Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rząd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rząd. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 września 2011

Głasnost’ w Priwislanskim Kraju II


Determinacja w przepychaniu nowelizacji Ustawy o dostępie do informacji publicznej świadczy o skali przeniewierstw, które planuje Platforma.



I. Ujawnianie przez utajnianie


My tu sobie pitu-pitu, a tymczasem nie-miłościwie panująca Platforma Obywatelska na ostatnim posiedzeniu Sejmu tej kadencji (16.09.2011) przepchnęła kolanem nowelizację Ustawy o dostępie do informacji publicznej, zawierającą zapis uniemożliwiający dostęp do istotnych informacji. Sprawa ma swoją bogatą i wielowątkową historię, którą jakiś czas temu opisałem w notce „Głasnost’ w Priwislanskim Kraju”. W skrócie, chodzi o proponowany pierwotnie przez rząd zapis umożliwiający utajnianie informacji ze względu na „ważny interes gospodarczy państwa”, jeśli miałoby to osłabić „zdolność negocjacyjną Skarbu Państwa w procesie gospodarowania jego mieniem albo zdolność negocjacyjną RP w procesie zawierania umowy międzynarodowej" lub „utrudniłoby w sposób istotny ochronę interesów majątkowych RP w postępowaniu przed sądem, trybunałem lub innym organem orzekającym" (cyt. PAP, za wnp.pl). Przepis dotyczy nie tylko organów państwa, ale wszystkich instytucji wykonujących zadania publiczne (!) - również prywatnych.


Jak łatwo się domyślić, tak rozciągliwe sformułowania jak „ważny interes gospodarczy”, „ochrona interesów majątkowych” czy „zdolność negocjacyjna” mają na celu maksymalne rozszerzenie sfery uznaniowości przy utajnianiu danych dotyczących na przykład:


- prywatyzacji kluczowych przedsiębiorstw (Lotos!);


- umów typu kontrakt gazowy;


- planowanego mostu energetycznego z Kaliningradem;


- negocjacji umów mogących zaważyć na przyszłości polskiej gospodarki w rodzaju „pakietu klimatycznego”;


- postępowań przed międzynarodowymi trybunałami mogącymi skutkować wypłatą odszkodowań przez Skarb Państwa;


- zobowiązań podejmowanych np. w ramach paktu „Euro Plus”;


- roszczeń „odszkodowawczych” ze strony Izraela i organizacji żydowskich (program „HEART”);


- kwestii związanych z rozpoznaniem złóż gazu łupkowego, jego eksploatacją i przyszłymi zyskami oraz naszych reakcji na działania podejmowane przez instytucje unijne mające na celu zahamowanie jego wydobycia;


- że o pomniejszych krotochwilach w rodzaju katarskiego inwestora nie wspomnę.


Słowem, chodzi o utajnienie spraw kluczowych dla przyszłości Polski. O tym wszystkim mamy nie wiedzieć – aż będzie za późno.


Oczywiście, ustawa jest rażąco sprzeczna z art. 61 ust.1 Konstytucji, ale zanim ktoś skieruje sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, zanim Trybunał ją rozpatrzy, zanim orzeczenie wejdzie w życie... tym bardziej, że ten sam art. 61 zostawia furtkę w ust.3., gdzie jest mowa o „ograniczeniu prawa” do informacji m.in. właśnie ze względu na przywołany powyżej „ważny interes gospodarczy państwa”. Na ustęp 3. artykułu 61 Konstytucji powoływał się zresztą autor senackiej poprawki wprowadzającej opisane obostrzenia, o czym za chwilę.


II. „Lex Rocki”


Nie mniej skandaliczny niż treść jest sposób przyjęcia ustawy. Pierwotnie, rząd po fali krytyki m.in. ze strony organizacji pozarządowych, wycofał się z kontrowersyjnych zapisów (tzw. „art. 5a”), a „oczyszczona” ustawa przyjęta przez Sejm w trybie pilnym, trafiła do Senatu. I tu zaczęły dać się cuda, albowiem ni z tego ni z owego, senator PO Marek Rocki w ostatniej chwili zgłosił poprawkę przywracającą pierwotne, rządowe rozwiązanie. Uczynił to na posiedzeniu plenarnym „do protokołu”, bez możliwości dyskusji, zaś Senat poprawkę Rockiego przyjął (15.09.2011).


Konia z rzędem temu, kto kojarzył wcześniej tego wybitnego ustawodawcę, który teraz ma szansę przejść do historii jako autor „lex Rocki”.


Ale, oczywiście, to nie koniec jaj legislacyjnych. Projekt ustawy z „kneblowym” przepisem trafił z powrotem do Sejmu. Negatywną opinię wydało Biuro Legislacyjne Sejmu, zaś odrzucenie ustawy zarekomendowała Komisja Administracji i Spraw Wewnętrznych. Wydawało się, że „lex Rocki” padnie – ale nie! Sejm ustawę wraz z poprawką przyjął stosunkiem głosów 187:179. Negatywną rekomendację Komisji odrzuciły PO i PSL (za wyjątkiem kilku posłów z obu partii, którzy się wyłamali), za jej akceptacją głosowała reszta obecnych... za wyjątkiem 10 posłów którzy się wstrzymali. Jeśli wziąć pod uwagę, że większość bezwzględna niezbędna do odrzucenia poprawki Senatu wynosiła 189 posłów, to wychodzi, że właśnie tych 10 wstrzymujących się potrzeba było, aby przepchnąć rozwiązania będące na rękę rządowi. Niefrasobliwością popisał się niestety PiS – 29 posłów tej partii było nieobecnych.


Taki oto prezent zostawiła nam koalicja PO-PSL w ostatnim posiedzeniu Sejmu. Prezent równie parszywy jak ta koalicja, stanowiący symboliczne zwieńczenie tej parszywej kadencji.


III. Manewr „na Tuska”


Zwróćmy uwagę: mamy tu do czynienia z klasycznym dla Tuska zagraniem: badamy, na ile można się posunąć w ograniczaniu praw obywatelskich (a nuż jakoś chyłkiem-boczkiem się uda), jeśli zaś natrafimy na opór, a wokół sprawy zrobi się szumek mogący zaszkodzić nam wizerunkowo, to wycofujemy się, tłumacząc że to nie my, to koledzy, a w ogóle nie ma sprawy, tylko jakieś niedopatrzenie, które zaraz się naprawi. Następnie czekamy na kolejną okazję i ponawiamy próbę. Tak było z podejmowanymi w tej kadencji na różne sposoby usiłowaniami cenzurowania internetu: a to przy okazji „walki z pedofilią w sieci”, to znowu podczas nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji...


Identyczny schemat zastosowano i tym razem – poczekano cierpliwie na koniec kadencji, kiedy uwaga obserwatorów zaprzątnięta będzie bez reszty szczytem kampanii wyborczej i w ekspresowym tempie przegłosowano co trzeba. Determinacja rządu oznacza, że tajność, ta strefa cienia pod osłoną ustawy, będzie Tuskowi w następnej kadencji bardzo potrzebna, co samo w sobie świadczy o skali wałków i przeniewierstw, które planuje Platforma.


Tylko od nas zależy czy na to pozwolimy.


Gadający Grzyb

czwartek, 14 lipca 2011

Głasnost’ w Priwislanskim Kraju


Rządowa nowelizacja ustawy o dostępie do informacji publicznej, to zalegalizowanie tylnymi drzwiami „tarczy antykorupcyjnej”.



I. Witamy w erze głasnosti.


Siedzę i płaczę. Normalnie, pozbierać się nie mogę. Oto rząd w swym niewypowiedzianym okrucieństwie postanowił pozbawić obywateli nielicznych chwil niewymuszonej radości, w rodzaju niezapomnianego inwestora z Kataru, ściąganego na ratunek naszym stoczniom za pomocą innowacyjnego i wielce postępowego narzędzia, jakim jest wyszukiwarka internetowa. Nie dowiemy się już o tego typu uciesznych mecyjach, o tych mniej uciesznych zresztą też nie.


Wszystko to za sprawą skierowanego właśnie do Sejmu, a przyjętego niedawno przez rząd Umiłowanego Premiera Donalda Tuska, projektu nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej oraz niektórych innych ustaw, o czym proudly zawiadamia w swym komunikacie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. W wyniku tejże nowelizacji powstanie „centralne repozytorium informacji publicznych - nowy tryb dostępu do informacji publicznej i jej ponownego wykorzystywania” (cyt. za komunikatem MSWiA).


No i pięknie. Wszystkie ważne informacje publiczne zgromadzone w jednym miejscu, na dodatek jest to wypełnienie sensownej akurat (przypadkiem?) unijnej dyrektywy (2003/98/WE), którą mieliśmy zaimplementować do krajowego prawodawstwa już w 2005 roku. Obecnie pozostajemy jedynym krajem UE, który jeszcze unijnego rozwiązania nie wdrożył, choć ostrzeżenie od Komisji Europejskiej przyszło już w 2008 roku ( za „Polska The Times”).


Nasz nie-rząd, tak skądinąd spolegliwy wobec euro-czynników, jednak wyraźnie się nie spieszył i nawet nie zwalał winy na Kaczyńskiego, że nie przyjął dyrektywy, kiedy był przez dwa lata u władzy. Ale teraz nagle wziął się i będzie wprowadzał. Ba, wprowadzał będzie radykalnie, zdecydowanie, że tak powiem, tnąc do kości. Skąd ten nagły przypływ pracowitości? Ano stąd, że obecna „waadza” liczy na drugą kadencję, w której to kadencji ma się dokonać wyprzedaż ostatnich sreber rodowych. Licytacja owych sreber zaś ma nie tylko odwlec w czasie krach finansów publicznych, ale również sprzedawane dobra – ma się rozumieć – nie mogą trafić w przypadkowe ręce...


II. Ujawnienie przez utajnienie – cz.1.


Cóż, pozwoliłem sobie na porcyjkę zgryźliwości, ale to dlatego, moi mili, iż wyjątkowo mu „nie leżącą”, unijną dyrektywę, nasz nie-rząd postanowił wprowadzić w typowy dla siebie, krętacki sposób. Jest to mianowicie metoda, którą nazwałbym „ujawnieniem przez utajnienie”. Z jednej strony czytamy bowiem:



„Co do zasady, każdemu będzie przysługiwać prawo do ponownego wykorzystywania informacji publicznej – bez ograniczeń i bezpłatnie. Jeśli jednak przygotowanie informacji do ponownego wykorzystywania będzie wymagało poniesienia dodatkowych kosztów, trzeba będzie zapłacić za jej udostępnienie.”



oraz:



„Każda informacja publiczna ma podlegać udostępnieniu i ponownemu wykorzystywaniu na zasadach: przejrzystości, niedyskryminacji i niewyłączności.”



No i okej. Głasnost’ pełną gębą, prawie jak za Gorbaczowa. Petent otrzyma informacje, jeśli to będzie wymagało ze strony repozytorium dodatkowych kosztów, to zapłaci, wszystko jasne.


Ale co czytamy z drugiej strony? Ano takie kwiatki:



„Zasób informacyjny oraz podmioty obowiązane do jego przekazania do centralnego repozytorium określi w drodze rozporządzenia premier.”



Czyli to premier Tusk będzie arbitralnie ustalał aktem prawnym niższego rzędu (rozporządzenie) jakie informacje znajdą się w repozytorium. Tu muszę poczynić małą dygresję i przypomnieć pewien proces ciągnący się, jak to u nas, niczym glut z nosa.


III. Pokłosie procesu o „tarczę antykorupcyjną”.


Otóż kilka tygodni temu rząd ostatecznie przegrał proces o ujawnienie informacji dotyczących tzw. „tarczy antykorupcyjnej”. Sprawę skierowała do sądu organizacja pozarządowa – Stowarzyszenie Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich należąca do Antykorupcyjnej Koalicji Organizacji Pozarządowych. Chodziło o udostępnienie przez rząd informacji (protokołu) na temat posiedzenia kolegium d/s służb specjalnych, które odbyło się 8 maja 2008 roku, na którym to posiedzeniu Donald Tusk wydał polecenie stworzenia „tarczy antykorupcyjnej” mającej „osłonić” najważniejsze zamówienia publiczne, kluczowe prywatyzacje, przetargi (m.in. dotyczące „Orlików”) i budowę Stadionu Narodowego. „Tarczę” miały stworzyć ABW, CBA i Służba Kontrwywiadu Wojskowego.


Rychło powstały wątpliwości, czy owa „tarcza” nie jest aby de facto sposobem na utajnienie różnych machlojek, których strzec mają połączone siły służb specjalnych Organizacjom pozarządowym Kancelaria Premiera odmówiła dostępu do protokołu z posiedzenia kolegium, gdyż ten opatrzony został klauzulą „tajne”, a takową klauzulę może zdjąć z dokumentu jedynie premier. Premier zaś, jak łatwo się domyślić, nie miał takiej „woli politycznej”.


16 grudnia 2010 Kancelaria Premiera przegrała sprawę przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Warszawie, lecz postanowiła procesować się do upadłego, co samo w sobie jest znaczące, i skierowała do Naczelnego Sądu Administracyjnego skargę kasacyjną. Skarga ta została oddalona 17.06.2011, oznacza to jednak tylko tyle, że Kancelaria Premiera będzie musiała ponownie rozpatrzyć wniosek Stowarzyszenia Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich. Kiedy to uczyni? Przypuszczam, że zlekceważy ustawowe terminy i poczeka do wejścia w życie nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej. Jaka będzie odpowiedź? Reprezentujący SLLGO Krzysztof Izdebski nie ma złudzeń: „Spodziewam się znowu odmownej decyzji, tyle że z uwzględnieniem dzisiejszego wyroku" (cyt. za „Gazeta Prawna.pl”).


Od siebie dodam, że pod każdą szerokością geograficzną dla zwalczania korupcji kluczowym elementem jest jawność, a nie żadne supertajne „tarcze”. Dziwić tu może brak zaangażowania w sprawę Transparency International, ale może nie chcą robić przykrości byłej szefowej polskiego oddziału tej organizacji, Julii Piterze, która jako minister w rządzie Tuska już bodaj czwarty rok płodzi w pocie czoła legendarną „ustawę antykorupcyjną”...


IV. Ujawnienie przez utajnienie – cz. 2.


A teraz wracamy do rządowej nowelizacji ustawy o dostępie do informacji publicznej. Tak się bowiem składa, że za jej pomocą rząd nieformalne praktyki dotyczące „tarczy antykorupcyjnej” pragnie teraz przekuć na literę prawa, pod osłoną euro-dyrektywy, by opisana wyżej kasacyjna wtopa już nigdy mu nie zagroziła. Patrząc na chronologię, nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż właśnie owa przegrana przed NSA skarga kasacyjna sprawiła, że rząd nagle, w ostatniej chwili, ku zaskoczeniu organizacji pozarządowych, zdecydował się wprowadzić ograniczenia w dostępie do informacji publicznej.


Cóż bowiem czytamy w komunikacie MSWiA?



„Ze względu na ochronę porządku publicznego i ważny interes gospodarczy ograniczono dostęp do niektórych informacji publicznych. Chodzi np. o analizy prywatyzacyjne zlecane przez ministra skarbu państwa dla potrzeb gospodarowania mieniem Skarbu Państwa, w tym jego komercjalizacji i prywatyzacji. Projekt nowelizacji ogranicza także dostęp do instrukcji negocjacyjnych, czyli zgodnie ze zwyczajem międzynarodowym do momentu podpisania umowy jej tekst nie będzie podawany do informacji publicznej.



Krótko mówiąc, obywatele mogą mieć dostęp do wszystkiego, oprócz informacji kluczowych dla majątku narodowego. Jeśli dołożymy do tego wspomniany wcześniej arbitralny tryb określania informacji, które mają znaleźć się w centralnym repozytorium informacji publicznych (przypomnę – określać to będzie premier w drodze rozporządzenia), to otrzymamy sformalizowany odpowiednik „tarczy antykorupcyjnej”.


Tak się bowiem składa, że „zastrzeżone” pozostaną właśnie te informacje, które w ramach „tarczy”, na polecenie premiera Tuska mają obecnie pod swoją kuratelą służby specjalne z danymi dotyczącymi kluczowych prywatyzacji na czele. Można przypuszczać, że tą drogą utajnione zostaną prywatyzacje Lotosu, Giełdy Papierów Wartościowych, Banku Gospodarki Żywnościowej, Pekao S.A... Jeżeli Tusk zdecyduje się dopisać w ramach rozporządzenia m.in. budowę Stadionu Narodowego i pozostałe największe inwestycje związane z przygotowaniami do Euro 2012, a także np. „Orliki” to będziemy mieli „antykorupcyjny” komplet.


Dodajmy jeszcze planowane ograniczenia dostępu do „postępowań przed sądami, trybunałami i innymi organami orzekającymi, z udziałem Rzeczypospolitej Polskiej, Skarbu Państwa lub jednostek samorządu terytorialnego” (cytat za „Rzeczpospolitą”) - i otrzymamy zestaw najbardziej potencjalnie kłopotliwych dla rządu (i groźnych dla Polski) tematów, które mają zostać w majestacie prawa, w usystematyzowany sposób, schowane pod suknem.


V. W oczekiwaniu na pieriestrojkę.


Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, że „tarcza” miała służyć utajnieniu tego, co przed oczyma tubylczej gawiedzi miało zostać ukryte, a nie żadnej walce z korupcją, to po zapoznaniu się z założeniami omawianej tu nowelizacji chyba pozbył się ostatecznie złudzeń.


Powtórzmy: poprzez nowelizację ustawy o dostępie do informacji publicznej nastąpić ma pełna legalizacja „tarczy antykorupcyjnej”. Warto dodać, że projekt został skierowany do Sejmu w trybie pilnym, co oznacza, „że projekt w Sejmie będzie głosowany, a nie konsultowany” (czyt. za "Rzeczpospolitą”), tak więc pan Izdebski i różne Antykorupcyjne Koalicje Organizacji Pozarządowych będą mogły co najwyżej bezsilnie gardłować. Zostaje jeszcze oczywiście skarga do Trybunału Konstytucyjnego i mam nadzieję, że opozycja wspólnie z organizacjami pozarządowymi z tej ostatniej deski ratunku skorzysta. Obawiam się jednak, że zanim Trybunał wyda orzeczenie, będzie już „po ptokach”, czyli m.in. po Lotosie.


Tak, nie ma to jak głasnost’. Ciekawe, jak będzie wyglądała powyborcza pieriestrojka...


Gadający Grzyb

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Przyszła koalicja: PO-SLD



Ostatnie poczynania Platformy Obywatelskiej to przygotowywanie gruntu pod przyszłą koalicję z SLD.



I. Oczyszczanie przedpola.


Pamiętają może Państwo ile to było niedawno wrzasku w reżimowych mediodajniach, że PiS planuje po jesiennych wyborach koalicję z SLD? Mówiąc pół żartem pół serio, trudno o lepszy przykład psychologicznego mechanizmu przeniesienia, czyli przypisania własnych intencji przeciwnikowi. Mówiąc zaś zupełnie poważnie, była to operacja mająca na celu wymuszenie na PiS deklaracji, że takowa koalicja nie jest brana pod uwagę, po to by oczyścić sobie przedpole. Na podobnej zasadzie Michnik i jego środowisko pryncypialnie gromiło wszelkie inicjatywy podjęcia rozmów z PZPR wychodzące z konkurencyjnych podziemnych środowisk, by następnie samemu dogadać się z komunistami i stać się jedynymi po stronie „opozycyjnej” beneficjentami owoców „okrągłego stołu”.


Cóż – Platforma to typowa bezideowa partia władzy (w języku propagandy IIIRP mówi się o takich - „pragmatycy”), więc różne wolty i zakręty nie szkodzą jej tak, jak ugrupowaniom podkreślającym tradycjonalną ideowość (tacy w języku propagandy IIIRP zwani są dla odmiany „populistami”). W tym kontekście przestaje więc dziwić platformiany zwrot w lewo, zaś zmiana retoryki ma tu służyć wyłącznie przygotowaniu gruntu pod powyborczą koalicję z SLD. Ma oswoić elektoraty obu partii z myślą o przyszłym sojuszu, tak by ten mariaż był do przełknięcia dla opinii publicznej i jawił się jako naturalna konsekwencja przebytej politycznej drogi.


II. Zapateryzm light.


Opisywany ideowy fikołek PO przejawia się przede wszystkim ukłonami pod adresem tzw. lewicy kulturowej. Nagle okazało się, że „związki partnerskie” są OK, nie wyklucza się możliwości adopcji dzieci przez homoseksualistów, zaczęło się podszczypywanie Kościoła (słynne „nasz rząd nie będzie klękał przed księdzem”). Ten zapateryzm w wersji light, lub bardziej swojsko - złagodzony palikotyzm, wprawiał początkowo fanów PO w pewne zakłopotanie, bowiem Platforma chciała uchodzić do tej pory za ugrupowanie umiarkowane, unikające ostrych konfrontacji cywilizacyjno-światopoglądowych, czego wyrazem był bezwład decyzyjny w kwestii zapłodnień in vitro i kokietowanie Kościoła rekolekcjami w Łagiewnikach.


Lewicowy zwrot uzyskał oficjalne potwierdzenie na sobotniej konwencji Platformy, tym bardziej, że został wsparty konkretnymi transferami takich ludzi jak Arłukowicz czy Rosati oraz liberalnej obyczajowo Kluzik-Rostkowskiej. Dodajmy do tego decyzje o wstawianiu na dobre miejsca działaczy SdPl na listach wyborczych, co budzi zresztą niezadowolenie terenowych struktur PO, które czują się wykorzystane (na zasadzie - my tu orzemy w terenie, a miejsca na listach dostają „obcy”). Jeżeli rysowany tu scenariusz się sprawdzi, to po wyborach może się okazać, że różni lewicowi „dysydenci” wcale nie odeszli od swych macierzystych ugrupowań tak daleko...


III. A co z Gowinem?


Charakterystyczna jest w tym kontekście postępująca marginalizacja platformerskich konserwatystów. Na konwencji Platformy zabrakło Gowina (formalnym powodem absencji była hospitalizacja jego wnuka), co trudno interpretować inaczej niż jako sprzeciw wobec obranego przez partię kursu. Zresztą, jak się zdaje nikt z działaczy nie płakał z powodu jego nieobecności, bowiem w tworzącej się konfiguracji Gowin i jego zwolennicy nie są już nawet listkiem figowym, tylko wręcz zawalidrogami.


Gowinowi nie zazdroszczę – będzie musiał bowiem niedługo dokonać trudnego wyboru: albo tkwić w oficjalnie zblatowanej z postkomunistami Platformie i tracić resztki twarzy, albo zrobić rozłam i wzbogacić pejzaż politycznego planktonu, tworząc co najwyżej koalicję z Prawicą RP Marka Jurka czy resztkami po PJN. Teoretycznie możliwe byłoby przejście do Prawa i Sprawiedliwości, lub jakaś forma współpracy, ale tylko pod warunkiem przełamania pewnych barier psychologicznych po obu stronach.


IV. Domknięcie systemu.


W tej układance nie można oczywiście pominąć Pałacu Prezydenckiego wokół którego odtwarza się środowisko polityczne dawnej Unii Demokratycznej, której idee fixe od zawsze był „historyczny kompromis” między „światłą” częścią dawnej solidarnościowej opozycji a „liberałami” wywodzącymi się z PZPR. Przy błogosławieństwie Pałacu, tudzież wsparciu służb „tajnych widnych i dwupłciowych” oraz mediów ten scenariusz jest bliższy realizacji niż kiedykolwiek.


W ten oto sposób system polityczny IIIRP zostanie ostatecznie domknięty i nawet powstanie PJN plus dalsza ewolucja w stronę przystawki PO (mimowolnie lub nie) wpisuje się w ten obrazek. Tak się bowiem składa, że w czasach, kiedy powstawały PiS i Platforma, licytujące się do pewnego momentu w radykalnej krytyce Trzeciej i postulatach budowy Czwartej RP, wielu ludzi znalazło się w każdym z tych ugrupowań „przypadkowo”. Taki Poncyliusz czy Kluzik-Rostkowska zdecydowanie bardziej pasują do Platformy, zaś pewnie w PO znalazłoby się trochę osób bardziej nadających się do Prawa i Sprawiedliwości. Jeżeli PJN zostanie do reszty zwasalizowane, lub się rozpadnie na tych którzy pójdą w ślady Kluzik-Rostkowskiej i tych, którzy wdzieją wór pokutny i powrócą do PiS-u, zaś platformerscy „konserwatyści” zdecydują się na secesję, to porządkowanie sceny politycznej znajdzie swój logiczny finał. Będzie „centrolew” z PO i SLD kontra „centroprawica” reprezentowana przez PiS i plankton, zaś między nimi obrotowy koalicjant, czyli PSL reprezentujące lobby „agrarne”.


V. Orkiestra czeka. Czy może czekać Polska?


Na zakończenie zwrócę uwagę, że to co w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości miało być szczytem politycznego cynizmu i wyrachowania (owa mityczna koalicja z SLD), w wykonaniu Platformy przedstawiane jest jako odpowiedzialne działanie respektujące demokratyczną wolę obywateli. Tak się bowiem składa, że TVP, jakby reagując na nową, prolewicową linię Partii i Rządu, przeprowadziła sondaż zaprezentowany w niedzielnych (dzień po konwencji PO) „Wiadomościach” i skwapliwie przedrukowany na stronach internetowych „Wyborczej”, z którego wynika, że większość obywateli życzy sobie koalicji PO-SLD. Jest to wyraźny sygnał, że propagandowa orkiestra czeka tylko na znak, by przystąpić do szturmu na świadomość wyborców.


Co z tym wszystkim ma zrobić PiS? Dobre pytanie. Póki co nie zanosi się bowiem na miażdżącą wygraną w stylu Orbana. Owszem, PiS może czekać na ostateczny krach wszystkiego, jeszcze przed końcem następnej kadencji i zgarnięcie całej puli, pamiętając doświadczenia z poprzednimi koalicjantami będące wynikiem błędnej decyzji o nierozpisywaniu przedterminowych wyborów przy okazji „kryzysu budżetowego”. Osobiście obstawiam, że spodziewane załamanie nastąpi – z różnych przyczyn - po Euro 2012, a więc niedługo. Tak więc PiS może ten rok-dwa poczekać. Pytanie, czy może czekać Polska.


Gadający Grzyb

piątek, 3 czerwca 2011

Klątwa Kaczyńskiego


Jarosław Kaczyński rzucił na Polskę klątwę mówiąc, że jeżeli nie da się zbudować obwodnicy Augustowa, będzie to znaczyło, iż niczego nie da się w Polsce wybudować.



I. Dajmy se siana z tymi autostradami...


Jak podały mediodajnie, chińska firma Covec wycofuje się z budowy odcinka autostrady A2 między Łodzią a Warszawą. Przedsiębiorstwo od tygodni zalega podwykonawcom z płatnościami, a za odstąpienie od kontraktu grozi mu wypłata odszkodowania na konto Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w wysokości 741 mln złotych. Nad firmą zawisło widmo bankructwa.


Czytam te wieści i oczom nie wierzę. Chińscy „ludowi kapitaliści”, którzy potrafili zorganizować olimpiadę, wybudować superszybką kolej w Tybecie na niebosiężnych wysokościach, którzy grodzą zaporą jedną z największych rzek świata... ci „kapitalistyczno-ludowi” Chińczycy weszli do Polski ze śmiesznym zdawałoby się, jak na ich możliwości, zadaniem wybudowania 50 km autostrady na płaskim, nizinnym terenie... i trrrach! Wystarczyło nieco ponad półtora roku – i ogólna załamka, zastój na budowie, bankructwo, uprzejmie dziękujemy.


Powiem tak. Jeżeli nawet „żółty człowiek”, który we współczesnym świecie cieszy się w pełni zasłużoną opinią takiego, co to wyprodukuje i wybuduje wszystko (a w XIX wieku np. położył Amerykanom kolej przez prerie i to nękany napaściami Indian), jeżeli ten „żółty człowiek” powiadam nie poradził sobie z budową paru kilometrów banalnej drogi, to znaczy że z jakichś - nadprzyrodzonych zapewne – przyczyn, budowa autostrad w Polsce jest zadaniem niewykonalnym. Nie da się i już. Próbowali już różni i na różne sposoby, zatem obiektywnie patrząc, zadanie jest niemożliwe do realizacji. Przecież jeżeli nawet, jakimś cudem, uda się tu i ówdzie oddać do użytku jakiś dwudziestokilometrowy odcinek, to i tak najdalej za pół roku musi wkraczać tam abarot ekipa, by rozpocząć serię niekończących się remontów.


Wniosek: lepiej z tymi autostradami dać sobie spokój. Szkoda nerwów i pieniędzy – najwyraźniej nie są nam one przeznaczone.


II. Euro-klapa i piar.


Tyle, że Umiłowany Rząd i jeszcze bardziej Umiłowany Przywódca Donald Tusk z budowy autostrad w kontekście przygotowań do Euro2012 uczynili jeden ze swych propagandowych sztandarów. Wycofać się? Teraz? Hmm, jakoś tak łyso, jakoś nie teges. Póki co zatem Umiłowany Przywódca marszczy srogo brwi i tęsknie rozgląda się za kryzysową kurteczką, tylko, że kuhhna, na kuhhteczkę za gohhąco... Zostaje zatem zabawa w dobrego cara i złych ministrów, czyli opatyczanie przedstawicieli kolejnych resortów, o czym donoszą z wypiekami na twarzy żurnaliści, na podstawie kontrolowanych przecieków: - wiecie, rozumiecie, Donald się wściekł... - Ooo... - szemrze w odpowiedzi dziennikarski tłumek – Tuhaj-Bej rozserdywsia... rozserdywsia duże...


Tymczasem, gdy już mowa o tym czego zwyczajnie nie da się w Polsce wybudować – otóż do dróg, lotnisk i kolei dołączyły niespodziewanie stadiony, notujące kolejne niedoróbki i opóźnienia, zaś na jedynym wybudowanym, w Poznaniu za cholerę, to jest, za Chińczyka ludowo-kapitalistycznego nie chce się przyjąć trawa. W związku z tym, w zaciszu premierowskich gabinetów trwa gorączkowa szamotanina, jak wyjść piarowsko z twarzą z tej kompromitacji. Mam zatem dla osobistego tuskowego ober-piarowca, pana Ostachowicza, radę prostą jak drut: zwalcie wszystko na Jarosława Kaczyńskiego!


III. Klątwa.


Jak może niektórzy jeszcze pamiętają, a tym co nie pamiętają przypomni rozesłany po zaprzyjaźnionych redakcjach „przekaz dnia”, Jarosław Kaczyński rzucił na Polskę klątwę, co jest zresztą zgodne z jego nienawistnym, pisowskim, charakterem. Podczas pamiętnej „obrony doliny Rospudy” ów czarnoksiężnik rzekł bowiem, że jeżeli nie da się zbudować obwodnicy Augustowa, będzie to znaczyło, iż nie da się w Polsce wybudować niczego. I proszzz... Lata mijają, Partia i Rząd z premierem Tuskiem osobiście zwijają się jak w ukropie, a tu, z nadprzyrodzonych - jak nadmieniłem wyżej – przyczyn, nic jakoś nie chce powstawać. Wniosek może być tylko jeden: klątwa Kaczora wciąż działa. Budowy się ślimaczą niczym roboty przy piramidach, udręczony lud płacze i szlocha, a ten zajadły nienawistnik siedzi w swej żoliborskiej wieży i zaciera szponiaste dłonie...


Czy tak być musi? Otóż nie, nie musi! Należy dać odpór po linii i na bazie i zdemaskować ten kolejny, ohydny, kaczystowsko-faszystowski spisek wymierzony w Euro 2012 oraz infrastrukturę! Pióra redaktorów Paradowskiej i Żakowskiego, Czuchnowskiego i Kublik, Wojciecha Mazowieckiego i Stefana Bratkowskiego oraz państwa Kuczyńskich już drżą w niecierpliwych palcach. Mikrofony Kuźniara i Miecugowa, Kolendy-Zaleskiej i Moniki Olejnik wyją bojowymi surmami sprzężeń. Panie Ostachowicz, czas grać larum! Do dzieła!


Gadający Grzyb

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Karnawał u Prezydenta


...czyli półgęskowe Ministerstwo Wolności Narodowej.



Jak doniosły mediodajnie, Jego Wspaniałość Bronisław „Panie Kochanku” Komorowski, pan na Belwederze, Obornikach, Ruskiej Budzie, et caetera, et caetera, et caetera... w czas MAK-owej zawieruchy zaniemógł na infekcję górnych dróg oddechowych, przez co nie mógł wydać z siebie głosu do Narodu, za to mógł poświergolić telefonicznie z prezydentem Miedwiediewem. No więc, jak to w końcu jest? Postanowiłem sprawdzić - odkurzywszy ciuszki Inwigilatora - agenta 0-700 wemknąłem się na nieoficjalną biesiadę w Belwederze, zakamuflowany za pomocą mojej super-duper-komórki jako faska bigosu. Na belwederskiej „domówce” u Głowy Państwa perorowano w najlepsze. Po dość nudnawym omówieniu stanu bieżącego posiadania, Jego Wspaniałość stuknąwszy w kieliszek, zabrał głos i przeszedł z właściwą sobie jowialną swadą do zarysowania przyszłościowej wizji. Com podsłuchał, przytaczam:


„... niemniej, nie oszukujmy się, towarzysze. Są cały czas w tym kraju grupki jątrzących malkontentów i politycznych bankrutów, którzy swym jątrzącym bankrutyzmem sieją malkontenckie plewy, na których pieką swe tłuste półgęski ich zapluci mocodawcy z wiadomych, odwetowych kręgów. Urządzają marsze i zebrania, kontestując wolność słowa, nad którą to wolnością troskliwą pieczę roztaczają Rząd i Partia z pełnym, chciałbym to mocno podkreślić, poparciem społeczeństwa, wyrażanym w sondażach, w których to, bez zbędnej żenady mówiąc, osiągamy kwadrylion koma trzy dziesiąte procent poparcia. Ale, jak powiedział słynny mędrzec, pan Tarei, wszystko płynie, zatem nie zasypiajmy gruszek pod korcem MAK-u. Wolność nie może sobie chadzać ot tak, samopas. Prawdziwa wolność bowiem wyraża się, że tak powiem, instytucjonalnie, zatem postuluję powołanie Ministerstwa Wolności Narodowej w odzewie na postulaty wiodących dojarek z kołchozów zlokalizowanych przy ulicach Czerskiej, Wiertniczej, Ostrobramskiej i niedawno przywróconych społeczeństwu placówek na Myśliwieckiej i Woronicza.


Ministerstwo Wolności Narodowej, jako jedynie słuszna odpowiedź na wzmiankowane tu społeczne zapotrzebowanie, zajmie się tropieniem i unieszkodliwianiem wrogów wolności - owych nieodpowiedzialnych elementów zatruwających przynależną nam swobodę swymi zbankrutowanymi miazmatami malkontenctwa, wyklutymi z tłustych półgęsków. Owe tłuste półgęski, towarzysze, nie biorą się znikąd i nie wspominam o nich bez przyczyny, albowiem ich brudne koryto zanieczyszcza atmosferę pojednania z bratnim narodem, godząc w sojusz polsko-MAKowski. Wyrażę to z całą mocą, drodzy towarzysze: nie ścierpimy wrażych kretowisk w Ruskiej Budzie pojednania. Ministerstwo Wolności Narodowej jest potrzebą chwili bieżącej i przyszłej. Wiem, człon „narodowy” w nazwie postulowanej instytucji wywołuje słuszną odrazę w waszych uszach, niemniej zważmy na realia i materiał ludzki z którym przychodzi nam się tu użerać – ja sam musiałem udawać polskiego, tfu, szlachciurę, by zyskać kilka procent więcej z wyborczej puli, która i tak cała nam się należy.


A zatem, cały lud pracujący, zarówno młody, wykształcony, miastowy, jak i ten z tak bliskiej memu sercu WSI, winien wiedzieć, że półgęsków... przepraszam, że ja ciągle z tymi półgęskami, ale jak wiadomo, nie rosną one na drzewach. Otóż, półgęski a nawet całe gęsi dawni Polacy przyrządzali na świętego Marcina... nie wiem, czy tłumaczka sobie z tym poradzi... a tak, jako mundurowa oddaliła się by honorowo palnąć sobie w potylicę... odziedziczyliśmy po teściach pewne znajomości... Co ja to...? A, właśnie: półgęski. Przekażcie przepis Donkowi, bo ostatnio jakiś taki niedożywiony. Sławku... no, SŁAWOMIRZE NOWAK! Nie śpij-że, kiedy ja tu biję w tarabany. Jako łącznik z Rządem przekażesz mój postulat odnośnie nowego Ministerstwa... Jak to, gdzie? Pisz na Dolomity!


Panie generale, chciałbym tu z całego serca podziękować za półgęsek... to jest, za twórczą inspirację Stanu Wojennego... co ja z tym półgęskiem... no cóż, jak wiadomo, mowy powinny być krótkie a półgęski długie... głodnemu chleb na myśli... Ot, co tu dalej gadać - wznieśmy toast, towarzysze, za naszego honorowego gościa, szczodrego ambasadora zaprzyjaźnionego mocarstwa, Aleksandra Aleksiejewa! Ura! Urra! Urrraaaa!


Uuuch... Nie ma to jak „Moskowskaja”. Pamiętam, że raz na polowaniu, kiedy to postrzeliłem się w... no, mniejsza z tym. Panie i panowie! Po kolacji tradycyjna zabawa w rozdzieranie postawu czerwonego sukna! Andziu, podaj mi faskę z tym apetycznym bigosikiem... tak, właśnie tę... i półgęsek...”


***


Obezwładniony słowotokiem Gospodarza w ostatniej chwili dostrzegłem pulchne dłonie Pierwszej Damy wyciągające się właśnie po mnie – skromną faskę z bigosem. Jakież było zdziwienie gości, gdy za pomocą mojej miniaturowej super-duper-komórki wzniosłem się w powietrze i uleciałem przez otwarty lufcik. Wkrótce jednak rozległy się brawa – solidnie podchmieleni goście uznali mój odlot za wstęp do części kulturalnej – tej z klaunami, co to robią różne ucieszne hece. Nawet Gospodarz z właściwą sobie inteligencją zaczął klaskać spoconymi wąsikami niedorobionego sarmaty. Jedynie wiecznie trzeźwy Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny Federacji Rosyjskiej w Rzeczypospolitej Polskiej, Aleksander Nikołajewicz Aleksiejew, odprowadził mnie uważnym spojrzeniem. Ja tymczasem zawisłem nad Stolicą.


Mury Belwederu do późnej nocy trzęsły się od toastów i wiwatów.


Wasz Inwigilator, agent 0-700.


Gadający Grzyb