Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tusk Vision Network. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tusk Vision Network. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 listopada 2011

Zwycięstwo prowokacji

Nie tracąc nadziei, że płonący wóz transmisyjny stacji tow. Waltera stanowi dobry początek, trzeba uznać, że mieliśmy do czynienia ze zwycięstwem prowokacji.


I. Przedsmak Budapesztu

Trudno było mi powstrzymać odruchowy uśmiech i uczucie schadenfreude na widok płonącego wozu Tusk Vision Network i zdemolowanego automobilu Polshit News. Jak wieść niesie, w podobny sposób potraktowano również samochody Polskiego Radia i TVN Meteo. Prywatne auta nie ucierpiały, co jest dowodem, że nie mieliśmy tu do czynienia z bezmyślnym wandalizmem, tylko świadomym wyborem, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że z obywatelskim aktem sprzeciwu-zemsty za lata kłamstw i manipulacji uprawianych przez reżimowe mediodajnie.

Podobnie było kilka lat temu (2006r) podczas ulicznych bitew w Budapeszcie, wybuchłych po wycieku wypowiedzi ówczesnego postkomunistycznego premiera Ferenca Gyurcsány’ego, kiedy w gronie partyjnych towarzyszy-swojaków przyznawał się do łgarstw i czteroletniego nicnierobienia. Brzmi to bardzo znajomo, nieprawdaż? Z tą różnicą, że nasza dyktatura matołów nie musi uprawiać takich ekspiacji na wewnętrzny użytek, bo tam od dawna jest już wszystko jasne i nie ma po co strzępić jęzorów. Więc ober-matoł jęzora nie strzępi, tylko robi co jakiś czas wilcze oczy i flekuje sobie jakiegoś Schetynę.

Wracając do Budapesztu: otóż wówczas jednym z celów oburzonych demonstrantów - prócz budynków rządowych i siedziby Węgierskiej Partii Socjalistycznej – był gmach tamtejszej telewizji publicznej, opanowanej przez postkomunę w stopniu nie mniejszym niż u nas. Ludzie mieli dość skrajnie stronniczego, propagandowego przekazu i dali temu wyraz, co polecam tym, którzy biadolą, że wrogie otoczenie medialne nie pozwala PiS-owi wygrywać wyborów. Na Węgrzech bariera medialna była równie szczelna jak u nas.

W Warszawie 11 listopada nie doszło jeszcze wprawdzie do szturmu siedzib WSI24, Agory czy innych, równie zasłużonych propagandowych placówek obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, ale nie tracę nadziei, że jeszcze wszystko przed nami, zaś płonący wóz transmisyjny stacji tow. Waltera stanowi rozgrzewkę i w sumie niezły początek.

Żeby analogia była pełniejsza dodam, że „Wyborcza” zamieszki w Budapeszcie relacjonowała w podobnym duchu, co Marsz Niepodległości. Acha, ciekawostka: węgierskim demonstrantom udało się wtedy odpalić muzealny egzemplarz czołgu T-34, co poddaję pod rozwagę na przyszłość, tym bardziej, że Muzeum Wojska Polskiego ma fajną ekspozycję sprzętu pancernego na wolnym powietrzu. Stwarza to pewną nadzieję, że różnych takich wywiezie się z ich przeszklonych zamków tym samym sprzętem, na jakim przyjechali do Polski ich rodzice.

II. Oburzeni

Co ciekawe, funkcjonariusze mediodajni wydawali się być autentycznie zdumieni – zupełnie jakby zamknięci w swym medialno-korporacyjnym matrixie uwierzyli we własną propagandę i kreowany na użytek gawiedzi wizerunek obiektywnych dziennikarzy. Jakieś despekty mogłyby ich spotkać gdzieś na moherowej prowincji, tam wiadomo – tubylcy każdego złapanego eMWuzetWueM-a przywiązują do krzyża i batożą różańcami - ale w WARSZAWIE?

Na miejscu różnych wyrobników propagandowego frontu III RP dobrze zastanowiłbym się nad sensownością wzdychania za pojawieniem się w Polsce ruchu „oburzonych”, bo może się okazać, że ci „oburzeni” nie będą grzecznymi młodzieńcami z dobrych szkół, a ich oburzenie będzie, jakby tu rzec – bardziej autentyczne i wyładuje się m.in. na naszych dziennikarskich orłach-sokołach.

Owe orły-sokoły, jak na karnych i zdyscyplinowanych czynowników dyktatury matołów przystało, wiedzą kiedy należy zrobić tzw. atmosferę i usprawiedliwić sprowadzanie z Niemiec czerwonych bandytów z Antify kłamliwą wrzutką o rzekomym zapraszaniu „prawicowych radykałów” z innych krajów. Wiedzą również kiedy przemilczeć lewackie akcje ulicznego terroru, a kiedy nagłośnić zadymę wszczętą obok Marszu, najprawdopodobniej przez kiboli, którzy jak się zdaje postanowili przypomnieć ober-matołowi, że porachunki jeszcze się nie zakończyły. Chwilę wybrali nie najszczęśliwszą, ale jeśli gdzieś szukać oburzeniowego potencjału o autentycznych społecznych podstawach i przyczynach, to właśnie wśród nich i nie chciałbym być w skórze dziennikarzy, czy lewackich kawiarnianych gogusiów spod znaku „Krytyki Politycznej”, gdy ten kocioł w końcu eksploduje.

III. Zwycięstwo prowokacji

Wszystko to nie może jednak przesłonić faktu, że mieliśmy do czynienia ze zwycięstwem prowokacji. Lewacy i dyktatura matołów dostali to czego chcieli – spektakularną zadymę, mającą skompromitować patriotyczny przekaz w przestrzeni publicznej. Budowana pracowicie od tygodni atmosfera konfrontacji przyniosła oczekiwane efekty. I nie ma znaczenia, że sam Marsz Niepodległości odbył się spokojnie, zaś burda została wszczęta przez grupy nieuczestniczące w Marszu i niezależne od organizatorów. Integracyjny potencjał Marszu Niepodległości, który zaczął przyciągać różne środowiska z opcji patriotyczno-niepodległościowej i miał szansę stać się wydarzeniem, które za rok-dwa przyćmiłoby oficjalne obchody został zmarnowany, podobnie jak wizerunek ciepłej, rodzinnej imprezy.

O to chodziło prowokatorom. Jak napisałem w notce „Marsz Wolnych Polaków”:

„elementem uprawianej wobec Polaków antygodnościowej socjotechniki jest zohydzenie Święta Niepodległości – tak, by kojarzyło się przede wszystkim z ulicznymi zadymami.” (...)

„Pozaoficjalne obchody najważniejszego święta państwowego, urządzane w duchu niekoniecznie miłym władzy, mają zostać odarte z godności, tak by zbitka 11 Listopada = burdy i obciach wdrukowała się w zwoje odbiorców i zagnieździła w nich na dobre.

No bo, patrząc racjonalnie: udało się ze Smoleńskiem, udało się Krzyżem – to dlaczego nie miałoby się udać i tym razem?”

No właśnie. Wyartykułowane wyżej cele zostały zrealizowane. Przeciętny konsument telewizyjnego przekazu został nafaszerowany po gardło, po dziurki w nosie odpowiednimi obrazkami. I te obrazki w nim zostaną na długo, na bardzo długo. Co z tego, że my wiemy, jak bardzo zmanipulowany przekaz podano gawiedzi. Ludzie zapamiętają, że uczestnicy Marszu tłukli się z policją i tyle.

Swoją pieczeń upichciła również dyktatura matołów. Do rozstrzygnięcia pozostaje, czy wypychanie ludzi z Placu Konstytucji przez policję było obliczone na sprowokowanie zamieszek i czy podgrzewające konflikt zamieszanie z „delegalizacją” Marszu to celowa robota HG-W. Tak czy owak, ober-matoł już zdążył zrobić wilcze oczy i zapowiedzieć „karanie z całą bezwzględnością”, zaś ten drugi, o którym przez wzgląd na powagę urzędu prezydenta staram się pisać jak najrzadziej, zapowiedział inicjatywę legislacyjną obostrzającą prawo o zgromadzeniach. Jak znam życie, to możemy się też spodziewać wzmożonej aktywności służb specjalnych wobec środowisk opozycyjnych. Nadzorcy systemu pełzającej represjonizacji dostali właśnie jak na tacy idealną podkładkę i to – cóż za traf – akurat przed latami ciężkiego kryzysu i spodziewanych w związku z tym społecznych niepokojów.

Gadający Grzyb

niedziela, 11 września 2011

PiS a mediodajnie


PiS do utrzymania „słupków” nie potrzebuje mediodajni. To mediodajnie potrzebują PiS-u do urządzania seansów nienawiści.



I. Medialna telenowela z mordobiciem


Historia relacji Prawa i Sprawiedliwości z wiodącymi mediodajniami, zwłaszcza elektronicznymi, służącymi nieodmiennie opcji beneficjentów i utrwalaczy III RP, to swoista telenowela, pełna gwałtownych rozstań, powrotów, dąsów, swarów i jednostronnych pojednań. Z telenowelą łączy ją jeszcze to, że po przegapieniu iluś tam odcinków, widz może spokojnie na powrót włączyć się w oglądanie i nadal jest „w temacie”.


Tymczasem, jedyne co powinien zrobić PiS, to konsekwentnie owe mediodajnie olać, wyjaśniwszy uprzednio czytelnie co jest przyczyną tak radykalnej decyzji. Kontakty z nimi nie przysparzają bowiem partii żadnego pożytku, ba – śmiem twierdzić, że są przeciwskuteczne. Przecież gołym okiem widać, że zaproszenie „pisowca” do studia ma służyć tylko jednemu – wyśmianiu, spostponowaniu, rzuceniu absurdalnych oskarżeń – słowem, przemysł pogardy na żywo i w powtórkach, 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, żeby odbiorcom się utrwaliło.


Dotyczy to zarówno programów w konwencji jeden na jeden, jak i w szerszej formule, gdzie redaktor prowadzący wspólnie z politykami z innych opcji skupia się na dowalaniu jakiemuś Cymańskiemu. Kto widział w akcji red. red. Lisa, Kuźniara, Olejnik, czy innych skoszarowanych i rzucanych następnie na różne odcinki frontu cyngli, ten wie o czym mówię. Ale samo mordobicie jest jedynie wstępem, potem bowiem, już w gronie odpowiednio dobranych publicystów, następuje faza druga – zapodaje się wyrwany z kontekstu cytat z "pisowca", po czym następuje roztrząsanie: no jak on mógł tak powiedzieć, to groźne i żałosne zarazem, no – wyobraźcie sobie, jakie fackelzugi będą urządzać jak dopuścimy do recydywy IV RP, co świat powie na to...


Słowem, banda dresów po skopaniu przechodnia idzie na piwo i rechocze, jak ten frajer fajnie stękał, krztusił się krwią i pluł zębami. Ale, dochodzą do wniosku dresiarze, po co ten frajer gardłował wcześniej, że z chuliganami trzeba zrobić porządek, a potem sam władował się nam na dzielnicę?


No właśnie. Warto? Moim zdaniem, nie warto.


II. Rozstania i powroty


Teraz cofnijmy się do prehistorii, czyli do lipca roku 2008, kiedy to PiS ogłosiło bojkot TVN, formalnie po jakimś kolejnym wyskoku tej stacji, ale w sumie „za całokształt”. Bojkot trwał pół roku – do stycznia 2009. W tym czasie słupki poparcia dla partii nie drgnęły – ani na plus ani na minus. Okazało się, że obecność w Tusk Vision Network nie jest PiS-owi do niczego potrzebna. Ciekawa była reakcja WSI24, która oficjalnie podśmiewając się i bagatelizując bojkot, wysyłała jednocześnie zawoalowane sygnały: no co wy, wróćcie, przecież nic wam nie zrobimy... Niestety, wpływowa wówczas w partii grupa „spinek” od Bielana i Kamińskiego, uzależnionych od kamer i dlatego bardzo cierpiących na tzw. „syndrom odstawienia”, doprowadziła do przerwania bojkotu, zaś TVN po króciutkim okresie względnego umiarkowania, wróciła do starego, dobrze znanego modus operandi.


W sumie wyszło głupio i ze szkodą dla wizerunku partii, ale podkreślmy - nie z powodu bojkotu jako takiego, tylko z powodu niekonsekwencji. Cieszyły się jedynie „spinki”, które bez obecności w mediach nie istniały, a które za jakiś czas przy zachwytach mediodajni zrobiły rozłam i wylądowały w PJN.


Dlaczego o tym przypominam? Dlatego, że nie wyciągnięto z tej historii żadnych wniosków. Kiedy w marcu tego roku PiS ogłosiło bojkot Radia Zet, po tym, jak Olejnik w swoim unikalnym stylu przeczołgała po raz kolejny Mariusza Błaszczaka, zaciskałem kciuki łudząc się, że tym razem to już będzie „naprawdę”. Podobnie jak w 2008 roku, tak i teraz sondażownie nie wykazywały żadnych wahnięć poparcia, a przecież gdyby był choć cień możliwości to bez wątpienia taki spadek zostałby ogłoszony, rozpropagowany i nagłośniony. Niestety, i tym razem czyjeś ciśnienie (stawiam na działanie szefa kampanii - Poręby) na mikrofon „Stokrotki” okazało się tak przemożne, że pół roku później do studia zawitał Adam Hofman i z miejsca został wzięty pod fleki za swą wypowiedź o „chłopach z PSL-u”.


I znowu, zamiast poważnego sygnału dotykającego patologii świata medialnego w Polsce, wyszła ośmieszająca awanturka. Warto było się napinać? Odchodzić trzaskając drzwiami, by bez wyraźnego powodu wracać i dostać na progu w twarz? Do opinii publicznej z tego wszystkiego dotarł przekaz, że „pisuary” znowu się wygłupiły.


Najświeższa sprawa: połowiczny bojkot TVN-u. Ziobro podczas pamiętnego wydania „Faktów po Faktach” wdeptał „Stokrotkę” w ziemię, do tego stopnia, że stacja nie zdecydowała się wyemitować rozmowy w paśmie powtórkowym. Zuch. Na zimno wypunktował łgarstwa Tusk Vision Network – w świat poszedł czytelny i konkretny komunikat, wyjaśniający dlaczego PiS nie weźmie udziału w debatach zorganizowanych przecież – nie łudźmy się - tylko po to, by rzucić się do gardeł „pisowcom”, co by nie mówili. Ten zamiar spalił na panewce, o czym można się naocznie przekonać obserwując debaty, które zwyczajnie się nie kleją, bo amputowano z nich podstawę zamysłu dramaturgicznego: zabrakło dyżurnych chłopców do bicia.


Tylko po kiego diabła inni przedstawiciele PiS-u udzielają się w pozostałych audycjach, gdzie traktowani są wedle wypracowanego latami, agresywno-pogardliwego schematu? Znów – brak konsekwencji.


III. Delegitymizować mediodajnie!


No i najważniejsze – czemu warto bojkotować najbardziej załgane reżimowe mediodajnie, powołane swojego czasu do propagandowej osłony utrwalaczy i beneficjentów III RP oraz ich aktualnych, politycznych ekspozytur? Ano temu, że aby skutecznie spełniały swą rolę, potrzebują ciągłego uwiarygodniania się w oczach społeczeństwa. Takiej permanentnej legitymizacji dostarczają właśnie politycy głównej siły opozycyjnej przychodząc do studia, gdzie - chcąc nie chcąc - pełnią rolę pożytecznych idiotów. Dzięki temu TVN, czy inna Zetka może stroić się w szaty bezstronności i obiektywizmu, bo przecież „ich anteny są otwarte dla wszystkich”. A że na tych antenach jedni są głaskani, a inni gnojeni? A kto będzie wnikał, poza tym pewnie „pisiołki” sobie zasłużyli, bo w kółko się awanturują...


Dlatego twierdzę twardo: bojkot stronniczych mediodajni stanowi problem dla nich, nie dla PiS-u. Taka odmowa legitymizacji stawia je w kłopotliwej sytuacji. Doskonale pamiętam niewyraźne miny cyngli z Wiertniczej podczas bojkotu w 2008 roku. Widzę drętwotę obecnych „debat”. Media, szczególnie audiowizualne, żywią się kontrowersją, dynamiką. Bez obecności PiS-u ta dynamika siada, a bez tego na dłuższą metę nie sposób utrzymać oglądalności. Reasumując, o ile PiS-owi do utrzymania „słupków” mediodajnie nie są potrzebne, co wykazały przykłady bojkotów TVN i „Zetki”, o tyle PiS jest potrzebny mediodajniom do robienia show – czyli cyklicznych seansów nienawiści.


Bojkot, nieobecność na antenie głównej partii opozycyjnej jest wyraźnym sygnałem, krzyczącym oskarżeniem, że stronniczość danej stacji przekracza wszelkie granice, że dane medium jest wyrobnikiem jednej, mainstreamowej opcji. I takie oskarżenie wbrew pozorom bardzo ich uwiera, bo niszczy narrację.


IV. Drugi obieg 2.0


Na przeszkodzie do wdrożenia proponowanego rozwiązania stoi mit wszechmocy mediów, który jak sądzę jest powodem opisywanych wcześniej kontredansów. Wedle tego mitu, należy „istnieć” nawet w skrajnie nieprzyjaznych miejscach, by przebić się ze swym komunikatem do masowego odbiorcy. To szkodliwa bzdura. Bzdurę tę powielają umiarkowani dziennikarze pokroju Jankego, który na stronach „Rzepy” biadał, że PiS odmawiając udziału w debatach popełnia błąd. Tymczasem, z każdym tygodniem okazuje się, że było to bodaj najlepsze posunięcie w tej kampanii.


W hołdowaniu powyższemu mitowi „istnienia” w mediodajniach może było coś na rzeczy jeszcze parę lat temu, ale nie teraz. Otóż, konsekwentne wypychanie patriotycznego przekazu z głównonurtowych mediów okazało się nieskuteczne. Ta metoda skutkowała do pewnego momentu, ale świat się zmienia. Wstrząs 10 Kwietnia 2010 w połączeniu z kneblem zaciskającym się coraz bardziej na kontestatorskich treściach zmusił opcję niepodległościową do szukania innych kanałów przekazu - budowania DRUGIEGO OBIEGU 2.0.


Ten drugi obieg ma się coraz lepiej, a pamiętajmy, że to dopiero początki. Ma tę zaletę, że jest bardzo bezpośredni - w przeciwieństwie do tradycyjnych, bezosobowych form nadawania. Docieranie do ludzi z zakazanymi filmami, spotkania w domach kultury, plebaniach, klubach „Gazety Polskiej”, kupowanie opozycyjnych gazet, przyznawanie się przed znajomymi do słuchania Radia Maryja, uczestniczenie w inicjatywach zrodzonych w sieci na niepoprawnych politycznie portalach – to wymusza osobiste zaangażowanie, rodzi poczucie wspólnoty i promieniuje na otoczenie.


Pozornie to nic w porównaniu z potęgą tradycyjnych reżimowych przekaziorów, ale gdyby to naprawdę było „nic”, to komuniści nie ścigaliby podziemnej bibuły, a obecnie nie próbowano by dezawuować na każdym kroku alternatywnego przekazu. Nie wkładano by tyle zaangażowania w przejecie Presspubliki przez zwąchanego z WSI szemranego biznesmena, nie odcinano by od reklam nieprawomyślnych mediów, nie odmawiano by emisji spotów gazecie z dołączonym filmem Stankiewicz i Pospieszalskiego czy nowo powstałemu dziennikowi, nie zwalczano by prawem i lewem kiboli. Milczano by po prostu, bo komu może zagrozić garstka „oszołomów”...


Tymczasem jest odwrotnie – mainstream i jego elity szaleją. Nic dziwnego. Taka jest logika tego systemu: musi być szczelnie domknięty, albo pada. Każda szczelina powoduje prędzej czy później jego rozsadzenie.


Zatem, zamiast pielgrzymować do Zetek, Tefałenów i robić z siebie kopanych po nerach durniów i frajerów, niezdarnie odgryzających się prześladowcom ku uciesze lemingowatej ludożery, należy skupić się na rozbudowie własnych, alternatywnych form przekazu. Wzmacniać współczesny DRUGI OBIEGg 2.0. Konsekwentnie, z uporem docierać do ludzi. Te wszystkie pozornie nieliczne i rozproszone inicjatywy – blogowiska, stowarzyszenia, gazety, media internetowe itd. - są jak rój. Można utłuc jedną czy drugą pszczołę, ale koniec końców rój zawsze wygrywa.


A tamtych z Czerskiej, Wiertniczej i innych eremefów – chromolić. Nie dawać im żeru swoją obecnością, nie uwiarygadniać. Niech się duszą we własnym sosie. Gdyby choć połowę tej energii, którą zaangażowano w odwojowywanie przekazu „tamtych” i „zaistnienie” przeznaczono na budowę własnych kanałów dystrybuowania polityczno-społecznego przekazu i idei, już dawno bylibyśmy potęgą.


Tylko - czy ktoś to lecącym do kamer jak ćmy do świecy, zakochanym w światłach i mikrofonach politykom - wytłumaczy?


Gadający Grzyb

sobota, 5 marca 2011

Dubieniecki - parszywa owca


Parszywej owcy nie ma sensu bronić, szkoda prądu. Parszywą owcę separuje się od stada.



I. Szkoda prądu.


Pojawiło się ostatnio trochę blogerskich tekstów, których autorzy biorą w obronę Marcina Dubienieckiego. Rozumiem, postać ta znalazła się ostatnio „na rozdzielniku” wiodących reżimowych mediodajni, więc naturalnym odruchem każdego porządnego człowieka jest stanąć w obronie tego, komu rzucają się do gardła cyngle z „Wyborczej” czy hałastra z Tusk Vision Network / WSI24. Tyle, że akurat jeśli chodzi o pana Dubienieckiego, szkoda prądu, naprawdę.


Nieco modyfikując i rozszerzając swój krytyczny komentarz, który zamieściłem kilka dni temu pod tekstem Rosemanna „Marcin Dubieniecki, osoba prywatna”, powiem tak:


To „oczywista oczywistość”, że uderzenie wyprowadzone w Dubienieckiego jest tak naprawdę ciosem w Jarosława Kaczyńskiego. Nawet nie ma co się nad tym rozwodzić, każdy widzi. Równie „oczywistą oczywistością” jest, że przeróżni medialni Katoni, tudzież tuzy nadwiślańskiej palestry, którzy na użytek pana Dubienieckiego przypominają sobie o etyce i standardach, to śmiech na sali.


Tyle, że Dubieniecki dawał i daje wymarzone wręcz powody do ataków. Weźmy jego gardłowanie w kwestii odszkodowań dla ofiar katastrofy smoleńskiej, czego efektem było danie miejscowej „ludożerce” asumptu do roztrząsania pazerności Marty Kaczyńskiej, ponieważ gardłował jako jej pełnomocnik. Szkody wizerunkowe uderzyły oczywiście rykoszetem w Jarosława Kaczyńskiego i w PiS, podobnie jak publiczne, hucpiarskie dopominanie się o miejsca na listach wyborczych dla siebie i małżonki, co na opinii publicznej mogło wywrzeć wrażenie, że PiS to coś w rodzaju firmy rodzinnej, do której wystarczy się wżenić, aby mieć widoki na ciepłą posadkę. Trudno oszacować straty spowodowane tylko tymi dwoma wybrykami, a było przecież tego więcej.


Na szczęście Jarosław Kaczyński ma na Dubienieckiego alergię i wcale się mu nie dziwię. Obiektywnie rzecz biorąc, Dubieniecki szkodzi PiSowi - to gość o potencjale obciachu porównywalnym z obecną działalnością Migalskiego, jeśli nie gorzej. Zwyczajnie, nie wie kiedy się zamknąć. A media polują...


Osobiście uważam, że Dubieniecki to nadambitny cwaniaczek, z niepohamowanym parciem na szkło, który krzykliwie usiłuje podskoczyć wyżej własnych czterech liter. Sądzę, że temu bezideowemu karierowiczowi wszystko jedno czy wypłynie przy Ordynackiej, czy przy PiSie. I, niestety, nie jest osobą prywatną co czasem podnoszą jego obrońcy. W momencie, gdy z własnej woli opuścił sferę prywatności, dopominając się wrzaskliwie o możliwość robienia kariery politycznej, stał się postacią publiczną i od tej pory jego działalność podlega ocenie bez taryfy ulgowej.


Dodatkową obrzydliwością jest, że swoje ambicyjki usiłował realizować poprzez żonę, próbując uruchomić do tego celu w PiSie jakieś nepotyczne mechanizmy rodem z eseldowskich sitw z których wyszedł, ale które nie wyszły z niego. Niejednokrotnie stawiał przez to panią Martę Kaczyńską w bardzo niezręcznej sytuacji. O Marcie Kaczyńskiej dobrze świadczy, że stara się trzymać raczej na politycznym uboczu i pozbawiła M.D. pełnomocnictwa, zaś o Jarosławie Kaczyńskim to, że spuścił Dubienieckiego wraz z jego, przepraszam, gówniarskim tupeciarstwem po drucie. Przynajmniej tym razem nie zawiódł go instynkt w ocenie ludzi, co czasami zdarzało mu się w przeszłości (przykład „śpiocha” Janusza Kaczmarka).


II. Dlaczego teraz?


Interesujący jest jeszcze jeden aspekt sprawy: dlaczego postanowiono uderzyć w Jarosława Kaczyńskiego akurat teraz, na długo przed wyborami? Logiczne wydawałoby się wytoczenie tego typu armat w apogeum kampanii wyborczej, kiedy uwikłania męża bratanicy prezesa PiS miałyby maksymalną moc rażenia. Przecież teraz Kaczyński ma wystarczająco dużo czasu, by ostatecznie odciąć się od pętaka, który na nieszczęście stał się jego powinowatym, zaś „gorące” dziś oskarżenia za kilka miesięcy będą już tylko nieświeżym kotletem.


Istnieją według mnie następujące możliwości:


1) Postanowiono w ten sposób „zneutralizować” zbliżającą się rocznicę tragedii smoleńskiej i uniemożliwić odrodzenie się atmosfery Żałoby Narodowej, której wspomnienie wciąż powoduje ciarki na plecach szeroko rozumianego „Obozu III RP”.


2) Kolejny cel, to wytworzenie złej atmosfery wokół Marty Kaczyńskiej, jako silnego głosu wspierającego stryja. Rozwódka, która rzuciła męża dla szemranego kolesia o mentalności pasującej do prowincjonalnej mętowni charakterystycznej dla lokalnych struktur SLD z których zresztą się wywodzi – to nie wygląda dobrze. Dodajmy do tego rzucenie cienia na pamięć o Lechu Kaczyńskim ze względu na ułaskawienie przestępcy, którego łączyły z Dubienieckim biznesowe powiązania.


3) I wreszcie – być może sprawa Dubienieckiego jest na tyle „rozwojowa”, że tego paliwa starczy aż do wyborów i to co obserwujemy teraz jest zaledwie przygrywką, a właściwa bomba zostanie zdetonowana dopiero w kulminacyjnym momencie kampanii. Byłaby to najgorsza ewentualność.


***


Podsumowując, sądzę że Dubieniecki to szkodnik, który jeśli nikt nie wytłumaczy mu dobitnie, żeby wreszcie przestał marnować okazje aby siedzieć cicho, może swymi wyskokami odegrać bardzo negatywną rolę w kampanii wyborczej. Parszywej owcy nie ma sensu bronić – powtórzę jeszcze raz: szkoda prądu. Parszywą owcę separuje się od stada.


Dlatego piszę ten tekst teraz. Po to, bym nie musiał go pisać przed wyborami.


Gadający Grzyb