Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Gliński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Gliński. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 listopada 2019

Nobel dla Tokarczuk – nagroda czy wynagrodzenie?

Nobel dla Olgi Tokarczuk to inwestycja w toczącą się w Polsce wojnę kulturową.

I. „Miasto w lustrach”

W pierwszych słowach niniejszego artykułu chciałbym pogratulować... nie, wcale nie Oldze Tokarczuk lecz znakomitemu publicyście Stanisławowi Michalkiewiczowi, który już ponad dwa lata temu w zamieszczonym na łamach „Polski Niepodległej” felietonie pt. „Wyścigi starozakonne” przewidział, iż pani Tokarczuk najwyraźniej rychtowana jest na laureatkę literackiego Nobla. Używając często cytowanej przez pana Stanisława zagłobowskiej frazy - „proroctwa go wspierały”! W drugich słowach natomiast pragnąłbym pogratulować... samemu sobie, bowiem należę do nielicznego grona osób, które przeczytały cokolwiek naszej świeżo upieczonej noblistki od początku do końca. Wprawdzie nie była to rzecz wielka, ale za to unikalna. Otóż proszę sobie wyobrazić, że gdzieś tak na przełomie lat 80. i 90. trafił mi w ręce numer pisma społeczno-kulturalnego „Okolice” wydawanego przez jakąś socjalistyczną organizację młodzieżową – nie pamiętam już dokładnie, ale było to chyba ZSMP. W każdym razie, do pisma w charakterze osobnej wkładki został dołączony niewielki, kilkunastostronicowy tomik wierszy Olgi Tokarczuk zatytułowany „Miasto w lustrach”. Jak udało mi się teraz doczytać, zbiorek ten zawierał poezje zamieszczane uprzednio w „Życiu Literackim”. Jeszcze wcześniej natomiast Olga Tokarczuk publikowała pod pseudonimem „Natasza Borodin” opowiadania w „Na przełaj” - zaczęła w 1979 r., a więc miała wtedy raptem 17 lat (ur. w 1962 r.). Ładne osiągnięcie. Wracając jednak do tomiku – jest to pierwszy „druk zwarty” późniejszej noblistki, więc śmiało mogę powiedzieć, że czytałem jej pełnowymiarowy debiut. Co więcej, wiersze te nigdy nie doczekały się wznowienia w formie osobnego wydawnictwa, więc dziś „Miasto w lustrach” jest swoistym białym krukiem, nie do kupienia w normalnym obrocie – jeżeli już, to może zalega w jakichś bibliotecznych archiwach. A więc, brawo ja – czytałem coś, czego nie przeczytał niemal nikt inny, mogę zadawać szyku.

Dlaczego sądzę, że „Miasto w lustrach” mogła przeczytać raptem garstka osób? Bo tych całych „Okolic” praktycznie nikt nie kupował. W moim miasteczku periodyk ten kurzył się wciśnięty gdzieś na tyły witryny kiosku „Ruchu” całymi miesiącami – aż w końcu skuszony anonsowanym na okładce „arkuszem literackim” zdecydowałem się go kupić. I wiecie co? Nie żałuję. Pamiętam bowiem, że wiersze te wywarły na mnie – wówczas nastoletnim pochłaniaczu różnorakiej literatury – naprawdę spore wrażenie. W szczególności utkwił mi w pamięci poemat pt. „Oddział psychogeriatryczny”, świadczący o niepospolitej wrażliwości dwudziestoparoletniej autorki, potrafiącej wczuć się w położenie starych ludzi, cierpiących na różne związane z podeszłym wiekiem zaburzenia świadomości. Dziś chętnie podrzuciłbym ten wiersz różnym Pszoniakom i innym specjalistom od „świrowania”. Czuć było przez skórę, że Olga Tokarczuk wie o czym pisze – dopiero znacznie później dowiedziałem się, że skończyła psychologię i z zawodu jest psychoterapeutką, a Wikipedia podaje, że na studiach udzielała się jako wolontariuszka opiekując się osobami chorymi psychicznie. Ślady tych doświadczeń są w jej ówczesnej poezji nader wyraźne.

Później jakoś zniknęła z mojego czytelniczego radaru, a gdy zrobiło się o niej głośno – już jako o powieściopisarce - jakoś mi wychłódło, na co zapewne miała wpływ jej prezentowana publicznie postawa i poglądy oraz fakt, że stała się literacką ikoną lewackich salonów. Ale nie tylko. Jej wiersze nie były bowiem łatwą lekturą. Trochę trwało zanim się z nimi oswoiłem i przetrawiłem, stwierdziłem więc, że zapewne w podobnym stylu uprawia swoje pisarstwo – a brnięcie przez kilkaset stron „poetyckiej prozy” prezentującej „strumień świadomości” trąciło mi nieco masochizmem. Co innego wiersz, a co innego napisana w ten sposób powieść. Zmusiłem się do przeczytania Prousta – i wystarczy. To moje maksimum czytelniczego samoumęczenia.

Pocieszam się, że nie jestem jedyny, bo najwyraźniej do identycznych wniosków doszedł sam prof. Gliński, który jak wyznał, nie doczytał żadnej z książek Olgi Tokarczuk do końca. Czuję się więc usprawiedliwiony. Czekam, aż min. Gliński ogłosi, że szczęśliwie dotarł do ostatniej strony któregoś z jej dzieł, to może wtedy zacisnę zęby i zabiorę się za jakichś „Biegunów” - póki co, zadowalam się błogą świadomością, że czytałem Olgę Tokarczuk zanim stało się to modne.


II. Upadek prestiżu

Ale też umówmy się – w tej całej wrzawie wokół Nobla literatura odgrywa zupełnie marginalną rolę, więc nie ma najmniejszego powodu, by akurat przy tej okazji roztrząsać artystyczną wartość twórczości pani Olgi. Tak się bowiem składa, że literacki Nobel od dawna już przestał mieć cokolwiek wspólnego z jakąkolwiek aktywnością twórczą – stanowi ona jedynie dogodny pretekst by uhonorować laureata za poglądy. Jest to, inaczej mówiąc, wewnątrzśrodowiskowa nagroda lewackich salonów, które drogą cierpliwego „marszu przez instytucje” skutecznie skolonizowały szwedzką Akademię i obecnie wyróżnia się nią postępowych aktywistów, zasłużonych na polu walki z cywilizacją łacińską, na zmianę z afirmowaniem różnych egzotycznych kultur – o których, w przeciwieństwie do tradycyjnej kultury i wartości Zachodu - nie można powiedzieć złego słowa.

Niepisane reguły dystrybuowania literackiego Nobla coraz bardziej przypominają dawną „Nagrodę Stalinowską” - a i laureaci światopoglądowo nierzadko zbliżeni są do takich tuzów pióra jak Aleksiej Tołstoj czy Ilja Erenburg. Oczywiście, jeśli dany autor potrafi przy okazji pisać, to tym lepiej, ale nie jest to warunek konieczny – czego widomym przykładem są Noble dla włoskiego komunistycznego trefnisia Dario Fo czy przelanych na papier sadomasochistycznych obsesji Elfriede Jelinek. Osobiście przypuszczam zresztą, że wkrótce doczekamy się literackiego Nobla przyznanego analfabecie – chociażby jakiemuś szamanowi z afrykańskiej wioski, potrafiącemu „ekspresyjnie wyrażać siebie” poprzez sugestywne rytualne tańce lub tatuaże. W końcu, nie można nikogo dyskryminować tylko za to, że przynależy do innego kręgu kulturowego. A wyszykowanie uzasadnienia w stylu: „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia” - ileż to roboty? I niech ktoś się potem spiera na temat „narracyjnej wyobraźni” i „przekraczania granic jako formy życia” w wydaniu nagrodzonego szamana...

Tak więc, czasy gdy Nobla otrzymywali Sienkiewicz i Reymont, a nawet Czesław Miłosz, odeszły bezpowrotnie. Dziś zwyczajnie nie sposób sobie wyobrazić, by ta nagroda powędrowała do kogokolwiek, kto nie wylegitymowałby się odpowiednim światopoglądem. Niemożliwością jest, by nagrodzony został, dajmy na to, Jean Raspail – autor proroczego „Obozu świętych” czy natchnionego „Pierścienia Rybaka”. Inna sprawa, czy ten pryncypialny monarchista przyjąłby lewackie trofeum. Więcej – szwedzcy akademicy najwyraźniej wychodzą z założenia, że „wiara bez uczynków jest martwa” i sama twórczość, choćby najwybitniejsza, nic nie znaczy, jeśli nie jest poparta odpowiednią dawką aktywizmu w przestrzeni publicznej. Nie bez kozery przy okazji nagradzania wymienionych wyżej Dario Fo i Jelinek z lubością podkreślano komunistyczne zaangażowanie pierwszego i feminizm drugiej. Krótko mówiąc – chcesz dostać Nobla, musisz „świergolić” niezgorzej od socrealistycznych propagandystów. Podobnie rzecz się ma z Noblem pokojowym – taki Barack Obama dostał go na zachętę tylko dlatego, że nie był znienawidzonym przez światową lewicę Georgem W. Bushem. W przeszłości nagradzano również jakieś aktywistki od sadzenia drzew i aż dziw bierze, że w tym roku nie wyróżniono Grety Thunberg – może zostawiono ją sobie na później? Nawet „Noble” ekonomiczne (własc. Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla) podlegają modom – był czas, gdy nagradzano gospodarczych liberałów pokroju Miltona Friedmana, teraz z kolei najczęściej nagradza się ekonomistów lewicowych, co moim skromnym zdaniem potwierdza tezę, że ekonomia nie jest nauką ścisłą. Efektem ubocznym jest jednak postępujący upadek prestiżu nagrody – czy ktokolwiek, spoza siedzących w branży zawodowców, jest w stanie wymienić noblistów sprzed dwóch - trzech lat?


III. Reguły gry

Ubiegający się o Nobla kandydaci doskonale zdają sobie sprawę z reguł gry. U nas, zanim noblowskim „papabile” stała się Olga Tokarczuk, dyżurnym pretendentem był poeta Adam Zagajewski, który nie przepuścił żadnej okazji do rytualnego wyrażania odrazy, jaką napawa go polski ciemnogród i prawica utożsamiana przezeń z PiS-em. Czynił to wytrwale, zarówno w mediach polskich, jak i zagranicznych, stwierdzając chociażby w wywiadzie dla niemieckiego „Tagesspiegel”, iż „ukradziono nam nasz kraj” oraz ubolewając nad brakiem „ducha postępu” i „wewnętrznym konserwatyzmem” sporej części polskiego społeczeństwa. Najwyraźniej jednak Adam Zagajewski to już w oczach noblowskiego komitetu przebrzmiała melodia – może mimo jasno deklarowanych sympatii i antypatii jest zbyt mało wyrazisty? Nie rokuje na przyszłość? Co innego Olga Tokarczuk – stosunkowo jeszcze młoda eko-feministka z dreadami, zaangażowana lewicowa działaczka, uczestniczka wszelkich możliwych „manif”, „czarnych protestów” i „marszy równości”, pryncypialnie chłoszcząca polską historię i teraźniejszość. Ta jest perspektywiczna, ta się nada – tym bardziej, że sama zainteresowana przy wsparciu wydawców czyniła wszystkie niezbędne kroki, by dać się poznać z właściwej strony.

Wrócę tu jeszcze na chwilę do wspomnianego na wstępie profetycznego felietonu Stanisława Michalkiewicza. Otóż opisał on Międzynarodowe Targi Książki w Londynie podczas których promowano „Księgi Jakubowe”, zauważając iż autorka historię XVIII-wiecznego żydowskiego szarlatana Jakuba Franka wykorzystuje „w charakterze pretekstu do obnażenia prawdziwego i co tu ukrywać – odrażającego wizerunku mniej wartościowego tubylczego narodu polskiego, który nie tylko »kolonizował«, ale w dodatku straszliwie uciskał »mniejszości«, a zwłaszcza – tę najważniejszą”, zatem „nic dziwnego, że zarządcy stajni właśnie ją wystawili w Londynie do wyścigów starozakonnych. Jeśli się sprawdzi, to może nawet wystawią ją do gonitwy o nagrodę Nobla, dzięki czemu kiedyś dostąpi zaszczytu zajęcia miejsca w samym centrum łona Abrahama (...)”. Efektem tych zabiegów była nagroda Bookera w 2018 r. - i gdyby nie skandal w szwedzkiej Akademii, być może już wtedy otrzymałaby Nobla, o czym świadczy fakt, że nagrodę dostała właśnie za 2018 rok. Rok temu bowiem literackiego Nobla nie przyznano z powodu afery przeciekowo-seksualnej. Mianowicie, mąż jednej z członkiń kapituły Katariny Frostenson, niejaki Jean-Claude Arnault, miał wynosić na zewnątrz ustalenia Komitetu, a na dodatek molestować lub zgoła zgwałcić osiemnaście kobiet, w tym następczynię tronu, księżniczkę Wiktorię. Wskutek skandalu Akademię opuściło szereg członków i potrzeba było czasu, by uzupełnić szeregi. W tym roku więc nadrobiono zaległości.


IV. Inwestycja w wojnę kulturową

Zważywszy na te zaszłości, nie sądzę by akurat chęć wpłynięcia na wybory w Polsce była bodźcem dla szwedzkich akademików. Oni patrzą znacznie szerzej. Nobel dla Olgi Tokarczuk to inwestycja w toczącą się w Polsce wojnę kulturową. Tak się bowiem składa, że nasz kraj pozostaje dla postępowej Europy istnym utrapieniem – nie chcemy przyjmować „uchodźców”, opieramy się multi-kulti, a genderyzm, feminizm, ideologia LGBT i skrajne eko-szajby również jakoś nie chcą się zbytnio przyjmować na naszym gruncie. Do tego jeszcze dający się zaobserwować renesans narodowej dumy, przywiązania do tradycji i chrześcijańskich wartości, połączony z odrzuceniem pedagogiki wstydu. Nawet jeśli ktoś nie jest przesadnie religijny, to i tak na ogół hołduje, nazwijmy to, „zdroworozsądkowemu konserwatyzmowi”. Słowem, Polska wciąż nie chce odmawiać lewackiego pacierza. Rządy PiS w tym kontekście, to z punktu widzenia europejskiego lewactwa jedynie powierzchowny objaw głębszej, społecznej choroby, z której Polaków należy „wyleczyć”. I taka jest wymowa tego Nobla – wspomożenie ideologicznych pobratymców w ich antycywilizacyjnej krucjacie.

Tokarczuk znakomicie nadaje się w tej batalii na symbol. Chwyta w lot co, kiedy i komu należy mówić i jest na tyle inteligentna, by importowane lewackie schematy dostosować do lokalnej specyfiki. Skąd np. wzięły się wypominane jej dziś słowa o polskich „kolonizatorach” i „posiadaczach niewolników”? To lekko zmodyfikowana kalka lewicowego dyskursu z zachodnich kampusów. Zachód, jak wiadomo, kaja się po dziś dzień za epokę kolonializmu i eksploatacji niewolniczej siły roboczej. Olga Tokarczuk sprytnie podpięła się pod tę narrację – a że Polska nie miała kolonii? Nie szkodzi – nazwiemy „koloniami” obszary na wschodzie, a „niewolnikami” - chłopów pańszczyźnianych. Zagajewski na to nie wpadł – a ona, owszem.

Wystarczy przejść do porządku dziennego nad tym, że Polska nikogo nie podbiła, tylko połączyła się z Litwą (i zajętymi wcześniej przez nią ziemiami ruskimi) w drodze dobrowolnej unii, a rzekomi „kolonizatorzy”, czyli magnackie rody, wywodzili się z litewskiego i rusińskiego bojarstwa – a więc swoi „kolonizowali” swoich; że alternatywą dla tych ziem było trafienie pod władzę moskiewskiej despotii; że pańszczyzna była wówczas europejskim standardem, a mimo to nie doświadczyliśmy u nas krwawych wojen chłopskich na skalę, jaka była udziałem np. Niemiec; że zakres swobód i religijnej tolerancji w Polsce był ewenementem na skalę Europy... O tym wszystkim zwyczajnie nie należy mówić – na Zachodzie i tak nie będzie się tego chciało nikomu sprawdzać, za to tenże umoczony w zbrodnie kolonializmu Zachód chętnie posłucha, że Polacy wcale nie byli lepsi i jeszcze na dodatek mordowali Żydów. Taka „narracja” warta jest nawet Nobla...

A więc ów Nobel, to nie tyle nagroda, ile wynagrodzenie – i motywacja na przyszłość. Zostało to zresztą prawidłowo zrozumiane przez tutejszą lewicę. Symptomatyczne są tu słowa publicystki „Wysokich Obcasów” Aleksandry Klich: „Nobel dla Olgi Tokarczuk to znak, że świat nas nie zostawił, patrzy na nas, wie, co się dzieje w Polsce. I znak kierunku, w którym powinniśmy iść”. To nie jest Nobel dla Polski. To jest Nobel przyznany jednej z wojujących ze sobą opcji światopoglądowych. Radykalna lewica w Polsce dostała z rąk Komitetu Noblowskiego swoją świętą – bardziej ogarniętą i samodzielną w formułowaniu myśli niż Greta Thunberg i zarazem w dziedzinie prowokacji ulepszoną intelektualnie wersję Klaudii Jachiry. Od tej pory kwestionowanie lewackiej dogmatyki, każdy konserwatywny przekaz, każda próba polemiki będzie mogła zostać podciągnięta pod „atakowanie noblistki”. Przedsmak tego mieliśmy tuż po wyborze, gdy lewackie salony, nawet nie ukrywając, że uważają tego Nobla za swoją kolektywną własność, na wyprzódki zaczęły wyciągać kto tam kiedyś powiedział coś złego na „naszą noblistkę”. Oni wycisną tego Nobla do imentu, a i sama laureatka jasno pokazała, że nie zamierza poprzestać na literackich splendorach i będzie przekuwała otrzymane wyróżnienie na polityczny oręż. Na szczęście, zarówno ze względu na mniejsze niż niegdyś znaczenie nagrody, jak i na ogólną odporność jaką nabyli Polacy na lewicowe miazmaty, jej przekaz będzie oddziaływał głównie na już przekonanych – a gdy ktoś zaciekawiony sięgnie po książki, to w dziewięciu przypadkach na dziesięć odpadnie jak Gliński.

Na koniec jeszcze słówko o rzekomym „męczeństwie” Olgi Tokarczuk – zresztą, jak widzimy, sowicie wynagrodzonym. Otóż jestem skłonny zgodzić się, że artyście wolno więcej – przekraczać granice i prowokować. Ale z drugiej strony, artysta dokonując transgresji niejako podpisuje weksel in blanco, wyrażając z góry zgodę na to, że jego akcja może się spotkać z reakcją. Tymczasem nasze artystyczne pieszczochy domagają się gwarancji prowokowania bez ryzyka. I tu się mylą – tak lekko nie ma i nie będzie. Nobel nie może oznaczać knebla, immunitetu na krytykę. Podstawa, to nie dać się zwariować i nie ulegać szantażowi „na noblistkę”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 12 (Listopad 2019)

niedziela, 20 października 2019

Pod-Grzybki 182

Habemus Nobel! Szwedzka ekspozytura międzynarodowego lewactwa postanowiła wspomóc polskich ideowych pobratymców przyznając Oldze Tokarczuk swoją środowiskową nagrodę. Jak wiadomo, literackiego Nobla przyznaje się głównie za poglądy – oczywiście, jeśli laureat przy okazji potrafi pisać, to tym lepiej, ale nie jest to warunek konieczny. Podobnie z Noblem pokojowym – taki Barack Obama dostał go tylko za to, że nie jest Georgem W. Bushem. I nasze salony odczytały wyróżnienie trafnie, z miejsca ogłaszając, że jest to ICH noblistka. Ale cieszmy się i my, zawsze mogło być gorzej – przecież równie dobrze Nobla mogła dostać Nurowska.


*

Monika Olejnik rulez! Zarządziła, by odtąd każdy, bez względu na płeć, wiek, stan cywilny i umysłu – paradował mając przy sobie „zamiast lub obok torebki” książkę Olgi Tokarczuk: „spacerujmy po ulicach, parkach, lasach, sklepach, teatrach, kinach i stadionach oraz kościołach i innych miejscach – z książką! Z książką Olgi Tokarczuk”. Czytać na szczęście nie trzeba, co z niejaką ulgą przyjął min. Gliński. W związku z apelem, mam receptę na to, jak uchodzić za osobnika, jak to się mówi na salonach, „na pewnym poziomie” - oczytanego i inteligentnego światowca nadążającego za trendami: 1) kupujemy jakąkolwiek książkę Olgi Tokarczuk (niestety, w stwarzanie pozorów należy zainwestować); 2) wyginamy grzbiet książki, tak by wyglądała na czytaną; 3) ruszamy z nią w miasto zadawać szyku. A co, niech się chamy napatrzą, jak wygląda kulturalny człowiek!


*

Pewien problem może być z zabieraniem książki Olgi Tokarczuk do kina - przecież na sali podczas projekcji jest ciemno. Gdyby jednak Państwo zauważyli, jak w trakcie seansu ktoś uporczywie udaje, że czyta książkę Olgi Tokarczuk, należy zachować spokój – a po filmie dyskretnie się zbliżyć i poprosić o autograf. To zapewne będzie Monika Olejnik.


*

Bonus: gdy w kościele demonstracyjnie zaczniecie się modlić z książki Olgi Tokarczuk zamiast, jak te wsiowe mohery, z książeczki do nabożeństwa i ktoś zwróci wam uwagę – będziecie mogli odtąd zażywać męczeńskiej chwały jako ofiara prześladowań katolickiego ciemnogrodu. Wasze akcje w tzw. eleganckim towarzystwie z miejsca podskoczą o jakieś 50 proc.


*

Mam tylko jeden zgryz – Monika Olejnik zaleciła również zabieranie dzieł Noblistki do lasu. Że też ja tego wcześniej nie wiedziałem! Proszę sobie wyobrazić, że w sobotę byłem właśnie w lesie, na grzybach – i nie miałem ze sobą książki Olgi Tokarczuk! Zamiast tego, jak ostatni prymityw, wziąłem kozik i wiaderko. Jaki wstyd! Teraz przez to faux pas czuję się jak skończony palant.


*

Nieco poważniejąc – nie wiem, jak Państwo, ale ja nie mogłem słuchać tych rytualnych zapewnień „naszych” o „radości” z Nobla dla tej polakożerczej lewaczki. Polityków jeszcze rozumiem – inaczej nie mogli tuż przed wyborami. Ale reszta? Ostatecznie dobił mnie min. Gliński, który by zmazać niewczesne wyznanie, że nie był w stanie doczytać żadnego z jej rozwlekłych dzieł do końca, pośpieszył z zapewnieniem, iż jego ministerstwo wycelowało 700 tys. zł. na tłumaczenia dorobku Tokarczuk na wszystkie możliwe języki. Czyli, mówiąc po ludzku, dorzuciło się do szerzenia w świecie antypolskiej propagandy. No, teraz nawet Papuasi będą mogli zabierać książki Olgi Tokarczuk do dżungli na polowania i czytać o tym, jak to Polacy ciemiężyli niewolników.



*

Zmieńmy temat. Polacy nie przestają mnie zadziwiać. Opublikowano wyniki sondażu z którego wynika, że 66 proc. respondentów jest za zniesieniem celibatu księży. Zarazem, w dość rozpowszechnionym nurcie tzw. ludowego antyklerykalizmu panuje opinia o „pazerności klechów”. Ehem, drodzy rodacy, wyobraźcie sobie, że ten „pazerny kler” ma jeszcze na utrzymaniu rodziny... Nic wam się tu nie gryzie? Jak to mawiają w internetach – fuck logic...


*

Jeszcze przed wyborami Klaudia Jachira złożyła na policji zawiadomienie o przestępstwie – stała się mianowicie obiektem tzw. gróźb karalnych wysyłanych jej przez rozjuszonych internautów. Krótko mówiąc – czołowa polityczna hejterka i prowokatorka, godna następczyni Palikota, żali się, że sama stała się obiektem hejtu ze strony tych, których obrażała. Słowem - ani mózgu, ani honoru. No chyba, że Jachira to lepsza cwana gapa i celuje w pokojowego Nobla, jako ofiara „politycznej przemocy”. I wiecie co? Wcale nie jest bez szans.


*

Czerscy niczym św. Jerzy pokonali smoka! Konkretnie, twitterowicza o nicku „Smok05”. Tak im zalazł za skórę, udzielając się nie tylko na Twitterze, ale i na internetowym forum „Gazety Wyborczej”, że uskutecznili „dziennikarskie śledztwo” - i podali jego dane. Imię i nazwisko, miasto zamieszkania, firmę w której pracuje, PESEL... Słowem, Stefan Michnik może nie jest na Czerskiej obecny ciałem, ale duchem – na pewno. No, to teraz czekam na ujawnienie adresów dziennikarzy „Wyborczej” - w końcu, jak można , to można.


*

Jerzy Stuhr próbował załagodzić słynne słowa o „folwarcznych chłopach”. Wyszło na to, że on bynajmniej nie uważa, iż wszyscy chłopi są nienawistni i chcą się mścić na „elitach”. Są też chłopi „dobrzy”. Krótko mówiąc, „arystokrata” Stuhr podzielił plebs na ten potulny, słuchający się autorytetów i salonów oraz na chamów zbuntowanych. Dobrze rymuje się to z wypowiedzią pawianogrzywego prof. Radosława Markowskiego, który ze swych parnasów ocenił, że elektorat PiS „nie ma kwalifikacji obywatelskich”. Profesor wie co mówi, wszak przed laty zasłynął propozycją wprowadzenia w Polsce apartheidu – pisowski „ciemnogród” miałby zostać „instytucjonalnie oddzielony” od postępowego, platformerskiego „jasnogrodu”. Inny „kwalifikowany obywatel” z tej stajni, to nasz ulubieniec prof. Jan Hartman, który niegdyś, gdy Platformie spadły słupki dał wyraz swej obywatelskiej trosce słowami: „Tusku, k...a, zrób coś! Obiecaj ludziom lody, albo co”. I teraz wyobraźmy sobie tę komisję weryfikacyjną: Stuhr, Markowski, Hartman, siedzący za stołem i oceniający „kwalifikacje obywatelskie” kolejnych delikwentów. Uff, mało brakowało...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (18-24.10.2019)

niedziela, 5 maja 2019

Pod-Grzybki 158

Czerska trzyma twardy zgryz buldoga i nawet po świętach nie odpuszcza tematu „sądu nad Judaszem” w Pruchniku. „Nie wiadomo, dlaczego po latach społeczność Pruchnika postanowiła wrócić do tego zwyczaju” - dziwi się redaktor. Drodzy Czerscy, w ramach dnia dobroci dla niekumatych podrzucę wam kilka haseł: żydowskie roszczenia, ustawa 447, polskie obozy śmierci, Israel Katz, antysemityzm wyssany z mlekiem matki - mówi wam to coś?


*

Swoją drogą, batożenie Judasza i samo wspominanie o tej postaci każdorazowo jakoś dziwnie pobudza środowiska żydowskie. Cóż, w domu, nomen omen, powieszonego, nie wspomina się o sznurze (chyba, że wesoło dynda na nim Haman) – a tym bardziej o zdrajcy, który wydał Sanhedrynowi na śmierć Odkupiciela, po to, by żydowska starszyzna rękoma Rzymian mogła zgładzić „bluźniercę” i w ten osobliwy sposób uświetnić święto Pesach gwoli podkreślenia religijnej ortodoksji. A przecież Czerscy tyle wysiłku włożyli w promowanie gnostyckich bredni z „Ewangelii Judasza”, w której zdrajca chodzi w glorii mędrca. Teraz Żydom zostaje już tylko ogłosić Judasza bohaterem narodowym i wysłać deputację do papieża Franciszka z ultimatum, by przyklepał ten werdykt - bo jak nie, to ucierpi „dialog”. Zakład, że by się zgodził?


*

Na powyższy wniosek naprowadziła mnie wiadomość, że 8-9 maja Papieski Instytut Biblijny wraz z Global Jewish Advocacy i z pełnym błogosławieństwem papieża Franciszka organizuje konferencję, której celem jest przedefiniowanie spojrzenia na relacje między Jezusem a faryzeuszami. Otóż wg nowego podejścia, Jezus wcale nie był z faryzeuszami skonfliktowany, gdzieżby! Faryzeusze byli dotąd osądzani niesprawiedliwie i należy się im rehabilitacja, a Jezus był ich... uczniem i wychowankiem. Jak więc mniemam, od tej pory Ukrzyżowanie zostanie uznane za wynik niefortunnego nieporozumienia, określenie „faryzeizm” stanie się wyszukanym komplementem, zaś „groby pobielane” - pochwałą estetyki i schludności.


*

Z weselszych wieści. Ciśnienie buzujące pod czaszką szefa „Zony Wolnego Słowa” sprawiło, że w końcu odkręcił mu się czubek głowy, uwalniając tkwiące wewnątrz maligny. Wskutek tego, pan „Sakiewka” wysmażył nieprzytomny elaborat w którym zwyzywał narodowców z Konfederacji od „ruskich agentów”, „moczarowców” i generalnie szkodników działających w interesie lewactwa. Czyli, stan nerwów proporcjonalny do spadków sprzedaży jego gazet, utrzymujących się na powierzchni już tylko dzięki zapomogom państwowych spółek. Jeśli dodać rozbuchane ego i ambicje – efekt musiał być właśnie taki. Cóż, wszak mamy do czynienia z wiecznie niespełnionym „Michnikiem prawicy” - nic więc dziwnego, że koniec końców przyszła pora na iście michnikoidalne odloty.


*

Mózg mi stanął” - tak dr Ewa Kurek skomentowała wypowiedź min. Glińskiego, że ekshumacji w Jedwabnem nie będzie, bo Amerykanie wycofają wtedy swoje wojska z Polski. Szanowna Pani doktor, już wyjaśniam: to się nazywa „wstawanie z kolan”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 18 (30.04-09.05.2019)

niedziela, 3 czerwca 2018

Pod-Grzybki 130

Michał Rachoń (TVP Info) poinformował w swoim programie zaproszonych polityków, że w apartamencie posła PO Stanisława Gawłowskiego mieści się zamtuz. Na tę wieść trójka w składzie: Andrzej Halicki (PO), Piotr Misiło (Nowoczesna) i Adam Struzik (PSL) poderwała się z miejsc i czym prędzej wybiegła ze studia. Bali się, że nie zdążą przed zamknięciem?


*

Co ciekawe, wkrótce po tym incydencie PO, Nowoczesna i PSL zażądały wyrzucenia Rachonia z „Woronicza 17”. Czyżby dziewczynki od Gawłowskiego okazały się „trefne” i panowie teraz nie wiedzą, co powiedzieć swoim małżonkom?


*

Guy Verhofstadt wysmażył artykuł w którym postuluje ukaranie Polski i Węgier wstrzymaniem europejskich funduszy za „zbaczanie z właściwej ścieżki”. Bardzo ucieszyło to pana Marcina Święcickiego (ex-PZPR, ex-Unia Demokratyczna, ex-Unia Wolności, ex-Partia Demokratyczna „demokraci.pl”, ex-Lewica i Demokraci, obecnie PO – ale to zapewne nie koniec), który na swoim fejsiku wprost nie mógł się belgijskiego guya nachwalić. Ciekawostka: Święcicki w młodości uprawiał skok w dal i to nawet z pewnymi sukcesami. Potem zmienił dyscyplinę na serwilizm i dziś można śmiało powiedzieć, że po latach pilnego treningu osiągnął w niej poziom dostępny tylko dla wyjątkowych talentów.


*

Piotr „minister kultury” Gliński od jakiegoś czasu zdradza symptomy tzw. zszarpanych nerwów – zwłaszcza, jeśli ktoś zatrąci o Polską Fundację Narodową czy futrowanie różnych żydowskich instytucji. Wówczas pan profesor zachowuje się niczym podczas pamiętnej rozmowy z red. Mazurkiem (czyli łaje bezczelnego pismaka) – ostatnio zaś w równie pryncypialny sposób obsobaczył na Twitterze red. Warzechę za artykuł przyrównujący PFN do gangu Olsena. Cóż, wygląda to na klasyczny syndrom „profesora w polityce”: profesor przyzwyczajony jest do tego, że on mówi, a studenci słuchają. Więcej - potem on ich z tej wiedzy egzaminuje. A w polityce jest dokładnie odwrotnie: to polityk ma słuchać, co ludzie do niego mówią - i to on jest potem przez wyborców egzaminowany. Nawet przez tych najgłupszych, bo kartkę wyborczą każdy ma taką samą. Po prof. Glińskim widać, że on w związku z powyższym trochę cierpi. Ech, niewdzięczna jest ta służba narodowi...


*

Skoro wspomnieliśmy o PFN - jak wiemy, jej wiceszef Maciej Świrski słynie z zamiłowania do rozmaitych wizerunkowych kreacji. Zastanawiałem się, skąd mu się to wzięło i nagle mnie olśniło – Świrski to niespełniony cosplayer! Wyjaśniam: cosplay to taka barwna subkultura, której członkowie wcielają się w różne postaci – głównie w bohaterów komiksów, anime i gier komputerowych. Tyle, że prawdziwi cosplayerzy własnoręcznie przygotowują swoje kostiumy i gadżety. I tu widzę dla Świrskiego kolejne wyzwanie. Otóż niedawno PFN zerwała współpracę z Mateuszem Kusznierewiczem, który miał wyruszyć w rejs dookoła świata i teraz trwają poszukiwania następcy. Osobiście nie widzę problemu – Maciej Świrski przebierze się za marynarza i gotowe!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 10 (23.05-05.06.2018)

sobota, 31 marca 2018

Antypolonizm sponsorowany ...czyli błazenada w VI aktach

I. Błazenada

Oni chyba nigdy się nie nauczą. Oto przez świat przelewa się fala bezprzykładnego, antypolskiego hejtu inspirowanego przez Izrael i żydowską diasporę: codzienne bluzgi, konfabulacje, szkalowanie – wszystko zaś sprowadzające się do oburzenia, że paszkwilantom nie będzie wolno mówić o „polskich obozach” i przypisywać nam niemieckich zbrodni. Co w tym momencie robi rząd „dobrej zmiany”? W najlepsze zajmuje się futrowaniem tychże środowisk żydowskich, co w obecnej sytuacji przekłada się na sponsorowanie antypolonizmu. Ów sponsoring jest wielowymiarowy – polityczno-wizerunkowy, moralny i finansowy. Przejawia się zarówno działaniem, jak i zaniechaniem. Co więcej, w zestawieniu z buńczucznymi zapowiedziami, że nikt nam nie będzie dyktował ustaw i generalnie nie oddamy nawet guzika od munduru, sprawia to wszystko wrażenie ogólnej błazenady – a z błaznami nikt się nie liczy. Spójrzmy.


II. Sponsoring polityczno-wizerunkowy

Akt pierwszy, to ekspresowe powołanie operetkowego „zespołu ds. dialogu historyczno-prawnego” i jego wycieczka do Izraela, mająca „wyjaśnić” nasze dobre intencje stojące za nowelizacją ustawy o IPN. Jeżeli to miał być zabieg wizerunkowy pokazujący światu naszą dobrą wolę, to był strzałem w kolano. Po pierwsze, tłumaczenie oznacza potwierdzenie winy, zatem międzynarodowa opinia publiczna jeśli w ogóle dostrzegła tę rozpaczliwą inicjatywę, musiała wysnuć wniosek, że ci Polacy faktycznie mają coś za uszami, skoro tak gorliwie zabiegają o audiencję w Izraelu. Po drugie, Izrael tę wyciągniętą rękę kompletnie, pardon my french, olał – zostaliśmy przez kogoś tam łaskawie wysłuchani i odesłani do domu z kwitkiem. Rewizyta analogicznej delegacji z drugiej strony nie jest przewidziana. Aż nie do uwierzenia, że skoro strona polska wiedziała, że cała awantura została sprokurowana na zimno – ze względu na izraelskie wybory, potrzebę odwrócenia uwagi od korupcyjnych problemów premiera Netanjahu, wreszcie wymuszenie na nas „odszkodowań” - to taka paniczna reakcja może stronę izraelską tylko utwierdzić w przeświadczeniu, że jej linia prowadzenia konfliktu jest słuszna. I utwierdziła. Punkt dla Izraela (i nasz samobój), który zasponsorowaliśmy politycznie.

Akt drugi, to sprawa ujawnienia poufnych notatek – zarówno tej ze stycznia, przetrzymanej w MSZ, z pogróżkami amerykańskich dyplomatów odnośnie ustawy o IPN i ustawy reprywatyzacyjnej, jak i tej w której rzekomo miano stwierdzić, że prezydent Duda i premier Morawiecki są w Białym Domu osobami niepożądanymi. Co do pierwszej, podejrzewam tu „świnię” podłożoną resortowi sprawiedliwości przez premiera Morawieckiego. Nie od dziś wiadomo, że Morawiecki z Ziobrą szczerze się nienawidzą – rywalizują o przywództwo po starzejącym się Kaczyńskim i jeden utopiłby drugiego w łyżce wody. A że MSZ jest pod kuratelą Morawieckiego, to cóż prostszego jak zasugerować przetrzymanie ostrzegawczego dokumentu, tak by Ministerstwo Sprawiedliwości nieświadome okoliczności wkopało się radykalną ustawą? Mateusz Morawiecki nie zaszedłby w bankowości tak wysoko, gdyby nie był wytrenowany w takim „korporacyjnym judo”. Natomiast wyciek owej notatki z Min. Sprawiedliwości jest klasycznym działaniem obronnym: „patrzcie, my niewinni, to tamci nie przekazali nam informacji”. Z kolei o upublicznienie notatki z waszyngtońskiej ambasady z groźbą amerykańskiego „embarga” na wizyty prezydenta i premiera śmiało można podejrzewać złogi z „korporacji Geremka” nie wyczyszczone przez ponad dwa lata rządów PiS. Jedno i drugie przełożyło się w efekcie na wizerunkowe samozaoranie, a co za tym idzie - „sponsoring” strony przeciwnej.

Akt trzeci polityczno-wizerunkowego sponsoringu, to odesłanie przez prezydenta Dudę ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Pisałem o tym szerzej w „Warszawskiej Gazecie”, więc tu tylko pokrótce: ten krok otworzył nowe pole do wywierania na Polskę nacisków, bo każdy za granicą wie (a w każdym razie tak sądzi), że Trybunał wyda wyrok na polityczny obstalunek. Na to nałożyły się kompromitujące wypowiedzi: że ustawa jest „głupia” (Z. Romaszewska), „nie będzie działała” (S. Karczewski, marsz. Senatu), że na jej podstawie nie będą stawiane zarzuty (B. Cichocki, MSZ), tudzież nie będzie miała zastosowania wobec dziennikarzy (Z. Ziobro). Nic dziwnego, że izraelskie media triumfalnie odbębniły, że ustawa o IPN została „zamrożona” - bo jak nie miały skorzystać z takiego prezentu?

Swoistymi antraktami tej galopującej kompromitacji są wykwity nieporadności piarowskiej. Wciąż nie ma specjalnej komórki monitorującej antypolskie harce w światowych mediach oraz prezentującej polskie oficjalne stanowisko w poszczególnych kwestiach - podobno rząd intensywnie nad takim pełnomocnikiem „myśli”. Polska Fundacja Narodowa z ćwierćmiliardowym budżetem ze spółek skarbu państwa jest pod parasolem ochronnym min. Glińskiego – otóż, ona dopiero się „organizuje” i „bada teren”. Może „zorganizuje się” i „zbada” do końca kadencji (a może nawet dorobi się anglojęzycznej strony internetowej) – lecz nie sposób nie zauważyć, że kampanię billboardową o sędziach potrafiła przeprowadzić ekspresowo, dając przy tym zarobić kolegom.


III. Sponsoring moralny i finansowy

Akt czwarty, to sponsoring moralny. Tu znów negatywnym bohaterem jest prezydent Duda, przepraszający w 50. rocznicę Marca '68 w imieniu Polski i narodu za winy Gomułki i komunistycznych „chamów” od Moczara („Chcę z całą mocą podkreślić, że z wielkim żalem pochylamy głowę, także ja, jako prezydent, i tym, którzy zginęli, zostali wypędzeni, chcę powiedzieć: proszę, wybaczcie Rzeczpospolitej, wybaczcie Polakom, wybaczcie ówczesnej Polsce”). To jest akt ekspiacji a la Jedwabne: w rodzaju przeprosin Kwaśniewskiego, czy listu Komorowskiego z passusem, że naród polski bywał również „sprawcą”. Konsekwencje tych haniebnych aktów odczuwamy do tej pory – bo skoro byliśmy sprawcami, to proste „przepraszam” nie wystarczy, trzeba płacić, a środowiska spod znaku holocaust industry są bardzo sprawne w monetyzacji tego typu wyrazów skruchy. Tylko patrzeć, jak zaczną się domagać odszkodowań za mienie po „wypędzonych” w Marcu.

A skoro już jesteśmy przy pieniądzach (bo w relacjach polsko-żydowskich kwestie moralne ściśle wiążą się z finansowymi) - przed nami akt piąty. Polskie państwo wyłożyło 180 mln. zł. na budowę Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”, do tego co roku pokrywa w większości koszty bieżącej działalności placówki – na dzień dzisiejszy jest to 8,9 mln. zł. Za te pieniądze przy okazji 50. rocznicy Marca '68 zorganizowano w muzeum cykl sabatów pod nazwą „Obcy w domu. Wokół Marca '68”. Do tej pory mieliśmy takie kwiatki jak wykład dobrze znanego czytelnikom „Niepodległej” skrajnie lewackiego psychologa społecznego Michała Bilewicza pt. „Epidemie mowy nienawiści. Jak blisko Marca ’68 jesteśmy?” okraszony okolicznościową ekspozycją prezentującą „antysemickie” wpisy z internetu (jak wiadomo, w internecie można znaleźć wszystko) – sugerujący, że w Polsce narasta atmosfera pogromowa. Nawiasem, wspomniany Bilewicz dostał niedawno niemal 2 mln. grantu z Narodowego Centrum Nauki na projekt „Mowa pogardy. Psychologiczne mechanizmy rozprzestrzeniania się agresji werbalnej wobec grup mniejszościowych”.

Następnie – znów o „języku nienawiści” - debatowali w doborowym gronie (od lewa do lewa) przedstawiciele „Polin”, „Press”, „Wyborczej” i „Onetu” (tyle dobrego, że okazało się, iż kompulsywnie wręcz śledzą „Warszawską Gazetę”). Wkrótce zaś jeszcze takie atrakcje, jak przedstawienie teatralne „Juden (R)aus Arras”: „Jest rok 1968. Dookoła szaleje antysemicka nagonka. Ze swoim żydowskim pochodzeniem musi się zmierzyć niepełnosprawny, chory umysłowo chłopiec. Grozi mu wyjazd z Polski. Aby przetrwać opresję, przetwarza wrogą rzeczywistość w baśń. Twórcy chcą zadać pytanie o naturę i mechanizmy antysemityzmu, a także o granice poprawności wobec tematów żydowskich, obowiązujące w dzisiejszej debacie publicznej”.

Wiem, że „Polin”, to „zasługa” poprzednie władzy. Gorzej, że obecnie MKiDN ma spętane ręce – statut placówki opartej na partnerstwie publiczno-prywatnym (muzeum współtworzą MKiDN, miasto Warszawa i Żydowski Instytut Historyczny) nie pozwala zmienić jej szefa ani samego statutu bez jednomyślnej zgody wszystkich podmiotów. Chcąc nie chcąc, sponsorujemy więc milionami antypolskie hucpy. I tu pytanie – czy naprawdę musimy? Czy min. Gliński nie może obciąć dotacji, tak by muzeum musiało utrzymywać się samo?

Kompletnie niezrozumiałe w kontekście powyższego są natomiast zapowiedzi – i tu mamy akt szósty - stworzenia muzeum warszawskiego getta i muzeum chasydyzmu. Toż to kompletna groteska – mało nam „Polin”, więc sfinansujemy jeszcze dwa kolejne potencjalne rozsadniki antypolonizmu. By dopełnić obrazu tragifarsy, przytoczę Jarosława Sellina, który stwierdził, iż „współpraca MKiDN z Muzeum POLIN jest dobra, merytoryczna”. I niech te słowa będą swoistą codą dla opisanej tu błazenady.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Rejterada

Antysemityzm urojony

Koniec złudzeń

Polska – USA: zaufanie traci się tylko raz

Moratorium, czyli „uspokajactwo” stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 07 (28.03-17.04.2018)

niedziela, 25 czerwca 2017

Media państwowe, nie „publiczne”

Należy skończyć z fikcją mediów „publicznych”, które na dodatek udają, że są spółkami prowadzącymi normalną działalność gospodarczą i przekształcić je w jednostki budżetowe.


Nabiera rumieńców batalia o ściągalność abonamentu RTV. Wg procedowanego obecnie projektu rządowego operatorzy satelitarni i sieci kablowych byliby zobowiązani do udostępnienia danych swoich klientów Poczcie Polskiej, co stanowiłoby podstawę do wyegzekwowania opłaty abonamentowej, jako że kanały mediów publicznych nadawane są przez oba rodzaje podmiotów „z rozdzielnika”. Ma to w założeniu uszczelnić system, dziś bowiem w praktyce płaci abonament (albo nie) ten kto chce i ci, którzy zarejestrowali odbiorniki jeszcze za komuny, co z natury rzeczy sprawia, że płatnicy odziedziczeni w spadku po poprzednim ustroju są gatunkiem wymierającym. Na dzień dobry baza abonentów zwiększyłaby się zatem o 2,8 mln. osób, a wpływy z abonamentu – o 620 mln. zł. Tyle na początek, bo operatorzy zobligowani byliby również do informowania o wszystkich kolejnych zawieranych umowach. Jak podają „Wirtualne Media” suma zaległości z ostatnich pięciu lat (za tyle możliwa jest egzekucja) wynosi ok. 3 mld. zł. W 2016 r. abonament zapłaciło 1,12 mln gospodarstw domowych (spośród 3,2 mln zobowiązanych), co przyniosło mediom publicznym 749,9 mln, zł. Widać zatem, że projekt MKiDN niemal podwoi wpływy publicznych nadawców (bieżące dane o klientach od operatorów, plus nowe umowy zawierane w przyszłości).

W zasadzie można by projekt firmowany przez ministra Glińskiego potraktować jako część operacji uszczelniania systemu podatkowego, bo wszak abonament RTV jest powszechnie obowiązującą daniną publiczną. Takie podejście abstrahuje jednak od tzw. kontekstu społecznego – a ten jest taki, że w Polsce abonamentu po prostu się nie płaci i przez większość odbiorców nowe rozwiązania zostaną potraktowane jako kolejny podatek. Dodatkowo istnieje moda na nieoglądanie TV – telewizor jako „ogłupiacz” jest albo eksmitowany z domu, albo służy jako monitor do podpięcia laptopa i np. oglądania Netflixa. Na powyższe nakłada się ostry podział polityczny. Zwolennicy opozycji dostają piany na myśl, że musieliby płacić „haracz” na „pisowską telewizję” - analogicznie wyborcy prawicowi reagowali alergią na TVP pod poprzednimi rządami.

Należy tu przypomnieć, że swoją niewątpliwą „zasługę” w obniżeniu dochodów z abonamentu miał Donald Tusk, który jako premier oznajmił w 2008 r.:Abonament jest archaicznym sposobem finansowania mediów publicznych, haraczem ściąganym z ludzi. Dlatego rząd będzie zabiegał o poparcie do jego zniesienia”. Wiele osób potraktowało to jako zezwolenie na niepłacenie i choć, jak to u Tuska, na obiecankach się skończyło, to ściągalność abonamentu gwałtownie spadła. Oczywiście o żadnej „abolicji” nie było mowy i już po pięciu latach okazało się, że 2,5 mln. gospodarstw domowych objętych jest windykacją z tytułu zaległości – z czego ok. 30 proc. stanowili emeryci i renciści, czyli ci, którzy statystycznie najbardziej wierzą telewizorowi i skoro usłyszeli, że premier mówi, żeby nie płacić, to nie płacili. Zaległości razem z odsetkami i kosztami egzekucji opiewały np. na 1800 zł., co dla emeryta było sumą zabójczą. Sam kiedyś na poczcie byłem świadkiem dość dramatycznej sytuacji, gdy roztrzęsiona młoda kobieta przyszła w imieniu schorowanego ojca z wezwaniem do zapłaty opiewającym na grubo ponad tysiąc zł., by wyjaśnić sprawę i poprosić o rozłożenie należności na raty – powołując się właśnie na słowa Tuska o abonamencie.

Póki co, operatorzy telewizyjni interweniują w Brukseli (co być może będzie skuteczne, zważywszy na notowania obecnego rządu w KE) i odgrażają się, że wyłączą publiczne kanały, o co ponoć masowo proszą ich klienci. Ale nawet pomijając te utarczki, upowszechnienie ściągalności abonamentu może być iskrą rzucona na beczkę prochu i rząd powinien liczyć się z protestami społecznymi na wzór pamiętnych demonstracji przeciw ACTA, kiedy to przeważnie młodzi ludzie wylegli na ulice przerażeni widmem srogich kar za pobieranie pirackich treści z internetu (nie oszukujmy się, taka była realna przyczyna manifestacji, nie żaden tam strach przed „inwigilacją” i zagrożeniem dla „prywatności” w sieci).

Sądzę, że istnieje wyjście z tej sytuacji – w Sejmie złożono także poselski projekt postulujący zastąpienie abonamentu rządową dotacją i jest to krok w dobrym kierunku. Ja poszedłbym dalej – należy skończyć z fikcją mediów „publicznych”, które na dodatek udają, że są spółkami prowadzącymi normalną działalność gospodarczą. Media tzw. „publiczne” powinny zostać przekształcone w to, czym i tak de facto są – czyli rządowym aparatem informacyjno-propagandowym, bez krygowania się na zbędną hipokryzję. Należy przekształcić je w jednostki budżetowe podległe bezpośrednio premierowi, zlikwidować KRRiT (tu konieczna będzie zmiana konstytucji) i finansować bezpośrednio z budżetu państwa – z ewentualnym uzupełnieniem daniną pobieraną od stacji prywatnych w postaci części przychodów z reklam, jako rekompensatą za wycofanie się państwowych nadawców z reklamowego „tortu”. Tak będzie zdrowiej i nade wszystko – uczciwiej.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Zrobieni w abonament


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 25 (23-29.06.2017)

niedziela, 14 maja 2017

Norweski okup

Fundusze norweskie to nie jest żaden prezent od dobrego wujka z Oslo – Norwegia w ten sposób kupuje sobie dostęp do naszego rynku.

Dziś znów powrócę do tematu tzw. „funduszy norweskich”, jako że właśnie głos w tej sprawie zabrała norweska premier Erna Solberg, ogłaszając iż „nie może pozwolić, by Polska i Węgry kontrolowały środki na społeczeństwo obywatelskie”. Obecnie Polska negocjuje z Norwegią sposób rozdziału 809 mln. euro przewidzianych na lata 2017-2021. Do tej pory w Polsce „operatorem”, czyli podmiotem odpowiedzialnym za dystrybucję środków między krajowe organizacje pozarządowe była Fundacja Batorego wraz z Polską Fundacją Dzieci i Młodzieży – i Norwegowie chcą aby tak zostało. Polska natomiast stoi na stanowisku wyrażonym przez wicepremiera Glińskiego, iż są to fundusze publiczne, które powinny pozostawać w gestii polskiego rządu. Nie byłoby to niczym nadzwyczajnym, bo podobny system funkcjonuje chociażby na Łotwie, gdzie operatorem jest podległa premierowi Fundacja Integracji Społecznej do której działań norweski rząd nie zgłasza zastrzeżeń. U nas analogiczną rolę miałoby pełnić rządowe Narodowe Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego – i tu już Oslo mówi zdecydowane „nie”, wskutek czego negocjacje znalazły się w impasie.

Formalnie Norwegom chodzi o to, by fundusze dzielone były przez „niezależne” podmioty – z tym, że jak wykazałem w felietonie „Międzynarodówka operatorów”, owa „niezależność” jest mocno problematyczna. Tak się bowiem składa, że rynek NGO'sów w zakresie zawiadywania funduszami EOG w naszym regionie zmonopolizowały filie „pozarządowej międzynarodówki” - czyli podmioty zależne od fundacyjnego „imperium” George'a Sorosa, tudzież innych gigantów z branży NGO's, będących w świecie III sektora odpowiednikami globalnych koncernów. Są to instytucje jednoznacznie sprofilowane światopoglądowo – w kierunku lewicowym – i wedle tego klucza rozdzielają będące w ich dyspozycji granty. Ten stan rzeczy odpowiada ideologicznej agendzie norweskiego rządu, stąd też dla premier Solberg nie do przyjęcia jest, by „łapę” na funduszach położyły prawicowe „reżimy” Kaczyńskiego i Orbana (Węgry do których trafić ma 215 mln. euro zażądały prawa veta przy wyborze operatora, na co Norwegia również nie chce wyrazić zgody). W efekcie, istnieje zagrożenie, że fundusze zostaną wstrzymane – tak jak stało się to już w 2014 r. w przypadku wspomnianych Węgier, co zmusiło Orbana do ustępstw, zaś środki po staremu zasilały niemal wyłącznie zasiedziałą na rynku sieć lewicowych NGO'sów.

Swoje nastawienie Erna Solberg zwerbalizowała zresztą otwartym tekstem, mówiąc o „nietolerancyjnych siłach” dybiących na norweskie środki. Wprawdzie zastrzega przy tym, że operator ma zostać wyłoniony w drodze „otwartego przetargu”, lecz w praktyce, zważywszy na instytucjonalną przewagę organizacji lewicowych hojnie sponsorowanych z zagranicy od początków III RP, oznacza to zachowanie status quo. Paradoksalnie, jedyną szansą na realną pluralizację światopoglądową III sektora jest powierzenie funduszy specjalnemu ośrodkowi rządowemu. Apel w tej sprawie wystosowało 50 organizacji skupionych w Konfederacji Inicjatyw Pozarządowych Rzeczypospolitej, krytykując dodatkowo „centralizację” podziału środków (lwia część grantów trafia do podmiotów z największych miast, głównie Warszawy) – ale, jak widać, ta strona „społeczeństwa obywatelskiego” jest głęboko „niesłuszna”.

I teraz sprawa podstawowa, którą podnosiłem już w tekście „Bój o norweską kasę”. Fundusze o które toczy się batalia, to nie jest żaden prezent od dobrego wujka z Oslo. Kraje współtworzące wraz z Unią Europejską Europejski Obszar Gospodarczy – w tym Norwegia – kupują sobie w ten sposób prawo dostępu do wspólnego rynku i strefy Schengen, same pozostając poza strukturami UE. Innymi słowy, jest to odpowiednik składki członkowskiej dzięki któremu spijają integracyjną „śmietankę” (wspólny rynek, swoboda przepływu ludzi) bez ponoszenia różnorakich kosztów i konieczności podporządkowania się brukselskiej centrali.

Patrząc od tej strony, państwo polskie ma pełne prawo do nadzorowania „funduszy norweskich”, skoro Norwegia dzięki nim zyskuje przywilej wstępu na nasz rynek. Raport Polsko-Skandynawskiej Izby Gospodarczej informuje, że tylko w 2014 r. norwescy inwestorzy osiągnęli zysk z tytułu bezpośrednich inwestycji w wys. 59,8 mln. euro. Ogółem w tym samym roku wartość polsko-norweskiej wymiany handlowej wyniosła ponad 5 mld. euro. Całe szczęście, że notujemy przy tym lekką nadwyżkę, choć zważywszy, że importujemy z Norwegii głównie szprycowane nie wiadomo czym łososie z „aquakultur” (jesteśmy największym odbiorcą), to na dobrą sprawę powinni nam jeszcze dopłacać za groźbę uszczerbku na zdrowiu. Generalnie Polska znajduje się w pierwszej dziesiątce najważniejszych partnerów handlowych Norwegii, zaś Norwegia dla nas sytuuje się dopiero pod koniec drugiej dziesiątki. Może zatem norweska premier przestałaby się tak bardzo sadzić, bo póki co, to ich gospodarka bardziej potrzebuje Polski niż odwrotnie, co niniejszym podrzucam naszemu rządowi w charakterze argumentu w dalszych negocjacjach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 19 (12-18.05.2017)

niedziela, 19 czerwca 2016

Globalne kłamstwo oświęcimskie

Skoro kłamstwo o „polskich obozach” ma zasięg globalny, to wymaga równie globalnej reakcji.

Cieszy zaanonsowane przez min. Glińskiego nawiązanie współpracy między polskim rządem, a międzynarodową kancelarią prawną „Dentons”. Sam rzut oka na stronę internetową pokazuje, że mamy do czynienia z prawdziwie globalną korporacją. Dziesiątki oddziałów na różnych kontynentach sprawiają, że firma ta dobrze orientuje się w lokalnej specyfice prawnej poszczególnych krajów, szczególnie tych najbardziej nas interesujących – w Europie Zachodniej, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Nie bez przyczyny mówi się o kancelarii jako o największej firmie prawniczej na świecie. Równie imponująco wygląda spektrum obsługiwanych zagadnień – w zasadzie nie ma materii, którą korporacja ta by się nie zajmowała...

Spokojnie, śpieszę z wyjaśnieniem, że „Dentons” nie wykupił u mnie zamówienia na kryptoreklamę. Powyższe wprowadzenie ma uzmysłowić Czytelnikowi, że nareszcie polskie władze potraktowały oszczerstwa formułowane pod adresem naszego kraju poważnie, czego wszyscy poprzednicy w minionym ćwierćwieczu zaniedbywali – z fatalnym skutkiem dla międzynarodowego wizerunku Polski. Jedni sprawę bagatelizowali, inni natomiast kierowali się zgubną formułą ukutą przez Władysława Bartoszewskiego, iż Polska jako „brzydka, nieposażna panna na wydaniu” powinna być „miła, a nie nabzdyczona”. W efekcie, mutacja „kłamstwa oświęcimskiego” mówiąca o „polskich obozach koncentracyjnych”, tudzież „polskich obozach zagłady” na trwałe zadomowiła się w świadomości społecznej i medialnej świata. Doszło do tego, że traktowana jest jako powszechnie wiadoma oczywistość. Rzecz jasna, oprócz zaniechań, konto polityczno-opiniotwórczych elit III RP obciąża także w pełni świadome działanie w ramach „pedagogiki wstydu”. Kolportowanie i promocja za granicą ponurych bredni Grossa idealnie nadawało się do dyscyplinowania i obezwładniania mentalnego Polaków, utrwalającego nasze kompleksy i poczucie niższości. Jeżeli ambasador RP w Waszyngtonie, Ryszard Schnepf, urządza na festiwalu filmów żydowskich laudację „Pokłosiu” Pasikowskiego, konserwując tym samym wizerunek Polaka – ciemnego antysemity, to doprawdy, trudno mieć złudzenia, komu tak naprawdę służy.

Kłamstwo o „polskich obozach” ma bowiem wieloraki użytek – nie tylko wewnętrzny. Dla organizacji żydowskich działających w ramach „Holocaust industry” jest propagandową podkładką dla roszczeń majątkowych; dla naszych „aliantów” z czasów II Wojny Światowej jest doskonałym usprawiedliwieniem ich zdrady i wydania nas na pastwę Stalina; dla Niemiec wreszcie, stanowi metodę odzyskania „historycznego dziewictwa” i wybielenia się z odpowiedzialności za zbrodnie i ludobójstwo.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że termin „polskie obozy koncentracyjne” został ukuty w 1956 r. właśnie w Niemczech, w tzw. „Agencji 114” będącej częścią „Organizacji Gehlena” - poprzedniczki BND. Podwładnym Reinharda Gehlena (byłego generała Wehrmachtu) był szef „Agencji 114” – Alfred Benzinger (wcześniej sierżant tajnej policji wojskowej, Geheime Feldpolizei) i to właśnie on zaproponował wprowadzenie do obiegu zbitki o „polskich obozach koncentracyjnych”. Do historii przeszło jego zdanie: „Odrobina fałszu w historii po latach może łatwo przyczynić się do wybielenia historycznej odpowiedzialności Niemiec za Zagładę”. Niemieckie służby, będące wówczas przechowalnią przewerbowanych hitlerowskich zbrodniarzy wojennych – również tych najbardziej krwawych, np. z Einsatzgruppen SS - we własnym interesie przystąpiły do dzieła. Udało się nad podziw, chyba nawet sam „Grubas” („der Dicke” - przydomek Benzingera) nie spodziewał się takiego efektu. „Polskie obozy koncentracyjne” podbiły świat, w czym z pewnością miały swój udział wspomniane wyżej motywacje nie tylko Niemiec, lecz również organizacji żydowskich i zachodnich mocarstw, a także – nie wolno o tym zapominać - ZSRR, sączącego, szczególnie po prowokacji kieleckiej, narrację, że lepiej aby ktoś tych krwiożerczych Polaków trzymał w ryzach.

Do tej pory przeciwdziałania polskich służb dyplomatycznych – podejmowane na ogół z musu, pod presją krajowej opinii publicznej – były rachityczne i nieefektywne. Ot, jakaś nota, jakieś pismo ze sprostowaniem wysłane do jednej czy drugiej redakcji, które lądowało w koszu, lub spotykało się z obłudnym tłumaczeniem, że to tylko taki skrót, odnoszący się do geograficznej lokalizacji obozów – wszystko bez przekonania i myśli przewodniej. Tymczasem, skoro kłamstwo o „polskich obozach” ma zasięg globalny, to wymaga równie globalnej reakcji – międzynarodowy gigant usług prawniczych wytaczający konsekwentnie kolejne procesy i żądający odszkodowań jest wręcz narzucającym się rozwiązaniem. Z niecierpliwością czekam zatem na pierwsze procesy inicjowane w imieniu polskiego państwa. Wreszcie!

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Agencja 114 i „polskie obozy koncentracyjne”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (10-16.06.2016)