (08-14.02.2019)

piątek, 2 czerwca 2017

Wszyscy artyści to...

Najwyraźniej w showbiznesie trzeba wiedzieć komu i kiedy pokazać d..., a komu i kiedy jej nadstawić.


I. Ja też nie wystąpię w Opolu!

Tytuł nawiązuje oczywiście do znanego numeru Kazika (Czytelnicy zapewne dopowiedzą sobie resztę) – i jak raz pasuje do sytuacji, jaka wytworzyła się wokół tegorocznego festiwalu w Opolu (albo w Kielcach, czy gdzie tam się ostatecznie odbędzie ten doroczny spęd krajowych zapiewajłów). Najpierw jednak deklaracja w ramach autolansu: ja również nie wystąpię w Opolu. Nie zagram u pana, słyszał pan, panie Kurski? No, a teraz czekam, aż i o mnie napiszą w gazetach.

Tak po prawdzie, to opolski festiwal jako taki, przepraszam, wisi mi kalafiorem. Stężenie badziewia i popeliny z jakim każdorazowo mamy do czynienia na tej imprezie przekracza bowiem granice mojej wrażliwości estetycznej i poczucia obciachu – podobnie jak w przypadku Sopotu. Toteż impreza ta ani mnie ziębi, ani grzeje – równie dobrze może się nie odbyć, bo i tak nie oglądam, o słuchaniu nie wspominając. Jeżeli postanowiłem się wziąć za ten temat, to wyłącznie dlatego, że przy okazji tegorocznej zawieruchy objawiła się w pełnej krasie tak charakterystyczna dla naszych elitek (w tym przypadku – scenicznych) głupkowata stadność i pozerstwo, podszyte hucpą. Nic innego za tą krzykliwą manifestacją rzekomej „artystycznej niezależności” nie stoi, co zaraz wykażę.


II. Terror środowiskowy

Jak wiadomo, złowrogi fuhrer TVP w osobie Jacka Kurskiego zablokował występ artystki Kayah na jubileuszowym koncercie Maryli Rodowicz – miało mu się nie spodobać zaangażowanie naszej lekko już sfatygowanej divy w kodowszczyznę (w sumie dlaczego nie - to w końcu jej pokolenie) i „czarny protest” (niezrozumiałe, bo kwestia aborcji jak się zdaje, nie powinna już jej dotyczyć). Odnośnie ogólnej toporności Kury i jego zagrywek mam swoje zdanie z którym się zgadzam, ale rejwach podniesiony przy tej okazji przez nasze, pożal się Boże, estradowo-celebryckie gwiazdeczki oraz wytworzone z tej okazji ciśnienie medialne owocujące ogólnym shitstormem, przebiło sufit żenady. Nagle, jedne po drugich, różne gardłowyje uznały za swój obowiązek obwieścić, iż „one też” - a te, których nie zaproszono, przynajmniej musiały wydać z siebie odgłosy stosownego oburzenia, jeśli tylko ktoś w tym celu podstawił im mikrofon. W końcu – dość niechętnie – występ odwołała również sama jubilatka, czyli Maryla Rodowicz, powołując się na sytuację osobistą. Oczywiście, z żadną „niezależnością” te deklaracje nie miały nic wspólnego – ich wysyp świadczy jedynie o terrorze środowiskowym. To stosunkowo małe grono, w którym każdy zna każdego i nikt nie chce sobie robić pod górę, szczególnie, jeśli zasiedziali na rynku macherzy, często jeszcze z korzeniami co najmniej w jaruzelskiej komunie, dali do zrozumienia jakich zachowań oczekują od swoich podopiecznych. Do co bystrzejszych dotarło też zapewne, że nadarza się okazja do „lansiku” bez ryzyka – i poniekąd okazało się to skuteczne. Ja na przykład o istnieniu tak na oko połowy z tych „znanych artystów” dowiedziałem się właśnie przy okazji ich protestów.

Krótko mówiąc, nie jest to żaden „bunt” przeciw pisowskiemu „mieszaniu się do kultury”, tylko najzwyklejszy towarzyski konformizm. A dorabianie do tego analogii z artystycznym bojkotem ze stanu wojennego, to już grubymi nićmi szyta bezczelność, bo tamci artyści przynajmniej ryzykowali wypadnięciem z obiegu i utratą źródeł utrzymania. Dlatego też, by mieli za co żyć, organizowano im występy w salkach parafialnych (jak się później większość z nich odwdzięczyła Kościołowi, to osobna historia). Z tego co wiem, ani Kayah, ani „Piasek” czy inne Kombi nie będą zmuszeni pójść na żebry, tudzież uprawiać pokątnego koncertowania gdzieś w podziemiu.

Kolejne kuriozum, to medialna histeria orkiestrowana przez „Wyborczą”. Tak się bowiem składa, że to właśnie z tamtej strony regularnie co roku dobiegały drwiące głosy, jaki z tego Opola paździerz i prowincjonalny obciach. A teraz proszę - okazuje się, że festiwal mniej lub bardziej przechodzonych szansonistów stał się niemal skarbem polskiej kultury, który morduje złowrogi Kura. Na marginesie tego wszystkiego Kukiz przypomniał, że kiedy jego piosenki czyściła z anteny „Trójki” Magda Python... Jenot... a, już wiem - Jethon, to (poza Skibą) pies z kulawą nogą z tzw. „środowiska” się za nim nie ujął. Taka to „solidarność”.

Poza wszystkim, sami artyści przecież nie odżegnują się od politycznych sympatii – byle te były „po linii”. Nawet nie zagłębiając się w PRL i zielonogórski występ Kayah, żeby załapać się na trasę po ZSRR, co w PRL-owskich warunkach było normą (choć może nie w 1988 r. - to już była czysta desperacja ówczesnej debiutantki), można wymieniać również przykłady z III RP. Archetypicznym wzorcem takiego zaangażowania stała się kampania prezydencka Kwaśniewskiego do wtóru discopolowej kapeli Top One. Potem mieliśmy chociażby Tomasza Lipińskiego przygrywającego w 2006 „Błękitnemu Marszowi” Platformy (oraz Kukiza, nie zapominajmy). Ba, nawet Jacek Kaczmarski produkował się na jakiejś imprezie postkomuchów z „Ordynackiej”. Dzisiaj KOD-owskich sklerotyków zagrzewa Skiba, który kiedyś pokazał d... Jerzemu Buzkowi, bo ten premierował zwalczanemu przez mainstream rządowi AWS-u (jak to się zmienia, nieprawdaż?). Cóż, najwyraźniej w tej branży trzeba wiedzieć komu i kiedy pokazać d..., a komu i kiedy jej nadstawić.


III. Na publicznym garnuszku

Ale to jeszcze dalece nie wszystko. Sądzę bowiem, że ten cały bojkot „pisowskiego” Opola ma również drugie dno, ściśle materialne. Chodzi po prostu o kasę i perspektywy dalszego jej zarabiania, bowiem światy polityki i „szołbiznesu” przeplatają się na tym poziomie dość intensywnie. Już tłumaczę w czym rzecz.

Otóż poważną pozycję w dochodach znacznej części naszych artystów estradowych stanowią różne imprezy samorządowe, szczególnie na szczeblu gminno-powiatowym. Chodzi o te wszystkie Dni Zadupia, Święto Ziemi Pcimskiej, czy dożynki w Koziej Wólce i towarzyszące im festyny, na których gwoździem programu obowiązkowo są występy różnych „gwiazd”. Ambicją każdego wójta czy burmistrza jest zaprosić kogoś znanego z telewizji (i faktycznie, często są to zespoły i nazwiska z samego „topu”), co potem przekłada się na punkty u wyborców. Artyści sobie za to oczywiście odpowiednio liczą, a że burmistrz przecież nie wydaje z własnej kieszeni, to honoraria idą w dziesiątki tysięcy złotych. Przykłady oficjalnych cenników z 2015 r.: Justyna Steczkowska – 40.000; Maryla Rodowicz – 35.000; Doda – 35.000; Andrzej Piaseczny – 40.000; Kombi – 35.000; Bajm – 40.000... i tak dalej. Najlepsi w sezonie koncertowym, kiedy to organizowane są imprezy na świeżym powietrzu, wyciągają od 1 do nawet 3 mln. zł.

Tak wygląda dotowanie z publicznej kasy różnych zapiewajłów. Sprzedaż płyt leży - zespół za album nad którym pracował rok dostaje tyle, co za jeden „samorządowy” koncert. Normalny rynek koncertowy w Polsce też praktycznie nie istnieje, bo wszyscy przyzwyczaili się do fundowanej przez samorządy darmochy i mało kto chce wykładać pieniądze za bilet, skoro tego samego wyjca może posłuchać sobie przynajmniej raz do roku za darmo, przy piwie i kiełbasce z rusztu. Nawiasem, ci sami artyści w medialnych wypowiedziach często dają wyraz swemu zdegustowaniu polskim „zaściankiem” oraz na wyprzódki podkreślają, ile nam jeszcze brakuje do „Europy”. Jednak to obrzydzenie natychmiast im mija, gdy na stole pojawia się konkretny pieniądz i trzeba dla tego „ciemnogrodu” zagrać na jakimś jarmarku.

A tak się składa, że właśnie zaczyna się kolejny sezon imprez samorządowych podczas którego, jak co roku, jest konkretna kasa do wyjęcia. A kto rządzi w samorządach? Przecież nie PiS. Tzw. „polska powiatowa” to wciąż bastion starych układów – teraz jeszcze bardziej zwartych niż kiedykolwiek, bo cementuje je strach. Skoro już o tym mowa – Arkadiusz Wiśniewski, prezydent Opola, który „heroicznie” postawił się Kurskiemu wywodzi się z PO, choć mandat zdobył również dzięki poparciu lokalnych struktur... Solidarnej Polski – ot, taki chichocik. Tak więc z punktu widzenia jednego z drugim scenicznego wycirusa lepiej jest odpuścić festiwal i zrobić to głośno, by usłyszał kto trzeba - a później powetować sobie wyrzeczenie koncercikami hojnie opłacanymi przez platformerską lokalną władzę. Przypuszczam że gdyby w samorządach kasę dzieliło PiS, to i z Kurskim oraz „pisowskim” Opolem różne „gwiazdy” by się przeprosiły.

Na koniec – teraz jeszcze bardziej chciałbym, żeby PiS wygrało przyszłoroczne wybory samorządowe. Choćby dlatego, by zobaczyć miny tak buńczucznych dziś artystów, gdy podczas następnego sezonu koncertowego ich agencja impresaryjna zadzwoni do miasteczka X w którym do tej pory rządziła PO z propozycją kolejnego występu swojego podopiecznego, a w słuchawce usłyszy głos nowo wybranego burmistrza z PiS: „wie pan, pański wykonawca tak bardzo podkreślał swą niezależność przy okazji Opola 2017, że nie chciałbym jej psuć naszymi samorządowymi pieniędzmi, dziękuję bardzo, ale nie skorzystam”. Ależ to będzie płacz!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 22 (31.05-06.06.2017)