Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Poręba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Poręba. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 października 2012

Wielowektorowy przekaz PiS-u

Wreszcie mamy do czynienia w wykonaniu PiS z dywersyfikacją przekazu, zdolną obsłużyć różne segmenty elektoratu.

I. Wizerunkowa monokultura

Chciałoby się powiedzieć: wreszcie! Wreszcie mamy do czynienia w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości z dywersyfikacją przekazu, zdolną obsłużyć różne segmenty elektoratu. Do tej pory bowiem PiS miotał się od ściany do ściany, zastępując jedną wizerunkową monokulturę inną monokulturą. Albo (w okresach między kampaniami) smoleński „hardkor” odwołujący się wyłącznie do żelaznego elektoratu, albo (podczas kampanii wyborczych w 2010 i 2011) jakieś uładzanie wizerunku na siłę, groteskowe „formatowanie” Jarosława Kaczyńskiego jako dobrodusznego misia, który wygłasza sklerotyczne pochwały pod adresem Gierka, w nadziei przejęcia wyborców głosujących na postkomuszych „polityków średnio-starszego pokolenia”.

Jak się to kończyło, wiemy. Porażki w wyborach, które absolutnie były do wygrania, zaś gwałtowne zmiany politycznej stylistyki, robione z dnia na dzień kolejne wolty o 180 stopni, przyczyniły się jedynie do utrwalenia wizerunku Kaczyńskiego jako osoby dwulicowej, bez skrupułów manipulującej zbiorowymi emocjami, byle tylko dorwać się do władzy.

Celowo zostawiam tu na boku kwestię reżimowych mediodajni, propagandowych szczekaczek pozostających nieodłączną częścią postmagdalenkowego establishmentu, który pozwalam sobie określać mianem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy IIII RP. Wiadomo czego się po nich spodziewać i nie mamy na to wpływu, a jeśli jednemu, czy drugiemu mądrali od pijaru wydaje się, że z medialnym mainstreamem III RP można podjąć jakąś „grę” i „użyć” go do „naszych” celów, to takiego kretyna należy jak najszybciej odsunąć od wpływu na cokolwiek, bowiem gość zwyczajnie żyje w alternatywnej rzeczywistości.

Tę lekcję przerabiali już różni cwaniacy, którym wydawało się, że obłaskawią esbeków, albo postkomunistyczny aparat państwowy, który teraz będzie służył „naszym”, tak jak służył komunie. Podobnie jest z mediami – po Smoleńsku do każdego, choćby w minimalnym stopniu kumatego politykiera, musiało dotrzeć, że te wszystkie „zaprzyjaźnione” przekaziory mają własne hierarchie i systemy podległości pozostające poza naszym zasięgiem. Dlatego próba flirtu z nimi zawsze kończy się smutno i niesmacznie – jak każda iluzja.

Zostawmy zatem na boku mediodajnie i skupmy się na tym, co realnie od „naszych” zależy. Otóż, jak nadmieniłem wyżej, głównym błędem PiS w sferze komunikacyjnej był monoprzekaz. Najpierw walenie ludzi po głowach miesiącami tematem zamachu smoleńskiego z Macierewiczem w roli frontmana, by nagle wraz ze startem kolejnych kampanii wyborczych odsyłać Macierewicza na tyły i kreować wizerunek umiarkowanej, centrystycznej partii z uśmiechniętymi „aniołkami” i przytulastym misiem-Kaczyńskim. Następuje festiwal „fajności”, wygładzania kantów i prezentowania się jako „konstruktywna siła polityczna” z „konkretnymi propozycjami dla Polski” – wszystko w tonie nieznośnej kokieterii, której nikt normalny nie kupi, a już na pewno nie mediodajnie ze swymi Suboticiami. Rekord pobiła tutaj oczywiście kampania Kluzik-Rostkowskiej z tańczącym Migalskim bawiącym się w hippisa, ale i zeszłoroczna kampania parlamentarna pod wodzą Tomasza Poręby wyglądała miejscami tak, jakby znaleziono jakieś skrypty po Kluzikowej i postanowiono je zaadaptować w lekko zmodyfikowanej formie.

No, a potem było tradycyjnie – przegrana i powrót do ostrej retoryki, ponowne wyciągnięcie na czoło Antoniego Macierewicza, bo trzeba jakoś zmobilizować elektorat po ponownej porażce. Czysty obłęd.

II. Dywersyfikacja przekazu

Rozpisuję się o tym wszystkim nie po to, by rozdrapywać rany, ale dlatego, że w ostatnich tygodniach zaobserwowałem wreszcie rozsądne zmiany na lepsze. Oto PiS, zamiast dotychczasowej wizerunkowej miotaniny nareszcie zaczął grać na wielu fortepianach. Zamiast w ramach „jesiennej ofensywy” „wyciszać Smoleńsk” i chować Antoniego Macierewicza do składziku na szczotki, dołożył po prostu kolejny element – tzw. „merytorykę” znaną do tej pory jedynie z okresów przedwyborczych. I o to właśnie chodzi, panowie. Należy postawić na wielowektorowy przekaz. Nie albo-albo, tylko jedno i drugie. Tak, jak dzieje się w tej chwili: nie odpuszczając kwestii związanych ze Smoleńskiem i obnażaniem degrengolady struktur państwa chodzących na rosyjskim pasku, należy równolegle prezentować propozycje zmian – czy to w gospodarce, czy w innych dziedzinach życia publicznego. Na równorzędnych prawach.

W ten sposób można dotrzeć do wyborców zniechęconych nieudolnością Platformy, którym coraz trudniej się żyje, bez konieczności uciekania się do absurdalnych, odbierających wiarygodność, przebieranek. Tych ludzi może mało obchodzi zamach smoleński, może zwyczajnie boją się prawdy, ale przyciągnąć ich może alternatywny przekaz w pozostałych sprawach. Pomyślą – no dobrze, wiadomo, że „pisiory” mają hopla na punkcie Smoleńska i kumają się z Rydzykiem, ale w pozostałych sprawach mówią do rzeczy. Więc niech sobie dłubią przy tym Smoleńsku, byle oprócz tego sprawili, że znowu będę miał z czego spłacać kredyt i co wrzucić na grilla.

I tak ma być – dla „twardych” konsekwentne wyjaśnianie Smoleńska aż do samego śmierdzącego dna tej sprawy, zaś dla „miękkich” - projekty ustaw, konferencja gospodarcza i stonowany, konstruktywny pan profesor jako szef „gabinetu cieni”. A dla wszystkich – demonstracja, taka jak ta ostania, gdzie współgrały ze sobą najróżniejsze hasła i postulaty.

A „zaprzyjaźnione telewizje” niech ujadają. Coraz mniej ludzi daje się otumaniać propagandą. Wyniki finansowe TVN, czy „Agory” mówią same za siebie, zaś „Wyborcza” bez rządowych kroplówek z reklam zeszłaby już dawno ze szczętem na dziady. Zresztą, rozmiarów sobotniego Marszu nawet one nie były w stanie do cna zakłamać, podobnie jak konferencji ekonomistów pod auspicjami PiS, czy prezentacji profesora Glińskiego. To poszło w świat i zaprocentuje, choć sondażami bym się nie ekscytował. Poza tym, Drugi Obieg 2.0 skazany na skrajnie nieprzyjazne otoczenie zahartował się i okrzepł, znacznie przyczyniając się do pluralizacji masowego przekazu – i to pomimo blokowania TV Trwam dostępu do multipleksu. Medialni potentaci zwyczajnie nie są już w stanie zamiatać niewygodnych tematów pod dywan i ich „unieważniać”, choć trzeba przyznać, że bardzo się starają. Konsekwentny bojkot ze strony opozycyjnych polityków i szanujących się dziennikarzy niewątpliwie przyśpieszyłby koniec reżimowych przekaziorów, o czym zresztą kilka razy pisałem, ale parcie na szkło to najwyraźniej zbyt potężna siła...

III. Na dobrej drodze

Jeden tylko aspekt nieco mąci mi ten optymistyczny obraz, jaki rysuje się po pierwszych tygodniach „jesiennej ofensywy” PiS. Taki mianowicie, że ta harmonijna wielotorowość przekazu mogła wyjść trochę przypadkiem. Kiedy gdzieś wyczytałem, że pijarowskim architektem owej „ofensywy” ma być Tomasz Poręba, odpowiedzialny za koncertową plajtę kampanii parlamentarnej z zeszłego roku, zrobiłem mniej więcej tak:

                                         Baranek

Pierwsze posunięcia zdawały się potwierdzać moje obawy, że będziemy mieli do czynienia z kopią tego, co opisałem w pierwszej części tekstu, a co po kwietniu 2010 poskutkowało dwiema porażkami – czyli z wymianą „monokultur przekazu”. Znów bowiem zaczęto „wygładzać kanty” w ramach „konstruktywizacji wizerunku”, znów zaczęto marginalizować Antoniego Macierewicza i Zespół Parlamentarny. Ba, dopuszczono do tego, że raport „28 miesięcy po Smoleńsku” przeszedł niemal bez echa, wyjąwszy skandal ze sprzedawaniem go przez księgarnię wysyłkową „Gazety Polskiej” za 65 złotych, co było pięknym prezentem dla zwolenników tezy o „biznesie smoleńskim”. Na to nałożyła się zapewne obawa przed utratą sympatii Kościoła zaczadzonego iluzją „pojednania” z rosyjską Cerkwią, czemu jasno dał wyraz abp. Michalik w wywiadzie dla KAI, a czego ewidentnym pokłosiem było odesłanie z kwitkiem przez abp. Nycza organizatorów Marszu „Obudź się Polsko”.

No, a potem zaczęła się „ofensywa”. Pojawili się eksperci, program gospodarczy, debata... wszystko w mdłej konwencji charakterystycznej dla kampanijnego stylu Poręby. I wtedy wybuchł skandal z zamianą ciał ofiar Tragedii Smoleńskiej i ekshumacjami. Okazało się, że Smoleńska zwyczajnie nie da się przemilczeć i wyciszyć. Że kolejne fakty zawsze wypłyną i to często w najmniej oczekiwanym momencie. Dopiero ten Smoleńsk od którego ludzie w rodzaju Poręby chcieliby uciec jak najdalej, bo jest „trudny” wizerunkowo i ogólnie „przeszkadza”, nadał właściwej wymowy i dynamiki zarówno „ofensywie” PiS-u, jak i marszowi „Obudź się Polsko”.

Ostatecznie, te nowe fakty, prujące kolejne fragmenty rządowej smoleńskiej narracji, pomogły PiS-owi w zrównoważeniu przekazu – chyba po raz pierwszy od kwietnia 2010. Okazało się, że można zgłaszać propozycje naprawy państwa i podejmować inne polityczne inicjatywy nie rezygnując ze smoleńskiego kontekstu, ba – że te dwa obszary nawzajem się uzupełniają i wspierają. Mam nadzieję, że da to partyjnym sztabowcom i samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu do myślenia. Bo teraz wystarczy tylko konsekwentnie wytrwać na tej drodze.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Na zbliżony temat - moje notki o kampanii parlamentarnej PiS z 2011 roku:

http://niepoprawni.pl/blog/287/czy-jaroslaw-kaczynski-chce-wygrac-wybory

http://niepoprawni.pl/blog/287/kampania-powtorzonych-bledow

http://niepoprawni.pl/blog/287/bledy-kampanii

I o właściwym podejściu do mediodajni:

http://niepoprawni.pl/blog/287/terapia-czterech-krokow

http://niepoprawni.pl/blog/287/pis-mediodajnie

http://niepoprawni.pl/blog/287/zer-dla-mediodajni

środa, 12 października 2011

Błędy kampanii


Prawo i Sprawiedliwość przegrało z Platformą, która poprowadziła swą najnędzniejszą kampanię w historii.

 


I. Fiasko

W lipcu zadawałem pytanie (i nie tylko ja): „Czy Jarosław Kaczyński chce wygrać wybory?”. Przyznam, że do końca kampanii nie miałem w tej sprawie jasności. Zaryzykuję jednak tezę, że Kaczyński na wygraną nie liczył, a już na pewno nie na tak miażdżącą, która umożliwiłaby samodzielne rządy. Liczył natomiast na znaczące wzmocnienie PiS jako głównej siły opozycyjnej i osłabienie Platformy. Idealnym z czysto politycznego punktu widzenia rozwiązaniem byłoby jedno-dwu procentowe zwycięstwo nad PO, po którym pod patronatem Bronisława Komorowskiego zostaje zmontowana anty-pisowska koalicja „obrońców demokracji” - Platformy i pozostałych ugrupowań reprezentujących obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP. Następnie, za dwa-trzy lata, w wymuszonych krachem państwa przedterminowych wyborach, przystępujemy z tych umocnionych pozycji do ofensywy i przejęcia władzy w orbanowskim stylu.

Jeśli taki był plan, to nie wypalił. PiS ledwie obronił stan posiadania z 2007 roku. Platforma tak naprawdę się wzmocniła i to w bezprecedensowym rozmiarze, jeśli do wyniku PO doliczyć wynik operacji „Palikot”.

Co się stało?

Wszystko się we mnie przewraca na samą myśl o roztrząsaniu kampanii wyborczej, ale cóż, trzeba, cofając się również do pisanych na gorąco przedwyborczych analiz. Nie po to, by epatować swoim „a nie mówiłem?”, tylko po to, by ktoś decyzyjny w PiS-ie raczył przeczytać, poskrobać się po łepetynie, czy po czym tam się drapią i wyciągnąć wnioski.

II. Hetman Poręba

Błędem numer jeden było postawienie na czele sztabu Tomasza Poręby. Niestety, moje obawy co do tego osobnika potwierdziły się, a parę następnych ma szanse potwierdzić się w najbliższym czasie. Poręba zaczął od ataku na Ziobrę i Kurskiego (cytuję za swym tekstem „Czy Jarosław Kaczyński chce wygrać wybory?”): „w wywiadzie dla „Plusa-Minusa” płakał wręcz Mazurkowi w mankiet, że /jeszcze dwie, trzy takie wrzutki z boku i mamy pozamiatane/. Innym mediodajniom szlochał w podobnym stylu.” W tejże notce stwierdziłem ponadto m.in., że „Poręba jest zainteresowany swą nową funkcją o tyle, o ile ta pomoże go wypromować i pognębić wrogą frakcję w partii” (tj. Ziobrę i Kurskiego), poza tym „najzwyczajniej w świecie próbuje zawczasu usprawiedliwić porażkę i wskazać potencjalnych winnych!”, puentując temat szefa kampanii następująco: „Pan Poręba Tomasz, będąc „hetmanem” wyborczego starcia, nie wierzy w zwycięstwo”.

Jeśli faktycznie dojdzie do partyjnego linczu na odsuniętych od kampanii Ziobrze i Kurskim za „brak gry zespołowej” i zwalenia na nich winy za porażkę, będzie to gorzkim podsumowaniem powyższego – do czego zresztą Poręba przygotowywał się już na starcie kampanii.

III. Centrystyczny miraż

Kolejnym błędem był „centrystyczny miraż” - ocieplanie wizerunku, łagodzenie przekazu, schowanie w dalekie tło tematyki smoleńskiej. Była to, w przeciwieństwie do szamoczącej się Platformy, owszem, kampania spójna i konsekwentna, tyle że... robiona kompletnie „obok”. I tu również unosi się duch „hetmana” Poręby, który „między Brukselą a Strasburgiem nasiąkł europoprawniactwem, w którym to poprawniactwie nie mieści się, no - po prostu się nie mieści żadne ostrzejsze sformułowanie, żadna kontrowersja.” ( „Czy Jarosław Kaczyński chce wygrać wybory?”).

Kogo ten przekaz przekonał, przyciągnął? PiS ględził, że Polska jest rozkopana, a ludziom nie żyje się lepiej i że w związku z tym „Polacy zasługują na więcej”. Krótko mówiąc, kampania upłynęła na chrzanieniu, że Tuskowa „ciepła woda w kranie” jest nie dość ciepła i my ją podgrzejemy. Ekscytujące.

Tymczasem przekaz powinien być twardy i zdecydowany – jak na opozycję przystało. Należało okazać cojones i skoncentrować się na szeroko rozumianej katastrofie po-smoleńskiej – rozkładzie struktur państwa, postępującej zamordyzacji życia publicznego i zapaści znaczenia Polski na arenie międzynarodowej. Nie trzeba do tego dywagacji, czy mieliśmy do czynienia z zamachem czy nie – wystarczyło dzień w dzień wbijać Polakom do głów, że skutki katastrofy są takie, jakby to był zamach. Na pewno wynik nie byłby gorszy od obecnego, bo na PiS i tak zagłosowali ci, którzy mieli zagłosować, a była szansa potrząsnąć paroma procentami elektoratu więcej. Tak zaś, niezdecydowane wyborcze bagno po „letniej” kampanii PiS-u zagłosowało asekuracyjnie na PO, lub podsuniętego im Palikota.

Na zakończenie tego wątku: w Okręgu nr 10 (Piotrków Trybunalski), „jedynką” na liście był Antoni Macierewicz - „twarz” smoleńskiej tematyki w PiS-ie, oczywiście schowany przez sztab na czas kampanii do tylnego szeregu. W tym okręgu PiS zdobył 39,62% poparcia (PO – 25,61%), zaś Antoni Macierewicz znokautował rywali zdobywając 41 871 głosów (druga była Elżbieta Radziszewska z PO, która zdobyła ponad dwukrotnie mniej głosów: 19 269).

Można było? Można.

IV. Rozbrojenie

Paradoksalnie, ta „wyważona” kampania rozbroiła PiS i uczyniła partię na własne życzenie bezbronną w obliczu przypuszczonego w ostatnim tygodniu ataku - „Merkelgate”. PiS na ten atak zupełnie nie zareagował – koślawe i rozproszone tłumaczenia to żadna reakcja. Gdyby PiS wraz z Kaczyńskim był w przedwyborczym „gazie” i operował od początku zdecydowaną retoryką, gdyby jednym z głównych elementów kampanii był sojusz rosyjsko-niemiecki, Nord Stream, Świnoujście i działania przeciw polskim łupkom, to jakieś tam jedno zdanie o kanclerz Niemiec nie wywarłoby na nikim większego wrażenia. Tymczasem, ta bomba, którą zdetonowano jako Plan „B”, zamiast słynnej spreparowanej „rozmowy” ale z użyciem tych samych środków, trafiła na odsłoniętego przeciwnika, który już nie potrafił jej odbić ani rozbroić.

Czułem w kościach, że nie będzie dobrze, a gdy przeczytałem, jak „umiarkowani konserwatyści” z „Rzepy” do spółki z salonowymi politologami nasładzają się „spokojnym Kaczyńskim” i kampanią a la Kluzik-Rostkowska z 2010 roku, moje obawy nasiliły się, czemu dałem wyraz w notce „Kampania powtórzonych błędów?” . Ale tamci nie przyznają się, że mylili się tak samo, jak w przypadku kampanii prezydenckiej. Napiszą, że wszystko byłoby cacy, gdyby Kaczyński wziął udział w debacie z Tuskiem, nie napisał książki i nie zapytał cyngla z TVN-u dla jakiej telewizji pracuje.

Będę się upierał, że znowu stracono cnotę nie zarobiwszy rubla. Przypomnę, że w 2010 roku przegrano z osobnikiem na poziomie umysłowym Karola Radziwiłła „Panie Kochanku”, którego na zdrowy rozum każdy konkurent powinien zdystansować o kilka długości. Przed chwilą zaś Prawo i Sprawiedliwość przegrało z Platformą, która poprowadziła swą najnędzniejszą kampanię w historii, w której to kampanii sypały się jedno po drugim wszystkie założenia i której prowadzenie wzięły w końcu na siebie niemal całkowicie reżimowe mediodajnie.

V. Merkelgate, mediodajnie i Drugi Obieg 2.0

Nigdy nie pojmę, po kiego diabła Jarosław Kaczyński wybrał się do programu Lisa, by odbyć zastępczą debatę. Bo Lis w ostatecznym rozrachunku wygrał. Co z tego, że Kaczyński rozjechał go w programie – to nieistotne, pyrrusowe zwycięstwo. Lis wykonał zadanie detonując „Merkelgate”, czym wszystkie media żyły już do końca kampanii. Po dwóch dniach zwycięstwo Kaczyńskiego nad medialnym cynglem dyktatury matołów było już tylko wspomnieniem. Bez obecności Kaczyńskiego w momencie odpalenia ładunku, miałby on zdecydowanie mniejszą siłę rażenia. Spodziewał się, że upoluje Lisa merytoryką, że ten nie ma żadnych brudnych sztuczek w rękawie?

Zresztą, dotykamy tu szerszego problemu, jakim są relacje PiS-u z mediami. W tekście „PiS a mediodajnie” wykazałem na przykładzie dwóch półrocznych bojkotów – TVN-u i programu Olejnik w „Zetce”, że obecność lub nieobecność polityków Prawa i Sprawiedliwości w reżimowych mediodajniach nie ma żadnego przełożenia na społeczne poparcie dla tej partii. Taka specyfika – zarówno PiS jak i mediów. Co więcej – bojkot na dłuższą metę jest szkodliwy właśnie dla żywiących się politycznym „mięchem” przekaziorów, które w ten sposób utrzymują słupki oglądalności i słuchalności.

Na dodatek aby mediodajnie „skutecznie spełniały swą rolę, potrzebują ciągłego uwiarygodniania się w oczach społeczeństwa. Takiej permanentnej legitymizacji dostarczają właśnie politycy głównej siły opozycyjnej przychodząc do studia, gdzie - chcąc nie chcąc - pełnią rolę pożytecznych idiotów.” („PiS a mediodajnie”)

Podsumowując tę część: należy stosować konsekwentny bojkot stronniczych mediów, delegitymizując je tym samym przed opinią publiczną. Nie uwiarygadniać swą obecnością, nie zamazywać podziału. Zamiast pielgrzymować po wrogich studiach i redakcjach należy skupić się na rozwoju własnego Drugiego Obiegu 2.0. Docierać bezpośrednio do ludzi z pominięciem tradycyjnych kanałów dystrybucji przekazu. Taka jest logika tego systemu: musi być szczelnie domknięty, albo pada. Każda szczelina powoduje prędzej czy później jego rozsadzenie.” („PiS a mediodajnie”)

Ten drugi obieg już funkcjonuje i śmiem twierdzić, że to właśnie ten rój rozproszonych inicjatyw – od mediów spod znaku „Gazety Polskiej” oraz sieci jej klubów, poprzez „konsorcjum” ojca Rydzyka, po stowarzyszenia, portale internetowe, blogosferę z jej różnymi inicjatywami – właśnie ten Drugi Obieg 2.0, a nie partyjny „aparat” i mdła kampania zmobilizował te blisko 30% twardego elektoratu i uchronił PiS od wyborczej kompromitacji.

Jako post scriptum warto zapoznać się z listem reżysera Piotra Zarębskiego, gdzie mowa o konieczności powołania telewizji oraz o tym, jak parę lat temu namawiał do tej inicjatywy Adama Lipińskiego i jak został spuszczony po drucie. Nic dodać, nic ująć.

VI. Marazm strukturalny

I ostatni temat, kto wie czy nie najboleśniejszy – współpraca z sympatykami w terenie. Cieszyłem się jak głupi, gdy PiS podpisywało 20 sierpnia na konwencji wspólną deklarację z organizacjami społecznymi. Radości tej dałem wyraz w tekście „Zjednoczony obóz IV RP”. Sytuacja wychodziła na przeciw moim oczekiwaniom „otorbiania” partii przez stowarzyszenia wyłonione po 10.04.2010 i współtworzące swoisty „ruch niezgody” na kierunek w jakim podąża polskie państwo. Zawczasu zgłosiłem jednak kilka zastrzeżeń, które z czasem zdają się nabierać mocy.

Przede wszystkim, wśród innych przestróg, napisałem że „ciężar utrzymania związku spoczywa przede wszystkim na Prawie i Sprawiedliwości, jako silniejszym partnerze w tym mariażu. Powtórzę – lekceważenie, traktowanie per noga, arogancja /zawodowych działaczy/, niedotrzymanie zobowiązań – to wszystko byłoby błędem nie do wybaczenia.” (cyt. za „Zjednoczony obóz IV RP”).

Jak to wyglądało w praktyce, mogliśmy się przekonać na przykładzie akcji „Uczciwe wybory” w ramach której mężowie zaufania mieli trafić do wszystkich komisji obwodowych w kraju. Tymczasem mnożą się doniesienia o „nieobsadzonych” komisjach i spławianiu przez lokalnych działaczy PiS chętnych wolontariuszy pod byle pretekstem. Dobrym przykładem jest tu historia opisana przez Irandę (TU i TU) wraz z komentarzami potwierdzającymi jej doświadczenia. Spójrzmy teraz na stronę „Uczciwe Wybory” i zobaczmy z jakiego procenta komisji dostarczono wyniki.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że dla zastygłych w marazmie struktur PiS dobrze jest jak jest – wytworzyli swoje własne zatęchłe układy partyjno-korporacyjne i każdą zewnętrzną inicjatywę traktują jako konkurencję, jeśli nie zagrożenie. Ziemkiewicz napisał kiedyś, że dla lokalnej komórki PiS-u nowo powołany na „ich” terenie Klub Gazety Polskiej z miejsca staje się wrogiem. Nawet jeśli w wielu przypadkach tak nie jest, to w równie wielu – owszem.

Ten wygodny bezwład, połączony z zazdrośnie strzeżonym na „swoim” obszarze „monopolem na prawicę” i sabotowanie inicjatyw, jak w przypadku wspomnianych mężów zaufania, oraz - co tu kryć - często selekcja negatywna, albo wręcz blokada w przyjmowaniu do partii „świeżej krwi” (bo po co, jeszcze nas wygryzą), to kolejna przyczyna wyborczej porażki. Dla wielu w PiS-ie wystarcza, że – jak ujął to onegdaj Adam Lipiński – prawicowi wyborcy i tak na nas zagłosują, bo nie mają nikogo innego, więc po co naruszać istniejący stan rzeczy. Liczy się partyjny „matrix” i przepychanki między koteriami – na co nam jakieś zewnętrzne inicjatywy nad którymi nie będziemy mieli „bata” partyjnej kontroli.

Jeżeli to instrumentalne podejście do ludzi, którym „chce się chcieć” się nie zmieni, to nie zdziwcie się Panie i Panowie politycy, gdy wśród różnych obywatelskich inicjatyw będzie postępowało zniechęcenie, a w następnych wyborach ci, których dziś spławiliście, gremialnie oleją wasze syrenie nawoływania. Bardzo jestem ciekaw, ile procent uzyskacie z tym waszym Porębą i garstką topornych działaczy szwendających się po TVN-ach.

Gadający Grzyb

Przywoływane w tekście notki przedwyborcze:

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-jaroslaw-kaczynski-chce-wygrac-wybory

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/zjednoczony-oboz-iv-rp

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/kampania-powtorzonych-bledow

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/pis-mediodajnie

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/sprochniale-filary-%E2%80%93-kampania-po-w-rozsypce

środa, 31 sierpnia 2011

Kampania powtórzonych błędów?


Głowy nie dam, czy Tomasz Poręba nie odnalazł w sztabie wyborczym jakiejś kiecki po Kluzikowej i nie przebiera się w nią ukradkiem. Kampania wygląda tak, jakby to robił.



I. Jadowite pochwały.


Cholera, nie jest dobrze...Salonowi politolodzy zaczynają chwalić PiS za „zmianę wizerunku”. Rafał Chwedoruk zadowolony jest, że PiS za sprawą hasła „Polacy zasługują na więcej” wyzbywa się oblicza partii antysytemowej, komplementuje wyciszenie tematyki smoleńskiej, a także to, że PiS „nie oferuje nam wyrazistej i spójnej wizji świata jak w wyborach 2007 roku”, dzięki czemu obniża motywację wyborców Platformy. Z kolei Wojciechowi Jabłońskiemu podoba się połączenie wątków prawicowych i lewicowych w haśle wyborczym, przy czym ów mąż uczony wystawia mimowolnie świadectwo samemu sobie, uznając za prawicowy element słowo „Polacy”. Dość dobrze obrazuje to stan umysłów elit, dla których „prawicowością” trąci samo wymienienie narodowości białych murzynów zamieszkałych między Tatrami a Bałtykiem. Natomiast człon „zasługują na więcej” wedle Jabłońskiego „zawiera wyraźną postawę roszczeniową”. Nie przychodzi mu do głowy, że owo „zasługiwanie na więcej” może odnosić się do sprawnie funkcjonującego państwa, które potrafi skończyć to co zaczęło, nie zadowalając się jedynie rozgrzebanymi placami budów. Słowem nacjonal-socjalizm, stara śpiewka wyznawców Antypisa, ale pan Jabłoński inaczej najwyraźniej nie potrafi, takie już ma wyżłobione w mózgu koleiny interpretacyjne – w każdym razie, uważa z jakichś powodów, że tubylcza ludożera hasło „Polacy zasługują na więcej” podłapie.


Tymczasem dla mnie hasło to zahacza nieco o kapitulanctwo – „PO generalnie ma prawidłowy kurs, tylko że my zrobimy to lepiej”... W ten sposób to mogą sobie polemizować chadecy z socjaldemokratami w Niemczech, gdzie realia są adekwatne do tego typu łagodnych sloganów, ale nijak się ma do sytuacji w Polsce doprowadzonej przez ostatnie cztery lata przez Dyktaturę Matołów na skraj przepaści. Oj, wyczuwam tu rękę szefa sztabu wyborczego, Tomasza Poręby i fascynację spod znaku „jak to robią w Unii”...


Zdanie politologów podzielają umiarkowanie konserwatywni publicyści, których niezłym reprezentantem jest Piotr „włos na czworo” Zaręba. Ten w felietonie „Spokojny Kaczyński, czyli PO w kłopocie” nasładza się, że PiS „umiejętnie schodzi z linii strzału”, a Kaczyński „prawie nie krzyczy” z czego wysnuwa wniosek bliski Chwedorukowi, że takie unikanie ostrej konfrontacji sprawi, iż Platformie będzie trudniej wystraszyć wyborców i zmobilizować ich przeciw Kaczyńskiemu.


No, krótko mówiąc – szafa gra: wzorcowa kampania, bez szkodliwego awanturnictwa, elektorat poszerzamy, PO w kłopocie...


II. W kiecce Kluzikowej.


Zaraz, zaraz – czy my już nie słyszeliśmy tej śpiewki? Jasne, słyszeliśmy i to całkiem niedawno, podczas ostatniej kampanii prezydenckiej, kiedy to również można było przeczytać miodem pisane teksty o umiarkowanej strategii Kluzik-Rostkowskiej i reszty wesołej gromadki, która obecnie orbituje coraz bliżej platformianego słoneczka.


Przypomnijmy sobie - wówczas identyczny chór specjalistów i komentatorów komplementował, zachwycał się i piał peany na cześć ocieplonego wizerunku Jarosława Kaczyńskiego, pozytywnego przekazu, odejściu od wojowniczej retoryki i innych takich, a na końcu – o „znakomitym” wyniku wyborczym. Tym „znakomitym” wynikiem była – odświeżmy sobie pamięć – porażka z osobnikiem na poziomie umysłowym Karola Radziwiłła „Panie Kochanku”, którego na zdrowy rozum każdy konkurent powinien zdystansować o kilka długości. Narracja była z grubsza taka – no, wprawdzie Kaczyński przegrał, ale za to z jakim wynikiem! Ci wszyscy wielbiciele kampanii w stylu ciepłych kluch zawodzą dziś na identyczną nutę.


Głowy nie dam, czy Tomasz Poręba nie odnalazł w sztabie wyborczym jakiejś kiecki po Kluzikowej i nie przebiera się w nią ukradkiem. Kampania wygląda tak, jakby to robił. To samo wygładzanie kantów na siłę – zwróćmy uwagę, jak wypłakiwał się w mediach na Ziobrę i Kurskiego, gdy ci poruszyli w Parlamencie Europejskim kilka kłopotliwych dla Tuska kwestii odnoszących się do jakości naszej demokracji: „Jeszcze dwie, trzy takie wrzutki z boku i mamy pozamiatane”. Czułem, że tak będzie. Wariant kampanii a la „Kluzik-bis” unosił się w powietrzu od pierwszych jego występów. Z Kaczyńskiego nie zrobił jeszcze słodkiego misia sprzed roku, ale choroba wie, co zobaczymy we wrześniu.


Pewną nadzieję na utwardzenie kursu daje wprawdzie bojkot picownych „debat” w „zaprzyjaźnionych” stacjach telewizyjnych, ale i tu dobiegają sprzeczne sygnały na zasadzie „no, może”. Adam Hofman zdążył już obwieścić, że przystąpienie do tej hecy będzie zależało od tego jak wyglądać będzie pierwsza debata. A jak niby ma wyglądać? Przecież każdy głupi widzi, że jedynym celem jest możliwość rzucenia się do gardeł PiS-owi przez resztę polityczno-medialnego towarzystwa. Czyj to pomysł tak dziarsko podchwycił Donald Tusk? Przypomnę, że inicjatywa wyszła z TVN24... Zresztą, niekonsekwencji PiS-u w relacjach z mediodajniami warto poświęcić osobną notkę.


III. Wygrać wbrew wszystkiemu.


Wrócę jeszcze do tekstu Zaręby. Otóż zauważa on, że jeśli Kaczyński „utrzyma się w tej roli, może nie wygra (chyba nie gra o zwycięstwo), ale uczyni przewagę Platformy niewielką, problematyczną”.


Coś mnie trafiło, gdy to przeczytałem. Co to ma być? Przepis na jakieś cholerne „zwycięstwo moralne”? Równie dobrze można by napisać, że Kaczyński przegrywając stosunkowo nieznacznie wybory prezydenckie uczynił przewagę Komorowskiego „problematyczną”. Jakoś nie zauważyłem, żeby Komorowski miał ze swą wygraną jakiekolwiek „problemy”. Nie będzie ich też miała Platforma, tylko - nawet jeśli wygra nieznacznie - szybciutko zawiąże koalicję z SLD, a jeśli trzeba, to i PSL, i będzie kontynuowała swe dzieło zniszczenia. Również niszczenia opozycji i pacyfikacji odczytywanych jako wrogie grup społecznych. Kolejne zmiany prawne poszerzające uprawnienia służb, gmeranie przy przepisach o stanie wyjątkowym, próby wprowadzania cenzury, punktowe uderzenia – czy to na Krakowskim Przedmieściu, czy antykibicowskie prowokacje, inwigilacja na niespotykaną w Europie skalę... cały ten system pełzającej represjonizacji o którym pisałem w dwóch częściach „Dyktatury matołów” (TU i TU) nie jest tworzony bez przyczyny.


Owszem, można umocnić się w roli wiodącej siły opozycyjnej i czekać na nieuchronny krach, który gdzieś w połowie następnej kadencji zmiecie Platformę, tylko pytanie, czy PO nie będzie wtedy przygotowana do wariantu siłowego, czy służby nie zdążą PiS-u zdezintegrować, czy partia wytrzyma porażkę... generalnie – czy za 2 lata będzie komu przejąć władzę z rąk Platformy i jej mocodawców. Przede wszystkim jednak – szkoda Polski, bo nadchodzący krach sprowadzi nas do roli „państwa upadłego” na okres pokolenia i zwyczajnie nie będzie czego ratować. Teraz jeszcze można gasić pożar, za dwa lata może być za późno.


Jeżeli Jarosław Kaczyński świadomie wchodzi w koleiny kampanii prezydenckiej, grając na niewielką przegraną, to trzeba wyraźnie powiedzieć, że źle się bawi. Dlatego, nawiązując do tekstu sprzed miesiąca „Czy Jarosław Kaczyński chce wygrać wybory?” , powiem tak: Trzeba wygrać. Wbrew wszystkiemu. Nawet wbrew samemu PiS-owi z prezesem na czele. Jeśli nie chcą tej wygranej, to trzeba ją w nich wmusić kartkami wyborczymi. A potem mają ratować kraj. I to ratować skutecznie. A jeśli im się to nie uśmiecha, to niech spadają na ryby i nie zawracają ludziom głowy.


Gadający Grzyb

czwartek, 21 lipca 2011

Czy Jarosław Kaczyński chce wygrać wybory?


Jeżeli PiS wygra na jesieni, to nie dam głowy, czy Jarosław Kaczyński będzie z tej wygranej zadowolony. Ale wygrać trzeba. Wbrew wszystkiemu.



I. Troski i żale tego, jak mu tam, Tomasza Poręby.


To jak się nazywa szef kampanii wyborczej PiS? Cholera, niby powinienem wiedzieć, a jakoś za nic nie mogę gościa zapamiętać. Muszę wstukać w google. No, nareszcie – Tomasz Poręba. Zastanawiam się, jak wielu zresztą, cóż mogło skłonić Jarosława Kaczyńskiego do wydobycia rzeczonego pana z głębokich rezerw w europarlamencie i postawienia go na czele sztabu wyborczego. To, że rzeczony Poręba propozycję przyjął, też jest znaczące i świadczy o nieukojonej potrzebie lansu i brylowania przed kamerami. Nadaję się czy nie – grunt to załapać się na swoje pięć minut. Jednakże to parcie na szkło – zjawisko u polityków powszechne – w przypadku członków PiS zawsze tak jakoś kończy się spektakularną klapą. Warto przypomnieć tu los różnych „spinek”, tych wszystkich Bielanów, Kamińskich, Kluzików, Poncków, Jakubiaków, ornitologów, użyźniających dziś niczym plankton odmęty politycznego bajora.


Wiemy jak Tomasz Poręba zaczął funkcjonowanie w nowej roli. A zaczął od kłapania dziobem na prawo i lewo, jaką tragedią był „nieskonsultowany” atak Zbigniewa Ziobry i Jacka Kurskiego przypuszczony w Parlamencie Europejskim na Donalda Tuska. W wywiadzie dla „Plusa-Minusa” płakał wręcz Mazurkowi w mankiet, że „jeszcze dwie, trzy takie wrzutki z boku i mamy pozamiatane”. Innym mediodajniom szlochał w podobnym stylu.


II. Hetman, który nie wierzy w zwycięstwo.


W tym początku widać dwie rzeczy. A właściwie, nawet trzy. Po pierwsze – Poręba jest zainteresowany swą nową funkcją o tyle, o ile ta pomoże go wypromować i pognębić wrogą frakcję w partii. Po drugie – pan Poręba między Brukselą a Strasburgiem nasiąkł europoprawniactwem, w którym to poprawniactwie nie mieści się, no - po prostu się nie mieści żadne ostrzejsze sformułowanie, żadna kontrowersja. Liczy się tylko, kto zręczniej sprzeda gładki, beztreściowy bełkot wyborczej gawiedzi. Ów wyborczy bełkot musi być beztreściowy, gdyż każdy konkretny przekaz jest z natury rzeczy kontrowersyjny – bo jednym się podoba, a innym – nie. A takiego rozdźwięku serce i kariera eurodeputowanego Poręby by nie zniosły. Po trzecie wreszcie, ten żałosny mydłek najzwyczajniej w świecie próbuje zawczasu usprawiedliwić porażkę i wskazać potencjalnych winnych!


Pan Poręba Tomasz, będąc „hetmanem” wyborczego starcia, nie wierzy w zwycięstwo. Żadne przyszłe zaklęcia nie zmienią tego, co mimowolnie wyraził w tych kilku wywiadach, tuż po objęciu swej funkcji. A Jarosław Kaczyński zrobił go szefem kampanii.


III. „Centrystyczny” miraż.


Tak, wiem, że jest to dwa tysiące czterysta siedemdziesiąta ósma blogerska notka dotycząca zaczynającej się kampanii, strategii i szans PiS-u na wygraną. Niemniej i ja postawię pytanie: czy Jarosław Kaczyński chce wygrać te wybory? Patrząc na ruch z Porębą, mam wątpliwości. Kampania toczyć będzie się wokół ocieplania wizerunku i prób pozyskania mitycznego „centrum”. Te dwa spoty, które wyemitowano do tej pory, są wyraźnym sygnałem. Tyle, że to salwa w próżnię, gdyż rzeczone „centrum” albo zostaje podczas wyborów w domu, albo na skutek sztucznego pobudzenia głosuje na PO czy jakąkolwiek inną wskazaną mu partię establishmentu IIIRP, tak jak miało to miejsce w 2007 roku. Dla PiS-u byłoby lepiej, gdyby „centrum” zostało w domu, lecz pan Poręba ma najwyraźniej inne zdanie, ulegając „centrystycznemu” mirażowi.


Ale co tam Poręba. Przede wszystkim nader wątpliwym jest, by takiej fatamorganie uległ Jarosław Kaczyński, a mimo to postawił właśnie na tego wyciągniętego znikąd gościa, który powinien w swym brukselsko-strasburskim „nigdzie” pozostać.


IV. Czekając na przebudzenie.


I znowu powtórzę: czy Jarosław Kaczyński chce wygrać te wybory? Obawiam się, że może kombinować w tę stronę: państwo się wali, krach finansów publicznych, załamanie infrastruktury, kryzys przy którym zbledną wszystkie dotychczasowe trudności – to wszystko jest kwestią czasu. Nastąpi najprawdopodobniej po Euro 2012, najdalej w 2013 roku. Platforma jest na musiku, przedłużenie władzy to jej być albo nie być, bo gdy przestanie osłaniać interesy różnych sitw, których jest ekspozyturą, stanie się zbędna. Poza tym, powoduje nią zwyczajny strach przed odpowiedzialnością karną za doprowadzenie państwa do upadku, o Smoleńsku już nie wspominając, bo pociągnięcie do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu za tę tragedię rozumie się samo przez się.


Skoro zatem, kalkuluje Kaczyński, PO chcąc nie chcąc musi te wybory wygrać, to pozwólmy im na to i poczekajmy na krach, oraz na związany z nim zwrot nastrojów społecznych. Póki co bowiem Polacy (61%, badanie TNS OBOP) uważają wprawdzie, że sprawy w Polsce idą w złym kierunku, ale na razie nie przekłada się to na ich zadowolenie osobiste, co znalazło niedawno odbicie w „Diagnozie Społecznej 2011”. Pozwólmy zatem, by twarda rzeczywistość wybudziła naród z ogłupiającego letargu, by ludzie dostali po d..., sami zaś skupmy się na pozorowanej kampanii „oficjalnie” i utwardzaniu żelaznego elektoratu w terenie, w „drugim obiegu”. Niech Platforma wypije sama piwo, którego nawarzyła, nie damy się wmanipulować w odpowiedzialność za katastrofę państwa. Kiedy przyjdzie czas, weźmiemy całość.


Tak może to wyglądać, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, by po wpadce z Kluzik-Rostkowską, Kaczyński zdecydował się na jej podróbę w osobie Tomasza Poręby licząc, że ten zapewni mu zwycięstwo. Poręba został wybrany po to, by w odpowiednim czasie było kogo przegnać i na kogo zwalić winę. I pewnie Poręba zdaje sobie sprawę z tej gry, skoro już zawczasu asekuruje się wskazując „sabotażystów” we własnych szeregach. Najwyraźniej jednak uznał, że koniec końców taka rola mu się opłaci – rola umiejętnie podlansowanej kolejnej „ofiary” Kaczyńskiego. Może być to dla niego niezłą odskocznią do dalszych politycznych harców. Zresztą, tak Bogiem a prawdą, wcale nie jestem pewien, czy podobnego wariantu całkowicie na zimno Kaczyński nie przećwiczył z kluzikowcami, kładąc kampanię prezydencką, gdyż ewentualna wygrana w tamtych wyborach tamowałaby mu drogę do premierostwa i realnego wpływu na radykalną sanację kraju. Ale zostawmy to.


V. Polska nie ma czasu!


Dziś ważne jest co innego: otóż, ten spodziewany krach może się okazać gorszy, niż przypuszczamy, choćby z tego powodu, że kraje UE wydrenowane ratowaniem Grecji nie rzucą się nam na pomoc, tym bardziej, że w przypadku Grecji jest jeszcze jeden czynnik: ratowanie strefy Euro. Jeżeli zapaść Grecji skutkować będzie wyprzedażą wszystkiego co się da pod międzynarodową kuratelą i „ograniczeniem suwerenności” jak to ujął ustosunkowany premier Luksemburga Jean-Claude Juncker, to wyobraźmy sobie, co czeka nas, gdy znajdziemy się w podobnej sytuacji. I dlatego uważam, że trzeba zrobić wszystko, by wygrać już te najbliższe wybory, odkładając na bok przemyślne polityczne kalkulacje, którym w innych warunkach może nawet bym kibicował. Politycy mają czas, ale Polska nie ma czasu! Jeśli rysowany przeze mnie w niniejszej analizie wariant jest prawdziwy i jeśli – co gorsza – się wypełni, to może się okazać, że zwyczajnie nie będzie czego ratować, a Polskę czeka los „państwa upadłego” na okres co najmniej pokolenia.


Jeżeli PiS jakimś cudem wygra na jesieni, to nie dam głowy, czy Jarosław Kaczyński będzie z tej wygranej zadowolony. Ale wygrać trzeba. Wbrew wszystkiemu.


Gadający Grzyb