Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka miłości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka miłości. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lutego 2010

Komu duszno?


Państwo odpolityczniło się do tego stopnia, że aż szkoda oddychać, by krzty odpolitycznienia przypadkiem nie uronić.

Czarna niewdzięczność.

Co to się, kochani Państwo, porobiło. Prokuratura dobrała się do dziennikarzy. I to których! Nie żadnych „pisowskich” sługusów z jakiejś tam „Gazety Polskiej”, czy innej „Rzeczpospolitej”, co jak wiadomo byłoby słuszne i zbawienne, ale do przedstawicieli samego jądra antypisowskiego mainstreamu – Mariusza Gierszewskiego z Radia Zet i Krzysztofa Skórzyńskiego z TVNu. I to za co! Za ujawnienie fragmentów zeznań prokurator Beaty Marczak dotyczących nacisków, jakie miały być wywierane na prokuratorów badających aferę gruntową, by ci postawili zarzuty Januszowi Kaczmarkowi! Temu samemu Januszowi Kaczmarkowi, który, przypomnijmy, w tamtym okresie nie był już „złym” Kaczmarkiem - wrednym PiSowskim siepaczem, tylko Kaczmarkiem dobrym - dziewicą uciśnioną przez złego, kaczystowskiego smoka, ofiarą inwigilacji, prowokacji i czego tam jeszcze…

Doprawdy, czarna niewdzięczność. To my, dziennikarze, zawsze wiernie przy umiłowanej partii, a wy nas za wysługę traktujecie prokuraturą i grozicie sądem?! My tu tropimy w trudzie i znoju PiSowski zamach na demokrację i niezależność prokuratury, wyciągamy na światło dzienne „naciski” – a wy nam – tak?

Pokłosie orzeczenia Sądu Najwyższego.

Mediodajnie bąknęły przy tej okazji o wyroku Sądu Najwyższego z 26 marca 2009r., dotyczącego sprawy Bertolda Kittela i Jarosława Jakimczyka, którzy w 1999 roku ujawnili zatrzymanie przez UOP rosyjskich szpiegów działających w strukturach WSI.

Nad tym wyrokiem popastwiłem się nieco w notce „Strzeż tajemnicy państwowej!” (www.niepoprawni.pl/blog/287/strzez-tajemnicy-panstwowej), w której napisałem m.in.:

„Sąd Najwyższy w swej nieskończonej mądrości orzekł, iż dziennikarze (i, dodajmy, każda inna osoba) powinni ponosić odpowiedzialność za ujawnienie w swych publikacjach tajemnicy państwowej tak samo jak funkcjonariusze państwowi zobowiązani do jej przestrzegania odrębnymi przepisami.”


Oczywiście, ówczesna sprawa dotyczyła artykułu 265 KK , odnoszącego się do tajemnicy państwowej, zaś w przypadku panów z TVNu i Zetki chodzi o artykuł 241 KK , traktujący o upublicznieniu wiadomości z postępowania przygotowawczego, ale tok rozumowania jest podobny – i, przypomnę – jest zastosowaniem opinii prof. Igora Andrejewa z czasów głębokiego Gierka (1976 r.), na którą to opinię powołał się Sąd Najwyższy we wspomnianym wyżej werdykcie.

Totalitarna spuścizna.

W całym tym przypadku są dwie kwestie, które mnie, jako obywatela ponoć wolnej, demokratycznej itede, Polski, gorszą.

1. Ustawodawstwo.


Oba przepisy są od strony podmiotowej sformułowane na tyle szeroko („Kto…”, „Każdy…”), że faktycznie – każdy, kto wyniesie coś na zewnątrz, niezależnie od tego, czy jest urzędnikiem, oskarżonym, dziennikarzem, czy choćby blogerem, podlega identycznej odpowiedzialności.

2. Interpretacja i praktyka.

Słyszeliście kiedykolwiek o pracowniku prokuratury, czy służb specjalnych, który poniósłby jakiekolwiek konsekwencje związane z „przeciekiem”? O jakiejś sekretarce, choćby? Ja też nie. Tymczasem, osoby „upubliczniające”, czy to tajemnicę państwową, czy to tajemnicę śledztwa – ooo, to już całkiem inna historia…

Wychodzi na to, że zarówno prawodawstwo, interpretacja dokonywana przez poszczególne piony, tudzież instancje organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, jak i praktyka, wciąż pozostają w głębokim cieniu totalitarnej spuścizny.

Interpretacja „Wyborczej”.

Jak zinterpretować konsekwentne zainteresowanie krakowskiej Prokuratury Okręgowej dwoma dziennikarzami? Skąd ten nagły przypływ pryncypializmu?

Jak donosi „Wyborcza” piórem nieocenionego Wojciecha Czuchnowskiego, prokurator krajowy, Edward Zalewski, był ponoć „wściekły”, gdy dowiedział się o zarzutach i nawet polecił krakowskiej prokuraturze zbadać „społeczną szkodliwość czynu”, co ma oznaczać „zawoalowane polecenie umorzenia sprawy”.

Jeszcze jeden cytat, istne cudo:

„- Ktoś chce wojny między prokuraturą a dziennikarzami, a taka sprawa będzie dobrym pretekstem. Zalewski nie może nakazać umorzenia, bo byłby to nacisk - twierdzi nasz rozmówca z Ministerstwa Sprawiedliwości.”


Normalnie, nie wiem - śmiać się, czy płakać. „Zawoalowane polecenie” przechodzi, zaś „nakazanie umorzenia” to już „nacisk”! A na dodatek „nasz rozmówca” twierdzi, iż „ktoś chce wojny między prokuraturą a dziennikarzami”. Czyżby w krakowskiej prokuraturze jeszcze nie dorżnięto Ziobrowych watah?

W interpretacji Wojciecha Czuchnowskiego wychodzi na to, że cała zadyma jest jakąś kryptoPiSowską prowokacją („ktoś chce wojny”, itd.…).

Osobiście, nie wykluczam, iż prokurator krajowy Edward Zalewski faktycznie mógł o niczym nie wiedzieć. Bo niby po co miałby wiedzieć? Aż strach pomyśleć o czym nie będzie wiedział przyszły, absolutnie niezależny, totalnie odpolityczniony i nieświadomy prokurator generalny…

Są inni, którzy wiedzą, co i jak. I to wystarczy, by funkcjonowało „państwo prawa”.

Ostrzeżenie.

A ja pozwolę sobie na nieco inne wytłumaczenie. Tak naprawdę, mamy do czynienia z ostrzeżeniem. I próbą sił zarazem. Mediodajnie wyniosły PO do władzy, zaś teraz Tusk i jego kamaryla poczuli się na tyle silni, by spróbować wziąć te same mediodajnie za twarz. Ważna to rzecz w roku wyborczym – skierować jasny i czytelny komunikat: nie szperać, nie kwękać, ruki po szwam, towarzysze dziennikarze. Poszperaliście w prokuraturze „pisowskiej” – to i dobrze. Zaczniecie grzebać w prokuraturze naszej, demokratycznej, platformerskiej – dostaniecie po łapach. A może jeszcze zrobimy na was nalot, jak „odpolitycznione” CBA na Pawła Piskorskiego.

Oczywiście, mediodajniacy, których wezwano do prokuratury, to żadni moi bohaterowie. Paweł Piskorski – to również zdecydowanie nie mój amant. Powinien siedzieć już dawno, albo objaśnić spragnionemu wiedzy narodowi jak wygrywa się na ruletce x – razy z rzędu. Niemniej, metody zastosowane przez organy państwa, zwłaszcza, gdy skorelować je z próbami cenzurowania Internetu pod pretekstem walki z hazardem w sieci, muszą napawać niepokojem każdego zdrowo myślącego obywatela, niezależnie od politycznych sympatii.

Prewencyjna pacyfikacja.

Na naszych oczach dokonuje się bowiem coś jeszcze. Tym czymś jest prewencyjna pacyfikacja środków przekazu. Taka ma być funkcja wystosowanego przez władzę ostrzeżenia. Nie w czasie kampanii wyborczej, tyko ździebko przed. Postawić do pionu, tych, których trzeba. Bo też mediodajnie rozbrykały się, doprawdy, ponad miarę. Pojawiły się tony niekonstruktywnej krytyki. Krytyki niedopuszczalnej. O chorych na raka, których usiłowano pozbawić możliwości leczenia. O próbie wyciepania z komisji hazardowej posłów opozycji. O służbowych podsłuchach, które wiceszef ABW wykorzystał w prywatnej sprawie. Taki „mesydż” narasta i – może w finalnym efekcie zaszkodzić.

Ooo, wy w rzyć umiłowani żurnaliści – co za dużo, to niezdrowo.

A co z dysponentami owych dziennikarzy? Może to również do nich puszcza dyscyplinujące oczko właściwa władza? Nie ta oficjalna, rzecz jasna, jeno „Niewidzialna Ręka”, która od zarania czuwa i unosi się nad Trzecią Rzeczpospolitą - weźcie tych waszych dziennikarzy za twarz, albo my was weźmiemy…

Kocham cię, kochanie moje.

Wszystko to przypomina, jako żywo, „Fryderycjańską politykę miłości” o której pisałem w kwietniu zeszłego roku: www.niepoprawni.pl/blog/287/fryderycjanska-polityka-milosci . Proszę wybaczyć, ale zacytuję jeszcze raz sam siebie:

"Gdy obserwuję kolejne postępy platformianej „polityki miłości”, nieodmiennie przychodzi mi na myśl stara anegdota o Fryderyku Wilhelmie, który okładał poddanego kijem, wrzeszcząc: „- Nie bać się swojego króla! Kochać! Kochać!”.

Tak więc, macie swojego króla kochać. Rozumiecie, dziennikarskie wycierusy? Kochać! Chcieliście mieć „odpolitycznione” państwo? To macie, taka wasza mać. Wszak państwo odpolityczniło się do tego stopnia, że aż szkoda oddychać, by krzty odpolitycznienia przypadkiem nie uronić...

Zakończenie.

Rzecz jasna, zarzuty wobec panów Skórzyńskiego i Gierszewskiego rozejdą się po kościach, jak sprawa Kittela i Jakimczyka. I jak podsłuchy dziennikarzy kontaktujących się z Wojciechem Sumlińskim. I nikomu, chwała Bogu, nie zrobi się „duszno”… Celebryci, muzykanci, aktorzy nie będą kwilić, że „strach się bać” i narzekać na „atmosferę strachu”, tudzież nocne lęki, że ktoś zapuka do drzwi nad ranem. Będą chwalić Tuska i idąc w zaparte zarzekać się, że za Kaczyńskich i tak było gorzej, ponieważ są mali, krępi i źle im patrzy z oczu. A w tyle ich głów będzie siedzieć ostrzeżenie, które z pewnością dotarło do właściwych adresatów.

A jak tam z Wami, moi drodzy? Komu duszno – palec pod budkę…

Gadający Grzyb

środa, 8 lipca 2009

Uprowadzenie pytajnika - (?).


Wypisy z Epoki Miłości.

Wielkie dobrodziejstwo się wydarzyło. Dobrodziejstwo niesłychane. Otóż, ktoś, niechybnie jakiś samotny, szlachetny bojownik, kierowany altruistycznym porywem, uprowadził pytajnik.

Nie ma pytajnika w książkach i wszelakich innych publikacjach. Pytajnika nie ma ludzkich duszach. Pozbawiony pytajnika w duszy osobnik, nawet gdy zobaczy znak zapytania (?), dajmy na to w, tfu, Internecie, przechodzi nad nim do porządku dziennego, albowiem nie ma go do czego odnieść. Gdy chce zadać pytanie, język mu kołowacieje, serce zaś okrywa się lodem. W efekcie, z pytań wychodzą zdania twierdzące i to też nie każde, albowiem brak pytajnika w duszach nie dopuszcza żadnych wątpliwości, jeno bezrefleksyjną akceptację.

Wygląda to mniej więcej tak:

– Ukradł mi Pan dwadzieścia złotych.

– Tak, ukradłem.

– Nie jest to zabronione.

– Nie, nie jest.

I obaj obywatele rozchodzą się w spokoju. Bez karczemnych burd, wyzwisk i zamieszek.
O ileż prostsze stało się dzięki temu życie w naszych szczęśliwych czasach!

***

Z pacyfikującego efektu braku pytajnika rychło zdały sobie sprawę władze, tudzież Mediodajnie (gdyż od momentu uprowadzenia nikt już nie wątpił w ich przekaz.) i, wychodząc na przeciw społecznemu oczekiwaniu, opodatkowały wszystkie pozostałe znaki przestankowe, następnie zaś powołały komisję złożoną z Niekwestionowanych Autorytetów (bo też nikt nie mógł ich zakwestionować, skoro z dusz, świadomości i języka zarówno potocznego, jak i literackiego wyparował pytajnik – siewca wątpliwości.). Tedy, obywatele, pozbawieni, ku swemu szczęściu, wątpliwości, ochoczo zatwierdzili werdykt Autorytetów, który po konsultacji z Władzami (Ministrem Propagandy Finansowej w szczególności), brzmiał:

- Brak jakichkolwiek poważnych, naukowych ustaleń, by domniemany znak przestankowy kiedykolwiek istniał;

- Kwestia przydatności domniemanego znaku przestankowego, znanego pod umowną nazwą „pytajnik”, w kontekście wydajności gospodarczej jest nieistotna;

- Generalnie, interpunkcja jest zbędnym luksusem w warunkach ogólnoświatowego kryzysu finansowego, z którym to kryzysem nasz Umiłowany Rząd radzi sobie nieustannie coraz lepiej.

- A zatem, My, Bezstronne Autorytety, pozostające w Porozumieniu z Władzą Miłości oraz wiodącymi, niezmiennie obiektywnymi Mediodajniami; wychodząc na przeciw społecznym oczekiwaniom co do używania znaków przestankowych, postanawiamy wprowadzić nowy znak przestankowy – jednostajnik ___, który, w przeciwieństwie do innych znaków, opodatkowanych od tej chwili na 22%, będzie opodatkowany jedynie na 7%.

***

Nazajutrz zrobiono Konferencję Prasową, jakiej tubylcze bydło jeszcze nie widziało.

- Gołym okiem widać, iż obywatele odniosą z tej ustawy same korzyści – prawił Minister Finansowej Propagandy, wspierany przez intelektualne zaplecze złożone z Bezstronnych Autorytetów, podzielonych na odpowiednie Chóry.

Chór Pierwszy składał się z Autorytetów Pierwszoplanowych (występujących solo), Chór Drugi zaś z Autorytetów Wtórujących (dających głos gromadnie).

- Dzięki temu rozwiązaniu pozbędziemy się plagi dysfunkcjonalności interpunkcyjnej w naszych szkołach! – entuzjazmowała się Minister Edukacyjnej Propagandy.

- Do tego – dodał moderujący konferencję rzecznik – dla nieprzystosowanych wprowadzimy roczny okres przejściowy i odpowiednie kursokonferencje jak zastępować wszelakie znaki przestankowe jednostajnikiem. Przypominam wygląd znaku (tu rzecznik, niemiłosiernie skrzypiąc kredą, z namaszczeniem nagryzmolił na tablicy grubą krechę).

Krecha wyglądała tak: ___

Gdy przeciągnął wzrokiem po sali i upewnił się, iż wszyscy są pod należytym wrażeniem, dodał:

- Co więcej, planujemy rozszerzenie opodatkowania na deklinację, konkretnie - na wołacz.

- Ach, jak cudownie! – rozmarzyła się Minister Edukacyjnej Propagandy.

Jak na zawołanie, uaktywnił się Solowy Chór Autorytetów Pierwszoplanowych.

- Na co komu wołacz. Ten beznadziejny siódmy przypadek. Tylko wprowadza zbędne bogoojczyźniane, inwokacyjne zaśpiewy do naszej laickiej mowy –wyjaśniał Bezstronny Autorytet Pierwszoplanowy nr 1. – Te wszystkie, uczciwszy uszy – „Mój Boże!”, czy (tu Autorytet aż się zaczerwienił od tłumionej pasji) – „Jezus, Maria!”.

- Używanie wołacza zdradza nacechowanie emocjonalne, które w kulturalnym towarzystwie nie uchodzi – wyburczał zza brody Autorytet Pierwszoplanowy nr 2.

- Neutralny światopoglądowo jednostajnik ___ jest przyszłością języka tubylczego – uznał za stosowne stwierdzić Autorytet Pierwszoplanowy nr 3.

W tym miejscu Chór Autorytetów Wtórujących chciał już wydać uwielbieńczy okrzyk, lecz napotkał zmarszczenie brwi Autorytetu Pierwszoplanowego nr 1 i wszystkie Autorytety Wtórujące, tak jakoś jednocześnie, zorientowały się, iż wykrzykniki, zdradzające mentalne powiązania z wołaczem w tzw. międzyczasie stały się passe. Ochłonęli zatem i przemówili jak należy, miarowo i jednostajnie:

- Panie i Panowie – rzeźbimy przyszłość. Od tej pory staramy się głosić nasze blaskomiotne mądrości używając możliwie bezosobowego tembru głosu.

- Oooo taak, tak mi dobrze, róbcie mi tak dalej... Odcinamy interpunkcję grubą linią... – publiczny odlot Ministerki od Edukacyjnej Propagandy wprawił w zażenowanie nawet najbardziej postępowych dziennikarzy płci obojga.

***

Ale, zażenowanie mija. Rasowy dziennikarz zmywa z siebie dyskomfort przez ocieranie się o podobnych sobie, którzy mówią mu – jesteś świetny. Zwłaszcza, gdy ich dusze zostały pozbawione pytajnika.

Konferencję zakończono.

Dziennikarze zmyli się do swych mediodajni smarować tyleż sążniste, co bezosobowe komentarze.

Przepisy weszły w życie.

***

Wszystkie Wiodące Mediodajnie podchwyciły i rozpropagowały w odpowiednim naświetleniu plan rządowy. Szczególnie ukontentowani byli Mediodajniani Bonzowie, w których duszach zbędnych pytajników i tak nie było, gdyż już w młodości zauważyli, że pytajnik szkodzi karierze. Wyskrobali go zatem skrupulatnie ze swych sumień, zastępując zawczasu jednostajnikiem ___. Można rzec, że ich pieczołowicie, latami hodowany konformizm osiągnął perfekcję, gdyż był w stanie antycypować mające dopiero nadejść, nieprzewidywalne wydarzenia.

Zresztą, wołacz też nigdy nie był trendy . Kto zbyt często używał tego przypadku, na ogół wylatywał z pracy.

Rządowa inicjatywa, przy wsparciu Niekwestionowanych Autorytetów wychodziła, jak raz, na przeciw ich, bonzo-medialnym, społecznym oczekiwaniom. Wskaźniki bezrefleksyjnej oglądalności sięgały sufitu. Biznes się kręcił jak ta lala, bowiem wszystkie reklamowane produkty schodziły na pniu.

Zagraniczni przywódcy chwalili postęp i rozwój, rozdając przyjacielskie klepnięcia po ramieniu (chadecy), tudzież po zadkach (postępowi socjaliści, nieustannie sprawdzający, czy aby negatywna reakcja na klepnięcie w tylną część ciała nie da im pretekstu do oskarżenia klepanego osobnika o homofobię).

Społeczeństwo wygrzewało się w blasku odbitym od pośladków władzy, niczym w solarium…

***

Powstała również nowa ___wyzbyta emocjonalnego nacechowania literatura___ obłożona zaledwie siedmioprocentowym podatkiem od jednostajnika ___

Wyglądała tak:

Nogi szeroko___ oznajmił On___

___ O tak___ głęboko ___ mocno___ kocham cię___ oznajmiła Ona___



Nikt tego nie czytał, ale każdy bezwątpliwościowo kupował, ponieważ Mediodajnie mówiły mu, iż jest to dobre. Wskutek tego, pozbawieni samokrytycznego pytajnika Artyści płodzili co im wpadło do głowy i wychwalali modernizacyjne prądy, gdyż dzięki bezpytajnikowemu odbiorowi publiki, żyli jak pączki w maśle.

Klasyków przystosowano. A jeżeli z którymś się nie dało, cóż – tym gorzej dla niereformowalnego klasyka.

Litwa___ ojczyzna moja___ ty jesteś jak zdrowie___



***


Szczęście zapanowało wszechogarniające. Obywatele spożywali szczęście na śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację. Oddychali szczęściem, szczęście trawili i szczęściem srali. Niekiedy nawet pod siebie. Szczęście wylewało się z ich oczodołów. Łykając szczęście ściekające po policzkach, czuli się jeszcze bardziej uszczęśliwieni – sami w sobie. Brak pytajnika, wołacza i serce skuwane lodem przy każdej próbie wyartykułowania wątpliwości, gwarantowały powszechny spokój.

Władza rządziła, a lud szczęśliwiał.

Dzień po dniu. Nieustannie.

Zapanował Raj na Ziemi.



Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: "http://www.niepoprawni.pl">