Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Ziobro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Ziobro. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 maja 2019

Art. 212 – zaciskanie knebla

Z roku na rok rośnie ilość spraw wytaczanych z art. 212. Teraz na dokładkę dojdzie jeszcze policyjno-prokuratorskie ściganie „fejków”. Knebel zaciska się coraz mocniej.

Na posiedzeniu Sejmu z 16 maja br. uchwalono obszerną nowelizację Kodeksu Karnego. Obrady upłynęły w typowo „kampanijnej” atmosferze, a partyjne przepychanki i zainteresowanie mediów skupiły się głównie na zaostrzeniu odpowiedzialności za pedofilię – tymczasem, w gąszczu szczegółowych przepisów przemycono rzecz tyleż skandaliczną, co potencjalnie bardzo niebezpieczną dla wolności słowa. Rozszerzono mianowicie odpowiedzialność karną za zniesławienie – czyli wciąż pokutujący w naszym systemie prawnym haniebny art. 212 KK. Ten relikt komuny od lat jest przedmiotem krytyki organizacji pozarządowych, środowisk dziennikarskich oraz międzynarodowych organizacji, takich jak OBWE, która już w 2005 r. wezwała polskie władze do dekryminalizacji przestępstw zniewagi i zniesławienia. Na podobnym stanowisku stanęło w 2007 r. Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy. Również orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (np. sprawa Handyside przeciwko Wlk. Brytanii) wskazuje, iż groźba odpowiedzialności karnej za zniesławienie może prowadzić m.in. do stosowania przez dziennikarzy autocenzury i skutkować tzw. efektem mrożącym („chilling effect”).

Wszystko to jak dotąd nie skłoniło kolejnych ekip rządzących do wykreślenia art. 212 z Kodeksu Karnego – słyszymy, że przepis ten ma umożliwić obronę dobrego imienia osobom, których nie stać na wytoczenie procesu cywilnego o ochronę dóbr osobistych. Jest to tłumaczenie o tyle obłudne, że praktyka jasno pokazuje, iż art. 212 stał się w znacznej mierze narzędziem tłumienia medialnej krytyki przez osoby publiczne, ze szczególnym uwzględnieniem polityków. Kolejną grupą chętnie posługującą się art. 212 są podmioty instytucjonalne, o czym niżej podpisany przekonał się za sprawą dwuletniego procesu ze Związkiem Banków Polskich. Dotyczy to w szczególności typu kwalifikowanego przestępstwa opisanego w §2, penalizującego zniesławienie za pomocą „środków masowego komunikowania” (czyli z założenia wymierzonego w dziennikarzy), gdzie prócz grzywny czy ograniczenia wolności mamy możliwość zasądzenia kary do roku pozbawienia wolności. Co więcej, w przeszłości zdarzało się, że kara ta faktycznie była orzekana przez sądy – w ostatnich latach wprawdzie linia orzecznictwa odeszła od tej praktyki, lecz potencjalne zagrożenia odsiadką „za słowo” wciąż istnieje.

Jeśli chodzi o polityków, niezmiennie obserwujemy podejście zdeterminowane zasadą „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Każda opcja polityczna znajdująca się w danej chwili w opozycji solennie zapowiada zniesienie art. 212, by błyskawicznie zapomnieć o złożonej obietnicy w chwili objęcia rządów – bo też art. 212 jest nader poręcznym kneblem: niezależnie od finalnego rozstrzygnięcia, proces sam w sobie jest dolegliwością dla dziennikarza i redakcji, generując przy okazji koszty związane z obsługą prawną. Obecnie rządzące PiS niestety nie jest wyjątkiem – jako opozycja przygotowało nawet w 2008 r. projekt odpowiedniej nowelizacji, by teraz pójść w dokładnie odwrotnym kierunku.

Co konkretnie uchwalono? Otóż do wspomnianego wyżej §2 dopisano §2a w brzmieniu: „Tej samej karze (czyli grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do roku – przyp. PL) podlega, kto w celu popełnienia przestępstwa określonego w § 1 albo po jego popełnieniu tworzy fałszywe dowody na potwierdzenie nieprawdziwego zarzutu lub nakłania inne osoby do potwierdzenia okoliczności objętych jego treścią”. Jak się zdaje, intencją ustawodawcy było uderzenie w zniesławiające fake newsy i fałszywe zeznania – tyle, że w prawie karnym już mamy zarówno karalność składania fałszywych zeznań, jak i podżegania do takowych. Zniesławiający fake news natomiast sam w sobie wyczerpuje znamiona czynu zabronionego z art. 212 – otrzymaliśmy więc legislacyjnego potworka dublującego odpowiedzialność karną.

Najgorsze jednak jest to, że o ile na mocy art.212 §4 zniesławienie z paragrafów 1 i 2 ścigane jest z oskarżenia prywatnego, o tyle „zapomniano” o tym w przypadku dodanego §2a! A to oznacza, że przestępstwo z paragrafu 2a ścigane będzie Z URZĘDU. Krótko mówiąc, do akcji wkroczy policja i prokuratura, nawet bez wiedzy poszkodowanego – a sąd będzie mógł zasolić nawet rok odsiadki.

Ten drakoński przepis poraża tym bardziej, że jeszcze w lutym min. Ziobro deklarował możliwość depenalizacji zniesławienia (było to po głośnym wyroku w sprawie dziennikarza Wojciecha Biedronia, którego sąd uznał winnym, bo w artykule o sędzim Łączewskim mylnie podał, że w jego sprawie toczy się postępowanie dyscyplinarne, podczas gdy toczyło się postępowanie wyjaśniające) - a w tym samym czasie w jego resorcie trwały prace nad omawianą nowelizacją.

Według dostępnych statystyk, z roku na rok rośnie ilość spraw wytaczanych z art. 212. Między 2006 a 2016 r. liczba wszczętych postępowań zwiększyła się ze 168 do 904, a wyroków skazujących – z 236 do 540. Teraz na dokładkę dojdzie jeszcze policyjno-prokuratorskie ściganie „fejków”. Knebel zaciska się coraz mocniej.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Art. 212 – knebel na dziennikarzy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 21 (24-30.05.2019)

niedziela, 4 marca 2018

Moratorium, czyli „uspokajactwo” stosowane

Polska nie ma w świecie żadnego wizerunku, który mógłby się „pogorszyć”. Nasz „wizerunek” to „polish death camps”, Jedwabne i przypisana nam rola winowajców. Nie mamy tu nic do stracenia.

I. Grube prowokacje

Wszystko wskazuje na to, że polsko-żydowski konflikt wkroczył właśnie w stadium telenoweli. Najwyraźniej ktoś uznał, że skoro serial dobrze się sprzedaje w mediach, to nie ma sensu kończyć go po kilku pierwszych odcinkach, tylko trzeba eksploatować temat ile wlezie, podgrzewając co jakiś czas atmosferę różnymi prowokacjami – im grubiej szytymi, tym lepiej. Tak było ze słynnym pytaniem skierowanym do premiera Morawieckiego przez Ronena Bergmana (kojarzą Państwo – tego, co to nie może się doliczyć, ile właściwie lat miała podczas wojny jego matka; cudowne dziecko, które już w kołysce otrzymało nagrodę od ministra edukacji). Podobnie rzecz się miała z Ruderman Family Foundation – amerykańsko-żydowską organizacją „charytatywną” o arcyciekawych powiązaniach z putinlandem. Tu z kolei mieliśmy klip na którym różni wynajęci na tę okoliczność szubrawcy syczeli o „polskim holokauście” domagając się od rządu USA zerwania stosunków dyplomatycznych z Warszawą, wzmocniony dodatkowo kampanią billboardową w Izraelu. Za chwilę, gdy macherzy orkiestrujący tę kampanię antypolonizmu dojdą do wniosku, że atmosfera „siada”, będziemy zapewne mieli coś jeszcze innego.

Jeśli chodzi o polską odpowiedź, na wysokości zadania stanęli dotąd jedynie internauci (który to już raz?), doprowadzając do usunięcia spotu Ruderman Family Foundation z serwisu You Tube. Fundacja Filmowa Widnokrąg wypuściła film punktujący kłamstwa żydowskiej organizacji. Świetną robotę wykonał urodzony w Wlk. Brytanii Polak, Stefan Thompson, nagrywając wystąpienie w którym w stonowany, ale do bólu rzeczowy sposób obala antypolskie stereotypy dotyczące naszej roli w II wojnie światowej – co ważne, posługując się perfekcyjną angielszczyzną. Nota bene, w chwili gdy piszę te słowa, film Thompsona, który zdążył zebrać kilkaset tysięcy odsłon, został na You Tube zablokowany z powodu... „treści, które mogą być nieodpowiednie lub obraźliwe dla niektórych grup widzów”. On też jest autorem ulicznej sondy w Berlinie, podczas której młodzi Niemcy popisują się historyczną ignorancją, stwierdzając m.in., że „Polska była po stronie nazistów”.


II. Polityka „uspokajactwa”

Na tym tle, wystąpienia polskich polityków oraz instytucji uderzają swoją niezbornością. Poraża bezwład Polskiej Fundacji Narodowej, powołanej do dbania o wizerunek naszego kraju za granicą. Dość powiedzieć, że strona internetowa PFN nie ma nawet anglojęzycznej wersji, zaś jej oficjalny kanał You Tube zawiera całe osiem filmików, z których żaden nie dotyczy omawianego tu konfliktu – najświeższym dokonaniem jest... montaż z warszawskiego przemówienia Donalda Trumpa. Komentarz internauty: „litości ćwierć miliarda zł i stać was tylko na to?” doskonale oddaje ton reakcji widzów na tę nędzę.

Ale to jeszcze nic. Kolejne strzały samobójcze, to kunktatorskie wypowiedzi różnych osobistości związanych z „dobrą zmianą” odnośnie uchwalonej nowelizacji ustawy o IPN. Marszałek Senatu Stanisław Karczewski publicznie oznajmia, że ustawa przez jakiś czas „nie będzie działać”. Doradczyni prezydenta, Zofia Romaszewska, nazywa nowelizację „idiotyczną” dodając, że wysłała Andrzejowi Dudzie SMS-a w którym zalecała jej zawetowanie. Prof. Zybertowicz wzywa do „poprawienia” przepisów i „audytu legislacyjnego” (to ma być ta słynna MaBeNa?). Nawet prof. Andrzej Nowak, ku mojemu niemiłemu zaskoczeniu, w liście otwartym wraz z prof. Robertem Frostem wyraża „głębokie zaniepokojenie szkodami, jakie wizerunek Polski ponosi w związku z nowelizacją Ustawy o IPN”. Natomiast minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro składa zapewnienia, że spod działania ustawy wyłączeni zostaną nie tylko naukowcy, artyści i ocaleli z holokaustu, ale też... dziennikarze. Wszyscy razem zaś, począwszy od prezydenta, dają do zrozumienia, że ustawę „wyprostuje” Trybunał Konstytucyjny, jakby nie zauważając, że tym samym potwierdzają tezę, iż „nowy” trybunał jest polityczną przybudówką PiS-u i tylko patrzeć, jak z tego prezentu skorzysta Timmermans. Słowem – podszyty strachem chaos i ogólny kociokwik informacyjny.

W tej sytuacji trudno się dziwić, że izraelskie media odebrały powyższe wypowiedzi, jako kapitulację Polski i odtrąbiły, iż ustawa o IPN zostanie „zamrożona” - bo jak inaczej miały zinterpretować przytoczone wyżej sygnały? Tak kończy się amatorska polityka „uspokajactwa”. A już prawdziwym majstersztykiem samozaorania jest wypowiedź wiceministra spraw zagranicznych, Bartosza Cichockiego, stojącego na czele operetkowego zespołu ds. „dialogu historyczno-prawnego z Izraelem”. Stwierdził on mianowicie, że ustawa będzie „obowiązywała”, lecz... prokuratorzy nie będą na jej podstawie stawiać zarzutów (!). Tym samym dowiedzieliśmy się, że można „po uważaniu” nie stosować obowiązującego prawa. W związku z tym warto zapytać – od kiedy to w polskim prawodawstwie istnieje instytucja „zamrażarki” uchwalonych ustaw? I kto decyduje o jej uruchomieniu? Młodszym czytelnikom przypomnę, że już w historii III RP mieliśmy do czynienia z podobnym przypadkiem – chodzi mi o niesławne „moratorium” na orzekanie i wykonywanie kary śmierci. Do 1997 r. mieliśmy bowiem przedziwną sytuację, kiedy to w Kodeksie Karnym figurowała kara śmierci, lecz wskutek jakiegoś niepojętego „konsensusu” sądy odmawiały jej orzekania – i do dziś nie wiadomo, kto owo „moratorium” zarządził. Dziś mamy powtórkę z historii - „moratorium” na ustawę o IPN.


III. Cicha rejterada?

Generalnie, widać jakim błędem było tchórzliwe odesłanie przez prezydenta Dudę nowych przepisów do Trybunału Konstytucyjnego - stworzyło to bowiem okazję do kolejnych nacisków na Polskę i wycofywania się rakiem przez rządzących z własnego projektu. Czyli jak zwykle – najpierw mamy patriotyczne wzmożenie, a następnie cichą rejteradę przestraszonych własną odwagą mężyków stanu w imię „realizmu”, „niezadrażniania” i ogólnie mówiąc, świętego spokoju. Przerabialiśmy to niedawno w przypadku wycofania się przez MSWiA z zamieszczenia wizerunku Cmentarza Orląt Lwowskich i Ostrej Bramy w nowych paszportach – i obecnie scenariusz ten się powtarza, tyle że w o wiele większej skali.

Pora więc sobie coś wyjaśnić. Polska nie ma w świecie żadnego wizerunku, który mógłby się „pogorszyć”. Nasz „wizerunek” to „polish death camps”, Jedwabne i przypisana nam rola winowajców. Nie mamy tu nic do stracenia. Nie ma też powodów, by żydowska „wrażliwość historyczna” pozostawała pod szczególną ochroną. Nas Hitler też mordował – sześć milionów polskich obywateli poszło do piachu. Położenie etnicznych Polaków różniło się od sytuacji Żydów tylko tym, że byliśmy drudzy w kolejce do unicestwienia i gdyby wojna potrwała kilka lat dłużej, nie byłoby czego z nas zbierać.

Po pierwsze zatem – należy wytoczyć proces Ruderman Family Foundation, bo jej spot jest modelowym odzwierciedleniem przestępstwa opisanego w znowelizowanej ustawie. Trzeba wysłać im oczywiście stosowne wezwania, a jeśli nie wezmą udziału w procesie – skazać zaocznie, tak by mieli świadomość, że jeśli kiedykolwiek pojawią się w Polsce, czeka ich odsiadka lub grzywna. I po drugie, co powtarzam jak mantrę – wznowić ekshumację w Jedwabnem. Bez tego nie ruszymy, bo na nasze mozolne przekonywanie, że nie jesteśmy wielbłądami, Żydzi zawsze odpowiedzą jednym słowem: „Jedwabne” - na zasadzie gry w pomidora. Będą tak robili, ponieważ wersja Grossa jest na forum międzynarodowym jedyną obowiązującą - dlatego należy im wybić z ręki ten oręż. Tymczasem nasi mężykowie stanu na samo hasło „Jedwabne” kulą się jakby zobaczyli węża. Nie czas również na dywagowanie o „MaBeNach” - tu trzeba, mówiąc brutalnie, walić na odlew w zakłamane pyski oszczerców, aż im się odechce szkalowania. I, już na koniec – panie ministrze Ziobro, proszę nie mówić, że spod odpowiedzialności zostaną wyłączeni dziennikarze, bo to właśnie dziennikarze zachodnich mediów najczęściej pisali o „polskich obozach”. Jeżeli nie ich, to kogo będzie pan chciał oskarżać – Baracka Obamę?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (02-08.03.2018)

poniedziałek, 13 listopada 2017

I co teraz, panie Prezydencie?

Panie Prezydencie, albo chce Pan reformy sądownictwa, albo nie. Pora na męską decyzję.


I. Obstrukcja KRS

30 października Krajowa Rada Sądownictwa odrzuciła wszystkich 265 asesorów sądowych przedstawionych przez Zbigniewa Ziobrę jako kandydaci do pełnienia obowiązków sędziego. Swoją decyzję motywowała uchybieniami formalnymi, takimi jak brak zaświadczeń o stanie zdrowia. To oficjalnie, bo nieoficjalnie jest to oczywiście kolejna odsłona „sędziowskiego rokoszu” w jaki bawią się luminarze wymiaru sprawiedliwości. Jak podnoszą w swym oświadczeniu asesorzy, KRS procedowała w sposób uniemożliwiający uzupełnienie dokumentacji, stosując (to już dodam od siebie) ewidentną obstrukcję mającą na celu niedopuszczenie do orzekania rzekomych „pisowskich sędziów”. Haczyk polegał na tym, że postępowanie przed KRS powinno toczyć się w oparciu o dokumenty będące w systemie informatycznym Ministerstwa Sprawiedliwości – tych jednak do tegoż systemu nie wprowadzono. Jednak ministerstwo natychmiast po otrzymaniu od KRS informacji o brakach, wysłało w trybie pilnym niezbędne dokumenty w wersji papierowej. Potwierdza to rzecznik prasowy KRS Waldemar Żurek, jednakże wspomniana okoliczność nie powstrzymała członków Rady przed wyrażeniem, jak to ujęto, „skutecznego sprzeciwu” wobec nominatów resortu sprawiedliwości.

A teraz najlepsze. Otóż, wbrew temu, co można by sądzić na podstawie stronniczych doniesień, Zbigniew Ziobro nie wyciągnął sobie z dnia na dzień asesorów z kapelusza. To są ludzie, którzy kształcili się (m.in. w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury) oraz praktykowali w sądach w latach 2009-2016 – czyli większość ich ścieżki zawodowej przypada na okres rządów PO. Egzaminy zdawali przed niezależnymi sędziami, a nie przed przedstawicielem Ministerstwa Sprawiedliwości. W oświadczeniu asesorzy podkreślają: „na liście przesłanej przez Ministra Sprawiedliwości znaleźli się wszyscy aplikanci, którzy uzyskali pozytywny wynik egzaminu i nie podjęli decyzji o rezygnacji z asesury, nie zaś osoby wybrane przez Ministra. To samo dotyczy znajdujących się na liście asystentów sędziów i referendarzy sądowych – zresztą, jedynie ich dotyczył wymóg składania zaświadczeń o stanie zdrowia. Krótko mówiąc, rola Ministra Sprawiedliwości sprowadzała się do odebrania ślubowania i przekazania listy do KRS. Minister nie ma wpływu na jej kształt, nie może również odwołać asesora, czy wskazać konkretnego sądu w którym będzie pracował. Nie przeszkodziło to jednak Waldemarowi Żurkowi pleść andronów o „ciągu technologicznym” ministra w produkowaniu sędziów i „asesorach ze stemplem konkretnego ministra sprawiedliwości” - za co, moim skromnym zdaniem, powinien dożywotnio rozstać się z sędziowską togą, chociażby ze względu na rażące upolitycznienie i ignorancję w zakresie procedury powoływania asesorów sądowych. Teraz najprawdopodobniej cała heca oprze się o Sąd Najwyższy – tyle, że po uprawomocnieniu się decyzji KRS stosunek służbowy asesora automatycznie wygasa. Krótko mówiąc, pięć lat studiów, lata aplikacji i ciągłych egzaminów może pójść psu w gardło.


II. Polityczna odpowiedzialność Andrzeja Dudy

Przejdźmy do tytułowego pytania, które nie bez powodu kieruję bezpośrednio do prezydenta Andrzeja Dudy. Awantura z asesorami pokazuje jasno nieuleczalną złą wolę sędziowskiej wierchuszki i jednoznacznie upolitycznione stanowisko w opozycji do legalnego, polskiego rządu. To pełzająca anarchizacja państwa w ramach której Krajowa Rada Sądownictwa dla swej prywatnej wojenki z nielubianym ministrem gotowa jest poświęcić dobro wymiaru sprawiedliwości cierpiącego na braki kadrowe i przewlekłość postępowań. Decyzja KRS dotyka nie tylko 265 młodych ludzi, blokując im wejście do zawodu, lecz przede wszystkim odbije się negatywnie na tysiącach „klientów” polskich sądów. Wszystko to dla KRS nie ma znaczenia – Rada postanowiła zachować się niczym partia polityczna, byle tylko zagrać na nosie rządzącym.

Powyższe nie byłoby możliwe, gdyby nie poczucie bezkarności i nieodpowiedzialności – bo do tego sprowadza się „niezawisłość” w rozumieniu sędziowskiego establishmentu, którego zbiorową personifikacją jest KRS. A ową bezkarność zagwarantował członkom KRS nie kto inny, tylko prezydent Andrzej Duda wetując ustawy reformujące wymiar sprawiedliwości – gdyby nie to, reforma już dawno weszła by w życie i podobny sabotaż byłby nie do pomyślenia. Trzeba powiedzieć sobie jasno – w momencie, gdy prezydent zdecydował się na weto, wziął tym samym na siebie polityczną odpowiedzialność za wszelkie kolejne wyskoki „totalnej opozycji” w sędziowskich togach. Również opisywana chryja z asesorami obciąża polityczne konto Andrzeja Dudy. Nie tak dawno na tych łamach w artykule „Pół-reforma Dudy” stwierdziłem, że prezydent najwyraźniej próbuje się spozycjonować, jako nieformalny polityczny patron władzy sądowniczej. Do tego bowiem sprowadza się jego projekt ustawy o KRS przewidujący zaporową większość 3/5 głosów, niezbędną do wyłonienia przez Sejm członków Rady. Dodatkowo, przypomnijmy, projekt dawałby prezydentowi prawo do mianowania członków KRS w przypadku nie uzyskania sejmowej większości, co z kolei wymaga zmiany konstytucji. Oba rozwiązania są niemożliwe do przeprowadzenia przy obecnym układzie sił w parlamencie, a prawdopodobnie również i w kolejnej kadencji.

Nic dziwnego, że ludzie pokroju sędziego Żurka poczuli wiatr w żaglach, gdyż upieranie się przez prezydenta przy tych kluczowych zapisach projektu ustawy jest najlepszą gwarancją, że zabetonowany układ w wymiarze sprawiedliwości będzie trwał w najlepsze. A zatem, chcąc nie chcąc, to prezydent stał się politycznym ojcem wojenki wytoczonej przez rozgrzaną sędziokrację polskiemu rządowi. Od tej pory za każdy przejaw anarchii w wydaniu „nadzwyczajnej kasty”, każdy skandaliczny wyrok, każdego sędziego przyłapanego na kradzieży sklepowej, będę obarczał osobistą odpowiedzialnością prezydenta – podobnie jak uczynił to Krzysztof Wyszkowski dedykując Andrzejowi Dudzie kuriozalny wyrok w kolejnej odsłonie sprawy „Bolka”.


III. Groteskowa telenowela

A tymczasem mamy ciągnącą się, coraz bardziej groteskową telenowelę na linii PiS – Pałac Prezydencki. Doszło mianowicie do kolejnej, czterogodzinnej rozmowy – tym razem przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości, Stanisław Piotrowicz, negocjował z prezydenckim ministrem Pawłem Muchą. Ponoć, wedle słów Piotrowicza, „obszar rozbieżności” „nieznacznie się zmniejszył”.

To jest, proszę państwa, kpina w żywe oczy. Najpierw było weto ewidentnie podyktowane względami ambicjonalnymi i z osobistym sporem Andrzeja Dudy ze Zbigniewem Ziobrą w tle. Nadmieńmy, że uzasadniane w żenujący sposób opinią Zofii Romaszewskiej, pod wpływem której rzekomo prezydent zdecydował się na weto. W międzyczasie mieliśmy też naciski na prezydenta ze strony środowisk prawniczych, w tym jego wykładowców z UJ - i śmiem podejrzewać, że to właśnie one (prócz wspomnianych kwestii ambicjonalno-personalnych) odegrały decydującą rolę, zaś spódnica Zofii Romaszewskiej miała jedynie przykryć przed opinią publiczną rzeczywiste przyczyny prezydenckiej decyzji. Na horyzoncie majaczy również 45-minutowa rozmowa z kanclerz Merkel, której wiodącym tematem wg komunikatu strony niemieckiej była „kwestia praworządności” w Polsce. Następnie, po dwóch miesiącach otrzymaliśmy zapowiadane projekty ustaw – całkiem sensowny o Sądzie Najwyższym i nie do przyjęcia o KRS, czyli organie odpowiadającym za sędziowskie kadry. Potem nastąpiła seria spotkań z prezesem Kaczyńskim z równoległą medialną aktywnością prezydenckiego „Czerepacha” - rzecznika Krzysztofa Łapińskiego – podgrzewającego atmosferę prowokacyjnymi wypowiedziami. Efektów, czyli reformy, jak nie było, tak nie ma.

Słowem – klincz ocierający się o celową obstrukcję. Panie prezydencie, najwyższy czas przestać kluczyć i chować się za spódnicą pani Romaszewskiej oraz szumem produkowanym przez różnych „Czerepachów”. To od Pana zależy zakończenie tego szkodliwego serialu – albo chce Pan tej reformy, albo nie. Pora na męską decyzję.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Pół-reforma Dudy

Między wojną, a hańbą

Merkel i Duda, czyli caryca Katarzyna i król Stasio


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (10-16.11.2017)

niedziela, 1 października 2017

Pół-reforma Dudy

Zaprezentowane projekty czynią prezydenta niejako arbitrem na linii parlament-sądownictwo i kimś w rodzaju „patrona trzeciej władzy”.



I. Patron trzeciej władzy
W przedstawionych przez Andrzeja Dudę założeniach do ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa wyraźnie widać podstawową tendencję: o ile zawetowane ustawy PiS znacząco zwiększały zakres uprawnień ministra sprawiedliwości, o tyle zaprezentowane właśnie projekty poszerzają w ogromnym stopniu prerogatywy prezydenta, czyniąc go niejako arbitrem na linii parlament-sądownictwo i kimś w rodzaju „patrona trzeciej władzy”.
Jeśli chodzi o projekt ustawy o Sądzie Najwyższym, nie jest najgorzej. Sędziowie mają przechodzić w stan spoczynku w wieku 65 lat – z możliwością dwukrotnego zwrócenia się do prezydenta o przedłużenie orzekania na okres 3 lat. Maksymalnie mogliby zatem odwlec przeniesienie w stan spoczynku o 6 lat, do ukończenia 71 roku życia – dziś wiek „emerytalny” wynosi 70 lat z opcją przedłużenia o 2 lata za zgodą I Prezesa SN. W obecnej sytuacji oznacza to wygaszenie kadencji ok. 40 proc. sędziów SN – 29 już ukończyło 65 lat, zaś kolejnych dwoje (w tym prezes Małgorzata Gersdorf) wejdzie w wiek emerytalny w tym roku. Jednolity wiek emerytalny dla obu płci jest ewidentną odpowiedzią na zarzuty Timmermansa, który uznał zróżnicowanie pod tym względem za „dyskryminację”. Pozostaje pytanie, jak w tym kontekście przedstawia się kwestia kadencji prof. Małgorzaty Gersdorf (piastować ma swą funkcję do 2020 r.) - czy w przypadku uchwalenia ustawy w obecnym kształcie prezydent Duda nie skorzysta ze swych uprawnień, by przedłużyć jej okres orzekania... W każdym razie, mamy tu projekt znacząco łagodniejszy od wcześniejszych rozwiązań, wg których kadencja sędziów SN wygasała natychmiast, za wyjątkiem wskazanych przez ministra sprawiedliwości.
Kolejny punkt, to powołanie Izby Dyscyplinarnej SN, co jest zgodne z wcześniejszymi zamiarami PiS – tu kontrowersji nie ma, potrzebę powołania takiego organu widzi chyba każdy poza samymi sędziami. Dodatkowo dobrym pomysłem jest udział czynnika społecznego, czyli ławników zgłaszanych przez obywateli lub organizacje społeczne, a wybieranych przez Senat na czteroletnią kadencję. Wątpliwości budzi jedynie możliwość ustalania liczby ławników przez Kolegium Sądu Najwyższego – znając niechęć sędziów do kontroli społecznej i pogardę środowiska prawniczego dla „amatorów” spoza branży, można się spodziewać prób ograniczania liczby ławników i dobierania sobie tych najbardziej „posłusznych”.
No i wreszcie postulat powołania Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych rozpatrującej skargi nadzwyczajne – czyli rodzaj specjalnej instytucji odwoławczej od prawomocnych orzeczeń sądów w przypadku, gdy te w ocenie skarżącego w sposób rażący naruszyły prawo. Tu jednak wymagani będą pośrednicy, czyli m.in. Prokurator Generalny, Rzecznik Praw Obywatelskich oraz inne urzędy w zakresie swych właściwości, lub grupa 30 posłów bądź 20 senatorów – najprawdopodobniej zatem wspomniane instytucje będą pełniły funkcje „sita” selekcjonującego wstępnie skargi. W Izbie Kontroli Nadzwyczajnej również zasiadać będą ławnicy.
Podsumowując ten element reformy – z grubsza jest pozytywnie, choć z pewnością nie tak radykalnie, jak proponował zawetowany projekt ministerstwa sprawiedliwości.

II. Obrońca „nadzwyczajnej kasty”
Na tym jednak plusy się kończą, bowiem projekt ustawy o KRS trudno ocenić inaczej, niż jako sabotaż – a to właśnie KRS jest organem decydującym o doborze sędziowskich kadr, natomiast z kolei kadry – że zacytuję klasyka - „decydują o wszystkim”. Przede wszystkim, prezydencki projekt podtrzymuje zaporową większość wyboru członków KRS przez Sejm – 3/5 głosów. Takiej większości PiS nie ma i mieć nie będzie, a na współpracę któregokolwiek z ugrupowań opozycyjnych trudno liczyć. Co więcej, inicjatywa prezydenta zakłada, że w przypadku niemożności wyboru przez Sejm, członków KRS wskaże spośród kandydatów prezydent – rzecz w tym, że takie rozwiązanie wymaga zmiany konstytucji. Nawet zakładając, że PiS zgodziłoby się na propozycję prezydenta, zwyczajnie nie uzbiera niezbędnej do nowelizacji ustawy zasadniczej większości 2/3 głosów. Co więcej, prezydent zagroził, że w przypadku dokonania przez Sejm znaczących zmian w projekcie znów zawetuje ustawę. Czyli mamy ewidentną obstrukcję – pod pozorem chęci reformy zaproponowane rozwiązania są w praktyce nie do przeforsowania. A więc trzon sędziowskiego establishmentu pozostanie nienaruszony. W tej sytuacji „prodemokratyczny” pomysł zgłaszania kandydatów przez grupy 2 tys. obywateli jest pustą błyskotką.
I tu mamy dwa aspekty wspomnianego wyżej pozycjonowania się Andrzeja Dudy w roli arbitra i patrona władzy sądowniczej – formalny i nieformalny. Formalny polega na poszerzeniu prerogatyw prezydenta w postaci wskazywania nominatów do Krajowej Rady Sądownictwa (gdyby jakimś cudem udało się przepchnąć odnośne regulacje prawne). Aspekt nieformalny zaś sprowadza się do prezydenckiego parasola ochronnego nad sędziowską korporacją polegającego na symulowaniu chęci zmian, a w istocie - obronie status quo. W ten sposób ocalony zostanie najtwardszy rdzeń układu – i mam wrażenie, że właśnie o to chodziło. Duda wyraźnie puszcza tu oko do zasiedziałego prawniczego mainstreamu – jestem po waszej stronie. Ponieważ jednak musiał się pokazać jako zwolennik zmian, więc wykonał gambit – poświęcił (w ograniczonym zakresie) Sąd Najwyższy, by uratować kluczową pozycję, jaką jest KRS. Znamienne są powściągliwe reakcje „totalnie opozycyjnych” mediów z „Wyborczą” na czele, tudzież nagle pojednawczy ton Fransa Timmermansa – oni już wiedzą, że przyczółki zostały obronione.

III. Gra o reelekcję
Na powyższe nakłada się starcie ze Zbigniewem Ziobrą, dążącym do niepodzielnej dominacji nad wymiarem sprawiedliwości. Tu trzeba przypomnieć, że Duda był niegdyś protegowanym Ziobry, który „zdradził” swego protektora zostając w PiS po secesji Solidarnej Polski. Dziś role się odwróciły – Ziobro jest twarzą próby zaordynowania radykalnej kuracji przeczyszczającej środowisku sędziowskiemu (z błogosławieństwem prezesa Kaczyńskiego), a Duda wszedł w rolę rozbijacza jednolitego dotąd frontu i hamulcowego zmian. Oczywiście, Ziobro przy okazji stara się wzmocnić swą pozycję polityczną i zakres władzy – dążąc wręcz do ręcznego sterowania sądami na wzór prokuratury. Duda natomiast za wszelką cenę nie chce do tego dopuścić, samemu zgłaszając roszczenia do wpływu na wymiar sprawiedliwości – nawet za cenę zablokowania kluczowej reformy i potencjalnie destrukcyjnej wojny domowej w obozie „dobrej zmiany”. Do pełnego obrazu należy jeszcze dodać konflikt z Antonim Macierewiczem i Witoldem Waszczykowskim – czyli próbę „rozepchnięcia się” w ramach konstytucyjnych prerogatyw w obszarach sił zbrojnych i polityki zagranicznej. Słowem, Andrzej Duda, emancypując się z partyjnego gorsetu i wybijając się na niezależność rozsadza dotychczasową strukturę władzy. Dodatkowo, w tle wciąż majaczy 45-minutowa rozmowa z 18 lipca z kanclerz Angelą Merkel, której głównym tematem wg komunikatu rzecznika niemieckiego rządu była kwestia praworządności w Polsce.
Najwyraźniej prezydent uznał, że odium „marionetki” i poplecznika pisowskich „radykałów” stanowi zagrożenie dla jego reelekcji. Postanowił zatem zerwać partyjne wędzidła i rozpocząć własną grę – tyle, że będzie potrzebował w niej sojuszników. I właśnie zaczął ich sobie kaptować – na początek wśród „nadzwyczajnej kasty ludzi”, kreując się na odpowiedzialnego i umiarkowanego reformatora, dufny w sondażowe wskaźniki popularności i licząc przy tym na to, że PiS nie mając wyjścia poprze jego kandydaturę w 2020 r. Może się przeliczyć, bo jeżeli Jarosław Kaczyński uzna, że Duda zdradził „dobrą zmianę”, to prezydent zostanie bez zaplecza, struktur i pieniędzy – a właśnie tym, a nie ulotnymi słupkami zaufania i poparciem skompromitowanych w oczach społeczeństwa elit wygrywa się wybory. Jak by nie patrzeć, teraz zarówno „totalna opozycja”, jak i zagranica wiedzą, że słabym punktem obozu rządzącego jest pałac prezydencki.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (29.09-05.10.2017)

środa, 2 listopada 2011

Droga donikąd

Nie oszukujmy się – PiS w obecnej formule będzie zdobywał 25-30 procent i żaden „Budapeszt” się nie wydarzy. Chyba, że...


I. Wielofrakcyjność – warunkiem partii masowej

Kiedy piszę te słowa nie wiem jeszcze, czy Komitet Polityczny PiS „zawiesi członkostwo” Ziobrze i jego stronnikom, czy też będzie grał na zwłokę. Tak czy inaczej, obserwujemy koniec obecności Ziobry w tej partii, co potwierdza nurtującą PiS chorobę. Bo że nie dzieje się dobrze widzi każde dziecko i żadne pokrzykiwanie o jedności i „zdradzie” ziobrystów tego nie zmieni. Jeśli partia nie jest w stanie utrzymać w swoich szeregach takich ludzi jak Zbigniew Ziobro, to kogo jest w stanie utrzymać poza grupą kombatantów coraz bardziej rozsmakowanych w swej wieczystej opozycyjności i stadem BMW?

I proszę mi nie mówić o rozbuchanych ambicjach Ziobry. Ambicje są wpisane w politykę. Polityk bez ambicji powinien czym prędzej zmienić zawód – z korzyścią dla siebie i dla nas. Natomiast sprawnie działająca partia powinna być w stanie te ambicje zagospodarować. Tak do pewnego momentu funkcjonowało Prawo i Sprawiedliwość – od Marka Jurka po obecne PJoNki.

Wielofrakcyjność jest warunkiem istnienia partii masowej, czyli ugrupowania zdolnego do wygrania wyborów i przejęcia władzy. Dzieje się tak dlatego, że każde ze skrzydeł zagospodarowuje nieco inny segment elektoratu, co sprawia, że więcej wyborców może się z partią utożsamić. Poza tym, pozostawanie w jednej strukturze tworzy pewną wartość dodaną – ludzie premiują bowiem jedność.

I tu dochodzimy do kluczowej roli przywódcy takiego ugrupowania.

Prezes powinien być wodzem-arbitrem między frakcjami, dbającym o zachowanie równowagi wpływów, a nie przywódcą jednej z nich, bo to droga do rozmaitych frond i rozłamów, gdyż ci będący poza „frakcją prezesa” będą się czuli wiecznie zagrożeni i marginalizowani. Tymczasem Kaczyński popełnił błąd odsuwając Ziobrę i starając się „ujednofrakcyjnić” PiS na siłę w myśl zasady – jest tylko jedno skrzydło, prezesowskie i każdy kto poza nim, ten wyrzutek i zdrajca. To prosta droga do pozbycia się z partii wartościowych ludzi, którzy wprawdzie poza partią znaczą niewiele (przykład PJN się kłania), ale pozostając w partii mogli zrobić wiele dobrego (mnie osobiście „spinek” i „kluzikotów” nie żal, ale już np. Pawła Kowala - tak).

II. Rozłam – nie!

Drogą do zwycięstwa nie jest również „kontrolowany rozłam”. Hipotetyczna partia Ziobry nikogo nowego nie zaktywizuje. Odbierze PiS-owi parę procent, które pójdą na zmarnowanie, bo „rozłamowcy” nie przekroczą progu wyborczego, tak jak nie przekroczyło PJN.

I tu mam żal do Ziobry. Jego tournee po mediach mogło mieć tylko jeden skutek – właśnie taki, jaki obecnie obserwujemy. Najwyraźniej nie wyciągnął wniosków z lekcji PJN i uwierzył, że jego osobista popularność w obozie wyborców PiS może stać się odskocznią do samodzielnej działalności. Błąd. Wyborcy cenią Ziobrę jako część składową PiS-u, poza PiS-em facet zmarnuje się i rozmieni na drobne swój potencjał. Liczy na media? Przecież mediodajnie nie będą pompowały koalicjanta dla Kaczyńskiego! Podpromują trochę, owszem, jak niegdyś PJN czy Dorna, ale gdy przyjdzie do poważnych spraw, do wyborów – zapomnijmy, będą lansować Palikota, lub kogoś w tym stylu, by zagospodarował i skanalizował w kontrolowany sposób spodziewane niezadowolenie społeczne.

Inna sprawa, że i tak nie najlepsza ręka Kaczyńskiego do ludzi zdaje się z czasem jeszcze pogarszać. Kto jest w stanie wymienić wartościowych współpracowników, indywidualności zdolne przyciągać wyborców, pozostające w bezpośrednim otoczeniu prezesa? Powtórzę, bo chciałbym, żeby czytelnikowi się utrwaliło: zamiast budować masowe ugrupowanie z różnymi skrzydłami, frakcjami, dla których byłby wodzem-moderatorem dbającym o równowagę wpływów, Jarosław Kaczyński postanowił sam stanąć na czele własnej frakcji i wysiudać pozostałe. Stąd frustracja Ziobry, a przed nim – wielu innych.

W chwili obecnej PiS staje się ugrupowaniem zasiedziałych działaczy, którzy owszem, mogą tworzyć różne koterie i systemy partyjnych „podwieszeń”, ale to wszystko dzieje się w coraz bardziej zaskorupiałym środowisku, bez dopływu świeżej krwi, co nie pozwala nabrać partii drugiego oddechu. Nie oszukujmy się – PiS w obecnej formule będzie zdobywał 25-30 procent i żaden „Budapeszt” się nie wydarzy.

III. Aktywizacja – tak!

Dlatego tak istotne staje się obudowywanie PiS-u rozmaitymi ruchami społecznymi, co postulowałem zarówno przed wyborami, jak i po nich, pisząc o zjednoczonym obozie IV RP. Na tym Ziobro mógł wiele ugrać, ale przez swą niecierpliwość szansę chyba zmarnował. Powinien był zacisnąć zęby, zakasać rękawy i rozpocząć orkę w terenie. Coś w tym stylu robił podczas kampanii, promując swoich kandydatów, tylko że czas na budowanie własnej pozycji jest między wyborami, sama kampania zaś powinna być momentem, gdy ta wcześniejsza praca zaprocentuje.

W obecnej sytuacji najlepsze co mógł zrobić Ziobro ze swoimi „szablami”, to znieść partyjne połajanki i następnie wyjść do środowisk sympatyzujących z PiS-em: jeździć po Polsce i promować lokalne, oddolne ruchy obywatelskie, pomagać w zakładaniu stowarzyszeń, animować miejscowe inicjatywy – słowem, robić wszystko to, czego nie robią lokalne struktury PiS-u, od których społecznicy często odbijają się jak od ściany. Właśnie teraz jest na to pora – do kolejnych wyborów mógłby się stać naturalnym przywódcą dla wzmocnionych w ten sposób struktur tych wszystkich „Solidarnych 2010”, „Klubów Gazety Polskiej” i pozostałych inicjatyw, których listę można znaleźć choćby wśród sygnatariuszy przedwyborczej deklaracji podpisanej na konwencji Prawa i Sprawiedliwości.

Jeśliby dobrze się sprawił (myślę tu też o stronnikach Ziobry, których jednak jakichś tam w partii ma), to za jakiś czas stałby się liderem wielonurtowego ruchu społecznego. Przed kolejnymi wyborami „aparat” i Jarosław Kaczyński zwyczajnie nie mogliby tych społecznych rekrutów zlekceważyć i chcąc nie chcąc, musieliby posunąć się na listach (a jak to „zawodowych działaczy” boli można było się przekonać ostatnio), wpuszczając ożywczy powiew – przyprowadzonych przez Ziobrę najlepszych ludzi spoza „aparatu”. Świeże wojsko nie do pogardzenia, zwłaszcza w tych okręgach, gdzie PiS dotychczas przegrywał.

Ale tego wszystkiego Zbigniew Ziobro mógł dokonać jedynie pozostając w PiS-ie. Jako samotny biały żagiel nie ma szans, nawet jeśli teraz będzie się napinał „jednocząc” pozapisowski polityczny plankton. To zresztą już widać, bo póki co szamocze się między Jurkiem, ojcem Rydzykiem, a... PJN.

IV. Zjednoczony Obóz IV RP czy droga donikąd?

Będę to powtarzał do znudzenia (jak choćby w tekstach: „Zjednoczony obóz IVRP” i „Zjednoczony obóz IVRP - cz.II”), ale dla PiS jedyną szansą na wygraną jest pójście do kolejnych wyborów w możliwie szerokiej koalicji z organizacjami społecznymi. Tylko taki Zjednoczony Obóz IV RP, składający się prócz partii z różnych „struktur sieciowych” jest w stanie osiągnąć wygraną gwarantującą samodzielne rządy (a i to pod warunkiem sprzyjających wiatrów).

Póki co jednak obserwujemy kierunek odwrotny – zasklepianie się partii i selekcję negatywną potęgowaną przez „obróbkę skrawaniem”-marginalizowanie i wypychanie poza partię takich ludzi jak „ziobryści”. Do tego dochodzi - w najlepszym razie - instrumentalne traktowanie niezależnych inicjatyw (a często, zwłaszcza w terenie, wręcz traktowanie różnych społecznych zapaleńców jako konkurencji zakłócającej wygodne status quo).

Takie podejście to droga donikąd. No chyba, że prawdą jest, iż pisowscy weterani usadowili się wygodnie w opozycji i nie pali się im do rządzenia, prezesa zaś utwierdzają w przekonaniu, że przyszła zmiana społecznych nastrojów sama z siebie wyniesie PiS do władzy. Jeśli tak jest i jeśli, co gorsza, Kaczyński w to wierzy, to kolejne „Budapeszty” będą zgarniać nam sprzed nosa różne „konstrukty służb” wykreowane do zagospodarowywania i kanalizowania społecznych frustracji.

Gadający Grzyb