sobota, 16 grudnia 2017

Lewacka hipokryzja

Wczorajsze dziewczyny” wpadły we własne, feministyczne sidła zastawione jeszcze podczas „rewolucji seksualnej” z lat '60 minionego wieku.


I. Wczorajsze dziewczyny

Kto chce wczorajsze gazety / kto chce wczorajszą dziewczynę” - pytał retorycznie stary mizogin (tzn. wtedy jeszcze młody mizogin) Mick Jagger w piosence „Yesterday's Papers”, sugerując tym samym, że dziewczyny starzeją się równie szybko jak gazety i puentując melancholijnie, że „nie chce ich nikt na świecie”. Toteż ostatnio różne „wczorajsze dziewczyny” postanowiły wziąć odwet za swój gorzki los, oskarżając w ramach akcji #MeToo „męskie szowinistyczne świnie” o molestowanie. Do piosenki Stonesów z 1967 roku nawiązuję nie bez przyczyny - bo to w tamtych czasach należy upatrywać źródeł obecnego szaleństwa i towarzyszącej mu hipokryzji, do czego wrócimy na koniec.

Jak wiemy, obecna mania oskarżeń, której efektem jest zrównanie rzeczywistej przemocy i gwałtów ze zwykłymi chamskimi zaczepkami czy wręcz takimi przewinami, jak „nieodpowiednie spojrzenie”, zaczęła się od „ujawnienia” praktyk hollywoodzkiego producenta Harvey'a Weinsteina, który zwykł był wykorzystywać seksualnie aktorki. Słówko „ujawniać” celowo wziąłem w cudzysłów, bo zwyczaje Weinsteina nie były żadną tajemnicą – na oscarowej gali w 2013 r. komik Seth MacFarlane po odczytaniu nazwisk pięciu nominowanych aktorek dodał: „Gratulacje moje panie! Teraz już nie będziecie musiały udawać, że podoba wam się Harvey Weinstein”, co przez publiczność zostało skwitowane pełnym zrozumienia śmiechem. A zatem wiedziano o tym od dawna, co zresztą nie dziwi, bo taki model „przypieczętowywania współpracy” jest w tamtejszym (i nie tylko tamtejszym) środowisku filmowym normą, sięgającą do najdawniejszych czasów „fabryki snów”, kiedy to związane kontraktami aktorki były de facto własnością wytwórni filmowych i musiały np. „zabawiać” na branżowych imprezach różnych prominentnych gości. Tak więc – nihil novi. Pozostaje pytanie, komu Weinstein się naraził, że postanowiono go w ten sposób zdmuchnąć ze świecznika, bo w to, że dziennikarze „New York Timesa” i „New Yorkera” doznali nagłego przypływu moralnego wzmożenia zwyczajnie nie wierzę.

Mamy tu piętrową hipokryzję, bowiem do zmowy milczenia na temat tego o czym wszyscy wiedzieli należy dołożyć oficjalny, postępowy i prorównościowy, feministyczny przekaz amerykańskich produkcji filmowych połączony z publicznymi deklaracjami tamtejszych gwiazd i celebrytów. Powyższe łączyło się z hojnym wspieraniem Demokratów, a w ostatniej kampanii wyborczej – Hillary Clinton. Republikanów można w tamtejszym światku policzyć na palcach i raczej nie wychylają się ze swymi poglądami. A teraz różne przechodzone „wczorajsze dziewczyny” nagle przypominają sobie o niegdysiejszym molestowaniu, zaś męska część filmowej society intensywnie się „pucuje” - bądź to zarzekając się, że „nie wiedzieli”, bądź przepraszając za milczenie.

Mamy jeśli chodzi o środowisko filmowe również i polskie wspomnienie, kiedy to w 2009 r. m.in. panie Holland i Stalińska jedna przez drugą broniły przed ekstradycją Romana Polańskiego oskarżonego o odurzenie i zgwałcenie 13-letniej Samanthy Geimer, twierdząc, że te małe lolitki same pchają się do łóżek, a często wręcz przyprowadzają je rodzice. Bo postęp i feminizm to jedno, a kolegi trzeba bronić.


II. Lewacka dulszczyzna

Dziś jednak fala #MeToo rozlała się też na Polskę i co ciekawe, dotknęła przede wszystkim środowisko lewicowe – to od feminizmów, genderyzmów, promocji LGBTQWERTY i wszelakich dewiacji. Okazuje się, że w tej oazie postępu za parawanem „równości płci” kwitnie jaskiniowy, męski szowinizm o czym nagle zaczęły sobie przypominać krajowe „wczorajsze dziewczyny”, kiedy tylko światowa moda przekonała je, że już wolno o tym mówić bez większych konsekwencji. Na pierwszy ogień poszedł pisarz Janusz Rudnicki, który w kawiarni w obecności dziennikarki „Wysokich Obcasów” Anny Śmigulec i jej koleżanki miał zawołać do wchodzącego kolegi: „chodź, k***y już są!” - a ta, biedulka, onieśmielona towarzystwem tak znamienitej persony, nie odważyła się zareagować i dusiła w sobie to traumatyczne wspomnienie aż do dzisiaj. Jak się okazało, pan pisarz, nieodmiennie deklarujący odrazę do polskiego, nienawistnego i antysemickiego motłochu, słynął z tego typu szampańskich bon motów, czemu błyskawicznie dały wyraz Kazimiera Szczuka i Magdalena Żakowska wspominając o składanych publicznie propozycjach „wzięcia na dwa baty” czy dopicia jego piwa w zamian za „danie d***y”, bądź też przedstawianiu towarzyszących mu kobiet jako prostytutek. Ot, zgrywus taki, a Śmigulec niepotrzebnie panikuje. Czyli z jednej strony mamy potępianie „przemocy słownej” i „seksistowskich postaw” - ale we własnym gronie odkładamy prezentowane na zewnątrz rygorystyczne poglądy do kąta, nade wszystko zaś nie wywlekamy brudów. Lewacka dulszczyzna w czystej postaci.

Gorzej jest w przypadku ujawnionych przez „Codziennik Feministyczny” kolejnych skandali. Tu już mamy patologię grubego kalibru. Oto dwóch „chłopców lewicy” (jak feministki między sobą nazywają hipokrytów epatujących oficjalnie swoją profeministyczną postawą) – czyli publicysta „Krytyki Politycznej” Jakub Dymek oraz szef portalu „wyborcza.pl” Michał Wybieralski, mieli się dopuścić odpowiednio gwałtu i pobicia swych partnerek. Do tego z ich strony na porządku dziennym miało być wulgarne słowne molestowanie połączone z obmacywaniem i innymi tego typu końskimi zalotami. Pierwszy wymusił po pijaku seks na swej ofierze (sam zaprzecza, by doszło do gwałtu) – która zresztą po tym wszystkim... została na kilka miesięcy jego dziewczyną. Koniec końców Dymek, wg jego oświadczenia, sam ją prosił, by pozwoliła mu odejść, pytając na odchodnym, czy ma wobec niego jakieś pretensje. Nie miała, co oświadczyła na piśmie (!) - aż do teraz. Rozumieją Państwo coś z tego? Dla mnie, przyznam, te diapazony postępowości są nieosiągalne.

Z kolei Michał Wybieralski, rozczarowany odrzuceniem oświadczyn, roztrzaskał o rękę obiektu swych amorów szklane drzwi, przy kolejnej okazji zaś przyrąbał jej po pijaku „z bańki” w nos – co stało się środowiskową anegdotką. Inną specjalnością pana redaktora były nocne esemesy z propozycjami typu „może pijaństwo i seks?” i obsceniczne odzywki o wsadzaniu... no mniejsza z tym, kto chce ten znajdzie stosowne cytaty - nota bene, wobec osób podlegających mu służbowo. A wszystko to w oparach obłudnego pomstowania na panującą w Polsce „kulturę gwałtu”.

Podkreślmy – lewicowe salony doskonale o tym wszystkim wiedziały, ale wolały dywagować, czy komplement lub przepuszczenie kobiety w drzwiach jest ze strony mężczyzny oznaką protekcjonalnego paternalizmu. To zresztą nic nowego – wystarczy przywołać niegdysiejszą aktywność „antyfaszysty roku” Simona Mola, z premedytacją zarażającego swe partnerki wirusem HIV, a w przypadku odmowy seksu szantażującego je oskarżeniami o „rasizm” - z reguły skutecznie. Nad tym również spuszczono zasłonę ciszy, co nie jest tylko polską specyfiką: przypomnijmy los wolontariuszki organizacji „No Borders” zgwałconej w 2015 r. przez sudańskich nachodźców we włoskim ośrodku w Ponte San Ludovico in Ventimigla. Lewaccy koledzy wymogli na niej milczenie, by nie zaszkodziła idei „świata bez granic” - i dziewczyna siedziała cicho przez miesiąc, zanim wreszcie poszła na policję. Wisienką na tym smrodliwym torcie jest opinia niejakiego Abida Jee – włoskiego „mediatora kulturowego” - iż w przypadku gwałtu najgorszy jest początek, później kobieta uspokaja się i cieszy się normalnym stosunkiem seksualnym”.


III. Dzieci rewolucji

Nie sposób oprzeć się tu konstatacji, że „wczorajsze dziewczyny” wpadły we własne, feministyczne sidła zastawione jeszcze podczas „rewolucji seksualnej” z lat '60 minionego wieku. Dziś ta rewolucja pożera własne dzieci. Rzekome wyzwolenie okazało się drogą do opresji. Warto tu wspomnieć o hippisowskim dziedzictwie - otóż w tych niby-idyllicznych komunach „dzieci kwiatów” kobiety często były zmuszane do seksu, chociażby poprzez szantaż, że „nie chcą się dzielić miłością”. I te biedne, zindoktrynowane idiotki najczęściej ulegały – a jeśli trafił się jeszcze jakiś toksyczny „guru”, to sytuacja zamieniała się w koszmar, zaś wiele ofiar „seksualnego wyzwolenia” z wypranymi mózgami kończyło po prostu na ulicy w charakterze prostytutek. Konsekwencją tego zatrutego dziedzictwa jest niespójne po dziś dzień stanowisko feministek w kwestii prostytucji i pornografii. Podczas gdy dla jednych prowadzą one do zniewolenia i uprzedmiotowienia kobiet, to dla innych są już tylko formą samorealizacji, tudzież wyrażania seksualnej ekspresji... Efektem jest permisywizm obyczajowy co w połączeniu ze zideologizowaniem sfery ludzkiej seksualności oraz lewicowym kultem transgresji (czyli przekraczania kolejnych granic, w tym społecznych i moralnych) czyni kobiety łatwymi ofiarami i obiektami manipulacji – zwłaszcza, jeśli się jednej z drugą wmówi, że dając d...y na lewo i prawo „walczy z patriarchatem”. A potem mamy płacze „wczorajszych dziewczyn”, które uwierzyły, że z tym całym feminizmem to wszystko naprawdę.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 44 (13.12.2017-02.01.2018)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza