niedziela, 7 lutego 2010

Kres pomarańczowej Ukrainy.


Pomarańczowa rewolucja a legenda „Solidarności".

Co się dzieje z Ukrainą? To pytanie zadawali sobie od 2005r. liczni komentatorzy, w miarę pogłębiających się rozdźwięków w ekipie „pomarańczowych”, które w końcu przerodziły się w otwartą polityczną wojnę na śmierć i życie między obozami Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko, na czym, siłą rzeczy, skorzystał ten trzeci – Wiktor Janukowycz. Ten sam, którego zrewoltowany tłum zgromadzony na Kijowskim Majdanie Niepodległości ledwie kilka lat wcześniej zmusił do powtórzenia drugiej tury wyborów i odejścia – jak się wtedy zdawało – na śmietnik historii.

Dziś, tenże Janukowycz, powraca triumfalnie i wedle wszelkich znaków, pewnie zmierza do objęcia prezydentury. I to bez uciekania się do wyborczych fałszerstw. Jego Partia Regionów – oligarchiczna, promoskiewska jaczejka, zdobyła znaczącą reprezentację parlamentarną już wcześniej.

Co się stało z Pomarańczową Rewolucją? – jeszcze kilka lat temu załamywali ręce analitycy, podając miliony uczonych politologiczno – socjologicznych wyjaśnień, za wyjątkiem tego jednego, najbardziej oczywistego, rzucającego się w oczy. Odpowiedź zaś jest prosta, jak w pysk dał. Staranne unikanie jej wiele mówi o stanie dusz i umysłów nadwiślańskich elit, które jak ognia, mimo upływu lat, unikają uczciwego spojrzenia w lustro.

Dziś nikt nie załamuje rąk. Ustały biadolenia. Każdy patrzy chłodno, kto tu kogo na Ukrainie, z przeproszeniem, wydyma, i jakie będą tego skutki.

Garść analogii.

A zatem zapytam ja: co się stało z Pomarańczową Rewolucją? I odpowiem: ano, stało się z nią dokładnie to samo, co z legendą „Solidarności”.

I Pomarańczowa Rewolucja i „Solidarność” zakończyły się „historycznymi kompromisami” (tam – zakulisowe rozmowy w Kijowie z mediatorami pokroju Kwaśniewskiego i Wałęsy, u nas – Okrągły Stół).

W obu przypadkach „zwycięstwa”, których akuszerami były społeczeństwa, dając temu wyraz, czy to w polskich czerwcowych wyborach z 1989r., czy to w powtórzonych wyborach prezydenckich na Ukrainie z roku 2005, zostały z miejsca zawłaszczone przez wyniesione do władzy elity.

Te same elity doprowadziły w krótkim czasie do totalnego zohydzenia w ludzkich oczach legendy, którą ci ludzie w znacznej mierze współtworzyli.

W efekcie nastąpił zwrot nastrojów społecznych o 180 stopni, co poskutkowało powrotem do władzy postkomunistów (Polska, rok 1993 – trochę ponad 3 lata od „przełomu” i „historycznego kompromisu”) i Partii Regionów (w 2006 – zaledwie rok po „pomarańczowym Majdanie Niepodległości” premierem został Wiktor Janukowycz.) Owszem, był to efekt doraźnych koalicyjek, zaś potem Juszczenko rozpisał przedterminowe wybory, po których w wyniku wcześniejszego zawiązania się innych koalicyjek (Blok Julii Tymoszenko) premierem została Julia Tymoszenko i zgodnie z polityczną logiką z miejsca stała się śmiertelną wroginią Juszczenki – ale ja nie o tym. Ja o tym, w jaki sposób zmarnotrawiono społeczny entuzjazm i utopiono go w politycznym sosie.

Jedźmy dalej. W Polsce, w 1995r., niecałe 6 lat po Okrągłym Stole na fali społecznego zniechęcenia do wszystkiego, co wiąże się z „solidaruchami”, prezydentem zostaje były partyjny aparatczyk, a prywatnie, drobny moczymorda – Aleksander Kwaśniewski. Prezydentura trwa przez 2 kadencje i gdyby nie konstytucyjne ograniczenia, potrwałaby pewnie znacznie dłużej.

Na Ukrainie, 5 lat po „pomarańczowej”, prezydentem najpewniej zostanie Wiktor Janukowycz. Ten sam, przeciw któremu (i uzależnieniu od Rosji, którego był symbolem) wywołano rewolucję na kijowskim Majdanie, której współtowarzyszyły demonstracje we Lwowie i innych miastach - nawet w Doniecku, „zagłębiu” Janukowycza. Ukraińska prasa wieściła wtedy „narodziny Narodu”. Dziś ten sam Naród nie może patrzeć na „pomarańczowych”, podobnie jak Polacy w pewnym momencie mieli powyżej uszu „solidaruchów”.

Zresztą, nawet gdyby wygrała Julia Tymoszenko, to przez te kilka lat tak intensywnie się „odpomarańczowiła” (dlatego ma dobre wyniki w sondażach), że nie zrobi to większej różnicy. Juszczenko natomiast powtórzył spektakularnie drogę Wałęsy – od bohatera do zera.

Syndrom „zdrady elit”.


Kluczowym elementem łączącym zjawiska odwrotu od „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie i zerwanie społecznej więzi z legendą „Solidarności” w Polsce, jest zjawisko, które hasłowo określa się niekiedy mianem „zdrady elit”.

Owo społeczne poczucie zdrady nie sprowadza się, bynajmniej, tylko do kwestii ekonomicznych, jak chętnie trywializują okołosalonowi publicyści – że niby to „bydłu”, tudzież „motłochowi” zabrakło pełnej michy, że wydawało się im, iż od jutra będzie dobrobyt „jak na Zachodzie”, a przecież wiadomo – dobrobytu z dnia na dzień być nie może.

O wiele istotniejszym czynnikiem jest poczucie, często nie do końca uświadamiane, instynktowne raczej, że elity przed chwilą ustawiające się w roli trybunów ludowych, na plecach tegoż ludu dorwały się do władzy i przywilejów zastrzeżonych do niedawna dla „onych” i jęły ochoczo z nich korzystać, kłócąc się przy tym, niczym stado świń przy korycie, jednocześnie coraz wyraźniej dając do zrozumienia, że „prosty” vel „ciemny” „lud” mają w głębokiej pogardzie.

Oto, niedawni herosi („solidarnościowi”, „pomarańczowi”), poczuwszy splendory i konfitury, dają nagle w nieskrępowany sposób upust swym najgorszym cechom. „Czerń wyborcza” staje się świadkiem erupcji najgorszych plag życia publicznego, które miały wszak zniknąć, gdy zwyciężą „nasi”: chciwości, arogancji, zadufania, ambicjonerstwa, zacietrzewienia, pazerności na mamonę zaszczyty i władzę, korupcji, chwiejności, małostkowości, zawiści, usitwowienia, wyrządzanych sobie nawzajem łotrostw… długo by można ciągnąć tę wyliczankę.

Hołdowanie tym wszystkim plagom, którym gawiedź początkowo przypatrywała się z niedowierzaniem, rozdziawiając gęby („To wy tacy jesteście? Nasi bohaterowie?”), a potem zwolna zwierając pięści („O, wy sukinsyny… za naszą krwawicę?) – to w odbiorze społecznym nic innego, tylko bezczelne naigrawanie się z tych, którzy nie załapali się na „przemianę” i pozostali w robociarskich kombinezonach w zdewastowanych zakładach pracy – czy to na Śląsku, czy w Donbasie.

W Polsce dołożył się do tego kolejny czynnik – notoryczne połajanki i pouczania płynące z intelektualnych Parnasów, które „ludowi” nie miały do zaoferowania niczego poza pogardą. Jesteś ciemny, niewykształcony, zacofany, religiancki, pochodzisz „z małego ośrodka”, słowem – zasługujesz na swój los, sam jesteś sobie winien, nieudaczniku.

A „nieudacznik”, widząc z jednej strony limuzyny wożące dygnitarzy, których sam wyniósł do władzy i konfrontując je z małością wybrańców ludu, obnażaną coraz wyraźniej niczym tyłek przysłowiowej małpy wspinającej się na drzewo, z drugiej strony zaś faszerowany urągliwymi połajankami, w naturalnym odruchu zgina rękę w łokciu i całując pięść powiada sobie w duchu „o – takiego wała, zło–dzie-je!”. Po czym, albo zostaje w czasie wyborów w domu, albo idzie do urny i głosuje na złość tym, którzy jego i miliony takich jak on – zdradzili.

Ta fundamentalna zdrada elit, zdrada w najgłębszym sensie tego pojęcia, jest - powtórzę raz jeszcze – podstawową analogią, gdy porównywać uwiąd „pomarańczowej rewolucji” i mitu „Solidarności”.

Poczucie zdrady, gorzkiego rozczarowania i osamotnienia będzie od tej pory tkwiło między Ukraińcami a każdą kolejną władzą – tak, jak tkwi między Polakami a kolejnymi, tasującymi się niczym karty, ekipami rządzącymi.

„Nasi” stali się „onymi”.

***

Jeszcze jedno. Nieufność i frustracja tworzą wdzięczne pole bitew rozgrywanych przez szemrane figury, wylansowane przez służby zarówno własnego, jak i cudzoziemskiego autoramentu – oto przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zarówno Polski, jak i Ukrainy.

Rozdroże.

Pewnie można się przyczepić do wysnutej tu analogii. Że uproszczona, że może niepełna, że miejscowa specyfika, że inne uwarunkowania konstytucyjne, że nieco inne czasy… Że duet Juszczenko – Tymoszenko z czasów „Majdanu Niepodległości” pochodził wprost z postkomunistycznych układów, zaś dramatis personae „Okrągłego Stołu” nie wszyscy i nie do końca…

Będę się jednak upierał, że zasadnicze mechanizmy są takie same: wybuch społecznego entuzjazmu, roztrwonienie tegoż entuzjazmu przez krótkowzroczne, zadufane w sobie, sprzedajne i niekompetentne „elity” – i, koniec końców, odwrócenie społecznych nastrojów, skutkujące powrotem do władzy tych, których kilka lat wcześniej najchętniej powywieszanoby na ulicznych latarniach.

Ukraina jest dzisiaj w punkcie, w którym Polska była gdzieś w połowie lat 90-tych minionego stulecia.

Dokąd pójdzie?

Gadający Grzyb

P.S. Celowo nie pisałem tu o prezydenturze Wiktora Juszczenki (‘Razom nas bahato / nas ne podołaty’ – kto teraz to zaśpiewa?). Odchodząc, wydał świadectwo - zarówno sobie, jak i jego bezkrytycznym poplecznikom w Polsce. Ale jedno nadmienić muszę: założę się o medal z kartofla, iż prezydenturę Janukowycza będzie chwaliła moskiewska partia w Priwislańskim Kraju - że obliczalny, stabilny, itd.…

Polska zrobiła dwa błędy – pierwszy, to bezkrytyczne postawienie na Juszczenkę. Poczuł się zbyt pewnie. Drugi błąd, to - paradoksalnie, odpuszczenie sobie Ukrainy, ku czemu skłania się obecna ekipa rządząca.

Zamiast aktywnej polityki, wspierającej siły które mogłyby się przysłużyć obu państwom, ograniczamy się albo do wspierania raz przyhołubionych polityków, albo do bierności.

Na dzień dzisiejszy wygląda na to, że Ukrainy nie odwojujemy. Nie będziemy mieli niepodległego przedmurza chroniącego nas przed Rosją.I w znacznej mierze sami jesteśmy sobie winni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz