Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George W. Bush. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George W. Bush. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 listopada 2012

Wybory bez ekscytacji

Wybory w USA: z punktu widzenia Polski nie stanowiłoby większej różnicy, czy olewał będzie nas Romney, czy Obama.

I. Zero ofert

Jakoś nie potrafiłem wykrzesać z siebie ekscytacji tegorocznymi wyborami prezydenckimi w USA. Głównie z tej przyczyny, że z punktu widzenia Polski nie stanowiłoby większej różnicy, czy olewał będzie nas Romney, czy Obama. Wizyta nadzianego mormona w Polsce rozwiewała co do tego wszelkie wątpliwości. Wydeklamowanie paru zdań o Papieżu i obowiązkowe ściśnięcie grabuli z Bolesławem W., plus foto do wyborczego portfolio w zestawie, pokazywało, że w optyce republikańskich sztabowców Polska wciąż tkwi gdzieś na przełomie lat 80 i 90 zeszłego stulecia, pod świeżym wrażeniem dopiero co zakończonej prezydentury Reagana, które przekładało się – nie do końca słusznie – na sympatię do Busha seniora.

Tymczasem, realia się zmieniają. Polacy, zakosztowawszy unijnej „michy”, wyraźnie w swej sympatii do USA – dotąd często bezkrytycznej – „wychłódli”, do czego walnie przyczyniły się również wojny w Iraku i Afganistanie, odbierane u nas jako niepotrzebne awantury, w które zaangażowaliśmy się za bezdurno, nie mając w tamtym regionie świata żadnych interesów i nie otrzymując niczego w zamian. Obecnie, zamiast poklepywania po pleckach i zapewnieniach o „sojuszu”, tudzież „strategicznym partnerstwie” (też coraz rzadszych zresztą) wolelibyśmy jakieś konkretne oferty. Taką ofertą była tarcza antyrakietowa George'a W. Busha – Romney zaś nie potrafił się nawet zdobyć na jasną deklarację w sprawie podzielenia się know-how i modelu współpracy przy eksploatacji złóż gazu łupkowego.

Pozostaje mieć nadzieję, że nasi rodacy z czasem nabiorą podobnej wyrachowanej rezerwy również wobec unijnych struktur, którym jak na razie gremialnie czapkują, niczym pańszczyźniany przed dziedzicem, tyleż zauroczeni blichtrem brukselskich Białych Bwana, co powodowani nadzieją na rzucony grosz.

II. „Change” nie przejdzie

Jedyne, co mogłoby nieco rozgrzać atmosferę również z naszej perspektywy, to kwestie światopoglądowe. Obama, to wiadomo - lewak, wywodzący się z antytradycji kontrkultury lat -60 i -70 montowanej przez campusowych „użytecznych idiotów” (Lenin) i „gawnojedów” (Suworow). Najchętniej uczyniłby Stany Zjednoczone poligonem doświadczalnym wszelkich szaleństw cywilizacji śmierci, będącej integralnym elementem Antycywilizacji Postępu. To wciąż pozostaje największym niebezpieczeństwem prezydentury „czarnego mesjasza lewicy” ze względu na promieniowanie amerykańskich wzorców w świecie.

Ale, i tu trudno mi było popadać w gorączkę – przede wszystkim, ze względu na miałkość kontrkandydata, któremu mormoński konserwatyzm nie przeszkadzał wielokrotnie zmieniać zdania w tak kluczowej kwestii, jak aborcja. Owszem, można przyjąć, że Ameryka Romneya byłaby pewnie nieco bardziej zachowawcza obyczajowo i trochę bardziej wolnorynkowa niż ta z wizji „change” Obamy, za którą to „zmianą” kryje się po prostu socjalizm i „europeizacja” wedle najgorszych biurokratycznych wzorców rodem z Brukseli, ale cóż... pierwsza kadencja Obamy pokazuje, że Ameryka wciąż dysponuje ciałami odpornościowymi na postępackie szaleństwa i kolejną kadencję „mesjasza” zwyczajnie przeczeka, stosując bierny opór. No, chyba, że Obama po prostu tę Amerykę zbankrutuje, powiększając dług publiczny o kolejne nieprzytomne biliony dolarów.

III. I tylko McCaina żal...

Nie ukrywam, że patrząc na zakończone niedawno starcie, żałowałem przegranej cztery lata temu kandydatury Johna McCaina. Był to człowiek, który na własnej skórze zakosztował uroków sowietyzmu – w północnowietnamskiej mutacji – i na resztę życia pozbył się wszelkich złudzeń co do tego systemu i jego dzisiejszych spadkobierców. Tortury w wietnamskim gułagu dla jeńców nie złamały go, przeciwnie – utwierdziły w antykomunistycznych przekonaniach. Koresponduje to poniekąd z wypowiedzią Andrzeja Gwiazdy, który stwierdził niegdyś, że z Syberii wracały dwa rodzaje ludzi – jedni złamani i przekonani o sowieckiej wszechpotędze, jak Jaruzelski; inni natomiast zahartowani i z niezłomną wolą oporu. McCain zdecydowanie należał do tych drugich – powrócił z wietnamskiego „sybiru” jako człowiek ulepiony z żelaznej gliny.

Jego nieprzejednany stosunek do sowieckiego imperializmu – dorównujący niemal postawie Reagana – znajdował przełożenie również na czasy obecne, kiedy to czekistowski reżim z pułkownikiem Putinem na czele usiłuje wskrzesić dawne mocarstwo. Słynne zdanie – „spojrzałem w oczy Putina i zobaczyłem w nich trzy litery K-G-B” mówi samo za siebie.

Tak sobie myślę, że z McCainem w Białym Domu, Polska miałaby dziś zupełnie inny status na arenie międzynarodowej, szczególnie w naszym regionie. Putinowskiej Rosji o wiele trudniej byłoby wyciągać łapy po nas i inne kraje dawnego bloku. Przede wszystkim zaś, nie do pomyślenia byłoby to, co zdarzyło się 10 kwietnia 2010 na Siewiernym. Czekiści zwyczajnie by się na to nie odważyli.

IV. Bez Jacka Kwiecińskiego

A poza tym, obserwując te wybory - tych wszystkich zauroczonych Obamą telewizyjnych prezenterów, te panienki z błyskiem w kroku wysmętniające się nad sprawnością czytania z telepromptera z jednej, i profesora Lewickiego obskakującego w czerwonym szaliku jako dyżurny republikanin redakcje wszelkich możliwych mediodajni z drugiej strony – widząc tę całą żenadę i pompowaną na siłę atmosferę politycznego show, uświadomiłem sobie, jak bardzo brakuje w naszym dziennikarstwie ś.p. Jacka Kwiecińskiego.

Nikt tak nie potrafił – czy to w dwuzdaniowych, cudownie lapidarnych „Odcinkach”, czy w pogłębionych analitycznych tekstach na łamach „Gazety Polskiej” wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi, sprowadzić medialne stereotypy do właściwych proporcji, wygrzebać naprawdę istotne, a u nas skrzętnie pomijane aspekty amerykańskiej polityki. Wszystko przystępnie, nierzadko z gryzącym sarkazmem, a jednocześnie z niebywałą erudycją i znajomością rzeczy jaką dają tylko dziesięciolecia obserwowania amerykańskich spraw z perspektywy o wiele szerszej, niż medialno-polityczne bajorko Wschodniego Wybrzeża. Dziś nikt już nie jest w stanie „dotknąć” Ameryki tak jak ON.

I tym spóźnionym hołdem dla Mistrza pozwolę sobie zakończyć dzisiejszą notkę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 11 lipca 2010

Parada niemocy.


Pogrążone we własnych kłopotach „struktury międzynarodowe” postanowiły dać sobie „urlop” od Europy Środkowo – Wschodniej.

I. Wystawieni do wiatru.

„Obłuda, obłuda, obłuda...” - natrętnie dźwięczało mi między uszami, gdy jakiś czas temu przeczytałem, iż pani Hillary Clinton obwieściła, że „drzwi do NATO stoją dla Ukrainy otworem”. „Obłuda, obłuda, obłuda...”, gdy ta sama persona podkreślała 3 lipca b.r. w Krakowie, że Stany Zjednoczone „wspierają integralność terytorialną Gruzji”. Słowa te były niczym innym jak klasycznym działaniem pozornym, próbą „zagadania” bezwładu Sojuszu (i w coraz większym stopniu – również USA), w praktyce niezdolnego dziś do jakichkolwiek zdecydowanych inicjatyw, zwłaszcza gdyby te miały „rozdrażnić” Rosję. A takie wstąpienie Ukrainy do Paktu „rozdrażniłoby” Rosję z całą pewnością.

Hillary Clinton może wygłaszać swoje „zaproszenia” i „wspierać integralność terytorialną” bez konsekwencji, gdyż Ukraina pod rządami Janukowycza wykonuje właśnie zdecydowany zwrot na wschód, czego wyrazem jest przyjęty dopiero co projekt ustawy o zasadach polityki wewnętrznej i zagranicznej, w której nie ma słowa na temat wejścia do NATO, jest za to stwierdzenie o „polityce pozablokowości”, co wiąże się z „nieuczestniczeniem w sojuszach wojskowo-politycznych". Gruzja z kolei może jedynie oficjalnie uśmiechnąć się z wdzięcznością i w milczeniu trawić gorycz zdrady ze strony swych zachodnich protektorów.

Cóż, skoro NATO właśnie sypie się w Afganistanie, zaś każdy ze „sprzymierzeńców” tylko kombinuje jak się stamtąd wyrwać, trzeba trzymać fason, czyli sugerować światu, że NATO wciąż jest prężnym organizmem, a nie galwanizowanym żabim truchłem, którego odruchy są jeno pozorami życia. Ciekawe tylko, czy amerykańska „Sekretarka” Stanu naprawdę łudziła się, że ktokolwiek na świecie w jej „zaproszenie”, tudzież „wspieranie integralności” uwierzy, zważywszy, że w kwietniu 2008 roku na szczycie NATO w Bukareszcie wymownie zatrzaśnięto Ukrainie i Gruzji drzwi przed nosem. I to wtedy, gdy Ukraina pozostawała pod rządami prozachodniej ekipy „pomarańczowych”, Gruzja zaś czuła na plecach oddech Wielkiego Brata...

Żadnemu z tych państw nie zaproponowano nawet przystąpienia do Planu Działań na Rzecz Członkostwa (MAP). Poprzestano na uśmiechach i odpuszczono sobie rozszerzenie Sojuszu na obszarze dawnego ZSRR w zamian za rosyjskie obietnice rozważenia redukcji zbrojeń konwencjonalnych.

W sierpniu 2008 Rosja zaatakowała Gruzję.

Odnoszę wrażenie, że upadek „pomarańczowych” na Ukrainie i powojenne kłopoty Saakaszwilego w Gruzji przyjęto na Zachodzie z ledwie skrywaną ulgą. Patrzcie no – tacy niestabilni... Czemu wkraczać? Intensyfikować napięcie?

Tak oto, koncertowo, wystawiono potencjalnych sojuszników do wiatru.

II. NATO bez „rewitalizacji”.

Rosyjska optyka przeżarła celowniki NATO. „Wspólnota transatlantycka”, o ile jeszcze coś takiego istnieje, boi się, bądź łudzi, iż polityka ugłaskiwania niedźwiedzia da pozytywne efekty, uporczywie nie chcąc dostrzec, że reżim Putina od swego zarania toczy z Zachodem nową zimną wojnę, zaś NATO pozostaje dla Rosji strategicznym przeciwnikiem nr 1.

Do tego dochodzi maniackie „uzgadnianie” z Kremlem niemal wszelkich posunięć, czyniące z Rosji, jak to zdarzyło mi się niegdyś napisać, coś w rodzaju „ober – szefa NATO”. Za G.W. Busha można było jeszcze myśleć o rewitalizacji Paktu na bazie cywilizacyjnej w swym wymiarze wojny z islamskim terroryzmem. Rewitalizacji, dodam, wspartej strategicznym projektem tarczy antyrakietowej mającej chronić prócz Ameryki także 90 % powierzchni Europy (w tym Polskę). Prezydentura Obamy z jego lewackim bagażem patrzenia na kwestie międzynarodowe rodem z nauk kontrkulturowych ideologów „pokolenia ‘68” chyba już definitywnie przekreśla te nadzieje.

Dlatego absolutnie nie podnieciła mnie wieść, że podczas krakowskiego cyklu wieczorków zapoznawczo – poruchawczych dla ministrów spraw zagranicznych (02–04.07.b.r. - Konferencja Wspólnoty Demokracji) podpisano jakiś świstek (konkretnie - aneks do polsko-amerykańskiej umowy o obronie przeciwrakietowej). Radosław Sikorski, którego zasługi w przewlekaniu i w konsekwencji – utrąceniu bushowskiego projektu tarczy są z punktu widzenia obamowców nie do przecenienia, prześcigał się z panią Clinton w zapewnieniach, że projekt ten „nie zagraża” Rosji i po raz kolejny zapowiedziano możliwość rosyjskich inspekcji...

Oczywiście, wszystko to pic na wodę i fotomontaż. Obamowcom ani w głowach jakieś tam „tarcze”, no, chyba że przy współudziale Rosji. Takich papierków do podpisania czeka nas jeszcze wiele. Obama zaś będzie konsekwentnie ciął fundusze Pentagonu... aż Rosjanie faktycznie uznają, że warto się do „inicjatywy” przyłączyć i pod pozorem „obrony przeciwrakietowej” zainstalują u nas własną bazę rakiet przechwytujących. A wszystko - jakże by inaczej! - za zgodą polskiego rządu i z błogosławieństwem USA i NATO....

III. Przegrany region.


Swoją drogą, nie przypuszczałem, że Ukraina po zwycięstwie Janukowycza i Partii Regionów tak zdecydowanie osunie się na powrót w rosyjską strefę wpływów. Liczyłem się, oczywiście, z tzw. przestawieniem akcentów, ale przedłużenie stacjonowania Floty Czarnomorskiej na Krymie do 2047 roku w zamian za 30% obniżkę cen gazu... wyrzeczenie się prozachodniego kursu i niemal jawna wasalizacja elit rządzących... Szybko uwinęliście się, chłopaki. Nawet nasi wielbiciele Gazpromu nie są tak ostentacyjni.

Ale cóż, próżne żale, tym bardziej, że w znacznej mierze sami jesteśmy sobie winni. Zamiast konsekwentnie budować wpływy w regionie, (o czym pisałem ostatnio w notce „Polityka mrożonego g..na”), nasza „polityka wschodnia” była ciągiem chaotycznych zrywów, a i te możliwe były jedynie wówczas, gdy chwilowo słabły wpływy „moskiewskiej partii w Polsce”, zaś USA wzmagały (jak za G.W. Busha) zainteresowanie naszym regionem.

Przebimbaliśmy sobie 20 lat najkorzystniejszej koniunktury międzynarodowej od niepamiętnych czasów, naiwnie licząc na to, że zaczepienie się w strukturach międzynarodowych da nam wiekuisty „urlop od historii”. Nic z tego. Pogrążone we własnych kłopotach „struktury” postanowiły najwyraźniej dać z kolei sobie „urlop” od Europy Środkowo - Wschodniej i z chęcią podzieliły się odpowiedzialnością, tudzież wpływami, z każdym chętnym do zapewnienia „porządku” i „stabilizacji” w Kijowie, Warszawie i innych stolicach.

Chętni do „stabilizowania” są niezmiennie ci sami. Od stuleci.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl