Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcyza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcyza. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 grudnia 2019

Pod-Grzybki 188

Uuuu... an-ty-se-mi-tyzm... Nowojorska Liga Antydefamacyjna uskuteczniła badanie skonstruowane tak, by za wszelką cenę wykryć w indagowanych delikwentach żydożercze ciągoty. Przykładowo, wystarczyło twierdząco odpowiedzieć na zdanie typu „Żydzi uważają, że są lepsi od innych”. Ehem, czy aby nie właśnie na tym zasadza się koncepcja „narodu wybranego” mającego ekskluzywne relacje z Panem Bogiem? O tym, co o gojach głosi Talmud nie wspominając? A ewentualnym przeczulonym na punkcie żydowskiego samopoczucia nadwrażliwcom dedykuję słowa byłego naczelnego sefardyjskiego rabina Izraela, Owadii Josefa: „Po co goje są tak naprawdę potrzebni? Będą pracować, będą orać, będą zbierać plony. My zaś będziemy tylko siedzieć i jeść jak panowie”.


*

Pełen zestaw „pytań”, mających rzekomo prezentować „antysemickie stereotypy” (przykładowo, że Żydzi mają zbyt duże wpływy w mediach, finansach, biznesie czy amerykańskim rządzie) zamieszczam w osobnym, dłuższym tekście – tu jedynie dopiszę, iż są to nie tyle „stereotypy”, a nawet nie „kontrowersyjne” opinie, lecz zwyczajne obserwacje oddające stan faktyczny. Wniosek – „antysemityzmem” jest dostrzeganie przez gojów zjawisk, których wedle Żydów nie powinni dostrzegać, a jeżeli już dostrzegają – to nie powinni o nich mówić, bo wtedy Żydom robi się przykro. A jak Żydom robi się przykro, to trzeba ten dyskomfort jakoś załagodzić. Na przykład workami ze złotem.


*

Ach, wspomniane badanie zasponsorował niemiecki Volkswagen – hitlerowska firma korzystająca podczas wojny z niewolniczej (również żydowskiej) siły roboczej. Kolejną edycję sfinansuje Hugo Boss – projektant gustownych mundurów SS, a jeszcze następną – I.G. Farben. Pecunia non olet!


*

Niejaki Gideon Meier, izraelski szmondak robiący w dyplomacji, wyjęzyczył się na Twitterze, iż „Niemcy nie zbudowaliby obozów w Polsce bez współpracy z polskim narodem”. Ciekawe w takim razie, kto współpracował z Niemcami przy budowie obozów zlokalizowanych na terenie rdzennych Niemiec? Też Polacy? Generalnie, te obozy położone na terenie zarówno ówczesnych, jak i obecnych Niemiec, cholernie nie pasują dzisiejszym Żydom do polakożerczego obrazka, więc są dyskretnie wygumkowywane z holocaustowej narracji. Cóż, Niemcy z jakichś tajemniczych powodów zawsze Żydom wielce imponowali, stąd wielkim kłopotem dla tej tradycyjnej sympatii jest fakt, iż to właśnie ci Niemcy urządzili Żydom holocaust. Ale cywilizacja żydowska tym m.in. różni się od łacińskiej, że pojęcie prawdy jest w niej względne i podlegające rozmaitym, nazwijmy to, „negocjacjom”. Toteż Żydzi doszli do wniosku, iż dobrze byłoby, gdyby się okazało, że ten cały holocaust zrobił jednak kto inny. Na przykład Polacy, którymi Żydzi nauczyli się serdecznie gardzić za nasze – co tu ukrywać – safandulskie frajerstwo. A jeżeli jeszcze z tego tytułu uda się wydusić z nas 300 mld. USD haraczu – to tym lepiej. Teraz jedynie obserwujemy kolejne etapy wdrażania tego scenariusza.


*

Pora na cotygodniową dawkę Sylwii Spurek. Tym razem wypowiedziała wojnę... no właśnie, sam nie wiem – polszczyźnie czy angielszczyźnie? W każdym razie, zamiast „historia” pani Sylwia pisze „her-storia”. Trochę to skomplikowane, ale postaram się wytłumaczyć, w czym rzecz. Poszło o to, iż w języku angielskim słowo „history” zawiera rzekomo człon „his” („jego”) - zaimek rodzaju męskiego, co w połączeniu z członem „story” („opowieść”) można przetłumaczyć jako „jego opowieść” („his-story”) - a to z kolei ma dowodzić samczej, szowinistycznej opresji w historiografii, pisanej jakoby wyłącznie z męskiego punktu widzenia. Natomiast zaimek „her” („jej”) jest rodzaju żeńskiego, więc wraz z członem „story” oznaczałby „jej opowieść” („her-story”) - czyli dla odmiany, historię pisaną z pozycji pro-kobiecych. I dlatego właśnie feministki z krajów anglojęzycznych forsują zbitkę „her-story”, co postanowiła zmałpować Sylwia Spurek. Nadążamy? No więc czym prędzej proszę zapomnieć powyższe banialuki, bo to wszystko jest totalną brednią – z prostego powodu: otóż słowo „historia” przywędrowało zarówno do polszczyzny, jak i angielszczyzny z łaciny i jest na dodatek – podobnie jak w języku polskim - rodzaju żeńskiego. I nie ma nic wspólnego z jakimiś urojonymi zaimkami – ani męskimi, ani żeńskimi. Pani Sylwio, radzę zapamiętać: „Historia magistra vitae est”. A teraz najlepsze – Sylwia Spurek ma doktorat (i to z prawa!), co dumnie obwieszcza zamieszczając przed nazwiskiem literki „dr”. Z kropką.


*

Chociaż, z drugiej strony, jak się dobrze zastanowić – na co dzisiejszej, postępowej prawniczce jakaś tam łacina? Jakiś Owidiusz, Wergiliusz, Seneka, Cyceron, Katon czy uchowaj boże, ten mizogin i militarysta Juliusz Cezar? Same martwe, białe, męskie, szowinistyczne świnie.


*

Lewactwo nie odpuszcza – zasłużona niegdyś organizacja „Amnesty International” zamieściła na Twitterze hasło „aborcja prawem człowieka”. Zapomnieli tylko uściślić, którego konkretnie człowieka? Tego co wyskrobuje, czy tego, który jest wyskrobywany?


*

Tymczasem PiS wciąż nie może się pozbierać po wygranej i zatacza się od ściany do ściany. Najpierw wycofał (bez powiadamiania zainteresowanej) z kandydowania do Trybunału Konstytucyjnego prof. Elżbietę Chojnę-Duch, która najwyraźniej jak na pisowskie standardy była zbyt ogarnięta, potem w podobnym stylu wycofał kandydaturę jej chwilowego następcy Roberta Jastrzębskiego, w międzyczasie wycofał się z własnego projektu zniesienia limitu 30-krotności składki na ZUS... Słowem, mówiąc klasykiem, „pierdel, serdel, burdel”. Będzie za to 13 emerytura sfinansowana z Funduszu Solidarnościowego i podwyżka akcyzy na fajki i alkohol. Mam tylko jedno pytanie: to ile tej wódy będę musiał wydoić, żeby spiął się przyszłoroczny budżet? Pytam, bo nie wiem, czy dam radę – oczywiście, powodowany patriotyzmem zrobię co w mojej mocy, ale jednak organizm ma swoją wytrzymałość. Może poproszę o pomoc kolegów - i założymy razem Klub Sponsorów Budżetu Państwa im. Mateusza Morawieckiego?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (29.11-05.12.2019)

środa, 25 sierpnia 2010

Karuzela podatkowa (część 2)


Przyszłoroczna podwyżka VAT-u, to dopiero początek podatkowej karuzeli.

W części pierwszej napisałem jak „jednoprocentowa” podwyżka VAT odbije się na naszych kieszeniach w korelacji ze wzrostem akcyzy na paliwo. Będzie to znacząco więcej niż jeden procent. Ale to nie koniec zabaw z VAT-em łże-liberalnej (he, he) Platformy i naszego natchnionego nie-rządu.

I. Ambitne plany.

Otóż, plany rządowe są ambitne: jeżeli w następnych latach, mimo podwyżki VAT i wszystkich buchalteryjnych sztuczek ministra Rostowskiego, relacja długu publicznego do PKB przekroczy kolejny tzw. „próg ostrożnościowy” (55%), podatek ten będzie dalej sukcesywnie zwiększany!

Plany wyglądają następująco: jeżeli na koniec 2011 roku dług publiczny przekroczy 55% PKB, wówczas VAT w przedziale czasowym od 1 lipca 2012 roku do 30 czerwca 2013 wzrośnie do 24, 9 i 7,5 procent, następnie zaś między lipcem 2013 a czerwcem 2015 podatek dobije do maksymalnych unijnych stawek – 25, 10 i 8%!

Jeżeli próg 55% długu publicznego w relacji do PKB zostanie przekroczony „dopiero” na koniec roku 2012, wówczas w lipcu 2013 czeka nas podwyżka do 24, 9 i 7,5 procent, by w 2014 roku osiągnąć pułap maksymalny, czyli 25, 10 i 8%.

Podwyżka jest oczywiście przewidziana „tylko” na 3 lata, ale jestem dziwnie pewien, że po upływie tego terminu ich utrzymanie okaże się „niezbędne”, bo przecież Tusk nie jest politycznym samobójcą i nie będzie przeprowadzał żadnych reform, by nie narazić się różnym grupom interesów i tym wyborcom (np. armii urzędników), którzy żyją z dojenia budżetu.

II. „Welfare state” bez „welfare”.


Tym samym doszlusujemy do państw o najwyższym dopuszczalnym vacie w UE (Szwecja i Dania). Całe szczęście, że wyższej niż 25% stawki VAT wprowadzić nie można, bo aż strach pomyśleć jakie mogłyby być bardziej dalekosiężne plany rządu... Chociaż, kto wie – może akurat w tym przypadku trio Tusk – Sikorski – Rostowski wykaże się niespotykaną energią, tudzież dyplomatycznymi talentami i dumnie ogłosi, że Komisja Europejska przyznała nam w drodze wyjątku prawo do „czasowego” (he, he) podniesienia VAT-u na wszystko do stawki, powiedzmy, 30%...

Jestem pewien, że nasi gospodarczy konkurenci w UE szczerze się z tego ucieszą i będą gratulować Polsce „odpowiedzialnego” rządu. Niemcy nie będą już płakać na „dumping podatkowy”, co miało miejsce, gdy Leszek Miller (komuch!) obniżał podatek od przedsiębiorstw (CIT).

Będziemy mieli zatem podatki jak w skandynawskich „welfare state’s”, tyle że bez „welfare”.

III. „Czasowy” pic na wodę.

Nie łudźmy się. Jak wspomniałem w punkcie pierwszym niniejszej notki, odtrąbiona jako „czasowa” podwyżka VATu utrzyma się - a to z prostego powodu. Liberalny (he, he) rząd (wciąż to „he, he” powtarzam, chociaż coraz mniej mi do śmiechu) nie planuje żadnych reform, żadnych cięć w administracji (przeciwnie – w latach 2008 – 2009 przybyło 40 tys etatów), zatem to, co wybulimy w cenie towarów i usług pójdzie na bieżące utrzymanie urzędników, a nie na reformę finansów państwa i redukcję długu publicznego. Dług zaś będzie rósł niepowstrzymanie, zatem „konieczne” okażą się kolejne podwyżki VAT, wedle zarysowanego na wstępie scenariusza, by załatać kolejne dziury... Koniec końców - ockniemy się z błogiego snu o „zielonej wyspie” z gospodarką zduszoną podatkami i zatorami płatniczymi, ale za to z tak samo niewydolnym sądownictwem i rozdętą „parkinsonowską” administracją jak dziś.

A ponieważ podwyższanie podatków ponad akceptowalną miarę skutkuje (zgodnie z krzywą Laffera) zmniejszaniem się wpływów do budżetu, efektem w ciągu najbliższego dziesięciolecia może być tylko bankructwo.

***

Co więcej, nawet gdyby w najbliższych wyborach parlamentarnych PO została odsunięta od władzy (a prawdę mówiąc, jakoś się na to nie zanosi), to mechanizmów gospodarczych, które nabrały w międzyczasie własnej dynamiki nie da się z dnia na dzień zastopować. Chyba, że... obecna opozycja zjawiłaby się, niczym anioł z niebios, z dopracowanym programem reform i „pełnymi szufladami” ustaw, które z jednej strony ograniczyły by wydatki rządu w skali choćby 5 miliardów zł rocznie, z drugiej zaś – uczyniła by Rzeczpospolitą państwem naprawdę przyjaznym swym obywatelom.

Ale – próżne to marzenia. Póki co, musimy się przygotować do 25% stawki VAT-u, która niechybnie zostanie wprowadzona na przestrzeni najbliższych kilku lat.

Gadający Grzyb

P.S. Gdy plajtowała Grecja, niemieckie tabloidy wypuszczały balony próbne z zapytaniami o możliwość kupna kilku wysepek. Fakt – Grecy mają ich od pyty. Gdy my splajtujemy, co sprzedamy? Wolin? A może Hel z naszą częścią Mierzei Wiślanej w pakiecie? Zapewne znalazłaby się jakaś niemiecko – rosyjska spółka z siedzibą w jakimś podatkowym „neverlandzie” skłonna „rzygnąć” kasą by wesprzeć taką transakcję...

Inne moje notki o podobnej tematyce:

www.niepoprawni.pl/blog/287/gra-pozorow


www.niepoprawni.pl/blog/287/karuzela-podatkowa-czesc-1


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Karuzela podatkowa (część 1)


Podwyżka VAT o 1% spowoduje podwyżkę cen... wyższą niż 1%.

I. Częściowa prawda.


Podwyżka VAT-u od 2011 roku, którą zaplanował nasz łże - liberalny (he, he) rząd co niektórych (mniejszość) wzburzyła, większość zareagowała obojętnością uśpiona sączoną przez mediodajnie kołysanką, że chleb praktycznie nie zdrożeje, do części opinii publicznej natomiast chyba zupełnie nie dotarła, bo pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu działy się bardziej „draczne” numery.

Tymczasem, z tą „jednoprocentową” podwyżką jest jak ze wszystkimi działaniami rządu – niby prawda, ale nie cała i nie do końca, zaś jak poskrobać nieco głębiej, to okazuje się, że to zupełnie g...o prawda. Część towarów, która miała bowiem do tej pory 3% stawkę (żywność nieprzetworzona), od nowego roku będzie miała 5%. Czyli – podwyżka nie o jeden a o dwa punkty procentowe. Co do reszty – owszem, siedmioprocentowa stawka wzrośnie do ośmiu, a dwudziesto dwu- do dwudziestu trzech procent, tyle że... no właśnie – to jedynie część prawdy.

II. Paliwa.


W przyszłym roku bowiem, niemal równolegle z VAT-em wzrośnie stawka podatku akcyzowego na papierosy i paliwa. Papierosy jak papierosy - wzrost akcyzy jest tu akurat wymuszony przez nasze zobowiązania unijne: do 2018 roku mamy osiągnąć minimum akcyzowe 90 euro za 1000 sztuk papierosów. Rosjanie i Ukraińcy się cieszą, bo przemytnicy nabijają im sprzedaż, ale co tam.

Gorzej, że 30 kwietnia 2011 roku wygasa ulga akcyzowa na biokomponenty dodawane do paliw. To też efekt ustaleń unijnych, tyle, że polski rząd nie wystąpił do Komisji Europejskiej o przedłużenie okresu ulgowego, choć istniała taka możliwość.

W efekcie, ceny paliw w 2011 roku wzrosną następująco:

- olej napędowy średnio o 5 gr za litr;

- benzyna średnio o 7 groszy za litr.

Ale to nie wszystko, sytuacja bowiem jest jak w thrillerze Hitchcocka: trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. Do podwyżki cen spowodowanej zniesieniem ulgi na biokomponenty należy bowiem doliczyć wspomnianą podwyżkę VAT-u z 22 na 23%, która da kolejne kilka groszy na litrze więcej (szacuje się, że ok. 4gr).

Finalnie, ceny paliwa wzrosną więc następująco:

- olej napędowy średnio o 9 gr za litr (5gr ze zniesionej ulgi + 4gr z podniesionego VAT);

- benzyna średnio o 11 groszy za litr (rachunek wedle powyższego wzorca).

Wszystko to niezależnie od wahań cen ropy! Jeżeli ropa pójdzie w górę, będzie jeszcze ciekawiej. Szarpnie to po kieszeni szeregowego obywatela, ale nie tylko jako klienta stacji benzynowej. Wzrost cen paliwa zapłaci on bowiem również jako konsument rozlicznych dóbr, również tych pierwszej potrzeby.

III. Komasacja podatków.

Nie wiem, jak nazywają to ekonomiści, ja postanowiłem na własny użytek efekt, którego doświadczymy w roku 2011 nazwać komasacją podatków. Oznacza to, że wszystkie podwyżki zbiegną się w finalnym produkcie, za który zabulimy w sklepie.

Przykład:

Do wyrobu bochenka chleba, którego cena ma wzrosnąć ponoć „nieodczuwalnie”, (jak to ujęli magicy od pijaru), potrzeba X różnych składników, których cena ze względu na podwyżkę VAT-u będzie wyższa. Do tego piekarnia zużywa prąd (choćby do oświetlenia) za który zapłaci więcej (znów – wyższy VAT, zresztą koszta funkcjonowania elektrowni też wzrosną, więc energia „skoczy” spokojnie więcej niż o 1 proc, podobnie jak wszystko inne). Te składniki trzeba przewieźć do piekarni, a produkt finalny (chlebuś nasz powszedni) do sklepu. Koszta transportu będą wyższe niż do tej pory (wzrost cen benzyny) i tak dalej, i tak dalej...

Wszystko to znajdzie odbicie w ostatecznej cenie produktu na sklepowej półce, a sklep też ponosi swoje wydatki na utrzymanie.

Ktoś mógłby powiedzieć, że firmy przecież VAT odliczają. To prawda, ale tylko częściowa. Wszelkie produkty bowiem nabywa się po pełnych cenach (brutto, razem z VAT-em) i dla zachowania płynności finansowej natychmiast (przed comiesięcznym rozliczeniem z fiskusem) koszta te przerzucane są w łańcuszku kontrahentów aż do końcowego odbiorcy.

Wzrost cen będzie „nieodczuwalny”, jak zapewniali nas Tusk z Rostowskim? Już to widzę... Tu się zgina dziób pingwina. Wzrost cen będzie wyższy niż jeden procent i to znacząco.

***

Miałem na zakończenie umieścić jakąś dowcipno – kąśliwą uwagę o łże - liberalnej (he, he) Platformie Obywatelskiej. Przebiegłem jednak wzrokiem to, co napisałem do tej pory i śmiech zamarł mi na ustach.

Gadający Grzyb

Inna notka w podobnym temacie: http://www.niepoprawni.pl/blog/287/gra-pozorow

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl