Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cesarzowa Europy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cesarzowa Europy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lipca 2018

Angela Merkel: pycha i upadek

Niedawna „żelazna kanclerz” dziś jest już mocno zardzewiała – po niegdysiejszym upojeniu potęgą nie został ślad, a na horyzoncie majaczy widmo upadku.

I. Cesarzowa Europy

Znane powiedzenie głosi, że pycha kroczy przed upadkiem – i w ostatnim czasie pasuje ono jak rzadko do politycznych losów Angeli Merkel. Jeszcze niedawno jawiła się niczym wszechwładna „cesarzowa Europy”, bezceremonialnie dyktująca swą wolę unijnym instytucjom i poszczególnym państwom – dziś jest cieniem samej siebie. Skalę upadku dobrze obrazuje porównanie jej dokonań sprzed lat z obecną, rozpaczliwą szarpaniną. Przypomnijmy, że to właśnie niemiecka kanclerz była spiritus movens powstania w 2011 r. tzw. „Grupy Frankfurckiej” - nieformalnego gremium w skład którego prócz niej wchodził ówczesny prezydent Francji Nicolas Sarkozy, najwyżsi unijni dygnitarze (w tym przewodniczący KE Jose Barroso i szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi) plus szefowa MFW Christine Lagarde. To właśnie za ich sprawą doprowadzono do przeczołgania, a następnie obalenia szefów rządów w dwóch krajach członkowskich – najpierw do odstrzału poszedł grecki premier Jorgos Papandreu, następnie zaś „niezatapialny” Silvio Berlusconi. Pierwszego zmuszono do dymisji groźbą wstrzymania transzy pomocowych, drugiego – nagłym wzrostem oprocentowania włoskich obligacji. W ich miejsce przyszli wskazani przez „Grupę Frankfurcką” (czyli przez Angelę Merkel) Lukas Papademos (były wiceprezes EBC) oraz Mario Monti (umocowanie – m.in. Komisja Trójstronna i Grupa Bilderberg). Niecałe dwa tygodnie po dymisji Berlusconiego, 28 listopada 2011 r., swój słynny „hołd berliński” złożył cesarzowej Angeli szef polskiego MSZ Radosław Sikorski, wzywając Niemcy do wzięcia na siebie odpowiedzialności za Europę.

Tak wówczas wyglądała sytuacja: Merkel władna była odwoływać europejskie rządy, a przedstawiciel największego kraju Europy Środkowej śpieszył do stolicy Niemiec z wiernopoddańczymi deklaracjami. Ta hegemonia znajdowała potwierdzenie również w następnych latach, gdy Niemcy narzucały „plany pomocowe” kolejnym pogrążonym w kryzysie gospodarkom strefy euro, ze szczególnym uwzględnieniem Grecji (nota bene, niemiecki budżet na greckich obligacjach zarobił od 2010 r. 2,9 mld. euro). Brukselscy mandaryni byli bezwolnymi marionetkami, zaś Angela Merkel mogła wystrugać na „eurokratę” nawet takie kompletne zero, jak Donald Tusk. Mówiąc krótko – totalna dominacja gospodarcza i polityczna, połączona z kolonialnym drenażem wschodnich i południowych rubieży UE. Na powyższe nakładały się zapowiedzi „przyśpieszenia” i „zacieśniania integracji” w czym brylował szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz – przedstawiciel koalicyjnej SPD. Wydawało się, że urzeczywistnienie IV Rzeszy jest o krok.


II. Zaślepienie pychą

Na szczęście, gdy Pan Bóg chce kogoś ukarać, to wpierw odbiera mu rozum. I takim przejawem braku rozsądku, zaślepienia pychą i własną wszechmocą, stała się fatalna w skutkach decyzja o otwarciu granic przed hordami muzułmańskich nachodźców. Decyzja, dodajmy, z której kanclerz Merkel nie wytłumaczyła się do tej pory. Otwierając granice przed barbarzyńcami, berlińska cesarzowa nie raczyła się skonsultować z europejskimi „partnerami”, ignorując jednocześnie przepisy międzynarodowe (np. konwencję dublińską), a nawet prawo własnego kraju. W 2017 r., tuż przed ostatnimi wyborami, Służba Naukowa Bundestagu jednoznacznie stwierdziła, że wpuszczenie migrantów dokonało się „na gębę”, bez dochowania żadnych procedur i drogi służbowej. Ot, pani kanclerz wydała rozkaz „wpuszczać” - i wpuszczono, ze wszystkimi znanymi nam aż za dobrze konsekwencjami.

Islamska inwazja z 2015 r. odbyła się w atmosferze kreowanego przez Niemcy szantażu moralno-politycznego wobec opornych. „Czarnym ludem” stał się chroniący swój kraj Victor Orban, wkrótce zaś potem – rząd Prawa i Sprawiedliwości. Niemcy, oraz ich przedstawiciele w Brukseli napawali się rzekomą cywilizacyjną wyższością nad „ksenofobiczną” Europą Środkową epatując terminem „Willkommenskultur” („kultura powitania”), mającym obrazować ideał „europejskości”, który winny naśladować inne, „zacofane” kraje „nowej Europy”. Próżno dziś dociekać, co tak naprawdę Angelą Merkel powodowało – czy jakiś idealistyczny obłęd, czy miraż pozyskania taniej siły roboczej dla niemieckiej gospodarki. Faktem jednak jest, że niekontrolowany napływ nachodźców w krótkim czasie zdestabilizował społeczną sytuację w Niemczech, co Angela Merkel wraz z posłusznymi jej mediami (w Niemczech coś takiego jak media opozycyjne nie istnieje) usiłowały zakrzyczeć sloganem „Wir schaffen das!” („damy radę!”) i plotąc o dobrotliwej, przepojonej humanitaryzmem „mutter Angeli”. Szybko okazało się, że „mutter Angela” jednak „nie daje rady” - nastąpił wzrost przestępczości (w tym na tle seksualnym), ataki terrorystyczne, zanieczyszczanie przestrzeni publicznej (co dla miłujących porządek Niemców jest również nie do zniesienia), wreszcie – skokowy wzrost antysemityzmu i napaści na Żydów oraz synagogi. Słowem – multi-kulti pełną gębą.


III. Zardzewiała kanclerz

W efekcie, niemiecki naród, dotąd oczadziały od wszechobecnych oparów lewactwa, zaczął w ekspresowym tempie trzeźwieć. Wyrazem tego były ubiegłoroczne wybory do Bundestagu w których partie „wielkiej koalicji” zanotowały najgorsze od dziesięcioleci wyniki wyborcze, zaś trzecią siłą w parlamencie stała się „populistyczna” Alternatywa dla Niemiec (AfD) z 12,6 proc. głosów. Gdy opisywałem te polityczne spazmy w październiku ub.r. w tekście „Zmierzch cesarzowej Europy” odnotowałem, że Angela Merkel wyszła z wyborczej konfrontacji mocno poobijana i osłabiona, co musi się przełożyć na jej pozycję polityczną. Dziś widać wyraźnie, że dotychczasowa dominatorka znajduje się na równi pochyłej i wkrótce może podzielić los Martina Schulza. Niedawny butny „dyktator” europarlamentu, pohukujący na Polskę i Węgry, poprowadził SPD do wyborczej klęski (20,5 proc., najgorszy powojenny wynik tej partii), w efekcie czego został zmuszony do ustąpienia z fotela szefa socjaldemokratów i kompletnie znikł z politycznego horyzontu. Obecnie Angela Merkel ma podobne problemy. Jej przywództwo w CDU jest coraz częściej kwestionowane, a na krytykę pozwalają sobie nawet niemieckie media - rzecz dotąd niespotykana.

Na dodatek otwarcie buntuje się „siostrzana” bawarska CSU pod rządami ministra spraw wewnętrznych Horsta Seehofera. CSU czuje na karku gorący oddech AfD, na rzecz której straciła aż 10,5 proc. głosów i Seehofer wałczy o przetrwanie, przejmując część antyimigranckiej agendy AfD (Bawaria jest landem szczególnie mocno dotkniętym nachodźczą inwazją). Szef CSU postuluje zaostrzenie polityki azylowej i odsyłanie migrantów zarejestrowanych w innych państwach UE, a także bardziej rygorystyczne egzekwowanie przepisów. Przy tym wszystkim od dłuższego już czasu ostentacyjnie flirtuje z Viktorem Orbanem, chwaląc jego politykę i podejmując węgierskiego przywódcę na partyjnych zjazdach. Jest to jawne zanegowanie linii Angeli Merkel, która nie jest w stanie przyznać się do błędu i uparcie forsuje „systemowe” rozwiązania na forum Unii Europejskiej – czyli kontynuuje bezowocne usiłowania podzielenia się z Europą niemieckimi problemami. Doszło do tego, że Seehofer otwarcie stwierdził, iż „nie może dłużej współpracować z tą kobietą”. Oznacza to, że koalicja (a co za tym idzie - rząd Angeli Merkel) wisi na włosku. Byłoby ponurym rechotem historii, gdyby spuścizną Merkel stało się zniszczenie fundamentalnej dla niemieckiej polityki instytucjonalnej koalicji CDU-CSU. Gdyby tak się stało, otworzyłyby się nader ciekawe możliwości – choćby przemiana CSU z partii regionalnej w ogólnoniemiecką, a w przyszłości może nawet sojusz z AfD. Dziś wprawdzie oba ugrupowania walczą o zbliżony, „tożsamościowy” elektorat, ale za kilka lat, gdy podział społecznych wpływów się utrze – czemu nie?

Nie lepiej jest na arenie międzynarodowej. Widomą oznaką malejących wpływów Niemiec było fiasko utrącenia włoskiego rządu Giuseppe Conte firmowanego przez „populistyczną” koalicję Ligi i Ruchu 5 Gwiazd – o co zabiegał chociażby niemiecki eurokomisarz Guenther Oettinger. Wymowny kontrast w porównaniu z czasami, gdy jednym ruchem ręki Merkel strącała Berlusconiego. Kolejny policzek, to ostentacyjny bojkot mini-szczytu migracyjnego (24 czerwca) przez kraje Grupy Wyszehradzkiej z cichym poparciem kanclerza Austrii Sebastiana Kurtza (kolejnego sojusznika CSU). Nawet niemiecka prasa zmuszona była zauważyć, że czasy, gdy Merkel leciała do Brukseli narzucać swą wolę bezpowrotnie minęły i dziś raczej musi udawać się tam po prośbie, godząc się po drodze na różne kompromisy, np. popierając postulat Macrona stworzenia wspólnego budżetu strefy euro, czemu do niedawna była zdecydowanie przeciwna.

W USA takiego „schyłkowego” polityka określa się mianem „kulawej kaczki” - i widać wyraźnie, że Angela Merkel coraz bardziej staje się „kulawą kaczką” europejskiej polityki. Niedawna „żelazna kanclerz” dziś jest już mocno zardzewiała – po niegdysiejszym upojeniu potęgą nie został ślad, a na horyzoncie majaczy widmo upadku.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zmierzch cesarzowej Europy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 13 (04-17.07.2018)

piątek, 6 października 2017

Zmierzch cesarzowej Europy

Patrząc z polskiej perspektywy, wynik wyborów w Niemczech jest niemal idealny.

I. „Populiści” trzymają się mocno

Ha – iluż to liberalnych mędrków po zwycięstwie francuskiego Makarona (kojarzą Państwo - tego, co ożenił się z własną babcią) wieściło nastanie „epoki postpopulizmu”, co miało oznaczać, że „populiści” są w odwrocie, ich fala opada, a Europa wraca w utarte koleiny normalności. Przez ową „normalność” lewicowo-liberalny mainstream rozumie rzecz jasna sytuację, kiedy ludzie po chwilowej gorączce znów posłusznie głosują na tych, których im się wskaże. Kiedy bowiem ludzie głosują jak chcą, momentalnie staje się to wielkim „zagrożeniem dla demokracji”. Wyśmiewałem te wynikające z chciejstwa fantazje w lipcowym tekście „Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów” („PN” nr 27/2017) - i, nie chwaląc się, wyszło na moje. „Populizm” bowiem, co podkreślałem wówczas, wcale się nie cofnął – mainstream, by wygrać z jednym czy drugim „radykałem” musi obecnie mobilizować wszystkie siły, co obserwowaliśmy kolejno w Austrii, Holandii i Francji. Jeszcze niedawno taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia. Co więcej, dotychczasowe elity zmuszone są sięgać po „podróbki” - czyli postaci z trzeciego szeregu, by uzyskać efekt świeżości, bo wyborcom na widok dobrze im znanych polityków robi się niedobrze (casus Austrii i Francji). Ba - by liczyć na wyborczy sukces, głównonurtowi politycy podkradają postulaty „radykałom” - jak było to podczas ostatnich wyborów w Holandii. Mając to na uwadze, prognozowałem kilkunastoprocentowy wynik Alternatywy dla Niemiec (AfD) w jesiennych wyborach do Bundestagu, co jak na niemieckie warunki oznaczałoby trzęsienie ziemi. Powyższe diagnozy właśnie znalazły potwierdzenie, świadczące nie tyle o końcu wyśnionej przez liberalnych komentatorów „epoki postpopulizmu”, ile o tym, że owa epoka nigdy nie nastała.

W wyborach do Bundestagu z 24 września 2017 AfD uzyskała 12,6 proc. głosów, stając się trzecią siłą niemieckiego parlamentu. Dla wielu obserwatorów, nawet w samych Niemczech (co dziwi o tyle, że przecież to oni powinni najlepiej wyczuwać nastroje w swoim kraju) było to szokiem. Kolejnym szokiem był wynik dwóch największych ugrupowań, które zanotowały kolejno 33 proc. (CDU/CSU) oraz 20,5 proc. (SPD). W porównaniu z poprzednimi wyborami CDU/CSU straciła zatem 8,5 proc., zaś SPD – 5,2 proc. Warto podkreślić, że dla partii Angeli Merkel jest to najgorszy rezultat od 1949 r., natomiast dla SPD – w ogóle w powojennej historii. Zatem, paradoksalnie „wielka koalicja” odniosła zwycięstwo... ocierające się o klęskę. Błyskawicznie zareagowali socjaldemokraci, wymuszając na swym liderze Martinie Schulzu deklarację o wycofaniu się z koalicji z chadekami (sam Schulz ponoć zerwaniu koalicji był niechętny, bo marzył mu się fotel wicekanclerza – najwyraźniej w Brukseli zdążył się przyzwyczaić do eksponowanych stanowisk).

Kilka słów o szefie SPD. Gdy wracał z Brukseli po zakończeniu kadencji jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego, był witany niemal jak zbawca na białym koniu. Miał tchnąć w swoją partię nowego ducha i stać się jej wyborczą lokomotywą. Początkowo faktycznie dał się zauważyć „efekt Schulza”, a SPD na początku roku zaczęła nawet doganiać CDU w sondażach. Jednak im dalej, tym było gorzej - „efekt Schulza” okazał się efemerydą. Okazało się, że Martin Schulz nie ma wyborcom nic nowego do zaproponowania i bardzo szybko dał się poznać z dobrze nam znanej strony – jako tępogłowy doktryner, mający na wszystko jedną receptę: „więcej tego samego”. Jednak coś, co znajdowało poklask wśród odrealnionych euro-mandarynów, w konfrontacji z demokratyczną weryfikacją poniosło spektakularną porażkę i dziś nie jest nawet pewne, czy Schulz utrzyma fotel lidera własnej partii. Nie muszę chyba dodawać, że dla Polski jest to znakomita wiadomość.


II. Wybudzenie z matrixu

Generalnie, niemieckie wybory pokazały jakim matrixem jest tamtejsze życie publiczne – od polityki po świat mediów. Zadam proste pytanie: czy są Państwo w stanie wskazać jakiekolwiek opozycyjne medium w Niemczech? Ale takie opozycyjne na serio, a nie ograniczające się do „konstruktywnej krytyki” trzeciorzędnych dupereli? Na przykład podważające sens polityki imigracyjnej kanclerz Merkel? No właśnie. I tak wyglądała kampania wyborcza – również w czołowych niemieckich mediach, które jasno pokazały, że są po prostu częścią systemu władzy. Dywagowano na temat subtelnych różnic między przodkiem a tyłkiem, tak by broń Boże nie zahaczyć o kwestie naprawdę palące z inwazją nachodźców na czele. Odzwierciedleniem tego była nudna jak flaki z olejem debata Merkel – Schulz przeprowadzona wedle schematu: ja, ja, gut, gut. Renty, opłaty autostradowe, pomstowanie na Trumpa, kosmetyczne różnice w podejściu do imigracji. Schulz zerwałby negocjacje akcesyjne z Turcją - Merkel na to, że trzeba być bardziej powściągliwym – i tak aż do końca, często wręcz wśród wzajemnych przytakiwań. By podczas kampanii nie było zbędnych dysonansów zadbała również telewizja ZDF w ostatniej chwili odwołując udział rzeczniczki ofiar zamachu w Berlinie (Astrid Passin) w debacie z Angelą Merkel. Tak się to turlało w obezwładniających oparach politycznej poprawności aż do 24 września.

A w tym czasie AfD rosła w siłę, zbierając głosy rozczarowanych. Kanclerz Merkel nie dały do myślenia pomidory, którymi obrzucono ją na wiecu w Heidelbergu (może dlatego, że były tylko dwa), gwizdy i okrzyki w Wolgast czy Torgau – co jako żywo przypomina impregnację na rzeczywistość Bronisława Komorowskiego w 2015 r. Wreszcie, przed samymi wyborami Służba Naukowa Bundestagu opublikowała opinię z której jednoznacznie wynika, że podejmując „na gębę”, z pominięciem jakichkolwiek procedur, decyzję o wpuszczeniu do Niemiec imigrantów „mutter Angela” złamała prawo. Ponadto Angela Merkel, chcąc poszerzyć bazę wyborczą, dała zielone światło dla legalizacji homomałżeństw – był to błąd, bowiem ostentacyjnie odchodząc od chadeckich wartości kulturowych, by podlizać się lewactwu, zraziła do siebie konserwatywnych wyborców, a lewacy i tak mieli na kogo głosować (chociażby Die Linke czy Zieloni).

Za to odklejenie się od rzeczywistości, społecznych nastrojów, lekceważenie wyborców i pomijanie kluczowych tematów, przyszło zapłacić cenę. Bańka w której zamknięte były niemieckie elity polityczne i opiniotwórcze została przekłuta. Wynik wyborczy pokazuje, że na CDU/CSU i SPD zagłosowały w zasadzie tylko twarde elektoraty, zaś reszta głosów rozproszyła się pomiędzy mniejsze ugrupowania (FDP – 10,7, Die Linke – 9,2, Zieloni – 8,9 proc.), czego największym beneficjentem stała się AfD – z analiz wynika, że Alternatywa dla Niemiec urwała CDU około miliona głosów, a CSU w Bawarii straciła aż 10,5 proc. Innymi słowy, tradycyjne ugrupowania utraciły zdolność przyciągania wyborców.


III. Jamajski przekładaniec

Patrząc z polskiej perspektywy, wynik wyborów w Niemczech jest niemal idealny. O blamażu polakożercy Martina Schulza już była mowa – kanclerzem pozostanie Angela Merkel, co dla nas jest relatywnie lepszą opcją. Jednak „cesarzowa Europy” wyszła z wyborczej konfrontacji z rzeczywistością mocno poobijana i osłabiona – to już nie będzie ta wszechwładna polityczna dominatorka i „matka narodu” z jaką mieliśmy do czynienia w ostatnich latach i wszystko wskazuje, że zaczyna się właśnie jej ostatnia kadencja na stanowisku kanclerza. Teraz czeka ją trudne, być może kilkumiesięczne klecenie „jamajskiej koalicji” (od partyjnych kolorów: CDU – czarny, FDP – żółty, Zieloni – zielony), co zważywszy na fundamentalne różnice pomiędzy liberałami z FDP, a eko-socjalistami z Zielonych jest zadaniem karkołomnym. W najbliższym czasie zatem Niemcy będą zajęte głównie sobą, co powinno dać nam nieco oddechu, bo kanclerz zwyczajnie nie będzie miała głowy, by poświęcać Polsce i „totalnej opozycji” tyle uwagi co do tej pory. Poza tym, nawet w przypadku konfrontacji na linii Polska – „Europa” (a więc Niemcy) jej pozycja będzie o wiele słabsza niż dotychczas, a co za tym idzie – również jej brukselskich i nadwiślańskich fagasów.

W Bundestagu natomiast czeka niemieckie elity polityczne permanentny czyściec, jaki zafunduje im AfD, chociażby wnosząc do oficjalnej debaty różne tematy „tabu”, których nie sposób będzie już przemilczeć. Oczywiście, Alternatywa dla Niemiec będzie poddana izolacji – taktyka mainstreamu zapewne sprowadzi się do przeczekania w nadziei, że „populiści” z czasem wytracą impet i zużyją się politycznie. Będą również próby odebrania im paliwa poprzez „zagospodarowanie” niektórych postulatów, na co naciska CSU, którą czekają wybory w Bawarii. AfD to rzecz jasna żadni nasi przyjaciele, do tego rusofile na miarę SPD, ale jako radykalna opozycja wzburzą nieco zastygłe niemieckie bajorko i zwiążą część sił tamtejszego establishmentu na froncie wewnętrznym – co również gra na naszą korzyść. Wszystko wskazuje więc na to, że ostatnia kadencja Angeli Merkel będzie zarazem najtrudniejszą z dotychczasowych. Właśnie rozpoczął się zmierzch „cesarzowej Europy”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Media w Niemczech – na służbie władzy”

„Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (04-17.10.2017)