niedziela, 24 grudnia 2017

Wirtualny pieniądz i realny dług

Mamy do czynienia ze zorganizowanym systemem łupiestwa – kraje zadłużające się nie widziały obcych walut na oczy, lecz właśnie w nich muszą spłacać swoje zobowiązania.

Tydzień temu, omawiając pracę prof. Richarda A. Wernera „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód”, wyjaśniliśmy sobie fałsz teorii rezerwy cząstkowej i bankowej teorii pośrednictwa finansowego. Została natomiast empirycznie potwierdzona słuszność bankowej teorii kreacji kredytu, wedle której bank udzielając kredytu tworzy nowy pieniądz. Dziś przyjrzymy się konsekwencjom tego stanu rzeczy dla uboższych, rozwijających się krajów, zmuszanych do zaciągania pożyczek w obcych walutach.

Otóż takie instytucje jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy prowadząc doradztwo w różnych państwach (a taki „patronat” jest zazwyczaj niezbędny do pozyskania finansów ze światowych rynków), niejako przymuszają je do zadłużania się – pod „zastaw” przyszłych podatków obywateli i majątku narodowego (przemysł, infrastruktura, surowce). Prof. Werner analizując tę politykę doszedł do wniosku, że działa ona na niekorzyść krajów-dłużników, których sytuacja każdorazowo staje się gorsza, niż gdyby w ogóle nie brały zagranicznych pożyczek. Efekt nieodmiennie jest taki sam – kolonialny drenaż, co w skali globalnej przejawia się w zjawisku przepływów finansowych od państw biednych do bogatych.

Dzieje się tak dlatego, że owe „pożyczki” są w istocie rzeczy wielką fikcją i pułapką zastawianą na słabszych uczestników światowej wymiany gospodarczej. Mechanizm jest następujący: zgodnie z bankową teorią kreacji kredytu, instytucje finansowe udzielając pożyczek kreują pieniądz. Tyle że... te pieniądze nigdy nie wpływają do gospodarek państw zadłużających się! Realia międzynarodowej rachunkowości pokazują, twierdzi Werner, że euro i dolary pozostają w „macierzystych” systemach bankowych. Cóż zatem otrzymują kredytobiorcy? Tylko tyle, że waluty zagraniczne stanowią wirtualny przelicznik, na podstawie którego następuje denominacja na waluty narodowe. Innymi słowy, te „pożyczki” służą jedynie wypuszczeniu na lokalny rynek ich ekwiwalentu w miejscowej walucie. Ale – i tu docieramy do sedna – powstały w ten sposób „dług” jest już jak najbardziej realny, zaś jego obsługa i spłata kapitału dokonywana musi być w „pożyczonych” euro i dolarach. Krótko mówiąc, mamy do czynienia ze zorganizowanym systemem łupiestwa w białych rękawiczkach – kraje zadłużające się nie widziały obcych walut na oczy, lecz właśnie w nich muszą spłacać swoje zobowiązania.

Przypomina to jako żywo znaną nam aż za dobrze sprawę tzw. „kredytów frankowych”, gdzie również prawdziwych franków szwajcarskich na linii bank-klient nie było w obrocie, co nie przeszkodziło w „alchemicznym” wykreowaniu często niespłacalnego, wciąż rosnącego zadłużenia. Podobnie jest z obrotem w skali międzynarodowej. Opisywany tu mechanizm prowadzi bowiem do stopniowego osłabiania walut krajowych i narastania spirali długu – zaś na końcu tego patologicznego łańcucha fikcji znajduje się zawsze kieszeń podatnika i jak najbardziej namacalne aktywa państwowe, które idą w końcu pod młotek, choćby poprzez konwersję długu na udziały w majątku narodowym, co przerobiliśmy na własnej skórze podczas sławetnej „transformacji gospodarczej”. Jak trzeźwo zauważa Richard Werner, kredyt w walucie narodowej państwa mogłyby zorganizować sobie same, bez konieczności uciekania się do uzależniającego zagranicznego przelicznika – bo tworzyć pieniądz z niczego poprzez bankową kreację kredytu mogłyby chociażby miejscowe banki centralne.

W tym momencie słyszę głosy, że to samobójstwo, bo pod naciskiem ignoranckich i nieodpowiedzialnych rządów nadrukowano by pustego, inflacyjnego pieniądza. Cóż, biorąc pod uwagę, jak przy okazji ostatniego kryzysu finansowego urządzili nas „fachowi” i „odpowiedzialni” bankierzy, wolę postawić jednak na rząd, który w przeciwieństwie do globalnej banksterki przynajmniej pozostaje pod jakąś społeczną kontrolą. Tak się składa, że to właśnie owi bankowi „fachowcy”, bez których ponoć świat nie może funkcjonować, nadmuchali niekontrolowaną, spekulacyjną „bańkę”, w efekcie której trzeba było zasypywać kryzys lawinowym „luzowaniem ilościowym” i kolejnymi bilionami dolarów i euro. A zatem i tak skończyło się na „drukowaniu”.

Werner proponuje w to miejsce inne rozwiązania – np. politykę „wytycznych kredytowych” polegającą na regulacjach określających ilość i alokację kredytów w kierunku pożądanym z punktu widzenia stabilnego rozwoju gospodarczego (produkcja), przy ograniczaniu kredytów na zakup różnych „aktywów finansowych” powodujących bańki spekulacyjne. Alternatywą może być również system niemiecki opierający się na rozdrobnionym sektorze bankowym składającym się z małych, lokalnych podmiotów, działających niezarobkowo. Z kolei model oparty na pożyczkach od własnych banków centralnych (w miejsce emitowania obligacji) umożliwia zwiększenie podaży pieniądza i wzrost nominalnego PKB, a co za tym idzie - wpływów podatkowych. Jest więc w czym wybierać, a każda z tych propozycji ma jedną, podstawową zaletę – jest lepsza niż obecna bandyterka.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 51-52 (22.12.2017-11.01.2018)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz