Pokazywanie postów oznaczonych etykietą putinada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą putinada. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 maja 2012

Klątwa Kaczyńskiego II

Wszystko przez Kaczyńskiego, bo gdyby w dwa lata wybudował to, czego nie udało się przez pięć lat wybudować Platformie, to dziś nie byłoby problemu.

I. Robimy putinadę!

Tym razem Donald Tusk nie przywdział kryzysowej kurteczki, bo by się zgrzał, biedaczek, a może zresztą pijarowcy od Ostachowicza podpowiedzieli mu, że z tej kurteczki pół Polski już się śmieje i żeby się nie wygłupiał, nie robił wiochy i w ogóle. Zamiast tego ubrano go w kryzysową koszulę po robociarsku rozpiętą pod szyją, bez marynarki i krawata. Po robociarsku, bo też umiłowany Ober-Matoł ruszył do jedynej roboty w której się spełnia jak nikt - żenienia kitu na masową skalę w sojuszu z „zaprzyjaźnioną telewizją”, która bez wytchnienia transmitowała na żywo i w powtórkach jak premier wsiada do helikoptera, wysiada z helikoptera, wsiada do pociągu, wysiada z pociągu, kupuje bilet do wagonu drugiej klasy (taki równiacha), rozmawia z prostym ludem, łaje, chwali, „śmieszy, tumani, przestrasza”.

No, słowem - trzeba było przykryć jakoś tę gigantyczną kompromitację z autostradami co to miały być wybudowane, potem już tylko „przejezdne”, a ostatecznie pozostały rozkopane jak były. Jakoś trzeba odwrócić uwagę pospólstwa od sztukowanych naprędce objazdów wąskimi, dziurawymi drogami, też w znacznej mierze w niekończących się remontach, od przypudrowanych dworców i linii kolejowych grożących katastrofą bo nigdy nie wiadomo, czy zapali się odpowiedni semafor, a poza tym jeździć nimi można przeważnie z minimalną prędkością, bo stopień wyeksploatowania niedoinwestowanej infrastruktury nie pozwala na normalne użytkowanie.

Co tam jeszcze trzeba było zamieść pod dywan przed weekendem? „Reformę” polegającą na kradzieży emerytur, bo mniej osób dożyje do „złotej jesieni”, protesty społeczne przeciw tejże, sprawę TV Trwam, głodówki przeciw rugowaniu lekcji historii, blokadę komunikacyjną centrum Warszawy, „infoaferę”, chamstwo Niesioła, wyrok w sprawie łapówkary Sawickiej, zapowiedzi demonstracji w trakcie Euro, dramat bankructw podwykonawców którzy uwierzyli w „Polskę w budowie”... podaję w kolejności przypadkowej, z pewnością nie wymieniłem wszystkiego co składa się na wszechstronną degrengoladę państwa pod rządami Dyktatury Matołów.

Rada na to może być tylko jedna: robimy putinadę! Media sprężone, reżimowi publicyści pobudzeni, służby prasowe w gotowości by wrzucać kolejne fotki do internetu... a premier obiecuje zdesperowanym podwykonawcom pieniądze (pod warunkiem, że nikt nie zapyta się „jak żyć”, bo na takich warchołów są inne sposoby), mobilizuje do działania, uprzedza, że będzie rozmawiał z niezadowolonymi, by nie robili mu koło pióra w trakcie Euro, dodając zarazem ostrzegawczo, że jakby co, to „w razie potrzeby policja będzie interweniowała”. Zaraz jednak dobrotliwie uzupełnia: „Nie użyłbym słowa 'pałowała', bo dziś mamy lepsze, spokojniejsze i nowocześniejsze metody rozładowywania napięć, a pałka to ostateczność" (cyt. za „Rzeczpospolitą”) Ciekawią mnie te „nowocześniejsze metody” - czyżby Ober-Matoł miał na myśli osławione LRAD-y do obezwładniania dźwiękiem, które zakupiono, a następnie nowelizowano w pośpiechu prawo, by policja mogła ich używać?

II. KOKO-SPOKO!

Ale, generalnie – byczo jest, albo raczej Euro-spoko! Albowiem:

„Premier podkreślił, że czuje potrzebę położenia kresu nieustannemu narzekaniu w związku z Euro. - Jeśli wszyscy zamienimy się narzekających i takich smutasów, którzy będą udowadniali sobie i światu, że tutaj w Polsce nic się nie udało, że nie można nigdzie przejechać, stadiony się zawalają, (...) to rzeczywiście osiągniemy ten efekt, o jaki niektórym chodzi – mówił.

- Ale ja wiem, że w Polsce stadiony są najnowocześniejsze w Europie, że terminale mamy najnowocześniejsze w Europie, że te lotniska przypominają Polskę z naszych marzeń - przekonywał Tusk.” (cyt. za „Rzeczpospolitą”)

Przypomina mi to stary rysunek na którym widać jakiegoś partyjnego buca na mównicy, który na mankiecie ma napisaną treść przemówienia: JEZD DOBRZE. A jeśli do kogoś nie dotrze ogrom sukcesu, to pozostaje metoda zobrazowana przez Andrzeja Krauzego w „Uważam Rze”: inny buc dusi orła w koronie i wrzeszczy mu prosto w dziób: KOKO-SPOKO! Dotarło do jednego z drugim? Jest KOKO-SPOKO, bo jak nie, to w ryj! Albo LRAD-em po bębenkach usznych.

Swoją drogą, z tą naszą „gotowością do Euro” musi być naprawdę przeraźliwie, skoro nie dość, że sięgnięto w desperacji po tak toporną propagandę rodem z głębokiego PRL-u, to jeszcze akcję zainicjowano w Święty Czwartek. Niezorientowanym wyjaśniam, iż czwartek jest dniem w którym Donald Tusk zwykł kończyć swój wielce umowny tydzień pracy i pakuje się do samolotu, czy innego helikoptera, by zamiast na rozgrzebaną A2 lecieć do Sopotu i nie pokazywać się w Warszawie aż do poniedziałku. A tu jeszcze na dodatek putinada przeciągnęła się również na piątek. Piątek! Toż to już weekend pełną gębą. I sobota!! Jezusie słodki... Ciekawe, kto kazał mu duszyć rupę, poprawić makijaż i jechać w interior, jakby to była jakaś kampania wyborcza, bo że on tak sam z siebie, to nigdy nie uwierzę.

III. Klątwa Kaczyńskiego

Ale, notka ma tytuł „Klątwa Kaczyńskiego”, a ja ciągle o Tusku. Otóż, wszystko to dzieje się przez Kaczyńskiego, bo gdyby w dwa lata wybudował to, czego nie udało się przez pięć lat wybudować Platformie, to dziś nie byłoby problemu. Proste? Tak powiedział kwarcówkowy minister Nowak. To, że Jarosław Kaczyński odpowiada za wszystko, gdyż rząd Tuska z definicji za nic odpowiadać nie może, więc musi odpowiadać ktoś inny, jest powszechnie wiadome. I nawet znam mechanizm tej odpowiedzialności, który objawiłem już w czerwcu zeszłego roku, ale do czynników rządowych najwyraźniej nie doszło.

Powtarzam zatem teraz, zaś drogie czynniki rządowe uprasza się o wyjęcie ołówków, kajecików i notowanie: jak wiadomo, podczas pamiętnej zadymy o Dolinę Rospudy Jarosław Kaczyński rzucił na Polskę klątwę, mówiąc, że jeżeli nie da się wybudować obwodnicy Augustowa, będzie to znaczyło, iż w Polsce niczego nie da się wybudować. Działa? Działa, i to nie tylko w przypadku dróg, ale również drugiej linii metra, kolei, Muzeum Sztuki Współczesnej i tak dalej.

Zatem, drogie czynniki rządowe, macie jedyne wyjście – zróbcie wreszcie tę cholerną obwodnicę Augustowa. Pod Rospudą, przez Rospudę nad Rospudą – obojętnie. To jedyny ratunek, by zdjąć klątwę, bo pijarowska magia waszego Ober-Matoła zaczyna się niebezpiecznie wyczerpywać. Skoro nie udało się dokończyć tych inwestycji nawet przy takiej mobilizacji, pod presją jednej z najbardziej prestiżowych imprez sportowych na świecie, to znaczy, że po Euro nie uda się dokończyć tym bardziej i zostaniemy z tą „Polską w budowie” do us...j śmierci. Mieszkam przy totalnie rozkopanym fragmencie „gierkówki” i widzę jak oszałamiające jest tempo prac, więc wiem co mówię.

Jedyne, co poprawia mi humor, to świadomość, że podczas tego całego „Euro-spoko” na bank ucierpi trochę Szkopów, którzy pod wpływem szoku po nagłym przestawieniu się z ichniejszych, gładziutkich i szerokich „autobahnów” na nasze „przejezdne” wyroby drogopodobne, będą rozbijali się na potęgę – na dziurach, na drzewach, na słupach, zderzając się ze sobą... Szykuje się największy pogrom Teutonów od czasów Grunwaldu. No chyba, że potem w ramach retorsji cofną nam euro-fundusze, a Erika Steinbach stanie na czele Związku Pokiereszowanych i zażąda reparacji.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/klatwa-kaczynskiego

wtorek, 16 sierpnia 2011

Odklejony


Ta przypadłość dotyka prędzej czy później wszystkich rządzących: odklejenie od rzeczywistości i wiara we własną propagandę,



w tym również w spreparowane na użytek tejże propagandy dane i szumne zapowiedzi. Nie inaczej stało się z Donaldem Tuskiem, który jak się zdaje autentycznie uwierzył, że jak coś przed kamerami obieca, to z mocy jakiegoś nadnaturalnego prawa znajduje to automatyczne przełożenie na rzeczywistość i zyskuje z miejsca walor wykonalności.


I. Amatorska putinada.


Nie potrafię sobie inaczej wytłumaczyć powodu dla którego Tusk postanowił nawiedzić zniszczone przez lipcowe nawałnice „zagłębie paprykowe”. Nie sposób inaczej pojąć zwłaszcza tego, dlaczego nie zorganizowano spotkania w konwencji starannie wyreżyserowanej „gospodarskiej wizyty” Umiłowanego Przywódcy, gdzie wyselekcjonowani rozmówcy zapewnialiby przed kamerami Premiera i telewidzów, że surówka z pieca płynie... to jest, że pomoc dotarła, odbudowujemy się, dziękuję bardzo, jeżeli zaś są jakieś niedociągnięcia, to występują one z wyłącznej winy nieudolnych urzędników niższego szczebla, których Przywódca mógłby w świetle reflektorów spektakularnie opierdzielić. Innymi słowy, troska w oku, namaszczona powaga i zmarszczona brew kiedy trzeba (słynne „pamiętajmy, kto co spieprzył”), krótko mówiąc – profesjonalna putinada w kryzysowej kurteczce, jak rok temu podczas powodzi.


Tuskowym „bibliotekarzom” najwyraźniej jednak rzuciły się na mózgi sondaże naszprycowane sterydami niczym mięśniak z osiedlowej siłowni i postanowili postawić na spontan. W wyniku tej nieszczęsnej decyzji nasz kieszonkowy Putin zmuszony został do wysłuchiwania z rosnącym zniecierpliwieniem tasiemcowych „kwękoleń” „paprykarzy” o kilkusetzłotowych zapomogach, braku obiecanego wsparcia, biurokratycznych barierach... no, co za amatorszczyzna.


Koniec końców, doszło, jak pamiętamy, do upokarzającej ewakuacji premiera z niewdzięcznych Sadów-Kolonii, czy jak tam się nazywała ta pipidówa, którą Umiłowany Przywódca pragnął zaszczycić możliwością zrobienia mu „pijaru”.


Szok towarzyszący chwilowemu wystawieniu głowy poza własny matrix był na tyle głęboki, iż niegdysiejszy Mistrz Bajeru zrezygnował w przebłysku instynktu samozachowawczego z kolejnej zaplanowanej „spontanicznej wizyty” w dewastowanym przez szkody górnicze Bytomiu, gdzie zapewnianie ewakuowanym z grożących zawaleniem budynków ludziom nowych mieszkań idzie mniej więcej tak samo sprawnie, jak wypłacanie obiecanych funduszy rolnikom z „zagłębia paprykowego”.


II. Tusk „spalony” na trybunach Lechii.


Zamiast tego, postanowił ukoić skołatane nerwy odwiedzinami na gdańskiej PGE Arenie, gdzie na inaugurację obiektu „jego” Lechia podejmowała Cracovię. Miało być lekko, miło i przyjemnie, zgodnie z założeniem, że Premier ma się kojarzyć z pozytywami, słowem – powrót do bezpiecznych, propagandowych korzeni. I tu znów komuś, a być może nawet płemiełowi osobiście własna psudo-kibolska, stworzona na potrzeby „pijaru”, legenda stadionowego watażki pomieszała się z rzeczywistością.


Otóż „Donaldinho” i jego bajkopisarze nie docenili kibicowskiej solidarności i nie raczyli przyjąć do wiadomości, że „Donek” jeśli nawet kiedykolwiek był uznawany za jednego ze „swoich” (czemu raczej przeczą wspomnienia czołowych kibiców Lechii z lat 70- i 80-tych, którzy kogoś takiego jak Tusk najzwyczajniej w świecie z tamtych lat nie kojarzą), to już dawno „swojakiem” być przestał. Stał się renegatem z kibicowskiej społeczności, znienawidzonym wrogiem nr 1, co zresztą kibole „jego” Lechii na PGE Arena dali mu szybko odczuć, witając swego byłego koleżkę od szlaucha gwizdami, słynnym hasłem zaczynającym się od słów „Donald, matole...” i wywieszając ogromny transparent z hasłem: „nie jesteś, nie byłeś, nie będziesz nigdy kibicem Lechii”.


Tak więc, nawet w gdańskim mateczniku, Tusk przekonał się, że na trybunach jest spalony i nie ma co liczyć na propagandowe ogrzanie się w cieple „swoich” kibiców. Zostaje śledzenie meczów w telewizji, w coraz węższym gronie i przy coraz liczniejszych butelkach wina i na nic wyrokowanie do spółki z Wołkiem Tomaszem, kto jest a kto nie jest godzien miana kibica. No i żałosne meczyki z wazeliniarzami, usłużnie dającymi się przedryblować naszemu mini-Kaliguli, który zawsze musi wygrać swój wyścig rydwanów.


To zlekceważenie skali nienawiści, którą premier rozpętał względem swej dostojnej persony wśród kiboli, to chyba bodaj jeszcze silniejszy objaw zarysowanego we wstępie „odklejenia” od rzeczywistości niż nieszczęsna wycieczka do „paprykarzy”. Najwyraźniej stadionowe trybuny pomyliły się komuś z przyjaznym zaciszem studia Tusk Vision Network i „przyjaciółmi” ze stacji komercyjnej, którzy zawsze taktownie wiedzą, jakie pytania zadać, w jakim kontekście przedstawić niewygodne fakty, a jakich kwestii nie wolno poruszać pod żadnym pozorem.


III. Okrutny chłopiec.


Tego rodzaju dysonanse poznawcze, kiedy to przez piarowski matrix co i rusz przebija skrzecząca, zgrzebna pospolitość muszą nieźle szargać nerwy premiera. Dodajmy, że dysonans poznawczy u osoby z natury słabej psychicznie i mało odpornej na porażki (co z tego, że podpompowanej przez Ostachowicza „treningiem osobowości”) jaką jest Donald Tusk, skutkuje wybuchami niepohamowanej agresji. Stąd te wszystkie „kurwy”, które sadzi bez opamiętania w gronie współpracowników i groteskowe sceny furii godne Hitlera z „Upadku”, gdy wygraża szefowi Narodowego Centrum Sportu, że sam będzie zap...ć z łopatą na budowie Stadionu Narodowego.


„Narracja” i „pijar” to jedyne co mu zostało. I niby wie, że spartolił wszystko co mógł, ale z drugiej strony nie jest w stanie przyjąć tego do wiadomości. Stąd ta ucieczka w fikcję własnego „przekazu”, skutkująca postępującym zanikiem zdolności rozróżniania własnej, podtrzymywanej polityką sondażową propagandy od rzeczywistości, czego kuriozalne efekty mogliśmy obserwować właśnie przy okazji fiaska wizyty u poszkodowanych rolników i wizerunkowej kompromitacji na stadionie Lechii.


Tusk mentalnie pozostał chłopcem, niezdolnym do udźwignięcia ciężaru odpowiedzialności. Tyle, że im chłopiec ten jest starszy i poddawany z jednej strony coraz większej presji, a z drugiej – pompowany „osobowościowym” praniem mózgu, jakie zafundował mu Ostachowicz po podwójnej klęsce w 2005 roku, tym bardziej staje się wyrachowany i okrutny, o czym mogło się już przekonać wielu jego politycznych partnerów.


Jednak nie ma nic za darmo. Za takie eksperymenty się płaci i to srogo. Tusk już jest o krok od zostania psychicznym wrakiem, a tylko kolejny dzieli go od szaleństwa, co widać chociażby na konferencjach prasowych, gdy padnie niewłaściwe pytanie. Cały przekrój przelewających się mimowolnie przez oblicze premiera negatywnych emocji podczas konferencji po prezentacji raportu komisji Millera, czy pomieszane ze wściekłością zagubienie podczas spotkania w Sadach-Kolonii pokazują, że Tusk przestaje się kontrolować nawet podczas ważnych publicznych „pokazówek”, co do pewnego momentu było jego mocną stroną.


IV. „Nie wytrzymasz”.


Historia i literatura znają tego typu przypadki – ludzi, których przerosła rola i którzy swe mentalne niedostatki próbują nadrabiać podłością i okrucieństwem. Takich jak chociażby Kaligula czy Neron. Rzecz jasna, Tusk to taki tyranek w wersji mini, od poprzedników różni go skala możliwości, łączy zaś niedojrzałość, podatność na deprawację władzą, i... emocjonalna potrzeba akceptacji, której brak wyjątkowo źle znosi i którą próbuje wymusić tak na bezpośrednim otoczeniu, jak i na społeczeństwie. Świadczy o tym chociażby pogłębiające się w miarę upływu kadencji (zwłaszcza po 10.04.2010) sondowanie, na ile można się posunąć w sekowaniu opozycji, odczytywanych jako wrogie grup społecznych, opozycyjnych mediów, największa w UE skala inwigilacji, gmeranie przy przepisach o stanie wyjątkowym, dostępie do informacji publicznej...


Z wymienionymi wyżej figurami łączy Tuska również tłumione poczucie winy, bo jest osobnikiem o zbyt słabej konstrukcji psychicznej, by wziąć całkowicie w karby własne sumienie. On wie, że ceną za osobisty, polityczny sukces było zaprzedanie się bez reszty siłom żywotnie zainteresowanym w utrzymaniu zgniłego, kartoflanego status quo III RP, oraz - naturalną koleją rzeczy – ich zagranicznym patronom.


Z tej drogi nie ma już powrotu. Tu jest „rubel za wejście, dwa – za wyjście” i trzeba tym traktem kroczyć do końca, wikłając się coraz bardziej, aż do otwartego wystąpienia przeciw własnemu narodowi włącznie, czego ukoronowaniem była zarówno Katastrofa Smoleńska będąca m.in. efektem gry duetu Tusk-Putin obliczonej na zdeprecjonowanie Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jak postawa w sprawie smoleńskiego śledztwa i w następstwie zapaść Polski na arenie międzynarodowej, a także przyśpieszony rozkład instytucji państwa. Jak daleko Tusk zajdzie na tej drodze bez powrotu być może będzie nam dane odczuć na własnej skórze, gdy pewnego dnia przemówią zainstalowane na ulicach Warszawy LRAD-y.


Chyba, że wcześniej naprężona struna psychiki pęknie, albowiem Donald Tusk ma również co nieco wspólnego z pewnym bohaterem literackim, mianowicie, z Chilonem Chilonidesem z „Quo Vadis”. Tym, któremu Petroniusz rzekł: „nie wytrzymasz”.


Gadający Grzyb