Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ministerstwo Finansów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ministerstwo Finansów. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 kwietnia 2019

Koniec „prezesów na śmieciówkach”?

Państwa nie utrzymują (a z pewnością nie w takim zakresie, w jakim można by się było spodziewać) „prezesi na śmieciówkach” odprowadzający liniowy PIT.

No proszę, ledwo co światło dzienne ujrzał omawiany tu przed tygodniem raport Instytutu Badań Strukturalnych (IBS) pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”, w którym zwrócono uwagę m.in. na problem tzw. fikcyjnego samozatrudnienia – a już zareagowało Ministerstwo Finansów, zapowiadając prace nad „testem przedsiębiorcy”. Jak doniósł portal Prawo.pl, podczas konferencji „Struktura i efektywność polskiego systemu podatkowego” zorganizowanej przez rządowe Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych wiceminister finansów Filip Świtała podniósł kwestię opodatkowania jednoosobowych działalności gospodarczych. W telegraficznym skrócie, chodzi o to, by oddzielić ziarno od plew – czyli odróżnić osoby faktycznie prowadzące działalność gospodarczą i ponoszące związane z tym ryzyko, od tych, które uciekają na samozatrudnienie w celu „optymalizacji podatkowej”, unikając wejścia w drugi, 32 proc. próg PIT. Wiceminister w tym kontekście wspomniał o „przedsiębiorcach” świadczących usługi dla jednego podmiotu i wystawiających jedną fakturę miesięcznie.

Cóż, jeśli chodzi o „test przedsiębiorcy”, służę pomocą i odsyłam do wspomnianego na wstępie raportu IBS. Zastosowano tam bowiem dość przejrzyste kryteria, pozwalające wychwycić niby-przedsiębiorców. Generalnie, o fikcyjnym samozatrudnieniu możemy mówić wtedy, gdy dana osoba formalnie prowadzi działalność gospodarczą, ale w jej ramach wykonuje obowiązki charakterystyczne dla umów o pracę. Szczegółowo raport podaje dwa rodzaje przesłanek (ekonomicznych i organizacyjnych) typowych dla takiej formy działalności. Do przesłanek ekonomicznych zaliczamy następujące okoliczności (przytaczam za raportem): całość lub dominująca część przychodów przedsiębiorcy pochodzi od jednego klienta; przedsiębiorca nie zatrudnia innych pracowników; przedsiębiorca nie ponosi ryzyka charakterystycznego dla działalności gospodarczej, np. nie poszukuje nowych rynków zbytu i nie rozwija produktów/usług. Natomiast przesłanki organizacyjne, to: przedsiębiorca nie ma swobody w wyborze dni i godzin pracy, a jego praca odbywa się pod regularnym nadzorem klienta; klient zatrudnia na umowę o pracę pracowników o zbliżonym zakresie obowiązków; przedsiębiorca korzysta z przestrzeni biurowej klienta, bierze udział w spotkaniach pracowników, itp. Ot, i cały „test przedsiębiorcy” w pigułce. Przypomnę, że wg raportu IBS w 2017 r. skalę takiego samozatrudnienia można było oszacować na ok. 166 tys. osób, co daje ok. 9 proc. osób pracujących na własny rachunek. Jest to jeden z elementów składowych regresywnego systemu podatkowego, z jakim mamy do czynienia w Polsce.

Przypomina się tutaj słynny wywiad Grzegorza Sroczyńskiego (jednego z nielicznych przytomnych dziennikarzy „Wyborczej” - i pewnie dlatego w końcu mu podziękowano) z prezesem Comarchu, prof. Januszem Filipiakiem. W pewnym momencie prezes objawia zszokowanemu dziennikarzowi, że... de facto pracuje na śmieciówce, ponieważ firma „zleca mu zarządzanie”, zaraz potem dodając, że „ma prawo nie zaakceptować” stawki 32 proc., ponieważ „system podatkowy powinien respektować prawa człowieka”. Warto nadmienić, że mówimy o najlepiej wówczas (2013 r.) zarabiającym prezesie w Polsce (ponad 12 mln. zł. rocznie). Trudno o lepszą ilustrację patologii, o której tu mówimy, a popularne określenie „Janusz biznesu” nabiera całkiem nowego wymiaru i rozmachu.

Na koniec warto dodać kilka uwag o konsekwencjach regresywnego opodatkowania. Otóż taki system skutkuje tym, że państwa nie utrzymują (a z pewnością nie w takim zakresie, w jakim można by się było spodziewać) „prezesi na śmieciówkach” odprowadzający liniowy PIT (obecnie – 19 proc.) - zwłaszcza w warunkach niższego opodatkowania kapitału i działalności gospodarczej od opodatkowania pracy i konsumpcji. Państwo w swej masie utrzymują nisko opłacani i wysoko opodatkowani pracownicy, wydający całe swoje pensje na towary i usługi obciążone VAT-em i akcyzą. Pracodawcy natomiast z zasobów państwa KORZYSTAJĄ – chociażby z infrastruktury, a także rekrutując „siłę roboczą” wykształconą w publicznym systemie edukacji. Proszę sobie wyobrazić, ile kosztowałoby każdorazowe wykształcenie pracownika od podstaw - począwszy od pisania, czytania i liczenia, nie mówiąc już o umiejętnościach specjalistycznych. Osiem lat podstawówki, cztery-pięć lat szkoły średniej, a później nierzadko jeszcze pięć lat studiów. Lekko licząc - 17-18 lat nieprzerwanego ciągu edukacyjnego. Jak rozumiem, ekwiwalentnym świadczeniem na rzecz państwa mają być liniowe podatki od „śmieciówek” wystawianych za „usługi zarządzania”, bądź efektywne opodatkowanie korporacji na poziomie 11 proc.? Nawiasem, w Polsce wpływy z CIT nie przekraczają 2 proc. PKB... Reasumując, mamy do czynienia z głęboką nierównowagą obciążeń, której ofiarą padają relatywnie uboższe warstwy społeczne – zatem zapowiedzi Ministerstwa Finansów to krok w kierunku przywrócenia elementarnych proporcji. Ciekawe, kto okaże się silniejszy – państwo, czy „lobby prezesów”?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 14 (05-11.04.2019)

piątek, 24 kwietnia 2015

Na co idzie Twój PIT?

Haracz od dochodów przeznaczany jest w całości na spłatę odsetek od pożyczek zaciągniętych przez kolejne rządy u rozmaitych lichwiarzy.

Ponieważ mamy kwiecień, czyli miesiąc „pitowy”, nie od rzeczy byłoby napisać co nieco o tym ulubionym przez miliony Polaków sporcie, jakim jest coroczne ślęczenie nad formularzami podatkowymi gwoli ukontentowania Urzędu Skarbowego i Ministerstwa Finansów. Zasiadają więc Polacy w liczbie ok. 25 milionów dusz do swej corocznej spowiedzi finansowej i klnąc w żywy kamień starają się wypełnić te wszystkie rubryki – przychód, koszty uzyskania, odliczenia, dochód, podatek - sprawdź kilka razy czy gdzieś nie ma pomyłki bo konsekwencje mogą być gorsze od wtrącenia do czeluści piekielnych... No, a jeśli masz jeszcze na koniec wystarczająco wiele samozaparcia, to możesz przekazać cały 1% swojego podatku wybranej instytucji pożytku publicznego. I to jest chyba jedyny moment, kiedy podatnik wie na co pójdą wypracowane przez niego pieniądze, bo cała reszta skryta jest mrokiem tajemnicy. Podatki trafiają do wspólnego worka z naklejką „budżet państwa” i stamtąd rozdysponowane zostają na przychylanie nam nieba przez rządzących i koegzystujący z klasą polityczną aparat urzędniczy - oczywiście po tym, jak już sami opędzą swe najpilniejsze potrzeby socjalne. A że jest co opędzać, świadczyć może raport Fundacji Republikańskiej z 2013 roku „Wynagrodzenia w administracji publicznej” z którego wynika, że łączny koszt utrzymania sektora publicznego to 88 miliardów zł.

Na co więc idą nasze podatki? Wpływy z podatku dochodowego od osób fizycznych za rok 2013 miały wynieść według prognoz ustawy budżetowej 42,9 mld złotych. Oznacza to, że nasz PIT wystarcza na pokrycie ok. połowy kosztów administracji publicznej. Nawet jeśli doliczyć do tego inny podatek dochodowy – CIT płacony przez przedsiębiorstwa – 29,6 mld, to i tak okazuje się, że to za mało i trzeba dołożyć z VAT-u (126,4 mld zł), bądź akcyzy – 64,5 mld. Ale jest jedna pozycja budżetowa, która jak ulał pasuje do wpływów z podatku dochodowego. Tym punktem są koszty obsługi zadłużenia Skarbu Państwa. Tak się składa, że w 2013 roku wyniosły one łącznie 42,7 mld zł – czyli niemal dokładnie tyle, ile wpływy z PIT. Jeśli zatem, podatniku, głowisz się na co idzie Twój PIT, to właśnie otrzymałeś odpowiedź. Haracz od dochodów przynoszony w zębach skarbówce przeznaczany jest w całości na spłatę odsetek od pożyczek zaciągniętych przez kolejne rządy u rozmaitych lichwiarzy zwanych kurtuazyjnie „inwestorami”. A nie jest to mało – wedle oficjalnych danych w 2013 dług publiczny wynosił 838,1 mld zł, zaś wg balcerowiczowskiego „licznika długu”jest to już ponad 1 bln zł. Warto dodać, że rządy Platformy zadłużyły Polskę na niemal drugie tyle, co wszyscy poprzednicy po 1989 roku. Jak więc widać, przy takim rozmachu nie można sobie pozwolić na fanaberie w rodzaju podniesienia kwoty wolnej od podatku, którą mamy najniższą w Europie (3091 zł), co powoduje, iż podatki płacą nawet osoby żyjące poniżej progu ubóstwa – czyli wyróżniamy się na tle innych krajów jedynym w swoim rodzaju podatkiem od nędzy. Ale cóż poradzić – trzeba się solidarnie zrzucać na długi Rostowskiego, ciepła woda w kranach nie płynie za darmo, nawet na „zielonej wyspie”.

Warto zwrócić uwagę na szereg absurdów związanych z PIT-em. Otóż podatek ten w znacznej mierze polega na przepompowywaniu pieniędzy budżetowych. Tak się bowiem składa, że płacony jest m.in. od dochodów otrzymywanych w różnych formach od państwa. 2,5 mln podatników to pracownicy budżetówki, dalsze 7,5 mln to emeryci i renciści, do tego dochodzą beneficjenci opieki społecznej otrzymujący zasiłki i zapomogi socjalne. Owe „wirtualne dochody” jak nazywa to Centrum Adama Smitha polegają w skrócie na przekładaniu pieniędzy publicznych z jednej kieszeni do drugiej. A jeszcze warto wspomnieć o „podatnikach wyzerowanych”, którzy najpierw odprowadzają zaliczki, by później otrzymać zwrot tego, co wpłacili – szacuje się, że to kolejnych 10 mln. Podsumowując, realnie podatek dochodowy płaci w Polsce jakieś 4-5 mln osób. Przy jego obsłudze zatrudniona jest armia urzędników (80% całego aparatu skarbowego) kosztująca rocznie 2 mld złotych (dane Fundacji Republikańskiej). Czas poświęcany przez podatników na wypełnienie PIT-ów to równoważnik 16 tys etatów. Można sądzić, że właśnie to w dużej części sprawia, iż według OECD mamy najmniej efektywny aparat skarbowy wśród wszystkich członków organizacji. Dość powiedzieć, że na każde 100 zł wpływów z podatków, aż 1,72 zł wynoszą koszty administracji skarbowej. Jest to rekord. Z kolei raport Banku Światowego „Paying Taxes 2013” sytuuje nasz system podatkowy na 114 pozycji spośród 183 państw. A wszystko po to, by uzyskać raptem ok 14% wpływów do budżetu państwa, z czego znaczna część, jak wspomniałem wyżej, i tak pochodzi z różnych form redystrybucji. Koniec końców, wychodzi na to, że PIT jest kosztowną fikcją utrzymywaną chyba jedynie w celach dyscyplinujących - by podatnik, niczym potencjalny przestępca, czuł nad sobą władną dosięgnąć go w każdym momencie opresyjną rękę państwa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/podatek-od-n%C4%99dzy#.VS1xJPBvAmw

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 16 (17-23.04.2015)