Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vaclav Klaus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vaclav Klaus. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 czerwca 2017

Exit Wyszehradu?

Zmierzamy do euro-dyktatu realizującego wobec opornych taktykę sankcji, szykan i represji, podporządkowaną politycznym interesem Berlina.


I. „Czexit”?

Były prezydent Czech (2003-2013), Vaclav Klaus, stanowczo skomentował wszczęcie przez Komisję Europejską procedury dyscyplinującej wobec państw sprzeciwiających się programowi relokacji migrantów. Oddajmy mu głos, bo na tle euro-poprawnej „mowy-trawy”, czeski polityk jawi się jako prawdziwy mąż stanu, potrafiący jasno i wyraziście sformułować diagnozę rzeczywistości i – co ważniejsze – wyciągnąć adekwatne wnioski. „Podejmując ten krok, Komisja Europejska dokładnie pokazała, jaka jest pozycja Czech w Unii Europejskiej. Odrzućmy to ciągłe poniżenie. Nie możemy pozwolić na przekształcenie naszego kraju w wielokulturowe społeczeństwo, jak to ma miejsce teraz we Francji czy Wielkiej Brytanii”. I dalej: „Nadszedł czas, by przygotować wyjście naszego kraju z Unii Europejskiej. To jedyna dobra ścieżka dla Czech, nasz głos jest ignorowany”. Trzeba tu dodać, że Vaclav Klaus również jako czynny polityk stanowczo sprzeciwiał się różnym lewackim szaleństwom, takim jak „walka z klimatem”, był również mocno niechętny przyjęciu przez jego kraj Traktatu Lizbońskiego – jak się dziś okazuje, słusznie. Mało kto pamięta, ale z tego tytułu uchodził w europejskim lewicowo-liberalnym mainstreamie za czarną owcę – niczym nie przymierzając dzisiaj Victor Orban, czy Jarosław Kaczyński. Można powiedzieć, że był prekursorem późniejszych ruchów eurosceptycznych i suwerennościowych, zawsze trzeźwo i racjonalnie argumentując, dlaczego Unia Europejska w obecnym kształcie brnie w ślepy zaułek i jakie zagrożenia wynikają z obecnego kursu Brukseli.

Oczywiście, jego postawa była powodem nieustannej furii euro-lewactwa, o czym Klaus, jeszcze jako prezydent, przekonał się przy okazji kuriozalnej wizyty jaką 5 grudnia 2008 r. (na trzy tygodnie przed objęciem przez Czechy prezydencji w UE) złożyli na Hradczanach przedstawiciele europarlamentu, próbując wymusić w obcesowy sposób na czeskim przywódcy zgodę na Traktat Lizboński. W skład delegacji wchodził taki „kwiat” europejskich „demokratów” jak anarchista i pedofil Daniel Cohn-Bendit, Hans-Gert Poettering, czy niedouczony alkoholik Martin Schulz. Wzburzona przebiegiem spotkania prezydencka kancelaria opublikowała zapis spotkania, które warto przypomnieć, bo stanowi ono swoisty archetyp stylu w jakim Bruksela zwykła porozumiewać się z „nieposłusznymi” krajami członkowskimi. Połajanki różnych „guyów” i Timmermansów nie stanowią bowiem żadnego novum i są elementem utartej od lat praktyki.

Oto próbka „rozmowy”. Cohn-Bendit: „pana poglądy mnie nie interesują, chcę wiedzieć, co pan zrobi, aby zatwierdziły go [Traktat Lizboński] czeski sejm i senat. Czy będzie pan respektował demokratyczną wolę przedstawicieli narodu? Będzie pan musiał to podpisać”. Dalej Cohn-Bendit kontynuuje: „Następnie chcę, aby pan mi wyjaśnił, jaki jest poziom pana przyjaźni z panem Declanem Ganleyem [założycielem eurosceptycznego ruchu „Liberats”]. Sprawując swoją funkcję, nie może się pan z nim spotykać”. Vaclav Klaus: „Dziękuję za to nowe doświadczenie, które zyskałem, spotykając się tu z państwem. Nie przypuszczałem, że coś takiego jest możliwe, i w ciągu ostatnich 19 lat nic podobnego nie przeżyłem. Myślałem, że to należy już do przeszłości, że żyjemy w demokracji, ale w UE naprawdę działa postdemokracja” - i tak dalej w tym stylu aż do końca. Podziwiać należy opanowanie prezydenta Czech, że nie kazał po pięciu minutach wyrzucić „delegacji” za drzwi.


II. Europejski dyktat

Jeżeli od tamtego czasu cokolwiek się zmieniło, to tylko na gorsze – eurokratom, zwłaszcza na fali zwycięstwa Macrona we Francji i proklamowania „Europy wielu prędkości” wyrosły zęby i przeszli od słów do czynów, uzurpując sobie uprawnienia do kontrolowania praworządności, czy narzucania arbitralnych rozwiązań w kwestii przyjmowania „uchodźców”. Tendencja jest wyraźna – zmierzamy do euro-dyktatu realizującego wobec opornych taktykę sankcji, szykan i represji, zazwyczaj podporządkowaną politycznym interesem Berlina. Stąd konstatacja Klausa o potrzebie „czexitu” jawi się jako logiczna konsekwencja obecnej sytuacji, jeżeli chce się ocalić swoją suwerenność. W tym kontekście warto przypomnieć jego tekst z 2013 r. napisany w odpowiedzi na apel europejskiej lewicy (sygnowany m.in. przez Cohn-Bendita) wzywający do utworzenia europejskiego superpaństwa. Klaus pisze: „Apelujemy do wszystkich sił demokratycznych w Europie, do wszystkich, którzy wciąż wierzą, że Europa nie powinna stać się laboratorium kolejnego eksperymentu inżynierii społecznej przeprowadzanego przez wiecznych rewolucjonistów, aby sprzeciwili się tym próbom w równie zacięty, głośny i bezkompromisowy sposób. Demokraci państw europejskich, obudźcie się!”. Jak widać, jego słowa okazały się prorocze.

Jest to również wskazówka dla nas. Nie od rzeczy byłoby wysondować – i to jeszcze przed zbliżającym się szczytem państw Trójmorza – czy apel Klausa znalazł oddźwięk wśród czeskich polityków. Podobną diagnozę sformułowałem niemal półtora roku temu w artykule „Exodus z domu niewoli” na łamach siostrzanej „Polski Niepodległej”, postulując konieczność opracowania planu awaryjnego, na wypadek gdyby dalsze pozostawanie w UE okazało się niemożliwe i nieopłacalne. Jak się zdaje, mamy obecnie do czynienia właśnie z takim rozwojem wypadków – dalsza wegetacja pod brukselsko-berlińską „czapą” zagraża naszym najbardziej żywotnym interesom, z niepodległym bytem państwowym na czele. A wszak to jeszcze nie koniec, bo w najbliższym czasie czekają nas wzmożone naciski na przyjęcie waluty euro, co poskutkuje nie tylko dalszym okrojeniem naszej suwerenności, lecz również katastrofą gospodarczą na wzór krajów południa Europy. W tym momencie z reguły podnoszony jest problem unijnych środków, rzekomo niezbędnych do naszego rozwoju. Cóż, po pierwsze - zważywszy na widmo sankcji finansowych, owe fundusze stają się cokolwiek problematyczne do pozyskania; po drugie – po 2020 r. nowa perspektywa budżetowa będzie dla nas bardzo chuda i zapewne staniemy się płatnikiem netto; po trzecie wreszcie – prognozy pokazują, że z samego uszczelniania podatków polski budżet będzie wkrótce pozyskiwał rocznie tyle samo pieniędzy, co z Brukseli.


III. Exit Wyszehradu?

Najkorzystniejszym dla nas rozwiązaniem byłoby opuszczenie UE w szerszym gronie. Stąd wspomniana konieczność wysondowania nastrojów w czeskiej klasie politycznej, oraz potrzeba intensyfikacji rozmów z pozostałymi regionalnymi partnerami. Jest jeszcze jeden aspekt, na który zwracałem uwagę półtora roku temu – należy zabiegać o roztoczenie nad „exitem” Wyszehradu (bądź jego części) amerykańskiego geopolitycznego parasola ochronnego, inaczej będziemy bezradni w konfrontacji z siłą oddziaływania Niemiec. Akurat nadarza się znakomita okazja jaką jest wizyta na szczycie państw Trójmorza prezydenta USA. Stosunek Trumpa do Unii Europejskiej i przekonanie o jej rychłym rozpadzie jest ogólnie znany. Na naszą korzyść gra też przeorientowanie polityki Waszyngtonu skutkujące chyba najgorszymi stosunkami z Berlinem od czasów II WŚ. Amerykański przywódca jest żywotnie zainteresowany uszczupleniem potęgi Niemiec – zatem nasze interesy są tutaj zbieżne. Tyczy się to również kwestii bezpieczeństwa – kraje naszego regionu, szczególnie Polska, są o wiele bardziej zainteresowane partycypacją w zbrojnym wysiłku NATO od państw „starej Europy”, możliwa jest więc ściślejsza wzajemna reasekuracja (rodzaj „NATO w NATO”) pod amerykańskimi skrzydłami.

Pozostaje mieć nadzieję, że diagnoza Klausa dotrze również do świadomości naszych rządzących dotąd łudzących się, że Unia wysłucha polskich propozycji i nieco wycofa się ze swych hegemonistycznych zapędów. Dziś nie można mieć już wątpliwości – nie wysłucha i nie ustąpi. Będzie tylko gorzej. Dlatego właśnie szczyt Trójmorza powinien być pierwszym krokiem na drodze opracowania wspólnej regionalno-transatlantyckiej strategii wobec samozwańczych europejskich dyktatorów z Berlina i Brukseli. To już naprawdę ostatni moment.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Exodus z domu niewoli


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (23-29.06.2017)

środa, 8 września 2010

Tęsknota za Republiką.


Obrazek z hradczańskiego zamku pokazuje jak pod lupą, gdzie mamy autentyczny republikanizm, a gdzie panuje demokracja fasadowa.

I. Dwa obrazki.

1) Obrazek z Hradczan.

Niedawno byłem na wycieczce w Pradze i podczas zwiedzania Hradczan natrafiłem na taki obrazek:

Wewnętrzny dziedziniec zamku, będącego zarazem siedzibą Prezydenta Republiki Czeskiej (jedno skrzydło). Czas – wkrótce po codziennej, uroczystej zmianie warty, odbywającej się o godzinie 12:00. Tłum turystów, przez plac przewijają się pędzące za swymi przewodnikami różnojęzyczne wycieczki... I nagle ktoś woła: „-Patrzcie, prezydent!”. Faktycznie, środkiem dziedzińca, jak gdyby nigdy nic, przechodzi dziarsko w towarzystwie kilku osób Vaclav Klaus, dyskutując, jak można przypuszczać, z którymś ze swych współpracowników. Zero dającej się zauważyć ochrony, zresztą to nieistotne, bowiem do Klausa podchodzi, dosłownie na wyciągnięcie ręki, jakaś turystka i prosi o zdjęcie. Prezydent zatrzymuje się na kilka sekund, turystka pstryka fotkę, Vaclav Klaus na pożegnanie kiwa jej uprzejmie głową i odchodzi. Jego kilkuosobowa świta najwyraźniej nie widzi w całym zdarzeniu nic nadzwyczajnego, trzymając się dyskretnie z boku, po czym podąża za swym pryncypałem.

2) Obrazek z Krakowskiego Przedmieścia.

A teraz inny obrazek: Warszawa, Krakowskie Przedmieście. Czas – tuż po uroczystej zmianie warty pod pomnikiem ofiar katastrofy smoleńskiej. Przez dziedziniec Pałacu Prezydenckiego przelewają się tłumy różnojęzycznych wycieczek. Pałac jest ogólnie dostępny dla zwiedzających za wyjątkiem jednego skrzydła, zajmowanego przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Nagle, wśród zwiedzających pojawia się wraz z kilkuosobową asystą prezydent Bronisław Komorowski. Podchodzi do niego jakiś turysta z aparatem fotograficznym, dając do zrozumienia, że chciałby zrobić zdjęcie...

II. Republikanizm a demokracja fasadowa.

No dobrze. Nie będę dłużej katował wyobraźni Czytelników tą przebitką z jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Każdy z poddanych naszej (nie)miłościwie panującej klasy politycznej zna jej fiksację na punkcie bizantyjskiej celebry mającej podkreślać nadzwyczajny, dygnitarski status i zabraniającej fraternizowania się z tubylczym motłochem. Oczywiście, za wyjątkiem krótkich chwil kampanii wyborczej, kiedy to głosy owego pogardzanego motłochu (zarówno jego części z dyplomami, jak i tej bez) są niezbędne by dalej cieszyć się wschodnimi ceremoniałami, kawalkadami limuzyn dla byle ministra, tłumem goryli i resztą entourage’u mającego pokazać kto tu jest „waadza” i że trzeba się nieźle zasłużyć, by dostąpić zaszczytu dopuszczenia przed dostojne oblicze.

Trudno nie oprzeć się banalnej skądinąd refleksji, że im mniej wewnętrznej klasy w człowieku, tym większa potrzeba sztucznego wywyższenia ponad pospólstwo. Że im większa niepewność co do własnej wartości, tym bardziej niezbędne stają się krzykliwe błyskotki. Znamy ten schemat – skromnie noszący się dyktator otoczony wyorderowanymi, z przeproszeniem, przydupasami. Tyle, że w naszym przypadku, owi „dyktatorzy” wolą rolę szarych eminencji, wystawiając do rządzenia kolejne zmiany wyfiokowanych piarowsko marionetek.

Przedstawiony na wstępie obrazek z hradczańskiego zamku pokazuje jak pod lupą, gdzie mamy autentyczny republikanizm, gdy prezydent mimo że z parlamentarnego wyboru i mający opinię „kontrowersyjnego”, nie musi obawiać się ludzi, a gdzie panuje demokracja fasadowa w której prezydent wybrany w wyborach powszechnych chroni się w murach pałacu z których przesiada się do limuzyny w asyście tłumu „borowików”. Na zdrowy rozum powinno być przecież odwrotnie.

Jeśli wolno mi pójść w rozważaniach nieco dalej, ośmielę się przypuścić, że nasza, tfu, „klasa polityczna” doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że w ogromnej większości pozycję swą zawdzięcza podżyrowaniu porządku zadekretowanego dwadzieścia lat temu i nie tykaniu z góry wyznaczonych beneficjentów „przemian”, którzy usadawiając swych protegowanych na krzesełkach politycznej karuzeli pozwalają im się do woli puszyć i nadymać na scenie medialnego teatrzyku dla gawiedzi, gdyż dzięki temu mniej widać, co dzieje się za kulisami... Krótko mówiąc – że całe to nasze okadzane „demokratyczne państwo prawne” (Art.2 Konstytucji R.P.) to pic i fotomontaż, co wychodzi wyraźnie na jaw w rzadkich chwilach „wypadków przy pracy”, gdy jakimś cudem do władzy dochodzą nie ci co trzeba, jak Jan Olszewski czy niedawno PiS i bracia Kaczyńscy.

Oni to wiedzą, a spora część Narodu instynktownie wyczuwa. I dlatego wolą raczej nie narażać się na przypadkowe interakcje ze swym konstytucyjnym suwerenem (Art. 4 Konstytucji RP). Nawet im się nie dziwię.

***

A nieszczęsny turysta - fotoamator z naszkicowanego powyżej obrazka numer dwa? Nawet gdyby udało mu się dostać na wyciągnięcie ręki do wybrańca Narodu, nie zdążyłby kwiknąć przygnieciony ciałami pretorianów.

Aparat też by mu zabrali.

Gadający Grzyb

Konstytucja R.P.: www.sejm.gov.pl/prawo/konst/polski/kon1.htm

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 16 października 2009

Załamywanie rąk nad Klausem.


Pełna kompleksów, proszalno – przebłagalna postawa wobec Brukseli nie jest wyłączną domeną elit nadwiślańskich.

Jakiś diabeł podkusił mnie, by w poniedziałek zajrzeć do „Wyborczej”. (12.10.2009) A tam, proszę Pań i Panów, w dziale zagranicznym objawił się na gościnnych występach pewien Czech mowny, Lubosz Palata, z tekstem pod wszystko mówiącym tytułem: „Vaclav Klaus – prezydent, którego się wstydzę” (link poniżej)

Aby podkreślić rozmiary wstydu, który Czesi powinni odczuwać z powodu prezydentury Klausa, ostatnie słowa tytułu zostały w wersji drukowanej wybite czerwoną czcionką.

Wstyd i euro – przeprosiny.


Generalnie, tekst sprowadza się do narzekań, że Klaus zwleka z podpisaniem tzw. „Traktatu lizbońskiego” i żąda dodatkowego protokołu do osławionej Karty Praw Podstawowych, który uniemożliwiłby potomkom Niemców Sudeckich zgłaszanie roszczeń do pozostawionych majątków. Wedle autora, sytuuje to Klausa między komunistami i „skrajnymi” nacjonalistami w typie Le Pena oraz, jakże by inaczej – „dyskredytuje całą Republikę Czeską”. Tekst zwieńczony jest tyleż kuriozalną, co żałośnie płaczliwą puentą:

„(…) Jednak Czesi muszą to jeszcze wyjaśnić Europie. I powiedzieć otwarcie:

Vaclav Klaus to szaleniec, ale jest czeskim prezydentem. Dajcie mu to, czego chce, i niech podpisze traktat lizboński, tak będzie najłatwiej i najszybciej. My zaś obiecujemy wam, że słyszycie o Klausie po raz ostatni.
(wytłuszczenie moje – G.G.)

I jeszcze to:

„Ja, w imieniu normalnych Czechów, niniejszym przepraszam Unię. Wstydzę się, że Vaclav Klaus jest naszym prezydentem. Proszę, wybaczcie nam to. Więcej już tego nie zrobimy.
(wytł. j.w.)

ŻENADA.

Klaus vs ziomkostwa.


A co z groźbą niemieckich roszczeń? Lubosz Palata uważa, iż nie ma problemu, ponieważ już Gerhard Schroeder zapewnił, iż

„nigdy nie poprze majątkowych roszczeń wygnańców. Kanclerz Angela Merkel, pierwsza szefowa niemieckiego rządu, trochę mówiąca po czesku, potwierdziła to.”


No proszę. Jakby co, wystarczy przypomnieć, że „mówiąca trochę po czesku” Angela Merkel potwierdziła to, co mówił Schroeder i ziomkostwa ze swymi roszczeniami zmyją się jak niepyszne. A ten głupi, ograniczony Klaus na to nie wpadł. Co za tępak, jak rany…

Problem w tym, panie Palata, że w przeciwieństwie do wysiedleń Niemców z polskich Ziem Zachodnich, dekrety Benesza nie mają podstawy w poczdamskich ustaleniach i były samowolnym podczepieniem się pod decyzję wielkich mocarstw. Czesi mają się czego obawiać. Co z tego, że dotychczasowe pozwy, jak Pan pisze, były oddalane. Któryś w końcu może nie zostać oddalony – i takiemu precedensowi należy postawić prawną tamę.

Tak, a propos – czy podobne, usypiające tony w kwestii, mówiąc hasłowo, „steinbachopodobnej”, nie odzywają się również w naszej publicystyce?

Euro – kompleksy.


Omawiany tu artykuł, którym pozwalam sobie zaprzątać uwagę Czytelników , jest wymownym świadectwem, iż pełna kompleksów, proszalno – przebłagalna postawa wobec Brukseli, tudzież jej euro-władców, nie jest wyłączną domeną elit nadwiślańskich i całkiem nieźle ma się również nad Wełtawą.

Nawet retoryka jakby podobna. Skąd my znamy te frazy o „deprecjonowaniu”( u nas pisano o „stawianiu Polski poza głównym nurtem Europy”, „kompromitacji”, „hamulcowym integracji”) itd. Zapytam pół żartem: czy oni aby nie przechodzą jakichś ponadnarodowych kursów euro-retoryki?

Zwróćmy uwagę na to charakterystyczne latanie ze skargą do obcych mediów na przywódców usiłujących realizować niezbędne minimum narodowego interesu. Czy „Lizbona” umniejsza pozycję państw narodowych względem Brukseli? Umniejsza. Czy pogarsza sytuację mniejszych krajów względem większych? Pogarsza.

Jak zatem reagują gorliwi neo–brukselczycy na działania polityków usiłujących coś dla swoich krajów uratować? Ano, orzekają, iż podobne działania są niedopuszczalne i wielce „nacjonalistyczne”. Po czym przystępują do organizacji medialnego, mówiąc językiem sportowym, „pressingu”. W ramach rzeczonego „pressingu” obsmarowują tzw. „eurosceptyków” za granicą – albo własnym piórem, jak pan Palata, albo podsuwając odpowiednie tematy kolegom, orzącym w bratnich mediodajniach na podobnym ideowo – politycznym odcinku. Tak było u nas za czasów „kaczyzmu”, tak jest obecnie w Czechach.

Skarżypyty.

Kogo przeprasza Lubosz Palata?


Warto zadać sobie pytanie, kogo tak naprawdę przeprasza Lubosz Palata. Oczywiście, pan Palata przepraszając Unię nie ma na myśli obywateli poszczególnych krajów, których nawet nie zapytano o zdanie, a jeśli nieopatrznie zapytano, jak Irlandczyków, to po udzieleniu niezadowalającej odpowiedzi, kazano im zdawać egzamin jeszcze raz, w terminie poprawkowym. Pan Palata swe żarliwe przeprosiny kieruje ku podobnym sobie eliciarzom, aspirującym do bytowania w okolicach euro – parnasu. Przede wszystkim zaś są to przebłagalne modły skierowane do samego zbiorowego Złotego Cielca usadowionego na brukselskim Olimpie.

Tak postępuje zakompleksiony gówniarz pragnący wkupić się do fajnej paczki. Tak postępuje prowincjonalny snob, chcący bywać na właściwych salonach.

Euro – ciotunie, czyli Telimeny w Soplicowie.

Biadanie przeróżnych etatowych europejczyków nad Vaclavem Klausem, przypomina załamywanie rąk nobliwych ciotek nad czarną owcą w rodzinie. Wszyscy należycie poprawni, przepojeni duchem euro-akceptacji, a ten jeden się wyłamuje. Wyrodek.

Skąd się bierze to jątrzące, prowincjonalne poczucie niższości, każące raz za razem na nowo udowadniać swe właściwe poglądy i obsztorcowywać na zewnątrz kraju własnych przywódców? Chyba wiem. Bierze się ze wzgardy do własnych krajów i narodów. Euro – ciotunia wie, co jest modne „w świecie” i z trawiącym zęby kwasem konstatuje, iż jej domostwo (o domownikach nie wspominając) nie ma nawet dziesiątej części tego światowego sznytu. Cierpi, niczym Telimena w Soplicowie. Luboszowi Palacie dedykuję „Pana Tadeusza”. Może wtedy odkryje jaką okrywa się śmiesznością, wchodząc w rolę Telimeny i usiłując ustawić prezydenta Klausa w roli strofowanej, „parafiańskiej” Zosi.

Straszne euro – ciotunie wiszą nad poddanymi ich uzurpatorskiej pieczy postaciami życia publicznego i dyrygują: w lewo, jeszcze bardziej, w lewo mówię, no gdzie leziesz sieroto, buzia w ciup, podpisz to, tak – właśnie teraz, baranie…

Doprawdy, nie wiem, co byśmy, biedne sierotki, bez tych ciotuń poczęli…

Aby do referendum.

W grudniu zeszłego roku, gdy do Vaclava Klausa przybyła delegacja euro-saloniarzy z impertynencką połajanką, pisałem:

„Vaclav Klaus jest jednym z nielicznych współczesnych polityków autentycznych - tzn. z kręgosłupem prawdziwych poglądów, a także wizją czeskiej i europejskiej racji stanu. Na tle ugrzecznionych „poprawnościowych” polityków karmiących nas od świtu do zmierzchu drętwą euro – gadką, wyrasta na prawdziwego męża stanu o formacie intelektualnym i horyzontach niedostępnych dla stada zaludniającego brukselskie i strasburskie korytarze, gdzie mdłe banały i pseudodemokratyczne slogany urosły do rangi prawd objawionych konstytuujących obowiązujący kanon myślenia.”


www.niepoprawni.pl/blog/287/klaus-vs-eurosalonia...

Opinię tę potwierdzam w całej rozciągłości. Mam nadzieję, że czeski prezydent, wyszukując coraz to nowe preteksty do niepodpisywania „Lizbony”, czyni to w cichym sojuszu z Davidem Cameronem, który deklaruje, że po wygranych wyborach rozpisze referendum w Wlk. Brytanii.

Oby tak się stało.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. 1

„Wyborcza” straszy Klausem:

wyborcza.pl/1,76842,7132435,Vaclav_Klaus___prezydent__ktorego_sie_wstydze.html

wyborcza.pl/1,76842,7129878,Vaclav_Klaus_straszy_Niemcami.html

P.S. 2

Moje teksty zatrącające o podobną tematykę:

www.niepoprawni.pl/blog/287/klaus-vs-eurosaloniarze

www.niepoprawni.pl/blog/287/jeszcze-o-awanturze-na-hradczanach

www.niepoprawni.pl/blog/287/lwy-salonowe-czyli-o-eurofetyszyzmie-slow-kilka

niedziela, 11 stycznia 2009

Klaus vs eurosaloniarze.

Vaclav Klaus 1

Vaclav Klaus jest jednym z nielicznych współczesnych polityków autentycznych - tzn. z kręgosłupem prawdziwych poglądów, a także wizją czeskiej i europejskiej racji stanu. Potrafi jasno i bez ogródek dawać publicznie wyraz swym przekonaniom, oraz podejmować zdecydowane działania w imię ich realizacji. Na tle ugrzecznionych „poprawnościowych” polityków karmiących nas od świtu do zmierzchu drętwą euro – gadką, wyrasta na prawdziwego męża stanu o formacie intelektualnym i horyzontach niedostępnych dla stada zaludniającego brukselskie i strasburskie korytarze, gdzie mdłe banały i pseudodemokratyczne slogany urosły do rangi prawd objawionych konstytuujących obowiązujący kanon myślenia. Vaclav Klaus w i e jakie ma poglądy w kwestii modelu europejskie integracji, czy religii ekologizmu, co wywołuje nieustanną cichą furię wśród tych, co przywykli uważać, że tylko oni są w prawie decydować o kierunku w którym powinien podążać nasz kontynent.

O tym jak gargantuiczne rozmiary przybrała ich pycha i jak dalece czują się władni przywoływać do porządku wszelkich odstępców od jedynie słusznej linii, nie licząc się z nikim i niczym, świadczy opublikowany na stronach „Frondy” zapis rozmowy prezydenta Czech z delegacją prominentnych eurosaloniarzy (Hans Gert Pöttering, Martin Schulz, Graham Watson, Daniel Cohn-Bendit, Brian Crowley, Francis Wurz, Hanne Dahl). (http://fronda.pl/news/czytaj/skandal_w_pradze) Czytałem to i oczy robiły mi się kwadratowe. Gejzery chamstwa i arogancji których erupcje można zaobserwować w niemal każdym akapicie przytaczanego dokumentu; besztanie prezydenta suwerennego państwa, jakby był niesfornym uczniakiem, lub niesubordynowanym podwładnym – trudno o bardziej dobitny przykład, co r e a l n i e kryje się za wygłaszanym do kamer i mikrofonów gładkim eurogadaniem. W rozmowie w cztery oczy medialne hamulce przestały obowiązywać i podskórne wody ohydy rozlały się szeroką rzeką nieczystości.

Ale trafiła kosa na kamień. Klaus nie tylko stanowczo się przeciwstawił aroganckim wrzaskom eurofederastów, dając tym samym jasny sygnał, że nie pozwoli się zastraszyć, ale opublikował przebieg zafundowanego mu przesłuchania, które, jak zapewne sądzili „nasi europejscy przyjaciele” miało pozostać skryte za kotarą poufności.

Dla nas, Polaków, jest to bezcenna lekcja, ze wszech miar godna zapamiętania i wyciągnięcia wniosków, pokazuje bowiem, że prominentni „brukselczycy” traktują Europę, a zwłaszcza jej środkowo – wschodnią część niczym swój prywatny folwark, który czują się władni naginać i modelować dla swych politycznych potrzeb i dla wyznawanej akurat ideologii. Zobaczyliśmy, co kryje się za obracanymi we wszystkie strony słówkami typu „kompromis”, czy „dialog” – bezwzględne obsobaczanie niepokornych w stylu sowieckich genseków dyscyplinujących swych namiestników w demoludach. Czarno na białym widać ile warte są frazesy o demokracji, gdy jeden z narodów (np. Irlandczycy) zagłosuje wbrew woli euroluminarzy. I widzimy wreszcie strategiczne cele do których dążą europejscy eliciarze forsujący Lizbonę: niezależny od nikogo i przed nikim nieodpowiedzialny francusko – niemiecki biurokratyczny totalizm skryty za fasadą instrumentalnie traktowanej demokracji. Nie pierwszy to zresztą przypadek, gdy ludowładztwo sprowadza się do czczego formalizmu pustych procedur – wystarczy przypomnieć sobie Rzym epoki pryncypatu – wszak odbywały się tam regularnie demokratyczne – a jakże! – wybory…

Wszystkie wspomniane wyżej tendencje można było oczywiście zaobserwować już od dawna, ale chyba do tej pory nie wybuchły nam wszystkim w twarze, tak otwarcie, rzekłbym – bezczelnie i z taką mocą. Należy więc zadawać pytania, chwytając, gdy trzeba, naszych polityków za klapy marynarek – czy naprawdę traktat lizboński to droga bez alternatywy i jak się ma do niego polska racja stanu? Czy polityka uśmiechów i poklepywania po plecach zamiast twardego stawiania na europejskim forum naszych interesów to aby właściwa droga?

I wreszcie, tak już z czystej ciekawości – jakim to językiem rozmawiają z wami brukselscy europolitycy, gdy nie ma w pobliżu mediów? I czy w przypadku różnicy zdań kiedykolwiek zdobyliście się na postawę, którą zaprezentował prezydent Vaclav Klaus?

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 10.12.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/klaus-vs-eurosaloniarze