Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Budapeszt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Budapeszt. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 czerwca 2013

Wipler a sprawa polska

Traktowanie Wiplera jako politycznego sprzedawczyka lub ambicjonera, któremu pycha rzuciła się na mózg, byłoby krzywdzącym uproszczeniem.

Nie ma oczywiście powodów by dramatyzować, ale odejście Przemysława Wiplera z PiS nie jest dobrym sygnałem. I nie mamy tutaj do czynienia z sytuacją czarno-białą: traktowanie Wiplera jako politycznego sprzedawczyka lub ambicjonera, któremu pycha rzuciła się na mózg, byłoby krzywdzącym uproszczeniem. Moim zdaniem, akurat przy okazji tego rozwodu wina leży po obu stronach, co postaram się za chwilę wykazać. Zacznijmy od Wiplera.

I. Republikanin w PiS-ie

Opuszczając środowisko upeerowsko-korwinowskie i wiążąc się z PiSem, Wipler musiał zdawać sobie sprawę, że wchodzi na teren cokolwiek obcy, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy gospodarcze. (Z drugiej strony – Jarosław Kaczyński wciągając Wiplera na listę wyborczą też wiedział jakie z kolei on ma poglądy). Owszem, okazjonalnie PiS potrafił pokazać bardziej liberalne oblicze – choćby w czasach, gdy w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego ministrem finansów była Zyta Gilowska (przetransferowana zresztą z PO), jednak nurt „socjalny” zawsze był w tej partii dominujący, a frakcja „liberałów” po zdradzie PJoNków nie mogła tam liczyć na większe względy. Trudno zatem przypuszczać, by Wipler mógł mieć nadzieję na przeorientowanie Prawa i Sprawiedliwości i uczynienie zeń ugrupowania konserwatywno-liberalnego w miejsce konserwatywno-socjalnego. Sam intelektualny potencjał Fundacji Republikańskiej i "Rzeczy Wspólnych" to o wiele za mało, szczególnie przy braku dostępu do słynnego „ucha Prezesa”.

Na co zatem liczył Wipler? Prawdopodobnie na jakąś formę równouprawnienia w wewnątrzpartyjnym dyskursie (o ile takowy w PiS-ie w ogóle się toczy) i przynajmniej rozpatrzenie jego propozycji. Najwyraźniej takiego poważnego potraktowania zabrakło. Opcja „socjalna” została narzucona jako oficjalny i bezalternatywny głos partii, co w warunkach kryzysu gospodarczego nie dziwi. Abstrahując bowiem od kwestii, która recepta – wolnorynkowa, czy etatystyczna - jest bardziej skuteczna, to głośne formułowanie rozwiązań liberalnych, kojarzących się ludziom z wyrzeczeniami i niepewnością, szło by idealnie pod prąd społecznych oczekiwań. Poza tym zapewne w partii wciąż żywe jest wspomnienie zwycięstwa „Polski socjalnej” w 2005 roku i reklamówki z pluszakami.

Nic zatem dziwnego, że szczery wolnorynkowiec zaczął się w PiS-ie dusić. O ile nie było tu jakichś dodatkowych zakulisowych intryg o których nie wiemy, Wipler mógł zwyczajnie uznać, że niczego w tej partii nie zwojuje i pozostanie w najlepszym razie liberalną paprotką, ledwie tolerowanym ciałem obcym. Jego błąd natomiast polega na braku politycznej cierpliwości – przecież nie wiadomo, czy „socjalny” PiS po objęciu władzy nie włączyłby do praktyki rządzenia pewnych prorynkowych elementów, tak jak było to w czasach Gilowskiej. Odejście Wiplera jest jednak zubożeniem oferty tego ugrupowania. Szkoda.

Oczywiście, mogę się mylić i wkrótce z bohatera niniejszego tekstu może wyleźć pospolity karierowicz, jak z tylu „uchodźców z PiS” przed nim. Wiele będzie tu zależało od jego postępowania w najbliższym czasie. Jeśli pójdzie drogą dotychczasowych byłych pisowców, kupujących sobie czas antenowy „nadawaniem” na Kaczyńskiego, będzie skończony. Fakt, że udzielił wywiadu portalowi gazeta.pl jest niepokojącym sygnałem, podobnie jak wieści o mariażu z Korwin-Mikkem, czy Gowinem. Jednak jako działacz społeczny, organizujący oddolną aktywność obywateli w ramach założonego właśnie stowarzyszenia „Republikanie” może osiągnąć wiele dobrego. Zobaczymy.

II. Anty-Budapeszt

Natomiast jeśli chodzi o drugą stronę, czyli Prawo i Sprawiedliwość, odejście Wiplera należy uznać za porażkę. Ugrupowanie polityczne, które nie jest w stanie zatrzymać w swych szeregach takich ludzi, samo ogranicza swój polityczny potencjał. Póki co bowiem, PiS mówiąc o „Budapeszcie” i Orbanie, postępuje dokładnie odwrotnie, niż czynił Viktor Orban w czasach, kiedy był w opozycji. Przypomnę, że Orban postawił na aktywność zwykłych ludzi. Na Węgrzech powstało ok. 10 tysięcy obywatelskich komitetów wspierających Fidesz, Orban namawiał do zakładania stowarzyszeń, które działając w swych lokalnych środowiskach pozwalały ominąć postkomunistyczny medialny mainstream, który Fideszowi był równie nieprzychylny, co ten nadwiślański – PiS-owi i Jarosławowi Kaczyńskiemu. To właśnie m.in. ta oddolna, wielonurtowa, obywatelska aktywność wyniosła go do sukcesu i konstytucyjnej większości. Polecam tu tekst Grzegorza Górnego.

U nas z przedsmakiem tego typu polityki w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości mieliśmy do czynienia przed wyborami w 2011 roku, kiedy to 20 sierpnia, podczas konwencji w Sali Kongresowej podpisano porozumienie z wieloma organizacjami społecznymi, których przedstawiciele znaleźli się na listach wyborczych PiS. Był to dobry początek, rokujący pomyślnie na przyszłość. Wyglądało na to, że do władz PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego dociera świadomość, iż jedyną drogą do trwałego sukcesu w wymiarze „budapesztańskim” jest „otorbienie” PiS-u siecią niezależnych wspierających podmiotów, co pozwoliłem sobie nazwać mianem „Zjednoczonego Obozu IV RP”. Tylko taki układ, który mógłby przyjąć chociażby postać szerokiej koalicji wyborczej z różnymi inicjatywami, pozwalałby zagospodarować różne segmenty elektoratu, tak by osiągnąć wymarzoną konstytucyjną większość w przyszłym parlamencie. Potrzeba nam na gwałt infrastruktury patriotyzmu i partnerskich relacji na linii partia – organizacje społeczne, stanowiących swoisty obywatelski pas transmisyjny pozwalający dotrzeć do potencjalnych wyborców, czemu dałem wyraz w notce „Zjednoczony Obóz IV RP – cz. II”.

Tymczasem mamy do czynienia z tendencją dokładnie odwrotną. Partia zasklepia się we własnych szeregach, tnie po skrzydłach, ograniczając sobie możliwości manewru. Wygląda na to, że postanowiono po prostu czekać na koniec PO i przejęcie władzy, która sama wpadnie w ręce. To realne założenie, ale jedynie wtedy, gdy nie liczy się na samodzielną większość, tylko wynik w granicach 30 procent. Póki co bowiem, Platformie spada, ale PiS-owi przyrasta nieznacznie. Pozbywać się w takim momencie Wiplera, który miał potencjał, by przyciągnąć do Prawa i Sprawiedliwości jakąś część wolnorynkowych wyborców, nie mówiąc już że był po prostu znacznie „świeższy” w odbiorze niż większość zasiedziałych partyjnych działaczy, jest zwyczajnie głupotą. No chyba, że ten cały „Budapeszt” to tylko takie gadanie...

III. Siedź i potakuj

Jeszcze coś na zakończenie. Podczas niedawnej kampanii w wyborach uzupełniających do Senatu, prezes Kaczyński mówił jak to należy monitorować wybory, by ustrzec się fałszerstw. No to ja przypominam o fiasku akcji „uczciwe wybory” z 2011 roku. Wtedy też w każdej komisji siedzieć mieli mężowie zaufania raportujący do centrali o przebiegu i wynikach wyborów w poszczególnych obwodach. Skończyło się na niczym – obsadzono jakiś kompletnie pomijalny odsetek komisji, a wolontariusze byli przez lokalne komórki partyjne spławiani pod byle pretekstami.

Ten sposób widzenia rzeczywistości, polegający na upatrywaniu w obywatelskiej aktywności w najlepszym razie „darmowej siły roboczej” na rzecz partii, a znacznie częściej – bólu głowy a nawet konkurencji, powoduje dramatyczne samoograniczenie politycznych możliwości. Tą drogą PiS sam napędza zniechęconych ludzi ruchowi narodowców, czy tzw. „Platformie Oburzonych”. W odejściu Wiplera, młodego stażem członka PiS, upatruję konsekwencję właśnie takiego traktowania – wyższościowego, na zasadzie „siedź i potakuj” - ludzi spoza „struktur”, pragnących zaangażować się w działalność publiczną.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 12 listopada 2011

Zwycięstwo prowokacji

Nie tracąc nadziei, że płonący wóz transmisyjny stacji tow. Waltera stanowi dobry początek, trzeba uznać, że mieliśmy do czynienia ze zwycięstwem prowokacji.


I. Przedsmak Budapesztu

Trudno było mi powstrzymać odruchowy uśmiech i uczucie schadenfreude na widok płonącego wozu Tusk Vision Network i zdemolowanego automobilu Polshit News. Jak wieść niesie, w podobny sposób potraktowano również samochody Polskiego Radia i TVN Meteo. Prywatne auta nie ucierpiały, co jest dowodem, że nie mieliśmy tu do czynienia z bezmyślnym wandalizmem, tylko świadomym wyborem, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że z obywatelskim aktem sprzeciwu-zemsty za lata kłamstw i manipulacji uprawianych przez reżimowe mediodajnie.

Podobnie było kilka lat temu (2006r) podczas ulicznych bitew w Budapeszcie, wybuchłych po wycieku wypowiedzi ówczesnego postkomunistycznego premiera Ferenca Gyurcsány’ego, kiedy w gronie partyjnych towarzyszy-swojaków przyznawał się do łgarstw i czteroletniego nicnierobienia. Brzmi to bardzo znajomo, nieprawdaż? Z tą różnicą, że nasza dyktatura matołów nie musi uprawiać takich ekspiacji na wewnętrzny użytek, bo tam od dawna jest już wszystko jasne i nie ma po co strzępić jęzorów. Więc ober-matoł jęzora nie strzępi, tylko robi co jakiś czas wilcze oczy i flekuje sobie jakiegoś Schetynę.

Wracając do Budapesztu: otóż wówczas jednym z celów oburzonych demonstrantów - prócz budynków rządowych i siedziby Węgierskiej Partii Socjalistycznej – był gmach tamtejszej telewizji publicznej, opanowanej przez postkomunę w stopniu nie mniejszym niż u nas. Ludzie mieli dość skrajnie stronniczego, propagandowego przekazu i dali temu wyraz, co polecam tym, którzy biadolą, że wrogie otoczenie medialne nie pozwala PiS-owi wygrywać wyborów. Na Węgrzech bariera medialna była równie szczelna jak u nas.

W Warszawie 11 listopada nie doszło jeszcze wprawdzie do szturmu siedzib WSI24, Agory czy innych, równie zasłużonych propagandowych placówek obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, ale nie tracę nadziei, że jeszcze wszystko przed nami, zaś płonący wóz transmisyjny stacji tow. Waltera stanowi rozgrzewkę i w sumie niezły początek.

Żeby analogia była pełniejsza dodam, że „Wyborcza” zamieszki w Budapeszcie relacjonowała w podobnym duchu, co Marsz Niepodległości. Acha, ciekawostka: węgierskim demonstrantom udało się wtedy odpalić muzealny egzemplarz czołgu T-34, co poddaję pod rozwagę na przyszłość, tym bardziej, że Muzeum Wojska Polskiego ma fajną ekspozycję sprzętu pancernego na wolnym powietrzu. Stwarza to pewną nadzieję, że różnych takich wywiezie się z ich przeszklonych zamków tym samym sprzętem, na jakim przyjechali do Polski ich rodzice.

II. Oburzeni

Co ciekawe, funkcjonariusze mediodajni wydawali się być autentycznie zdumieni – zupełnie jakby zamknięci w swym medialno-korporacyjnym matrixie uwierzyli we własną propagandę i kreowany na użytek gawiedzi wizerunek obiektywnych dziennikarzy. Jakieś despekty mogłyby ich spotkać gdzieś na moherowej prowincji, tam wiadomo – tubylcy każdego złapanego eMWuzetWueM-a przywiązują do krzyża i batożą różańcami - ale w WARSZAWIE?

Na miejscu różnych wyrobników propagandowego frontu III RP dobrze zastanowiłbym się nad sensownością wzdychania za pojawieniem się w Polsce ruchu „oburzonych”, bo może się okazać, że ci „oburzeni” nie będą grzecznymi młodzieńcami z dobrych szkół, a ich oburzenie będzie, jakby tu rzec – bardziej autentyczne i wyładuje się m.in. na naszych dziennikarskich orłach-sokołach.

Owe orły-sokoły, jak na karnych i zdyscyplinowanych czynowników dyktatury matołów przystało, wiedzą kiedy należy zrobić tzw. atmosferę i usprawiedliwić sprowadzanie z Niemiec czerwonych bandytów z Antify kłamliwą wrzutką o rzekomym zapraszaniu „prawicowych radykałów” z innych krajów. Wiedzą również kiedy przemilczeć lewackie akcje ulicznego terroru, a kiedy nagłośnić zadymę wszczętą obok Marszu, najprawdopodobniej przez kiboli, którzy jak się zdaje postanowili przypomnieć ober-matołowi, że porachunki jeszcze się nie zakończyły. Chwilę wybrali nie najszczęśliwszą, ale jeśli gdzieś szukać oburzeniowego potencjału o autentycznych społecznych podstawach i przyczynach, to właśnie wśród nich i nie chciałbym być w skórze dziennikarzy, czy lewackich kawiarnianych gogusiów spod znaku „Krytyki Politycznej”, gdy ten kocioł w końcu eksploduje.

III. Zwycięstwo prowokacji

Wszystko to nie może jednak przesłonić faktu, że mieliśmy do czynienia ze zwycięstwem prowokacji. Lewacy i dyktatura matołów dostali to czego chcieli – spektakularną zadymę, mającą skompromitować patriotyczny przekaz w przestrzeni publicznej. Budowana pracowicie od tygodni atmosfera konfrontacji przyniosła oczekiwane efekty. I nie ma znaczenia, że sam Marsz Niepodległości odbył się spokojnie, zaś burda została wszczęta przez grupy nieuczestniczące w Marszu i niezależne od organizatorów. Integracyjny potencjał Marszu Niepodległości, który zaczął przyciągać różne środowiska z opcji patriotyczno-niepodległościowej i miał szansę stać się wydarzeniem, które za rok-dwa przyćmiłoby oficjalne obchody został zmarnowany, podobnie jak wizerunek ciepłej, rodzinnej imprezy.

O to chodziło prowokatorom. Jak napisałem w notce „Marsz Wolnych Polaków”:

„elementem uprawianej wobec Polaków antygodnościowej socjotechniki jest zohydzenie Święta Niepodległości – tak, by kojarzyło się przede wszystkim z ulicznymi zadymami.” (...)

„Pozaoficjalne obchody najważniejszego święta państwowego, urządzane w duchu niekoniecznie miłym władzy, mają zostać odarte z godności, tak by zbitka 11 Listopada = burdy i obciach wdrukowała się w zwoje odbiorców i zagnieździła w nich na dobre.

No bo, patrząc racjonalnie: udało się ze Smoleńskiem, udało się Krzyżem – to dlaczego nie miałoby się udać i tym razem?”

No właśnie. Wyartykułowane wyżej cele zostały zrealizowane. Przeciętny konsument telewizyjnego przekazu został nafaszerowany po gardło, po dziurki w nosie odpowiednimi obrazkami. I te obrazki w nim zostaną na długo, na bardzo długo. Co z tego, że my wiemy, jak bardzo zmanipulowany przekaz podano gawiedzi. Ludzie zapamiętają, że uczestnicy Marszu tłukli się z policją i tyle.

Swoją pieczeń upichciła również dyktatura matołów. Do rozstrzygnięcia pozostaje, czy wypychanie ludzi z Placu Konstytucji przez policję było obliczone na sprowokowanie zamieszek i czy podgrzewające konflikt zamieszanie z „delegalizacją” Marszu to celowa robota HG-W. Tak czy owak, ober-matoł już zdążył zrobić wilcze oczy i zapowiedzieć „karanie z całą bezwzględnością”, zaś ten drugi, o którym przez wzgląd na powagę urzędu prezydenta staram się pisać jak najrzadziej, zapowiedział inicjatywę legislacyjną obostrzającą prawo o zgromadzeniach. Jak znam życie, to możemy się też spodziewać wzmożonej aktywności służb specjalnych wobec środowisk opozycyjnych. Nadzorcy systemu pełzającej represjonizacji dostali właśnie jak na tacy idealną podkładkę i to – cóż za traf – akurat przed latami ciężkiego kryzysu i spodziewanych w związku z tym społecznych niepokojów.

Gadający Grzyb

środa, 2 listopada 2011

Droga donikąd

Nie oszukujmy się – PiS w obecnej formule będzie zdobywał 25-30 procent i żaden „Budapeszt” się nie wydarzy. Chyba, że...


I. Wielofrakcyjność – warunkiem partii masowej

Kiedy piszę te słowa nie wiem jeszcze, czy Komitet Polityczny PiS „zawiesi członkostwo” Ziobrze i jego stronnikom, czy też będzie grał na zwłokę. Tak czy inaczej, obserwujemy koniec obecności Ziobry w tej partii, co potwierdza nurtującą PiS chorobę. Bo że nie dzieje się dobrze widzi każde dziecko i żadne pokrzykiwanie o jedności i „zdradzie” ziobrystów tego nie zmieni. Jeśli partia nie jest w stanie utrzymać w swoich szeregach takich ludzi jak Zbigniew Ziobro, to kogo jest w stanie utrzymać poza grupą kombatantów coraz bardziej rozsmakowanych w swej wieczystej opozycyjności i stadem BMW?

I proszę mi nie mówić o rozbuchanych ambicjach Ziobry. Ambicje są wpisane w politykę. Polityk bez ambicji powinien czym prędzej zmienić zawód – z korzyścią dla siebie i dla nas. Natomiast sprawnie działająca partia powinna być w stanie te ambicje zagospodarować. Tak do pewnego momentu funkcjonowało Prawo i Sprawiedliwość – od Marka Jurka po obecne PJoNki.

Wielofrakcyjność jest warunkiem istnienia partii masowej, czyli ugrupowania zdolnego do wygrania wyborów i przejęcia władzy. Dzieje się tak dlatego, że każde ze skrzydeł zagospodarowuje nieco inny segment elektoratu, co sprawia, że więcej wyborców może się z partią utożsamić. Poza tym, pozostawanie w jednej strukturze tworzy pewną wartość dodaną – ludzie premiują bowiem jedność.

I tu dochodzimy do kluczowej roli przywódcy takiego ugrupowania.

Prezes powinien być wodzem-arbitrem między frakcjami, dbającym o zachowanie równowagi wpływów, a nie przywódcą jednej z nich, bo to droga do rozmaitych frond i rozłamów, gdyż ci będący poza „frakcją prezesa” będą się czuli wiecznie zagrożeni i marginalizowani. Tymczasem Kaczyński popełnił błąd odsuwając Ziobrę i starając się „ujednofrakcyjnić” PiS na siłę w myśl zasady – jest tylko jedno skrzydło, prezesowskie i każdy kto poza nim, ten wyrzutek i zdrajca. To prosta droga do pozbycia się z partii wartościowych ludzi, którzy wprawdzie poza partią znaczą niewiele (przykład PJN się kłania), ale pozostając w partii mogli zrobić wiele dobrego (mnie osobiście „spinek” i „kluzikotów” nie żal, ale już np. Pawła Kowala - tak).

II. Rozłam – nie!

Drogą do zwycięstwa nie jest również „kontrolowany rozłam”. Hipotetyczna partia Ziobry nikogo nowego nie zaktywizuje. Odbierze PiS-owi parę procent, które pójdą na zmarnowanie, bo „rozłamowcy” nie przekroczą progu wyborczego, tak jak nie przekroczyło PJN.

I tu mam żal do Ziobry. Jego tournee po mediach mogło mieć tylko jeden skutek – właśnie taki, jaki obecnie obserwujemy. Najwyraźniej nie wyciągnął wniosków z lekcji PJN i uwierzył, że jego osobista popularność w obozie wyborców PiS może stać się odskocznią do samodzielnej działalności. Błąd. Wyborcy cenią Ziobrę jako część składową PiS-u, poza PiS-em facet zmarnuje się i rozmieni na drobne swój potencjał. Liczy na media? Przecież mediodajnie nie będą pompowały koalicjanta dla Kaczyńskiego! Podpromują trochę, owszem, jak niegdyś PJN czy Dorna, ale gdy przyjdzie do poważnych spraw, do wyborów – zapomnijmy, będą lansować Palikota, lub kogoś w tym stylu, by zagospodarował i skanalizował w kontrolowany sposób spodziewane niezadowolenie społeczne.

Inna sprawa, że i tak nie najlepsza ręka Kaczyńskiego do ludzi zdaje się z czasem jeszcze pogarszać. Kto jest w stanie wymienić wartościowych współpracowników, indywidualności zdolne przyciągać wyborców, pozostające w bezpośrednim otoczeniu prezesa? Powtórzę, bo chciałbym, żeby czytelnikowi się utrwaliło: zamiast budować masowe ugrupowanie z różnymi skrzydłami, frakcjami, dla których byłby wodzem-moderatorem dbającym o równowagę wpływów, Jarosław Kaczyński postanowił sam stanąć na czele własnej frakcji i wysiudać pozostałe. Stąd frustracja Ziobry, a przed nim – wielu innych.

W chwili obecnej PiS staje się ugrupowaniem zasiedziałych działaczy, którzy owszem, mogą tworzyć różne koterie i systemy partyjnych „podwieszeń”, ale to wszystko dzieje się w coraz bardziej zaskorupiałym środowisku, bez dopływu świeżej krwi, co nie pozwala nabrać partii drugiego oddechu. Nie oszukujmy się – PiS w obecnej formule będzie zdobywał 25-30 procent i żaden „Budapeszt” się nie wydarzy.

III. Aktywizacja – tak!

Dlatego tak istotne staje się obudowywanie PiS-u rozmaitymi ruchami społecznymi, co postulowałem zarówno przed wyborami, jak i po nich, pisząc o zjednoczonym obozie IV RP. Na tym Ziobro mógł wiele ugrać, ale przez swą niecierpliwość szansę chyba zmarnował. Powinien był zacisnąć zęby, zakasać rękawy i rozpocząć orkę w terenie. Coś w tym stylu robił podczas kampanii, promując swoich kandydatów, tylko że czas na budowanie własnej pozycji jest między wyborami, sama kampania zaś powinna być momentem, gdy ta wcześniejsza praca zaprocentuje.

W obecnej sytuacji najlepsze co mógł zrobić Ziobro ze swoimi „szablami”, to znieść partyjne połajanki i następnie wyjść do środowisk sympatyzujących z PiS-em: jeździć po Polsce i promować lokalne, oddolne ruchy obywatelskie, pomagać w zakładaniu stowarzyszeń, animować miejscowe inicjatywy – słowem, robić wszystko to, czego nie robią lokalne struktury PiS-u, od których społecznicy często odbijają się jak od ściany. Właśnie teraz jest na to pora – do kolejnych wyborów mógłby się stać naturalnym przywódcą dla wzmocnionych w ten sposób struktur tych wszystkich „Solidarnych 2010”, „Klubów Gazety Polskiej” i pozostałych inicjatyw, których listę można znaleźć choćby wśród sygnatariuszy przedwyborczej deklaracji podpisanej na konwencji Prawa i Sprawiedliwości.

Jeśliby dobrze się sprawił (myślę tu też o stronnikach Ziobry, których jednak jakichś tam w partii ma), to za jakiś czas stałby się liderem wielonurtowego ruchu społecznego. Przed kolejnymi wyborami „aparat” i Jarosław Kaczyński zwyczajnie nie mogliby tych społecznych rekrutów zlekceważyć i chcąc nie chcąc, musieliby posunąć się na listach (a jak to „zawodowych działaczy” boli można było się przekonać ostatnio), wpuszczając ożywczy powiew – przyprowadzonych przez Ziobrę najlepszych ludzi spoza „aparatu”. Świeże wojsko nie do pogardzenia, zwłaszcza w tych okręgach, gdzie PiS dotychczas przegrywał.

Ale tego wszystkiego Zbigniew Ziobro mógł dokonać jedynie pozostając w PiS-ie. Jako samotny biały żagiel nie ma szans, nawet jeśli teraz będzie się napinał „jednocząc” pozapisowski polityczny plankton. To zresztą już widać, bo póki co szamocze się między Jurkiem, ojcem Rydzykiem, a... PJN.

IV. Zjednoczony Obóz IV RP czy droga donikąd?

Będę to powtarzał do znudzenia (jak choćby w tekstach: „Zjednoczony obóz IVRP” i „Zjednoczony obóz IVRP - cz.II”), ale dla PiS jedyną szansą na wygraną jest pójście do kolejnych wyborów w możliwie szerokiej koalicji z organizacjami społecznymi. Tylko taki Zjednoczony Obóz IV RP, składający się prócz partii z różnych „struktur sieciowych” jest w stanie osiągnąć wygraną gwarantującą samodzielne rządy (a i to pod warunkiem sprzyjających wiatrów).

Póki co jednak obserwujemy kierunek odwrotny – zasklepianie się partii i selekcję negatywną potęgowaną przez „obróbkę skrawaniem”-marginalizowanie i wypychanie poza partię takich ludzi jak „ziobryści”. Do tego dochodzi - w najlepszym razie - instrumentalne traktowanie niezależnych inicjatyw (a często, zwłaszcza w terenie, wręcz traktowanie różnych społecznych zapaleńców jako konkurencji zakłócającej wygodne status quo).

Takie podejście to droga donikąd. No chyba, że prawdą jest, iż pisowscy weterani usadowili się wygodnie w opozycji i nie pali się im do rządzenia, prezesa zaś utwierdzają w przekonaniu, że przyszła zmiana społecznych nastrojów sama z siebie wyniesie PiS do władzy. Jeśli tak jest i jeśli, co gorsza, Kaczyński w to wierzy, to kolejne „Budapeszty” będą zgarniać nam sprzed nosa różne „konstrukty służb” wykreowane do zagospodarowywania i kanalizowania społecznych frustracji.

Gadający Grzyb

czwartek, 20 października 2011

Krajobraz powyborczy


- czyli porządki w krainie dyktatury matołów.


I. Porządki wewnętrzne – mafijne porachunki

Szybko spełnił się powyborczy koszmar Grzegorza Schetyny, który, nie chwaląc się, przewidziałem, pisząc jeszcze przed wyborami, że „umocniony Tusk byłby dla niego śmiertelnym politycznym zagrożeniem” - ale to tak na marginesie, bo nie trzeba było żadnego geniusza, żeby przewidzieć, iż zwycięski ober-Matoł czym prędzej przystąpi do wykańczania niedorżniętej konkurencji. Z punktu widzenia Schetyny najlepszym rozwiązaniem była zatem umiarkowana porażka Platformy, która podważyłaby pozycję Tuska i otworzyła Żelaznemu Grzegorzowi możliwość zagospodarowania niezadowolenia partyjnego aparatu. Nad porażką czuwać miał zaufany Schetyny - Jacek Protasiewicz, który poprowadził kampanię Platformy w swym unikalnym, partackim stylu, rodem z kampanii prezydenckiej Tuska w 2005 roku.

Niestety, tym razem pieczę nad biegiem wydarzeń roztoczył również zbiorowo obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego obecna dyktatura matołów jest powolną ekspozyturą i w kluczowym momencie po prostu zaczął prowadzić kampanię równolegle z Platformą, każąc na ten czas porzucić reżimowym mediodajniom resztki pozorów i przyzwoitości, który to zabieg – niezależnie od błędów PiS-u – uwieńczony został sukcesem. Groza lat 2005 – 2007 była zbyt dojmująca, by puścić sprawy na żywioł.

Tak więc, Schetyna zamiast przygotowywać się do zwoływania rozczarowanych porażką matołów i sposobić do podjazdowej wojenki z ober-Matołem, musi drżeć by Tusk nie zapakował go w betonowe buciki jak Olechowskiego, Piskorskiego, Gilowską, czy Rokitę. „Spółdzielcy” od Grabarczyka wykończyli się uprzejmie sami, zresztą, nie jestem pewien, czy Tusk nie wsadził celowo Grabarczyka na minę w postaci „wybuchowego” resortu infrastruktury, by ten się skompromitował i pociągnął za sobą całą frakcję. Teraz został do wykończenia już tylko Schetyna, którego jednak nie skreślałbym – jeśli przetrwa w ramach PO, to powróci, takie typy jak on charakteryzuje bowiem cierpliwość gada. Na miejscu Tuska zatem oglądałbym się za siebie lub dokończył egzekucję, gdyż nie od dziś wiadomo, że „Bóg wybacza – Schetyna nigdy”.

Czuję się po trosze jakbym opisywał mafijne porachunki, ale w sumie zważywszy na materiał ludzki, tych współczesnych neo-Szmaciaków współtworzących dyktaturę matołów, trudno spodziewać się czegokolwiek innego.

II. Operacja „Palikot” - porządki opozycyjne

W każdym razie, jak wspomniałem, groza lat 2005-2007 sprawiła, że obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP pomny na nocne duszności i mokre prześcieradła, postanowił wzmocnić dodatkowo dyktaturę matołów przy pomocy koncesjonowanej opozycji, czyli manewru tradycyjnie stosowanego w postsowieckiej kulturze polityczno-socjotechnicznej. Był Żyrinowski przy Jelcynie, był Lepper przy Millerze, będzie Palikot przy Tusku, co firmuje swą fizjonomią Jerzy Urban dając tym samym czytelny sygnał, gdzie post-esbecja ma kierować swe aktualne sympatie, wysiłki, tudzież troskliwą opiekę. Jeśli doliczyć do tego konszachty Palikota z Michnikiem, to i parasol medialny będzie zapewniony. Urban – Michnik – Palikot, niczym trzej muszkieterowie dyktatury matołów będą czuwali nad spokojem obozu władzy, flankując PO od strony strupieszałego SLD i podrzucając co jakiś czas w stronę PiS-u prowokacje w rodzaju sejmowego krzyża, skutkujące gromkimi awanturami.

Niestety, w przypadku PiS-u każdorazowo sprawdza się recepta sformułowana bodaj przez Ostachowicza w odniesieniu do śp prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Przypomnę, że w recepcie tej chodziło o to, że Kaczyński ma być małpą w klatce. Jeśli małpa robi się zbyt spokojna trzeba klatkę kopnąć, by małpa zaczęła się możliwie głośno i spektakularnie awanturować, strasząc wyborców. Prowokacja z krzyżem wskazuje, że tym razem za zbiorową „małpę” będzie robił PiS, a kopać klatkę będzie po staremu Palikot, tyle że tym razem jego reżyserowane wyskoki nie będą szły na konto Platformy. Do tej pory to władza „zużywała” - tym razem zużyć ma pozostawanie w „niekonstruktywnej” opozycji i jest to pewne novum do którego posłużyć ma operacja „Palikot”.

III. Bunt koncesjonowany – uporządkowany Budapeszt

Wszystko oczywiście po to, by pozbawić PiS potencjału „budapesztańskiego” na okoliczność spodziewanych niepokojów społecznych, gdy po kolejnych latach „budowania Polski” państwo przegnije już ze szczętem i zawali się pod ciężarem kryzysu. Do tego jednak może być mało Palikota i prokurowanego „zużycia opozycyjnością”. Należy zatem zadbać, by bunt przebiegał jak należy, w sposób uporządkowany – i tu jakimś nieśmiałym zaczątkiem, balonikiem próbnym mogła być niedawna demonstracyjka „oburzonych” - młodzieży z właściwego ideowo Wielokulturowego Liceum im. Jacka Kuronia z czesnym ponad 800 zł/m-c. Widzę tu zarazem tą śmieszną, gazetowyborczą chęć, by wszystko – nawet „bunt” - było u nas „jak na Zachodzie”, tym postępowym, ma się rozumieć.

Chcecie się buntować, kontestować, to my wam pokażemy jak – prawią mentorzy z „Wyborczej”. Albowiem, trzeba wam wiedzieć, droga młodzieży, że antysystemowość może być nawet ożywcza, jeśli jest praktykowana wedle jedynie słusznych, lewackich wzorców wypracowanych przez pokolenie ‘68 i pod czujnym okiem starszych i mądrzejszych, co to na marksizmie mózg i zęby zjedli, teraz zaś za pomocą sztucznych szczęk od najlepszych ortodontów konsumują w spokoju ducha owoce swych młodzieńczych uniesień. Zróbcie, jak radzimy, to też będziecie konsumowali. Macie nienawidzić kapitalizmu i żądać więcej socjalu oraz wyrównywania szans, którym to wyrównywaniem chętnie się zajmiemy – wszak żyjemy z tego wyrównywania od lat, więc znamy się na rzeczy. Nade wszystko jednak macie nienawidzić Kościoła, opresyjnego społeczeństwa, rodziny i całej tej moherowszczyzny z jej patriotycznymi zaśniedziałymi „wartościami”, która rozpanoszyła się w kraju i swym tradycjonalizmem hamuje modernizację.

Poza tym – dodają szeptem mentorzy - śmieją się z nas w Europie.

No i o to z grubsza chodzi – zastąpić antysystemowość niesłuszną, konserwatywną i destrukcyjną, godzącą w pryncypia założycielskie i dobrostan obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, antysystemowością koncesjonowaną, która postulaty sanacji państwa zastąpi antyglobalistycznym bełkotem o „pekariacie” spod znaku „Krytyki Politycznej” i młodszego pokolenia redaktorów „Wyborczej” - a wszystko pod czułą opieką Agorowych weteranów.

Kiedy nadejdzie Budapeszt, będą przygotowani, by społeczne frustracje odpowiednio skanalizować i ukierunkować, tak by nic konkretnego z nich nie wynikało – jak w Londynie, Rzymie czy Atenach.

Oczywiście, do powodzenia tego eksperymentu trzeba czasu. Ciekawe, co będzie pierwsze – ich czy nasz Budapeszt.

Gadający Grzyb

sobota, 15 października 2011

Zjednoczony obóz IV RP – cz. II


...czyli - czekając na Budapeszt. PiS powinien pójść do następnych wyborów w szerokiej koalicji z autonomicznymi organizacjami społecznymi.


I. „Infrastruktura patriotyzmu”

Jarosław Kaczyński podczas wieczoru wyborczego podsumował swe wystąpienie słowami: „przyjdzie taki dzień, kiedy będziemy mieli w Warszawie Budapeszt”. Niewykluczone, tyle że Budapeszt sam się nie zrobi. Nie wystarczy bierne oczekiwanie na społeczny przełom – trzeba mu dopomóc, inaczej „Budapeszt” ktoś sprzątnie nam sprzed nosa. Tymczasem odnoszę wrażenie, że PiS liczy na władzę, która sama przyjdzie dzięki kryzysowemu odwróceniu „tryndu" społecznego. Błąd. Równie dobrze potencjał społecznego niezadowolenia może przejąć jakaś sprytnie wykreowana na tę okoliczność „wydmuszka" - trybun ludowy ze służbowego rozdzielnika stworzony właśnie po to, by owo niezadowolenie zagospodarować. Był Lepper, jest Palikot – jaki problem by podrzucić w kluczowym momencie sfrustrowanym i ogłupionym wyborcom kogoś, kto podbierze kolejne segmenty elektoratu?

Najgorszym błędem w każdej walce jest niedocenianie przeciwnika. „Tamci” - z obozu beneficjentów i utrwalaczy IIIRP wraz ze swą ekspozyturą, jaką jest obecna dyktatura matołów, nie są przecież durniami – wiedzą co się szykuje, wiedzą również na co liczy Kaczyński. Chyba nikt nie jest tak naiwny, by sądzić, że nie będą się starali zabezpieczyć i przygotować na skanalizowanie spodziewanych niepokojów, gdy obecna „mała stabilizacja” na krechę zawali się pod ciężarem długu publicznego.

Dlatego należy się przygotować już dziś na godzinę próby, która zresztą nadejdzie prawdopodobnie grubo przed końcem obecnej kadencji. Rafał Ziemkiewicz w swym felietonie w „GP” użył pojęcia „infrastruktura patriotyzmu”. Pozwolę je sobie pożyczyć, gdyż doskonale oddaje to, czego opcji patriotyczno-niepodległościowej potrzeba, by nie skichać się po raz kolejny. Taką patriotyczną infrastrukturą – cierpliwie i konsekwentnie budowaną (o czym u nas pisze m.in. Kuki powołując się na Grzegorza Górnego) – dysponował bowiem na Węgrzech Fidesz i Wiktor Orban. Dzięki niej potrafił zagospodarować spowodowaną kryzysem zmianę nastrojów społecznych i wygrać w imponującym stylu.

Zaczątki tej infrastruktury mamy. Dobrym początkiem było podpisanie podczas sierpniowej konwencji wyborczej wspólnej deklaracji z organizacjami społecznymi. Nadzieje i zagrożenia postarałem się wówczas odmalować w tekście „Zjednoczony obóz IV RP”, którego kontynuacją jest niniejsza notka.

II. Przegląd stanu posiadania

Warto w tym miejscu porównać potencjał społeczny dwóch głównych antagonistów: PiS-u i Platformy Obywatelskiej. Porównanie to wypada dla PO miażdżąco: o ile Prawo i Sprawiedliwość może pochwalić się oparciem w powstałych samorzutnie organizacjach - będących na ogól pokłosiem posmoleńskiego wzmożenia obywatelskiego i „ruchu niezgody” na wielowymiarowe staczanie się Polski - o tyle Platforma by stworzyć wrażenie szerokiego poparcia musi uciekać się do wyciągania polityków z konkurencyjnych ugrupowań w zamian za miejsca na listach.

Kto tu zatem jest naprawdę ugrupowaniem obywatelskim? Nie sposób (zachowując odpowiednie proporcje) uciec tu od analogii z czasów PRL-u z początku lat 80-tych, kiedy to dysponująca pełnią władzy oraz aparatem przymusu i represji PZPR reprezentowała de facto samą siebie - bandę czerwonych karierowiczów legitymizujących w zamian za osobiste korzyści sowiecką dominację, zaś większość Polaków miała swego reprezentanta w opluwanej, zwalczanej siłowo i propagandowo „Solidarności”.

Polska Zjednoczona Platforma Obywatelska może zatem liczyć na aparat państwa w rodzaju „rozgrzanych sądów”, służby, ewentualne „cuda przy urnach” i broń masowego ogłupienia – pozostające w rękach obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP wiodące mediodajnie, które nie tyle popierają PO, ile blokują możliwość powrotu „obozu IV RP” do władzy. PiS może zaś liczyć na działalność oddolną, w lokalnych społecznościach, prowadzoną przez sprzyjające mu środowiska patriotyczne.

Zatem, mimo że ostatnie starcie zakończyło się porażką, to przyszłość, pod warunkiem zachowania obecnego, prospołecznego kursu, będzie należała do IV RP. Warunek: trzeba to pielęgnować i rozwijać – obecnie dysponujemy bowiem zaledwie tzw „dobrym początkiem”.

III. Obywatelski „pas transmisyjny”

Wiktor Orban, na którego lubią się powoływać działacze PiS z prezesem na czele, podczas lat opozycyjnej odstawki potrafił stworzyć w terenie sieć lokalnych organizacji, która w odpowiednim momencie zafunkcjonowała. Dzięki nim potrafił np. komunikować się z wyborcami ponad głowami oficjalnych, dominujących przekaziorów pozostających w rękach tamtejszej postkomuny (to dla tych, którzy w kółko narzekają na media i usprawiedliwiają w ten sposób kolejne porażki – Orban miał tak samo). Takiego zjednoczonego obozu IV RP współtworzącego postulowany przeze mnie wielokrotnie Drugi Obieg 2.0 nam trzeba i on powstaje – tyle że potrzebuje aktywnego wsparcia i współpracy ze strony struktur PiS-u, z tym zaś bywa różnie, o czym można było się przekonać podczas ostatnich wyborów. To w teren powinny pójść partyjne fundusze, kadry, środki, logistyka, a nie na centralę i paru topornych działaczy szwendających się po różnych TVN-ach.

Na sojusz z organizacjami obywatelskimi należy chuchać i dmuchać, ale partyjny „aparat" jak to „aparat" - ruchów obywatelskich nie lubi, bo zamiast sprzymierzeńca widzi w nich często konkurencję. A już gdy te organizacje próbują sprawować nad Partią jakąś obywatelską kontrolę by, mówiąc Chłodnym Żółwiem, „krówki nie właziły w szkodę” - no to jest obraza majestatu na całego, o czym przekonała się blogerka Iranda, która nie została mężem zaufania, bo niegdyś skrytykowała lokalną panią poseł. O takich kwiatkach, jak spławienie reżysera Piotra Zarębskiego i jego inicjatywy powołania telewizji aż się nie chce pisać.

Z takim podejściem należy skończyć. PiS może mieć niezastąpiony instrument służący „polityzacji mas”, będący znakomitym pasem transmisyjnym docierającym bezpośrednio do ludzi z pominięciem wrogich mediodajni. „Aparat” jednak winien wystrzegać się arogancji i traktować ludzi podmiotowo, a nie jak wygodne narzędzia, które raz bierze się do ręki, innym razem zaś odstawia do kąta.

W ten sposób infrastruktury patriotyzmu się nie stworzy.

IV. Gabinet fachowców

Osobną kwestią jest, by ten obywatelski „pas transmisyjny” miał co transmitować. Kłania się tu wykorzystane zaplecza intelektualnego z którego może skorzystać Prawo i Sprawiedliwość. Jest Instytut Sobieskiego, Fundacja Republikańska - są specjaliści, którzy powinni zastąpić w roli „twarzy” zgranych i nieudolnych działaczy. Jest potencjał ujawniony choćby na kongresie Polska Wielki Projekt zdolny stworzyć kompleksowy program sanacji państwa we wszystkich dziedzinach. Część z tych osób można było odnaleźć na listach podczas ostatnich wyborów, jednak po pierwsze – za mało, po drugie – byli za słabo wyeksponowani. Tymczasem ludzie ci powinni stworzyć może nie tyle „gabinet cieni”, ile „gabinet fachowców” - specjalistów reprezentujących stanowisko PiS w poszczególnych dziedzinach.

Warto przypomnieć rodzimym „orbanowcom” co to „czekają na Budapeszt”, że Wiktor Orban zebrał zaplecze fachowców, którzy stworzyli konkretną ofertę programową. Krótko mówiąc - było z czym wyjść do ludzi. Nie muszę chyba dodawać, że po ewentualnym zwycięstwie program ten należy wdrażać, zaś jego autorzy powinni być wiodącymi postaciami w „swoich” resortach.

V. Zjednoczony obóz IV RP o muerte!

No i wreszcie kwestia podejścia do wyborów. Otóż moim zdaniem PiS powinien pójść do następnych wyborów nie jako pojedynczy podmiot – monopartia, ale w możliwie szerokiej koalicji z autonomicznymi organizacjami społecznymi: Solidarnymi 2010, Stowarzyszeniem Polska Jest Najważniejsza, Ruchem Społecznym im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Komitetem Katyńskim – wymieniam przykładowo, jest tych podmiotów więcej. W ten sposób PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele, pozostając naturalnym przywódcą i główną siłą tego porozumienia, zdejmie z siebie odium politycznej alienacji, partii „niekoalicyjnej” - pokaże się jako reprezentant masowego ruchu społecznego: Zjednoczonego obozu IV RP.

Wyborcy w Polsce premiują współpracę i porozumienie. Poza tym, takie odnowienie oblicza daje pewien powiew świeżości, również lubiany przez elektorat i wybije argumenty tym, którzy twierdzą, że PiS się „zużył” jako opozycja. Ja wiem, że partia najchętniej pogłaskałaby tych wszystkich społeczników po główkach, powiedziała dobre słowo, ale podzielić się dobrymi miejscami na listach - och nie, to za bardzo boli... Ujmę to tak: PiS już teraz coraz częściej postrzegany jest jako część zastygłego systemu – z czasem ten wizerunek będzie się pogłębiał, a Prawo i Sprawiedliwość stopniowo będzie osuwało się na wyborczy margines, zakładając nawet optymistycznie, że nie dojdzie do rozłamów w stylu PJN. Lepiej się posunąć i dopuścić do głosu przedstawicieli „infrastruktury patriotyzmu” bez której i tak nie wygra się wyborów, by w ostatecznym rozrachunku zebrać całą „orbanowską” pulę, co jest wszak deklarowanym celem.

Jeśli PiS nie zdecyduje się na ten śmiały ruch, to wciąż będziemy marzyli o swym Budapeszcie w głębokim poczuciu własnej racji i zrzędzili na zgnojone, postkolonialne społeczeństwo. Tymczasem premię za nowość, antyestablishmentowość – i w konsekwencji „głos ludu” - będą zgarniać jakieś Palikoty, tudzież inne konstrukty wykreowane do kanalizowania społecznych frustracji.

Gadający Grzyb

 

Niektóre teksty nawiązujące do tej tematyki:

http://niepoprawni.pl/blog/287/zjednoczony-oboz-iv-rp

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/pis-mediodajnie

http://niepoprawni.pl/blog/287/bledy-kampanii

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-naprawie-rzeczypospolitej