Pokazywanie postów oznaczonych etykietą presja płacowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą presja płacowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Śmieciowy „rynek pracownika”

Osławiony „rynek pracownika”, tudzież „presja płacowa” są jedynie publicystycznymi sloganami - jak zresztą podejrzewam, sprytnie zasuflowanymi mediom przez organizacje pracodawców przyzwyczajonych do konkurowania niskimi kosztami pracy.

Pod koniec 2019 r. GUS opublikował najnowsze (tj. za 2018 r.) dane dotyczące rynku pracy – i tu nieprzyjemne zaskoczenie. W porównaniu z poprzednimi latami dość drastycznie wzrosła liczba osób pracujących wyłącznie na „śmieciówkach” - czyli na umowach cywilnoprawnych oraz samozatrudnieniu. O ile od 2013 r., kiedy to na śmieciówkach pracowało 16,1 proc. ogółu zatrudnionych, odsetek „uśmieciowienia” systematycznie spadał, o tyle w 2018 r. wskaźnik ten znów poszybował w kierunku niechlubnego rekordu z 2013, osiągając pułap 15,8 proc. Trzeba dodać, że w liczbach bezwzględnych ilość śmieciówek pozostawała w minionym okresie na zbliżonym poziomie (zmieniały się jedynie proporcje między umowami cywilnoprawnymi a samozatrudnieniem, na rzecz tego drugiego) – spadający odsetek był po prostu rezultatem ogólnego wzrostu zatrudnienia. Skoro zatem teraz mamy wzrost procentowy i to pomimo rekordowo niskiego bezrobocia, to oznacza, że skok jest naprawdę znaczący. Obecnie na umowach cywilnoprawnych pracuje 1,3 mln. osób, zaś na samozatrudnieniu kolejne 1,3 mln., co przekłada się na łączny wzrost o ok. 200 tys. Pozostajemy zatem w europejskiej czołówce „elastycznego rynku pracy” - w 2018 r. Eurostat podał, że zajmujemy pod tym względem drugie miejsce (po Hiszpanii) i patrząc na dane GUS można śmiało założyć, że nic się pod tym względem nie zmieniło. Wciąż jesteśmy jednym z najbardziej „sprekaryzowanych” społeczeństw w Europie.

Po raz kolejny więc mamy potwierdzenie tezy, którą co jakiś czas tu przypominam: osławiony „rynek pracownika”, tudzież „presja płacowa” są jedynie publicystycznymi sloganami - jak zresztą podejrzewam, sprytnie zasuflowanymi mediom przez organizacje pracodawców przyzwyczajonych do konkurowania niskimi kosztami pracy. Polska gospodarka nieodmiennie funkcjonuje na bazie taniej, tymczasowej siły roboczej, który to trend został jeszcze dodatkowo wzmocniony rzeszą gastarbeiterów z Ukrainy i krajów azjatyckich. Alarmistyczne doniesienia o rynku pracownika i rosnącej presji na wynagrodzenia mają na celu jedynie nakręcanie histerii spod znaku „za moment utracimy konkurencyjność i padnie gospodarka”, co służyć ma z kolei szantażowaniu rządzących, by niczego nie zmieniali w obecnym, antyrozwojowym modelu i zostawili wszystko po staremu. Tymczasem, jeżeli zjawisko „rynku pracownika” czy „presji płacowej” w ogóle występuje, to co najwyżej punktowo – w największych metropoliach, a i to jedynie w poszczególnych branżach. Przy czym warto dodać, że owo rzekome rozpanoszenie się pracowników polega często na tym, że nie chcą pracować za minimalną stawkę – jak niegdyś żalił się w wywiadzie dyrektor warszawskiej fabryki Wedla, któremu brakowało rąk do pracy przy taśmie produkcyjnej.

Słowem, patologia trwa w najgorsze, napędzając rozwarstwienie społeczne (tu też jesteśmy w europejskiej czołówce), konserwując „pułapkę średniego wzrostu”, wywołując permanentną niepewność jutra skutkującą chociażby odwlekaniem decyzji o założeniu rodziny i nikłą dzietnością, wypychając najbardziej rzutkich młodych ludzi na emigrację, wreszcie – przyczyniając się do przyszłej fali nędzy, gdy obecni „prekariusze” zaczną wchodzić w wiek emerytalny. Przykłady negatywnych konsekwencji tego stanu rzeczy - tak obecnych jak i nadchodzących - można by mnożyć. Jeżeli do powyższego dołożymy regresywny system podatkowy, sprawiający, że państwo de facto utrzymuje najuboższa część społeczeństwa (bo tych o niskich zarobkach jest najwięcej i działa tu efekt skali), to otrzymamy obrazek bliższy jakiemuś bantustanowi, a nie rozwiniętemu państwu w środku Europy.

Czy można temu zaradzić? Można, i to dość prosto. Przede wszystkim, należy zrównać obciążenia składkowo-podatkowe wszystkich form zatrudnienia, z „samozatrudnieniem” włącznie. Tym samym zniknie podstawowy bodziec powodujący z jednej strony „optymalizację” podatkową u najlepiej zarabiających (słynni „prezesi na śmieciówkach”), a z drugiej – wypychanie na samozatrudnienie pracowników o najsłabszej pozycji rynkowej. Przy czym, jeżeli specyfika branży wymaga czasowych form zatrudnienia – proszę bardzo, ale z tymi samymi świadczeniami, co na etacie. Po drugie – dofinansować i zwiększyć uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy, tak by kary przez nią wymierzane były naprawdę dotkliwe, a po stwierdzeniu, że pracownik na umowie cywilnoprawnej w istocie pozostaje w normalnym stosunku pracy (pracuje pod kierunkiem zwierzchnika, w siedzibie firmy, ma określony zakres obowiązków, godziny pracy itd.) - inspektor mógł w trybie administracyjnym zmienić jego formę zatrudnienia na umowę o pracę.

Że co? Że to zabije konkurencyjność i runie gospodarka? Słyszeliśmy tę śpiewkę już nie raz – gdy wprowadzano minimalną stawkę godzinową, przy okazji 500+ (bo ludzie nie będą chcieli pracować), gdy likwidowano niedziele handlowe, ozusowywano umowy-zlecenia... Jakoś państwo od tego nie padło – i nie padnie również, gdy na rynku pracy zostaną wprowadzone elementarne, cywilizowane standardy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 04 (24-30.01.2020)

piątek, 11 października 2019

Czeski „rynek pracownika” – jak to zrobili nad Wełtawą?

Czesi po zlikwidowaniu bezrobocia postawili na wzrost wynagrodzeń - ustawowe podwyżki płacy minimalnej i wykorzystanie efektu „presji płacowej”. W kontekście paniki, jaka wybuchła po zapowiedzi radykalnego podniesienia płacy minimalnej, warto spojrzeć, jak sytuacja na rynku pracy wygląda za naszą południową granicą. Zerknąłem sobie mianowicie na tegoroczny raport Ośrodka Studiów Wschodnich pt. „Kraj bez bezrobocia. Specyfika czeskiego rynku pracy” autorstwa Krzysztofa Dębca. Z jednej strony mamy tam zarysowane pewne podobieństwa z sytuacją w Polsce, z drugiej jednak – występują dość istotne różnice. Bezrobocie w Czechach wynosi zaledwie 2,2 proc. (dane za maj 2019, dla porównania w Polsce odnotowano wtedy 3,8 proc.), co sytuuje je na czele nie tylko Unii Europejskiej, lecz również całego OECD. Co do tego doprowadziło? Do pewnego momentu Czesi podążali drogą charakterystyczną dla naszego regionu – „kraju-podwykonawcy”, opierającego swą gospodarkę na zagranicznych inwestycjach, głównie montowniach, bazujących na taniej sile roboczej i wytwarzających produkty o niskiej wartości dodanej. Efekty tego są widoczne w postaci dużego uzależnienia tamtejszej gospodarki od przemysłu motoryzacyjnego, głównie niemieckiego, oraz generalnie od niemieckiego kapitału i koniunktury gospodarczej u zachodniego sąsiada. Do państw UE trafia 85 proc. czeskiego eksportu, w tym same Niemcy odpowiadają za 1/3 eksportu i 1/4 importu, natomiast do podmiotów zagranicznych należy 40 proc. kapitału zakładowego czeskich spółek.

Ta metoda zwalczania bezrobocia polegająca na przyciąganiu inwestycji systemem ulg połączonych z niskimi kosztami pracy w znacznej mierze się sprawdziła, jednak Czesi w odróżnieniu od nas w porę zauważyli, iż na dłuższą metę jest to ślepa uliczka, prowadząca do „pułapki średniego rozwoju” i nade wszystko, po osiągnięciu pewnego pułapu, blokująca dalszy wzrost poziomu życia obywateli. Powyższe skutkuje również zbytnim uzależnieniem od eksportu, nie równoważonym znaczącym wzrostem konsumpcji wewnętrznej. Inny negatywny efekt, to traktowanie Czech jako gospodarczej kolonii służącej do wyprowadzania zysków – wymuszone przepisami UE zniesienie opodatkowania dywidend transferowanych do zagranicznych spółek-matek sprawiło, iż po 2005 r. wysokość owych transferów przekroczyła wartość zagranicznych inwestycji i reinwestycji, a w latach 2016 i 2017 wartość dywidend wypłacanych za granicę wyniosła 5,3 – 6,1 proc. PKB. Jak zauważają tamtejsi ekonomiści, taki odpływ pieniędzy „naraża gospodarkę na wstrząsy i ogranicza możliwości przełożenia wyników wzrostu PKB na poprawę standardu życia mieszkańców”.

Jakie środki zaradcze podjęli Czesi? Po zlikwidowaniu bezrobocia postawili na wzrost wynagrodzeń. Pierwszy filar, to znaczące, ustawowe podwyżki płacy minimalnej. Filar drugi natomiast, to wykorzystanie efektu „presji płacowej”. Istotna uwaga – pod naciskiem społecznym oraz związków zawodowych (z raportu wynika, iż związki mają w Czechach znacznie więcej do powiedzenia, niż u nas) rządzący nie zdecydowali się na masowe sprowadzanie pracowników spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego, na co nalegali pracodawcy. I tu ciekawostka – niedobór rąk do pracy w pewnej mierze kompensowany jest napływem pracowników z Unii Europejskiej. Są to Słowacy, po nich Polacy, których pracuje obecnie w Czechach ok. 45 tys., ale też coraz liczniejsi przybysze z południa Europy – Hiszpanie, Grecy, Portugalczycy, Włosi... Stosunkowo niewielu jest za to Ukraińców.

Zwróćmy uwagę, że jest to postępowanie skrajnie odmienne od naszego. My, pod naciskiem lobby biznesowego poszliśmy w masowe sprowadzanie gastarbeiterów – i to nie tylko z Ukrainy, lecz również z krajów azjatyckich, co w dużej mierze zniweczyło efekt presji płacowej – między 2017 a 2018 r. płace wzrosły w Polsce o 6,8 proc., natomiast w Czechach o 11,2 proc. Innymi słowy, o ile w Polsce „rynek pracownika” jest raczej publicystycznym hasłem, o tyle w Czechach stał się on faktem. Pracownicy przyjeżdżający do Czech z krajów UE są przyzwyczajeni do określonego poziomu płac, nie zaniżają więc wynagrodzeń. Tymczasem Polska stała się w ostatnich latach krajem masowej imigracji zarobkowej, bijąc pod tym względem światowe rekordy. W 2017 r. przybyło do Polski 1,1 mln imigrantów zarobkowych, co jest najwyższym wynikiem wśród wszystkich krajów OECD (przykładowo – USA to 700 tys. osób).

Czesi nie ukrywają, że zależy im na podniesieniu siły nabywczej obywateli i równaniu do Europy Zachodniej – nawet kosztem pewnego spowolnienia wzrostu PKB. Inaczej mówiąc, wzrost PKB nie jest celem samym w sobie, lecz narzędziem, które należy następnie wykorzystywać, dzieląc jego owoce. Opisane tu działania służyć mają również przestawieniu czeskiej gospodarki na nowe, bardziej nowoczesne tory, czemu sprzyjać ma polityka zachęt inwestycyjnych – w miejsce ulg dla „montowni” mają się pojawić preferencje dla inwestycji związanych z nowymi technologiami. My, wprowadzając program podwyżki płacy minimalnej do 4000 zł. brutto do końca 2023 r. zrobiliśmy pierwszy krok w podobnym kierunku. Pora na kolejne.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec „Bangladeszu Europy”

Kaczyński sięga do „głębokich kieszeni”

Polacy dziadami Europy

Bangladesz Europy

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Koniec Bantustanu?

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat

Polska – kraj migracyjny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 40 (04-10.10.2019)