Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ITI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ITI. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 października 2012

Symptomy wajchy

Symptomem nadchodzącego przesilenia były nawarstwiające się problemy reżimowych mediodajni z „Agorą” i ITI na czele.

I. Mądrość po fakcie

W tekście „Przed drugim expose Tuska” poświęciłem nieco miejsca rozważaniom o naturze „społecznej wajchy”, który sprawia, że wyborcy do pewnego momentu gotowi są wybaczyć politycznemu obiektowi swego uwielbienia absolutnie wszystko, by po przekroczeniu pewnej nieuchwytnej granicy „przestawić wajchę” emocjonalnego zaangażowania i strącić wybrańców z piedestału, mimo że ci nie zrobili nic, czego nie robiliby do tej pory.

Gdzie leży ta granica, nie wiem. Można oczywiście wskazywać na psychomanipulacyjną rolę mediów, tajnych służb i innych takich, ale sądzę że nie dotyka to sedna problemu. Media i służby są mocne, ale - trzymając się przestrogi prof. Zybertowicza – biorąc ich wpływ pod uwagę, nie należy wpaść w pułapkę przeceniania ich znaczenia. Zagadnienie jest bowiem bardziej skomplikowane, niż schemat: „macherzy ze służb coś postanowili, media transmitują i to ma się przekładać na społeczne zachowania”. Niestety, nie jest to aż tak proste.

Zatem, psychospołeczny mechanizm „wajchy” jest terenem dziewiczym, który czeka na swego odkrywcę wyposażonego w odpowiedni aparat badawczy – przypuszczam, że byłoby to wspaniałe pole do popisu dla tzw. „psychologów społecznych”, gdyby tylko znalazł się jakiś odważny, by wkroczyć na ten grząski grunt. Póki co, odważny się nie znalazł. A szkoda – taka wiedza byłaby warta każdych pieniędzy.

Jako prosty bloger, nie mając narzędzi by wedrzeć się w samą tkankę społecznej świadomości, byłem siłą rzeczy skazany na obserwowanie zewnętrznych symptomów zbliżającego się społecznego przesilenia. I właśnie jeden z takich symptomów objawiał się nam wszystkim od dłuższego czasu. Samokrytycznie muszę stwierdzić, że mając go przed oczyma, ba – opisując go nawet – byłem na tyle tępy, że nie przyszło mi do głowy, by przełożyć go na społeczno-polityczne realia. Pozostaje mi więc jedynie podzielić się mądrością nabytą po fakcie.

II. Zapaść „rodziny ITI”

Otóż, symptomem nadchodzącego przesilenia, które ujawniło się niedawno w sondażach, a którego detonatorem stał się marsz „Obudź się Polsko!”, skorelowany z jesienną ofensywą PiS i skandalem ekshumacyjnym z zamianą ciał Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej, były nawarstwiające się problemy reżimowych mediodajni z „Agorą” i ITI na czele.

Niby wszystko szło jak należy: ludziska deklarowali poparcie dla Dyktatury Matołów na zasadzie: PO plus Donek i wieloprocentowa przewaga nad PiS. Na logikę, powinni więc wykupywać „Wyborczą”, będącą głównym rzecznikiem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP na rynku prasowym i gwarantować swą obecnością przed telewizorami, by „rodzina TVN” nie musiała się martwić o intratnych reklamodawców.

Tymczasem, nic z tego. Na nic spiżowe słowa szefa programowego TVN, Edwarda Miszczaka, że „wyborcy PO to są jednocześnie wyborcy TVN” i w związku z tym „nie chcą, żeby się specjalnie śmiano z Platformy Obywatelskiej” (przy okazji wywalenia z TVN Szymona Majewskiego – żaden bohater, ale warte odnotowania, jak skrupulatnie należy trzymać się ortodoksji, by przetrwać w TVN-owskim światku). ITI ma wyniki finansowe grubo poniżej medialnej pozycji, pracownicy lecą – ostatnio TVN rozstało się z reporterkami Joanną Komolką i Aleksandrą Chalimoniuk, dodatkowo podziękowano grupie researcherów programu „Polska i świat” (za wirtualnemedia.pl).

Jakże kabotyńsko brzmią w zestawieniu z ponurymi realiami słowa czynownika Miecugowa z wywiadu dla „Wyborczej” o „tabloidyzacji odbiorców”, którzy chcą „o 20.00 oglądać rozrywkę przaśną”. No, to równaliście konsekwentnie w dół, a nawet zagrzebaliście się metr pod mułem. Teraz tniecie do gołej kości, zwalniacie swych wyrobników... Warto było? Ale rozumiem, nieoficjalne struktury podległości są ważniejsze – nawet, gdy spada się na pysk. A poza tym – kryzys. Tak, tak - nie zapominajmy o „kryzysie”. Takie oficjalne wytłumaczenie, będące odpowiednikiem PRL-owskich „obiektywnych trudności” z pewnością trafi do przekonania zwalnianej medialnej siły roboczej.

III. Ostatnie paróweczki w „Agorze”

Weźmy jeszcze taką „Agorę”. Proszę sobie wyobrazić, że w „Agorze” powołano związek zawodowy... NSZZ „Solidarność” (szerzej pisałem o tym w notce „Swoje ucapić”). Jakoś nie dali się zauważyć na marszu „Obudź się Polsko!”. Szefem owej Agorowej „Solidarności” jest hipster – związkowiec Wojciech Orliński (ten sam, który onegdaj wyzwierzęcał się nad „biurową klasą średnią”), zaś jego zastępczynią – Magdalena Żakowska. Niedługo, 10 grudnia, tej „Solidarności” stuknie okrągły roczek, zaś całe przedsięwzięcie było konstruowane w konspiracji przed władzami koncernu – by podłączyć się pod prawo chroniące związkowców przed zwolnieniami.

W międzyczasie sprzedaż „Gazety Wyborczej” leciała na łeb na szyję, podobnie jak akcje „Agory”, w których zatrudnione w koncernie sprzedajne mendy lokowały swe materialne nadzieje. Przykład: W ciągu ostatniego roku (od 17.10. 2011 do 12.10.2012) akcje „Agory” straciły na wartości o 46,76 %.

Agora - spadek wartości akcji

Tymczasem, w czerwcu 2012, zarząd spółki przeznaczył na dywidendę nie tylko cały zysk netto z ubiegłego roku, czyli 20,25 mln zł, lecz również postanowił nadszarpnąć kapitał zapasowy na sumę 30,69 mln zł. Krótko mówiąc – są to „ostatnie paróweczki w Agorze S.A.”. Kto się załapał na duży pakiet akcji, może coś dzięki tej dywidendzie jeszcze wyssać, zaś reszta – w tym pracownicy – okazała się bandą frajerów, którzy za bezdurno sprzedali swe sumienia.

Obecnie „Agora” likwiduje magazyn „Happy”, zwija lokalne dodatki do „GW”... Pozostało „futrowanie” niby-reklamami ze strony różnych struktur utrzymywanych z pieniędzy podatników (tu gratulacje dla wPolityce.pl za opisanie procederu). Co się stanie, gdy i tego zabraknie?

Ale to nic. Z pewnością winny jest wszechświatowy kryzys. „Obiektywne trudności” i tak dalej. A już na pewno nie jest powodem to, że pogardzana ludność tubylcza dotarła do granicy za którą jest „przestawienie wajchy”...

IV. Wszystko gra, tylko kasa się nie zgadza

Ach, wiem – jest „Newsweek” Lisa i „Polityka” Sroki-Baczyńskiego. One sobie radzą. Ale Lisowy „Newsweek” obsługuje garniturową żulernię – to taki współczesny odpowiednik „NIE” Urbana. Żulernia zawsze kupi treść „informującą”, że klechy i inni „moralizatorzy” są bardziej zdeprawowani niż czytelnicy, ale nie musi się to przekładać na realne wybory. „Polityka” zaś to pismo „tożsamościowe” i jest niezłym wyznacznikiem żywotności mitu post-peerelowskiej „inteligenckości” a la „socjalistyczno-konserwatywny liberał”. Ale to promil glosujących. Oni kupią „Politykę”, by podkreślić swój „inteligencki sznyt”, lecz nie zrobią nic konkretnego. To ludzie bez tożsamości. Są „bezobjawowi”.

Zwróćmy uwagę – to nie media „przestawiły wajchę”, jak onegdaj wściekał się Donald Tusk. Mediodajnie nadają, jak nadawały. To Polacy z jakichś powodów to „nadawanie” odrzucili. Niby w sondażach wszystko było teges, a jakoś coraz mniej rąk w kioskach sięgało po „Wyborczą”, coraz mniej atrakcyjny dla reklamodawców zrobił się, mówiąc Miszczakiem, „elektorat PO i TVN”. Czyli – wszystko gra, tylko kasa się nie zgadza.

***

Powyżej opisałem zaledwie jeden z symptomów, który odczytany w porę, uzmysłowiłby nam zbliżające się przestawienie społecznej „wajchy”. Ale, jak wspomniałem, to tylko objawy zewnętrzne, sam mechanizm pozostaje niezdiagnozowany. Powtórzę pytanie, będące osią przewodnią niniejszego tekstu: gdzie jest ta niewidoczna granica, do której „elektorat” wybacza wszystko, a po jej przekroczeniu – kosi dotychczasowych wybrańców równo z glebą?

Posiąść tę wiedzę znaczy – panować.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 11 stycznia 2009

Międzymedialne anse i alianse.

wyborcza vs tvn.GIF

Było tak: Bogdan Rymanowski został Dziennikarzem Roku branżowego pisma „Press”. Chciałoby się rzec – cóż z tego? Nie on pierwszy i nie on ostatni. Niemniej, przyznanie tej nagrody właśnie jemu, wywołało nagły atak szału u Piotra Pacewicza z „Wyborczej”, w następstwie którego przypuścił na Rymanowskiego publicystyczną szarżę godną rozjuszonego buhaja. Och, oczywiście osłaniał swój atak obłudnymi zapewnieniami (w „Wyborczej” już chyba inaczej nie potrafią), że nie ma nic do Rymanowskiego i kieruje nim jedynie szczera troska o poziom medialnej debaty, zaniżany jakoby przez programy typu „Kawa na ławę”. Ale przecież nikt, kto ma oczy i choćby cztery zwoje mózgowe na krzyż nie da się nabrać na takie plewy.

W ramach retorsji TVN 24 odwołał „Skaner polityczny”, w którym gościć miała Dominika Wielowieyska. Tak na marginesie, drugim zaproszonym był Piotr Semka z „Rzepy”, która Rymanowskiego nie obrażała – nie można było przeprowadzić „Skanera” tylko z nim? Czy może uznano, że byłoby to „prawicowe odchylenie”?

Jeszcze ciekawsza jazda zrobiła się w piątkowej „GW”, w której, oprócz wspomnianej filipiki Pacewicza, Bartosz T. Wieliński zrobił z Laureata tendencyjnego potwora, urządzającego antyniemiecką drakę pod pozorem ochrony polskich dziatek przed wynarodowieniem. O tym, że problem jest realny, i że o paranazistowskich poczynaniach Jugendamtów niejednokrotnie donosiła prasa, redaktor Wieliński rzecz jasna milczy, gdyż nie pasuje mu to do teorii (ale, znowu – w „Wyborczej już chyba inaczej nie potrafią).

W tzw. międzyczasie do mordobicia włączył się Seweryn Blumsztajn, pouczając ex cathedra jakich tematów TVN nie powinien poruszać na swej antenie (poszło konkretnie o wywiad z Niesiołem na okoliczność jego zeznań na esbecji w 1970 r.). W odpowiedzi Piotr Marciniak w bardzo grzeczny, uniżony wręcz sposób (tym razem, to Marciniak chyba inaczej już nie potrafi…) zasugerował, żeby Blumsztajn się odtegesował.

Jak się zdaje, nie jest to koniec wzajemnych uprzejmości.

Jaja jak berety. Tylko patrzeć i pogryzać popcorn.

- Ale, ale – spyta ktoś z tylnych rzędów. – O co właściwie ta cała draka?

Otóż, drogi widzu, mamy właśnie do czynienia z kolejną odsłoną walki o rząd dusz i tzw. kolejność dziobania w wysoce zhierarchizowanym światku naszych mediów (zwanych niekiedy pieszczotliwie „przekaziorami”). Wprawdzie zarówno Agora, jak i ITI mają wspólne antykaczystowskie priorytety, jednak walka toczy się o prymat w nadawaniu tonu medialnej orkiestrze. O to, kto będzie tu pierwszym głosem, kto zaś jedynie echem.

Do niedawna niekwestionowanym dyrygentem była „Gazeta Wyborcza”, wsparta finansową potęgą Agory. Jednak, od pewnego czasu, aktualny mistrz zdradza symptomy spadku formy, pod bokiem zaś wyrósł mu obdarzony nielichym tupetem pretendent do tytułu.

Salwą próbną, testującą siłę rażenia armat, była tu emisja „Trzech kumpli”. Po premierze, wielu zachodziło w głowę, co też się stało, że TVN wyprodukował „coś takiego”. Zaryzykuję wredną tezę, ze była to ze strony TVN-u wyjątkowo bezczelna próba ugryzienia „Gazety” w wyjątkowo pryncypialnie traktowany przez nią obszar tematyki antylustracyjnej. Przecież chyba nikt, kto zna korzenie ITI i jego założycieli, nie jest na tyle naiwny, by sądzić, że nagle coś się im „odmieniło”. Mimo wszystko, dobrze jednak, że film powstał – nawet jako amunicja do testów poligonowych.

Odpowiedzią „Gazety” na tę ewidentną prowokację, było położenie po sobie uszu, połączone z cichym popiskiwaniem. TVN uznał więc najwyraźniej, że można przejść do jakichś poważniejszych działań zaczepnych. Wszystko to musiało w redakcji „Wyborczej” poskutkować narastającym poczuciem osaczenia, potęgowanym dodatkowo malejącą sprzedażą i długookresową tendencją spadkową cen akcji „Agory”. Tylko tak można racjonalnie wytłumaczyć nieprzytomną pyskówkę Pacewicza. Człowiek osaczony, poddawany permanentnemu stresowi, który doprowadza go na skraj paniki, skłonny jest do tyleż gwałtownych, co nieprzewidywalnych reakcji, funkcjonuje bowiem na granicy amoku (zresztą, w „Wyborczej” już chyba inaczej… a tak, już to pisałem).

Ale, prócz międzymedialnych ansów, wciąż funkcjonują stare alianse. Taki alians zawiązała z ITI redakcja sportowa „GW”. Polega on, mianowicie, na wspólnym gnojeniu Lecha Poznań, którego władze śmią preferować inny, niż zalecany przez „Wyborczą” model współpracy z kibicami. Natomiast ITI poszedł za światłymi radami panów redaktorów. Efekt? Na Lechu pełne trybuny i zero zadym („pozorny spokój”, jak paradnie określił to J. Ostrowski z zarządu Legii), Legia zaś świeci pustkami na skutek kibicowskiego bojkotu. Cóż zatem robić? Należy wdeptać Lecha medialnie w glebę, gdyż, jak uczył Szpotański: „fakty teoriom bowiem przeczą / a to jest karygodną rzeczą”.

Ot, takie poletko, na którym „GW” i ITI orzą zgodnie ramię w ramię. Widoczek nie gorszy od opisanej wcześniej międzymedialnej zadymy.

Na koniec jeszcze dodam od siebie kilka słów na temat mimowolnego sprawcy całego zamieszania – Bogdana Rymanowskiego.

Lubię tego dziennikarza. Z sentymentem wspominam go jako słuchacz z czasów, gdy pracował w Radiu Plus w najlepszym okresie tej rozgłośni. Zespół współtworzyli wtedy również m.in. Ziemkiewicz, Semka, Łęski - była to, moim skromnym zdaniem, najlepsza stacja radiowa tamtego czasu. Następnie trafił do TV Puls, gdzie stał się twarzą serwisu informacyjnego – odtrutki na „dzienniki” innych telewizyjnych jadłodajni. Gdy zastąpiła go w tej roli nikomu nie znana wtedy debiutantka – Magda Mołek (kto to jeszcze pamięta?) poziom serwisu zjechał o jakieś 90%. Może właśnie tej przeszłości w nieprawomyślnych mediach nie może wybaczyć mu „Wyborcza”?

Dziś, w TVN-ie jest bodaj jedynym dziennikarzem usiłującym trzymać standardy – a domyślam się, że w tej stacji nie jest to łatwa sztuka. Już chociażby za to – za wytrwanie w roli sprawiedliwego w TVN-owskiej Sodomie, należało mu się otrzymane wyróżnienie.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 21.12.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/miedzymedialne-anse-i-alianse