Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stan wojenny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stan wojenny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Pod-Grzybki 197

Klaudia Jachira nie ustaje w swych żenujących prowokacjach. Tym razem wystąpiła z repliką tablic z Dekalogiem, plotąc przy tym jakieś dyrdymały, mające w zamierzeniu ośmieszyć PiS i jego wyborców. Teksty były tak nędzne i bez krzty polotu, że daruję sobie cytaty. Frapuje mnie natomiast jedno – czy parodiowanie Mojżesza i tekstu ze świętej księgi judaizmu nie podpada aby pod antysemityzm?


*

Jak wiadomo, według „totalnych” mamy obecnie faszyzm, stalinizm i stan wojenny – nie wiadomo tylko, czy opcje te są do wyboru, czy też dostępne łącznie, w wersji „all inclusive”. O stanie wojennym gardłowali ostatnio sędziowie podczas marszu tysiąca fartuszków pod przewodem pani przedszkolanki Małgorzaty Gersdorf. Jest to o tyle zastanawiające, że to właśnie sędziowie szli w awangardzie junty Jaruzelskiego, soląc posłusznie „piękne wyroki” na różnych antysocjalistycznych wichrzycieli oraz „elementy antypaństwowe”. Bez nich Jaruzelowi byłoby o wiele trudniej. No i teraz mam zagwozdkę – czy mówiąc o „stanie wojennym dla sędziów” oni nas ostrzegają, czy wyrażają tęsknotę za latami młodości?


*

Jeszcze chwila o tym „stanie wojennym” - tyle, że w nietypowym kontekście... dzietności. Otóż po chwilowym skoku urodzeń, jaki nastąpił wskutek wprowadzenia „500+”, znów mamy regres demograficzny. Mam na to radę, zbieżną przy okazji z wyrażonym wyżej pragnieniem „nadzwyczajnej kasty”. Mianowicie, ostatnim przywódcą, który sobie poradził z tym problemem był Wojciech Jaruzelski. Nie zrobił tego wprawdzie celowo, tak po prostu wyszło, ale liczy się efekt. Tak się składa, że ostatni znaczący boom urodzeń w Polsce to początek lat '80 – czyli okres stanu wojennego. Powiadają, że w Polsce było wtedy tak biednie, beznadziejnie, szaro i ponuro (a do tego godzina policyjna), że ludzie siedzieli w domach i z nudów... robili dzieci. A zatem, panie Naczelniku, jak by to powiedzieć... do dzieła! Wprowadzić godzinę policyjną, odciąć telewizję i internet, ludzi zamknąć w domach – i niech ten... zajmą się sobą...


*

Przez mediodajnie przetacza się festiwal „agenta Tomka”, który w stylu „skruszonego gangstera” sypie swoich byłych zwierzchników z CBA – przez co z miejsca stał się bohaterem wszelkiej maści „totalsów”. Jego gadanina wprawdzie warta jest tyle, co niejakiego „Masy”, który też znany jest z nadawania na zlecenie, ale ja o czym innym. „Agent Tomek” to mianowicie były „człowiek roku” „Gazety Polskiej” - za „bezkompromisową walkę z korupcją”. Hm, „Sakiewka” coś nie ma ręki do tych swoich „człowieków roku” - jak nie „Zdradek” Sikorski, to „agent Tomek”. Może dlatego w ostatnich pięciu (!) latach wolał „bezpiecznie” przyznawać swoje wyróżnienie na zmianę Kaczyńskiemu i Morawieckiemu? Teraz jednak pan „Tomek” jest ulubieńcem organu Michnika, dlatego zgłaszam postulat - „agent Tomek” na człowieka roku „Gazety Wyborczej”! Koniecznie razem z Beatą Sawicką – może odżyje dawna miłość? To byłby piękny ślub...


*

Polskę odwiedził francuski Makaron (wiecie, ten co ma taką fajną babcię) – ale nie po to, by spotkać się z prezydentem czy premierem, gdzie tam! Oto Trzecia Osoba (póki co, jeszcze nie-Boska), czyli generalissimus Grodzki oznajmił, iż Makaron przyjechał specjalnie do niego: „Zgodziliśmy się, że i Francja, i Polska, jako ważne kraje UE, powinny stać na straży europejskiego ładu”. Tylko europejskiego? A dlaczego nie kosmicznego? Galaktyczny Senat pod wodzą Imperatora Palpatin... to jest, generalissimusa Grodzkiego – oto prawdziwie godne miejsce dla Trzeciej Osoby!


*

Taka sprawa. Władze Warszawy miały wybudować mur przeciwpowodziowy na Wybrzeżu Helskim. Niestety, przed rozpoczęciem inwestycji trzeba było wyciąć ok. 500 drzew, przeciwko czemu zaprotestowali ekologiści, ruchy miejskie i inni lewaccy popaprańcy – bo „Natura 2000” nie pozwala. Trzaskowski oczywiście ugiął się przed lewakami. Zatem przy okazji najbliższej powodzi Warszawiacy będą mieli sposobność, by podziękować „Czaskoskiemu” za możliwość bezpośredniego obcowania z siłami „Natury 2000”. A jeśli na dokładkę wybije jakieś g...o, to już będzie pełnia szczęścia. Ale co tam – grunt, że nie rządzi PiS, prawda?


*

Eko-faszyzm w natarciu. Sylwia Spurek zapowiedziała debatę w Parlamencie Europejskim na temat „sprawiedliwych cen mięsa”. Od razu wyjaśniam: w rozumieniu dzisiejszych lewaków „sprawiedliwe ceny” oznaczają „droższe”. Według eko-oszołomów mięso jest obecnie „zbyt tanie”, więc należy opodatkować rolników, żeby odpowiednio zdrożało, stając się produktem luksusowym. Jest to twórcza kontynuacja wypowiedzi Olgi Tokarczuk, która całkiem niedawno prorokowała, że niedługo na mięso będzie stać tylko najbogatszych – cała reszta będzie żarła szczaw i mirabelki, niczym młody Niesiołowski. A ja się pytam: po co takie półśrodki? Nie lepiej od razu wprowadzić kartki na mięso? Kurczę, wychodzi na to, że myśmy nie docenili tego epokowego wynalazku komuny! I po co było obalać, skoro dziś do tego wracamy – tyle, że okrężną drogą, przez Brukselę?


*

Jest też inny patent. W USA za czasów prohibicji funkcjonowała tzw. medyczna whisky, którą sprzedawano... w aptekach. Wyglądało to tak: spragniony delikwent szedł do jakiegoś rozumiejącego ludzkie potrzeby lekarza, ten wystawiał receptę zaświadczającą, że pacjent z przyczyn zdrowotnych musi sobie golnąć drinka – po czym wystarczyło udać się do monopolo... to jest, do apteki po flaszkę – i gotowe. I tak samo można zrobić z mięsem – tylko na receptę! Potem z druczkiem w garści idziemy do mięsn... to jest, do apteki – a pani farmaceutka odważy nam kilo schabu czy innej „medycznej karkówki”. Dobrze przy tym byłoby, żeby Ministerstwo Zdrowia wpisało mięso na listę leków refundowanych (a dla emerytów za złotówkę) – totalitarnym lewakom na pohybel!


*

Powyższe pokazuje, że Wielka Brytania wymiksowała się z tego brukselskiego kołchozu w ostatnim momencie. Nawiązując zatem do słów Nigela Farage'a, że w ślady Brytyjczyków pójdą niedługo kolejne kraje, w tym Polska – rzucam hasło: Poland Next!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (07-13.02.2020)

środa, 8 lipca 2015

Ogłoszenie o naborze do zorganizowanej grupy przestępczej

...o charakterze zbrojnym

Niniejszym ogłaszam zaciąg do grupy przestępczej o charakterze zbrojnym. Celem Grupy będzie przechwycenie władzy w kraju przy pomocy zamachu stanu oraz zabezpieczenie tejże poprzez wprowadzenie stanu wojennego. W dalszej kolejności przewiduje się m.in. przestępstwa gospodarcze na wielką skalę, tworzenie sitw przejmujących poszczególne segmenty gospodarki narodowej ze szczególnym uwzględnieniem sektorów energetycznego, bankowego, wymiany handlowej z zagranicą, wyprowadzanie pieniędzy pochodzących z działalności Grupy do bezpiecznych państw, terroryzowanie ludności za pomocą rozbudowanego aparatu represji, zabójstwa polityczne, a także systemową inwigilację i rozpracowywanie operacyjne społeczeństwa. Jednocześnie Grupa prowadzić będzie szeroko zakrojoną akcję werbunkową mającą na celu pozyskanie możliwie licznej siatki konfidentów ulokowanych we wszystkich kluczowych obszarach życia publicznego, ze szczególnym uwzględnieniem mediów, sądownictwa, zakładów pracy, administracji, wszelkich organizacji oraz wszędzie tam, gdzie uznamy za potrzebne lokowanie naszej agentury.

Pragnę zapewnić przyszłych szanownych Kolegów (a może i Koleżanki?), iż aktywność tego rodzaju, mimo że formalnie stanowi przestępstwo z art.258 Kodeksu Karnego zagrożone karą od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności, w rzeczywistości obarczona jest minimalnym ryzykiem. Sam zresztą, jako przywódca Grupy, będę ryzykował stosunkowo najwięcej – karę pozbawienia wolności od 1 roku do 10 lat. W praktyce jednak mogę zagwarantować wszystkim chętnym bezkarność i dostatnie życie aż do śmierci.

Jak bowiem wiadomo z najnowszej historii, podobny związek przestępczy, przekształcony następnie w juntę, założył gen. Wojciech Jaruzelski wraz ze swymi współpracownikami – generałami Czesławem Kiszczakiem, Florianem Siwickim, Tadeuszem Tuczapskim, płk. Eugenią Kemparą, Emilem Kołodziejem, a także Stanisławem Kanią. Spośród nich Stanisław Kania został uniewinniony, wobec Eugenii Kempary umorzono postępowanie, Emil Kołodziej został uznany „winnym”, lecz zmarł nie niepokojony w 2014, gen. Florian Siwicki również umarł spokojnie ze starości w 2013 i pochowany został z honorami na Powązkach, podobnie zresztą jak zmarły w 2014 capo di tutti capi - Wojciech Jaruzelski, któremu towarzyszyła stosowna do jego pozycji pogrzebowa feta. Gen. Tadeusz Tuczapski zmarł nieco wcześniej, bo w 2009. Słowem, wszyscy sobie żyli aż do samej śmierci i jedyne co mogło ich spotkać, to stawiennictwo od czasu do czasu przed niezawisłym sądem, po to, by tenże rozumiejąc powinność swej służby mógł stwierdzić zły stan zdrowia, odroczyć sprawę, zawiesić postępowanie, umorzyć itp.

Pragnąłbym ponadto zwrócić uwagę, że wszyscy Czcigodni Zmarli prekursorzy naszego przedsięwzięcia, których przykład i drogi życiowe natchnęły mnie do niniejszej inicjatywy, odeszli od nas w sędziwym wieku, co wystawia jak najlepsze świadectwo opiece medycznej przynależnej członkom zorganizowanej grupy przestępczej, a także świadczy o dostatku, jakim otoczeni byli w jesieni życia. Potencjalni chętni do członkostwa w Grupie niech wezmą więc pod uwagę, iż stanowi ono najpewniejszą formę zabezpieczenia na starość.

Jedynym smutnym wyjątkiem jest gen. Czesław Kiszczak. Jego dosięgnęło ramię tzw. sprawiedliwości, wymierzając prawomocnym wyrokiem karę 2 lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat. Pan generał będzie się musiał teraz pilnować, bo jeżeli w ciągu najbliższych pięciu lat znów weźmie udział w związku przestępczym o charakterze zbrojnym i wprowadzi stan wojenny, to już nieodwołalnie pójdzie siedzieć. Ale cóż – jak mawiają, nie ma róży bez kolców.

Przyznacie jednak Państwo, że powyższe dolegliwości są akceptowalne w perspektywie wszechstronnych korzyści płynących z udziału w grupie zbrojnej. Przedsięwzięcie to charakteryzuje się niskim wskaźnikiem ryzyka i wysoką stopą zwrotu, nie wspominając już o takich niematerialnych gratyfikacjach, jak zaliczenie w poczet ludzi honoru przez autorytety, oraz funeralny splendor oznaczający szacunek współczesnych i przyszłych pokoleń – bo w końcu, pieniądze to nie wszystko, nieprawdaż? Ponadto, udział w grupie przestępczej o charakterze zbrojnym skutkuje profitami również dla progenitury uczestników, o czym każdy odpowiedzialny rodzic, mając na uwadze dobro swego potomstwa, winien pamiętać. Jak dowiadujemy się z pouczającego cyklu „Resortowe dzieci”, przynależność do Grupy daje poczucie stabilizacji materialnej, bezpieczeństwa socjalnego i możliwość robienia kariery nawet w trzecim pokoleniu – jest to zatem inwestycja długofalowa, obliczona na dziesięciolecia, a może i jeszcze dłużej.

Kończąc, podkreślam, że zależy mi na osobach rzutkich, zdeterminowanych i myślących perspektywicznie – CV i listy motywacyjne przyjmuję zarówno poprzez facebookowy profil „Warszawskiej Gazety”, jak i mój. Liczę na odzew – Gadający Grzyb.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1992-pod-grzybki-10

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (03-09.07.2015)

wtorek, 13 grudnia 2011

Trzydziesty Trzynasty



Dziś, gdy mija trzydziesta rocznica wypowiedzenia wojny polsko-jaruzelskiej, stwierdzić należy, iż owa wojna bynajmniej się nie skończyła.


I. Kremlowski namiestnik

Mamy kolejną rocznicę wprowadzenia stanu wojennego zroszoną potokiem cynizmu, wydalonym przez chwiejącego się nad grobem czerwonego starca. Tym razem cynizm ów przybrał formę listu, w którym sowiecki generał w polskim mundurze na jednym oddechu przeprasza i stwierdza, że po raz drugi zrobiłby to samo.

Nie wątpię, że zrobiłby. Cała jego biografia, tak klarownie przedstawiona chociażby w filmie „Towarzysz generał” jasno wskazuje, że ten kremlowski namiestnik zaprzedany był swym mocodawcom w stopniu przekraczającym granice zwykłego karierowiczowskiego służalstwa. Należał do NICH i do komunizmu całym swym jestestwem, od chwili, kiedy został skutecznie złamany przez syberyjskie doświadczenia. Od tamtej pory „kwestia polska” miała dla tego człowieka wartość o tyle, o ile mogła być spożytkowana jako część składowa „nierozerwalnych sojuszy”. W momentach gdy „kwestia polska” sojuszowi z Sowietami zagrażała, towarzysz generał wiedział co robić – należało podejmować „dramatyczne decyzje”, spowodowane, oczywiście, „wyższą koniecznością” i strzelać do ludzi. I towarzysz namiestnik te decyzje podejmował. W ten sposób pojmował bowiem komunistyczny patriotyzm, przez którego pryzmat patrzył na swoje służbowe powinności.

Tak właśnie należy rozumieć frazę: „Gdybym w identycznych okolicznościach miał dziś decydować, uczyniłbym to samo”. Takie jest jej niewypowiedziane przesłanie, chyba że przyjmiemy, iż satrapę ogarnęła demencja i uwierzył we własną propagandę o wojnie domowej i groźbie wkroczenia „radzieckich”. Dla porządku przypomnijmy więc, że to on prosił o „zabezpieczenie” - interwencję sowiecką przeciw własnemu narodowi, gdyby coś poszło nie tak. To on, napotkawszy na jednoznaczną odmowę, zdecydował się zdusić „solidarnościową ekstremę” własnymi siłami. To on wreszcie, zadanie wykonał gorliwie i starannie – jak na zaufanego prymusa przystało.

I to on, gdy nadeszły inne wytyczne, zabrał się do przepoczwarzenia ustroju. Na bardziej zgodny z duchem epoki, gwarantując wpływy i dozgonną bezkarność wyznaczonym grupom „aparatu” – plus należytą pozycję dokooptowanym przy okrągłym stole świeżym sojusznikom i starym konfidentom, rekrutowanym przez generała Kiszczaka spośród „konstruktywnej opozycji”. Aby nowy ład spełniał zadekretowane wymogi pluralizmu.

II. Dwie biografie

Za każdym razem gdy myślę o dożywającym swych dni czerwonym starcu (acz, dla higieny, staram się nie myśleć o nim zbyt często) przychodzą mi na myśl słowa Andrzeja Gwiazdy, który powiedział (przytaczam sens wypowiedzi), że Syberia kształtowała dwa rodzaje ludzi: jedni wracali zahartowani jako nieprzejednani wrogowie nieludzkiego systemu i wszystkiego, co się z nim wiązało; inni przeciwnie – powracali złamani, stłamszeni, przekonani o sowieckiej wszechpotędze i bezsensowności oporu.

Ci drudzy stanowili gotowy materiał na „ludzi sowieckich” - niewolników niższej i wyższej rangi z zaszczepionym na stałe, nieusuwalnym genem poddaństwa.

Nie muszę chyba dodawać, że postaci Andrzeja Gwiazdy i Wojciecha Jaruzelskiego stanowią modelowe przykłady obu typów, co w zaistniałych warunkach siłą rzeczy jednego musiało popchnąć do heroicznego sprzeciwu, drugiego zaś wywindować na szczyty niewolniczej hierarchii, która ów sprzeciw dławiła.

Obecnie ten pierwszy ma za sobą lata zapomnienia, „wygumkowywania” z kart najnowszej historii, przyprawiania gęby oszołoma i życia na poziomie materialnym ofiar transformacji, w których imieniu zresztą nieugięcie występował - za co zapłacił wyznaczoną mu przez mainstream III RP cenę wzgardy. Ten drugi dożywa swych dni w spokoju i dobrobycie, otoczony czcią „aparatu” i wdzięcznością całego obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, dla którego stał się patronem lukratywnych przemian.

III. Niedokończona wojna

Dziś, gdy mija trzydziesta rocznica wypowiedzenia wojny polsko-jaruzelskiej, stwierdzić należy, iż owa wojna bynajmniej się nie skończyła. Stan wojenny był warunkiem koniecznym, by stłumić w zarodku odradzającą się polskość, rozumianą jako świadomość istnienia wspólnego dobra i wtłoczyć nadwiślański materiał ludzki na powrót w mentalne koleiny, że tak odwołam się do Ziemkiewicza – polactwa. Temu służyła mroczna dekada lat 80-tych. Bez niej niemożliwy byłby okrągłostołowy przekręt założycielski III RP i jego wszystkie patologiczne konsekwencje z obecną dyktaturą matołów włącznie.

Dlatego...

- rozumiejąc, czemu obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP zaprzągł wszelkie możliwe służby i środki, by patroni owego tworu polsko-podobnego zeszli do grobu bez orzeczenia o winie;

- rozumiejąc, iż jedyny realny wybór decydujący o przyszłych losach Polski przebiega między tymi, którzy (świadomie lub nie) wspierają długofalowe konsekwencje 13 grudnia roku 1981, a tymi którzy w owe założycielskie imponderabilia godzą;

- rozumiejąc, dlaczego hołubieni są jedni, a niszczeni drudzy - bez względu na deklarowane kwestie „programowe”, bo nie o „program” tu chodzi, tylko o coś znacznie głębszego;

- rozumiejąc wreszcie, że mamy przeciw sobie całą państwową machinę, wszystkie zasoby ludzkie i materialne pozostające we władzy jawnych i tajnych sieci wzajemnych powiązań;

…winniśmy zrobić wszystko, by ten dogorywający z poczuciem wygranej czerwony starzec nie zwyciężył. By nie zwyciężyło urągliwe przesłanie jego listu, powtarzające z dementywnym uporem zestaw propagandowych bredni.

By zwyciężyło przesłanie z gruntu odmienne. To, które kończy się słowami:

„Bądź wierny Idź”

 

Gadający Grzyb

czwartek, 16 grudnia 2010

Krótko o grudniowych rocznicach


„(...) i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy / przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie (...)”

Po raz kolejny mijają grudniowe rocznice: Stanu Wojennego (13.12.1981), pacyfikacji kopalni „Wujek” (16.12.1981), masakry na Wybrzeżu (17.12.1970). Rocznice te są szczególne. Ich współtwórca i wykonawca (czy to na polecenie politbiura krajowego, czy kremlowskiego) – Wojciech Jaruzelski - nie tylko, jak co roku, został otrzepany z naftaliny i rytualnie okadzony, ale również, za sprawą obecnego Prezydenta III RP, reintrodukowany na polityczne salony. Jako ekspert i mąż stanu. Protestującym próbuje się po raz kolejny zatkać gęby m.in. sybirackim etapem życiorysu tego „sowieckiego generała w polskim mundurze” (R. Reagan).

Nie dam głowy, ale to bodaj Andrzej Gwiazda stwierdził coś w tym stylu (oddaję sens własnymi słowami), że z Syberii wracały dwie kategorie ludzi: jedni byli nieprzejednani, zdeterminowani i utwardzeni w swej nienawiści do sowietyzmu; drudzy, przeciwnie - złamani, przeświadczeni o sowieckiej wszechpotędze, skażeni niewolniczą mentalnością. Do pierwszej kategorii zaliczali się tacy jak Andrzej Gwiazda, do drugiej – osobnicy pokroju młodego Wojtka Jaruzelskiego.

Teraz porównajmy sobie skromne mieszkanko państwa Gwiazdów (i wielu innych działaczy „Solidarności”) z willą Wojciecha Jaruzelskiego. Porównajmy jakość obecności w życiu publicznym „jaskiniowych antykomunistów”, „frustratów”, „oszołomów” napiętnowanych przez dwudziestoletni przemysł pogardy z obecnością publiczną spraszanego na salony sowieckiego generała. Porównajmy sobie haniebne potraktowanie przez niepodległą ponoć Polskę śp. Anny Walentynowicz, która niejednokrotnie nie miała na leki, z wypasionymi emeryturami jej mundurowych niedoszłych zabójców. Przypomnijmy sobie „beneficjentów przemian”, którzy przez ostatnie dwudziestolecie z pełnym pychy i dezynwoltury samozadowoleniem wybaczali „w imieniu tych, których zdradzono o świcie”. Ta prosta konfrontacja mówi wszystko o antymoralnym porządku na jakim zbudowano Trzecią Rzeczpospolitą. Reszta to tylko didaskalia.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Kurewski kraj.


Garść wydarzeń z ostatniego miesiąca…

Grzegorza Przemyka nikt nie zabił. To znaczy, ktoś tam zabił, ale się przedawniło, gdyż w ocenie niezawisłego sądu, nie była to zbrodnia komunistyczna.

Generał Jaruzelski jeździ od studia do studia, wyjaśniając w jakiej był rozterce wprowadzając stan wojenny. Podobno zły stan zdrowia nie pozwala mu zbyt długo przebywać w sali sądowej.

Rocznica masakry na Wybrzeżu (17.12.1970) przeszła bez echa. Większość narodu nie wie, co tak naprawdę się stało. Krzyże sprzed stoczni należy czym prędzej opierdolić jako gratis w pakiecie do sprzedawanego majątku. Nie będą psuły laickiej przestrzeni publicznej, tudzież samopoczucia władzy i turystów.

Rząd planuje przepisy umożliwiające inwigilację internautów i użytkowników telefonów komórkowych bez zgody sądu. A co, nie wolno? Ktoś ośmieli się poskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego? Jakoś nie widzę…

Finiszuje pakt z Kremlem, uzależniający nas od dostaw gazu do 2037 roku. Przyjaciele Moskale niechybnie dostarczą nam błękitnego paliwa w takiej ilości, byśmy nie musieli zaprzątać sobie lechickich głów fanaberiami – dywersyfikacją, na ten przykład.

Mamy rekordowo zadłużony budżet – wedle kreatywnej księgowości „sztukmistrza z Londynu” – Rostowskiego, w 2010 deficyt wyniesie ponad 50 mld. Realnie, deficyt całego sektora publicznego będzie oscylował na granicy 80 - 90 mld.

Nie mamy armii. Na jednego dowódcę przypada 1,3 szeregowego.

Senator wciągnął prochy i ubrał się w sukienkę. Też mi nowina. Medialni Katoni roztkliwiają się nad „niszczonym przez media” autorytetem moralnym. Gdzie byli, gdy niszczono w podobny sposób marszałka Kerna? Gdzie byli, gdy niedawno usiłowano skompromitować za pomocą wyssanych z palca sensacji Janusza Kurtykę i Katarzyną Hejke? Ale tamci byli z niewłaściwego towarzystwa…

Rozmawiamy ze światem w kwestii globalnego ocieplenia. Rząd ma podpisać coś, co niewątpliwie będzie naszym wspólnym sukcesem. Na samą myśl o wspólnym sukcesie portfel mi chudnie i żałośnie jęczy w kieszeni.

Od Zaduszek atakuje mnie czerwony, opasły staruch, przebrany za krasnoludka. Podobno zapowiada jakieś święta i chce, bym coś kupował. Nie znam gościa, więc mu nie odpowiadam.

Popaprany kolekcjoner kości zamówił robótkę, którą wykonano bezbłędnie – „Arbeit Macht Frei” zniknął z oświęcimskiej bramy. Monitoring był pozorowany, tzn. kamera była, ale bez możliwości zapisu. Bo to za drogo. I sprawcy doskonale o tym wiedzieli. Poznamy zleceniodawcę? Jasne…

Ale praca również nas może uczynić wolnymi. Nie będzie emerytur. Jak chcesz – tyraj do siedemdziesiątki, albo - pókiś młody, spierdalaj jak najdalej. Bądź wolny. Może ci się poszczęści.

Generał Kiszczak został oskarżony przez pion śledczy IPN o jakieś matactwa. Podobno chodzi o niejakiego Przemyka Grzegorza, młodocianego awanturnika zresztą, który zmarł dawno temu. Do czego to doszło z tym ipeenem - niedorżnięte watahy atakują starych, schorowanych ludzi. Obraza Boska. Niechybnie, wnet zaczną strzelać zza węgła.

Ale nic straconego. Kochany rząd pichci nową ustawę o IPN, która zrobi z watahami porządek. Nie będą szargać autorytetów.

Opasły staruch znów mnie zaatakował. Tym razem, bezwzględnie mam coś kupić, albo jego kumpel, niejaki Rudolf, zdefasonuje mi gębę swoim porożem. Idą święta.

Były „tewuś” (TW „Henryk”) został Prymasem (abp. Michalik). I, zapewne, w wigilijny wieczór ogłosi swe orędzie w publicznej telewizji. Będzie wzniośle i podniośle. Jak mniemam, wkrótce doczekamy się interrexa w postaci abp. Wielgusa (TW „Adam”, „Grey”)…

A naród to wszystko łyka bez popitki.

Co za kurewski kraj, jak rany…

Gadający Grzyb

niedziela, 11 stycznia 2009

Rozważania na temat konsekwencji wiadomego stanu.

sklepy za komuny
Chciałem napisać coś oryginalnego o stanie wojennym, ale zwyczajnie, nie mogę. Po raz tysięczny polemizować z obrońcami generała? Przytaczać sławny druk sejmowy ze wstępną listą ofiar, znany jako „raport Rokity”? Swoją drogą, gdzie się podział ten bezkompromisowiec, który teraz rozmydla się w nijakich, publicystycznych rozważaniach… A może przytaczać po raz n-ty archiwum Mitrochina? Powoływać się na świeżo opublikowane akta Kuklińskiego, które i tak potwierdzają to, co było wiadome z innych źródeł? Użerać się z przekaziorami, które z przykrego obowiązku odnotowują tę rocznicę i zapraszają Kazimierza Kutza, który oznajmia, że „młodzież musi żyć przyszłością” (czy jakoś tak, znamy od lat ten szlagwort). Potem Wojciech Mann, jak zwykle sympatycznie i ze sporą dawką autoironii umiejętnie unika odpowiedzi na kluczowe pytania, których dyżurny dziennikarz nawet nie próbuje zbyt natarczywie zadawać. Następnie przerywniki muzyczne (swoją drogą świetne przeróbki „Born In The USA” , tyle tylko, że „Boss” Springsteen w kwestiach ogólnych zapatrywań ma , delikatnie rzecz ujmując, nieprzystające poglądy – vide - jego antybushowskie publiczne filipiki ); jeszcze Robert Leszczyński, który na tę okoliczność nawet trochę duszoszczypacielnie coś powiedział. A potem Kora – kombatantka (cenię ją, jak cały Maanam, za odmowę zagrania na święcie Trybuny Ludu), którą stan wojenny zaskoczył w „Grand Hotelu” w Sopocie, i to w negliżu… potem przejechała się m.in. po krytykach Niesiołowskiego… W międzyczasie protekcjonalne traktowanie grup rekonstrukcji… Korowód saloniarzy.

A za oknem szaro. Zwiędła trawa pomiędzy blokami nie przykryta śniegiem. Mała odtrutka - wywiad z Markiem Nowakowskim w TVP Info. Zaraz potem zapowiedź konferencji niejakiego Napierdzialskiego .

Zaś ja, prosty bloger z małej mieściny, który stanu wojennego nawet nie pamięta (miałem wtedy 5 lat), zastanawiam się dlaczego tak bardzo, atawistycznie wręcz, nienawidzę PRL-u.

Odnajduję jedną odpowiedź:

PRL, to było permanentnie stosowane upodlenie.

Moje świadome wspomnienia odnoszą się do czasów „post – stanowojennowych” – mniej więcej od połowy lat ’80.

Pamiętam, gdy przy naszym osiedlowym blaszaku ustawił się „ogonek”. Kopałem wtedy piłkę pod blokiem, albo kłusowałem na rowerze marki „Wigry” (dostałem go na Komunię św.). Gdy zobaczyłem kolejkę, natychmiast pobiegłem i zapytałem się, co dają. Dawali krew i podroby (albo krwiste podroby – nie do końca zrozumiałem, co wyszczekała nadęta poczuciem osobistej godności Pani Ekspedientka). Na wszelki wypadek zająłem kolejkę i pobiegłem do domu. Mama w biurze. Ojciec – technolog żywności w dużym zakładzie, odsypiał akurat nocną zmianę. Obudziłem Go i powiedziałem co dają. Tato dał mi pieniądze i kazał ustawić się z powrotem w kolejce, sam zaś zaczął natychmiast krzątać się po kuchni. Pobiegłem do kolejki. Zdążyłem. Kupiłem. Pognałem do domu… a Tato … nie uwierzycie… na moich oczach wyczarował z tego krwawego barachła, które akurat „rzucili na sklep”… najprawdziwszą kaszankę! Na zwykłej patelni! Poważnie! Nie bujam! Jestem, było nie było, blogerem, a nie blagierem…

Czujecie to szczęście?

W tym samym czasie, gdzieś, na mitycznym Zachodzie, ludzie mieli już - i to od lat – porządne samochody, drogi po których można było tymi samochodami jeździć, jeansy, gumę do żucia i nie tylko, normalny obieg wody bez plujących rur, ogrzewanie, kosmetyki, odtwarzacze wideo i fajne filmy, pierwsze osobiste komputery i inne dobra o nabyciu których przeciętny poddany PRL-owskiej prowincji mógł jedynie marzyć.

A my, malutcy, przyklejaliśmy, po szkole, nosy do szyby wystawowej Pewex-u. Reklama Marlboro z kowbojem. Disnejowskie gumy do żucia z historyjkami obrazkowymi marki „Kaczor Donald” (cisną mi się na usta czarnosecinne, doraźne złośliwości, ale się wstrzymam…) . Aha, w zakładach pracy były jeszcze „choinki” i paczki z różnymi słodkościami (czekolada! kubańskie pomarańcze!), co prawda, z roku na rok coraz mniej – ale wiadomo – ci imperialiści, a zwłaszcza Reagan, u którego, jak wiadomo, bezdomni śpią na ulicach w naszych, wysyłanych przez Urbana śpiworach…

Po jakimś czasie Rodzice zaczęli wyjeżdżać „na handel” i niekiedy brali mnie ze sobą – wtedy (wciąż uczeń szkoły podstawowej) zobaczyłem po raz pierwszy Wiedeń i Berlin Zachodni. Co tam robiłem? Uganiałem się po trawnikach zbierając kolorowe puszki po napojach – dotknięcie innego świata. Wszyscy wtedy zbierali puszki – bo takie ładne i w szkole można się wymienić…

Pamiętam poranek, gdy zatrzymaliśmy się naszym polonezem na jakimś parkingu w Wiedniu po całonocnej jeździe (szczególnie trudno było na Czechosłowackiej granicy – wtedy jeszcze nie wiedziałem dlaczego – teraz, po tym, co wiadomo o haniebnym roku ’68 – już wiem). Wokół barwne billboardy. Bladym, nieco zamglonym, świtem śmieciarki ruszają w miasto. Turkot. Miasto budziło się do życia. Dla PRL-owskiego prowincjusza obserwującego to z perspektywy pół–snu było to swoistym objawieniem.

I, potem, to najgorsze stadium kulturowego upodlenia. Stoisz nad klopem na stacji benzynowej. Zrobiłeś, co swoje – i nie wiesz jak spuścić wodę. Wychowano cię w kulturze – wiesz, że po załatwieniu potrzeby trzeba spuścić wodę. Ale jak? Nie ma spłuczki, przycisku na rezerwuarze również brak. Stać jak pacan, czy ordynarnie wyjść zostawiając fekalia nie spłukane? W końcu decyzja. Wychodzę. I wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, słyszę za plecami błogosławiony szum spływającej wody. Fotokomórka. Toalety probierzem cywilizacyjnego zaawansowania.

Całe to pasmo drobiazgów (nie wspomniałem jeszcze o żulerniach typu „Bar Zacisze” –na własne oczy widziałem zawodnika, który z całą siłą bezwładności walnął ryjem z wysokości czterech schodków na obtłuczony chodnik, po czym wymamrotał coś „ogólnego”, pozbierał się i poszedł swoją drogą), powoduje, że na hasła typu „stan wojenny”, „PRL”, „Jaruzelski”, reaguję brzytwą. Owszem, stan wojenny pozostaje mi w nader mglistej pamięci (może rodzice bardziej skwapliwie odbierali mnie z zerówki, a wujek Zenek, widząc milicjantów na ulicach, instruował mnie, że te krótsze pałki, to noszą „na studenciaków”, a te dłuższe, poważniejsze , to są „na robotników”), lecz to całe gnojowisko z przysłowiowymi obrypanymi krawężnikami chlapanymi wapnem na 1-go Maja (u nas też chlapali, a jakże), słowem, cały ten prylowski „entourage” budzi we mnie jedynie rzygotliwą odrazę.

Nie piszę tu o rzeczach ważnych. Nie piszę o martyrologii. Nie piszę o zabitych i o tych, którym przetrącono życiorysy. Piszę o czysto osobistych doznaniach, które w jakimś ułamku pokazują nie tyle stan wojenny, ile jego długoletnie implikacje. Poczucie beznadziei. Udupienie narodu. (Choć, w wymiarze osobistym, lata ‘80’ wspominam całkiem miło – ale tylko dzięki mojej wewnątrzpersonalnej odskoczni, którą sobie, jako dzieciak, wypracowałem).

Ot, nieco rozwlekła garść refleksji w ten szary, grudniowy dzień.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 12.12.2008
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/rozwazania-na-temat-konsekwencji-wiadomego-stanu