Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deutsche Euro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deutsche Euro. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 listopada 2011

W uścisku Merkozy’ego


Euro od początku pomyślane było jako narzędzie gospodarczo-politycznej „miękkiej hegemonii” Niemiec w Europie.


I. „Przesilenie”

Eurodeputowany PiS, Konrad Szymański, podzielił się na łamach „Uważam Rze” ciekawą diagnozą zacytowaną następnie przez portal „wPolityce.pl”. Otóż przy okazji omawiania sytuacji gospodarczej Grecji powiedział, iż celowo i świadomie zbudowano obecny model eurolandu w takiej formie, by w pewnym momencie doszło do „przesilenia”. Czyli coś, co od początku wydawało się nonsensem – mianowicie łączenie w ramach wspólnej waluty gospodarek państw pozostających na różnym stopniu rozwoju, z różnymi politykami fiskalnymi, budżetowymi, monetarnymi itd. - nagle zyskuje ręce i nogi.

Plan był następujący: wspólna waluta miała stać się narzędziem zmian politycznych - doprowadzić słabsze gospodarki do kryzysu (czyli owego „przesilenia”), by następnie poddać je zarządzaniu z Brukseli. Rzecz w normalnych warunkach niewyobrażalna, ale całkowicie do zrobienia, gdy poważnie zadłużone, lub wręcz bankrutujące państwa zmuszone są udać się po prośbie do „centrali”. I to jest ten moment, w którym rozlega się tak głośny dziś alarm: ratujmy strefę euro! Wspólna waluta w potrzebie!

Ratowanie zaś oczywiście wymaga „zwiększonej integracji”, czyli w praktyce poddanie zewnętrznej kontroli tych nieodpowiedzialnych utracjuszy, którzy narazili „wielki wspólny projekt” na niebezpieczeństwo. Stąd te wszystkie „sześciopaki” wprowadzające rozwiązania wzmacniające „ład gospodarczy”, których wdrażanie monitorować ma Komisja Europejska, by zapobiec narastaniu „nierównowagi”. Nierównowagi, która, przypomnijmy, istniała w eurolandzie od początku i która była tolerowana z całą świadomością konsekwencji.

II. Euro-wirus

Innymi słowy, indukowano chorobę, by następnie zaordynować ustaloną zawczasu terapię. Gospodarczy wirus wszczepiono w strefę euro u samego zarania. Póki co jest to jedyne logiczne wyjaśnienie tłumaczące kilka niezrozumiałych spraw, które do tej pory usiłowano wyjaśniać integracyjnym ślepym pędem i przerostem zideologizowanej euro-polityki nad ekonomicznymi realiami.

Te sprawy, to m.in.:

- dlaczego przymykano oko na sprawozdawcze machloje Grecji, która nie powinna była nigdy zostać przyjęta do eurolandu;

- dlaczego nie usunięto Grecji ze strefy euro póki był jeszcze czas;

- dlaczego euro-decydenci tak gwałtownie reagowali na sugestię wystąpienia Grecji z „ekskluzywnego klubu” i straszyli efektem domina;

- dlaczego przyjmuje się do euro wszystkich chętnych po spełnieniu formalnego minimum, bez oglądania się na drastyczne rozbieżności potencjałów gospodarczych;

i wreszcie

- dlaczego tak naciska się na kraje spoza strefy euro, by jak najszybciej spełniły warunki akcesji.

Oczywiście, światowy kryzys spotęgował i przyśpieszył dzisiejszą sytuację, ale i bez niego w końcu musiała ona dojrzeć do obecnego „przesilenia”. W tym kontekście nowej mocy i znaczenia nabiera pamiętna deklaracja Romano Prodiego, że euro jest przede wszystkim projektem politycznym.

III. „Merkozy”

Mimo wszystko, przy całej celności, diagnoza Konrada Szymańskiego pozostaje niepełna. Grzeszy mianowicie zbyt „brukselocentrycznym” ujęciem problemu. Być może zresztą, brukselskim, kosmopolitycznym eurokratom wydawało się jeszcze do niedawna, że to faktycznie oni będą zarządzać Europą – niewykluczone, że pierwotny plan był właśnie taki. Jednakże kryzys obnażył całą fasadowość unijnych instytucji, które – przy zachowaniu pełni swych formalnych kompetencji – coraz bardziej zmieniają się w narzędzie polityki głównego rozgrywającego, czyli Niemiec (które, by sprawy szły gładko, poczyniają odpowiednie koncesje na rzecz drugiego co do wielkości gracza – Francji).

Na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że kanclerz Merkel dogaduje się z prezydentem Sarkozym, następnie zaś uzgodnione rozwiązania są podawane do akceptacji pozostałym krajom członkowskim i Komisji Europejskiej. Formuła przyjęcia „sześciopaku” dokładnie odzwierciedla ten stan rzeczy – oczywiście z nieodzowną grą pozorów, jaką są „negocjacje” w ramach odgórnie ustalonych przez duet „Merkozy” widełek. Barroso może co najwyżej robić dobrą minę do złej gry i przyklepywać postanowienia. Van Rompuyem w ogóle nikt nie ma czasu zawracać sobie głowy, podobnie jak „polską prezydencją”, która może co najwyżej zorganizować spotkanie, tudzież porozstawiać na stołach mineralną i paluszki.

IV. Miękka hegemonia

W taki oto sposób docieramy do sedna: euro od początku pomyślane było jako narzędzie gospodarczo-politycznej „miękkiej hegemonii” Niemiec w Europie. Niegdyś, by podkreślić wiodącą rolę niemieckiej gospodarki, mówiło się o Europie, że jest „strefą Deutsche Mark”. Dziś jest strefą Deutsche Mark jeszcze bardziej, albowiem „wspólny” pieniądz służy temu, kto ma w jego sprawie najwięcej do powiedzenia – tym kimś były, są i będą Niemcy, a że współczesna „deutsche marka” nazywa się dla niepoznaki „euro”, to doprawdy, jedynie techniczny szczegół.

O Niemczech mówiono również, że są ekonomiczną potęgą, ale politycznym karłem. Wraz z kolejnymi etapami pogłębiania integracji, polityczny karzeł odszedł w zapomnienie. Jest hegemon podporządkowujący sobie unijny potencjał gospodarczy i spinający pod aksamitnym protektoratem Europę. Dzieląc się wpływami w niezbędnym zakresie z Francją. Pisałem o tym szerzej w tekstach „Deutsche euro” oraz „Polska w strefie rażenia rządu gospodarczego”, gdzie bardziej szczegółowo uzasadniam takie właśnie spojrzenie – zapraszam do lektury.

Nie tak dawno „Merkozy” zaproponował powstanie „rządu gospodarczego” państw strefy euro, nieco wcześniej uchwalono pakt Euro-Plus, którego rozwinięciem i następstwem jest przyjęty niedawno „sześciopak”. Ostatnio natomiast komisarz d/s gospodarczych i walutowych, Oli Rehn ogłosił, że Komisja Europejska chce mieć nadzór nad budżetami krajów strefy euro. Jak czytamy, „KE chciałaby mieć wgląd do narodowych planów budżetowych dwa razy do roku: najpierw przed 15 kwietnia oraz przed 15 października każdego roku, zanim zostaną ostatecznie uchwalone.” Ponadto „KE miałaby prawo wyrażać publiczną krytykę i żądać poprawek.”. Stąd już tylko krok do obowiązku przedstawiania planów budżetowych do zatwierdzenia w Brukseli, która chce, by wkrótce były one konstruowane „zgodnie ze wspólnym harmonogramem i jednolitymi regułami".

Łatwo zauważyć, że plany Komisji Europejskiej idealnie współgrają z posunięciami „Merkozy’ego”. To, że mocno zajęła się nimi niemiecka prasa również ma swoją wymowę. Kiedy wejdą w życie, będzie to oznaczało kres resztek suwerenności krajów eurolandu. Suwerenności scedowanej nie na rzecz takiej czy innej ponadnarodowej unijnej instytucji. Scedowanej na rzecz tego, kto tą instytucją kręci.

„Przesilenie” w strefie euro nadeszło. Teraz pora zebrać jego owoce.

Gadający Grzyb

czwartek, 25 sierpnia 2011

Polska w strefie rażenia „rządu gospodarczego”


Czy polska w ramach paktu Euro Plus będzie musiała podporządkować się decyzjom przyszłego „rządu gospodarczego” strefy euro?



I. Formalizacja strefy „Deutsche Euro”.


Kanclerz Angela Merkel i prezydent Francji Nicolas Sarkozy ogłosili niedawno konieczność powstania „rządu gospodarczego” państw strefy euro. Cóż, skoro Niemcy i Francja na coś się decydują, to prędzej czy później wprowadzą zamierzenia w życie, oczywiście prezentując je jako wynik wspólnych ustaleń „wszystkich” zainteresowanych państw, które w poczuciu odpowiedzialności za losy Europy i tak dalej godzą się, akceptują, zwierają szeregi, tara rara, wpisz dowolne.


Rzecz jasna, ci pomniejsi gracze, szczególnie z południa Eurolandu, zostaną w ramach tzw. „duszenia w ciemnym pokoju” postawieni pod ścianą i uprzejmie ostrzeżeni, że w razie sprzeciwu nie będą mogły liczyć na transze pomocowe, gdy zaczną bankrutować na podobieństwo Grecji.


W ten oto sposób dopięty zostanie proces, który opisałem nie tak dawno w notce „Deutsche Euro”, mający na celu uczynienie z marki waluty prawdziwie globalnej i ukonstytuowanie „miękkiej” hegemonii polityczno-gospodarczej Niemiec w Europie (z pewnymi koncesjami na rzecz Francji i – proporcjonalnie – mniejszych gospodarczo państw i państewek, żeby sprawa toczyła się w miarę gładko). To spięcie potencjałów gospodarczych pod „aksamitnym” patronatem głównego rozgrywającego w UE w zasadzie dokonało się w momencie wprowadzenia do obiegu w 2002 roku eurowaluty w miejsce dotychczasowych walut narodowych. Teraz zostało tylko sformalizowanie i usystematyzowanie stanu faktycznego, do czego idealnego pretekstu dostarczyła plajtująca Grecja. Pieniądz służy temu, kto ma w jego sprawie najwięcej do powiedzenia – tym kimś były, są i będą Niemcy, a że współczesna „deutsche marka” nazywa się dla niepoznaki „euro”, to doprawdy, jedynie techniczny szczegół.


II. Europa dwóch prędkości.


Swoją drogą, tyle nas straszono powstaniem „Europy dwóch prędkości”, jeśli będziemy stawać okoniem i nie podżyrujemy grzecznie rozmaitych rozwiązań, które dawano nam do podżyrowania z traktatem lizbońskim na czele. Różni dobrzy wujkowie radzili, że powinniśmy „pozostawać w głównym nurcie”, bo jak nie, to „Europa” (w domyśle – ta „prawdziwa Europa”, czyli kraje dawnej piętnastki) się obrazi i pójdzie swoją drogą, wyrzucając nas na margines. Więc godziliśmy się, podpisywaliśmy różne szkodliwe bzdury, nie robiliśmy wbrew, zbierając pochwalne klepnięcia po plecach i całe pół kadencji Buzka w europarlamencie – a tu proszę, okazało się, że jak „Europa” (czyli Niemcy) uzna za korzystne zrobić sobie „dwie prędkości”, to i tak je zrobi, choćby pod postacią „rządu gospodarczego” de facto ustawiającego politykę gospodarczą całej Unii i nasze zasługi w wyczuwaniu dobrego momentu żeby siedzieć cicho nie mają tu nic do rzeczy.


Ale nie rozpaczajmy. Ta „pierwsza prędkość”, czyli kraje strefy euro, które chcąc nie chcąc wejdą do „rządu gospodarczego”, tracą właśnie resztki suwerenności polityczno-gospodarczej. Chyba przecież nikt się nie łudzi, że ich realna rola w owym rządzie będzie czymś więcej niż dostosowywaniem do lokalnej specyfiki woli wyrażonej przez niemieckiego hegemona wspieranego przez Francję, która bodaj jako jedyna może liczyć na jakieś realne ustępstwa w zamian za swe poparcie.


„Euro jest projektem politycznym” - wyznał kiedyś w przypływie szczerości były (?) agent KGB, a obecnie zawodowy euroentuzjasta Romano Prodi. Obecnie mamy niepowtarzalną okazję obserwować ujawnianie całej głębi, drugiego i trzeciego dna tamtej, niesłusznie zbagatelizowanej, wypowiedzi.


III. Euro Plus.


Chciałbym w tym momencie napisać, że nasza chata z kraja, że możemy sobie siedzieć i przypatrywać się, pogryzając popcorn, jak nieszczęśnicy, którzy wyrzekli się waluty narodowej na rzecz „euro-marki”, osuwają się w ostateczną zależność od ekonomiczno-politycznego, niemieckiego imperium. Tak niestety nie jest, albowiem decyzje „rządu gospodarczego” pod niemieckim patronatem będą rykoszetem biły również w nas i to z kilku względów.


Po pierwsze – generalnie, gospodarka to zespół naczyń połączonych, a w przypadku Unii Europejskiej nawet bardzo połączonych. Po drugie – Polska jest wręcz patologicznie uzależniona od koniunktury w Niemczech, które są naszym największym partnerem handlowym i który za rolę „adwokata” w procesie akcesyjnym do UE wystawiają nam nieustający rachunek na najróżniejszych polach. Po trzecie wreszcie – nasz Umiłowany Przywódca, który teraz podobno „rządzi Europą”, nie pytając nikogo o zdanie wprowadził nas do pokracznego, lecz potencjalnie bardzo niebezpiecznego tworu o nazwie „Euro Plus”.


Owo „Euro Plus” zwane uprzednio „Paktem na rzecz konkurencyjności” współtworzą kraje strefy euro i 6 państw spoza – Polska, Dania, Rumunia, Bułgaria, Litwa i Łotwa. Został on przyjęty podczas marcowego szczytu w Brukseli (noc 24/25.03.2011) i jest modyfikacją niemiecko-francuskiego porozumienia na rzecz konkurencyjności skierowanego pierwotnie do państw strefy euro. Co ciekawe, to właśnie Tusk, najwyraźniej przerażony „dwiema prędkościami” i pałając obsesją „pozostawania w głównym nurcie” wymógł ponoć na Angeli Merkel możliwość przystąpienia również krajów spoza strefy euro (stąd „Euro Plus”), która to niewczesna inicjatywa może już wkrótce odbić się bolesną czkawką.


IV. Euro Plus pasem transmisyjnym „rządu gospodarczego”.


Mówiąc w telegraficznym skrócie, największe niebezpieczeństwo z tymże Paktem związane polega na niedoprecyzowaniu czym on jest i do czego zobowiązują się jego członkowie – szczególnie ci pozostający poza eurolandem. Euro Plus ma bowiem charakter dość ogólnikowej deklaracji politycznej. Nakreślono pewne cele, takie jak ustawowe limity zadłużenia, reforma systemu emerytalnego, zwiększenie zatrudnienia, ograniczenie biurokracji czy powiązanie płac z produktywnością. Brzmi to racjonalnie i ma na celu m.in. zdyscyplinowanie zadłużających się ponad miarę państw z południa Europy, jednakże jak pokazuje doświadczenie, w Unii wszystko jest płynne i koniec końców Euro Plus może się okazać czymś zupełnie innym niż nam się z początku wydawało.


Obawa ta jest tym bardziej uzasadniona, że realizacja Paktu ma się „ucierać” na corocznych spotkaniach, zaś już teraz mówi się o wydłużaniu wieku emerytalnego i harmonizacji podatków, co zresztą współgra z deklaracją ze szczytu w Brukseli:



„Pakt Euro Plus (...) ma wzmacniać gospodarczy filar Europejskiej Unii Walutowej i osiągnąć nową jakość koordynacji polityki gospodarczej, celem poprawy konkurencyjności, i w ten sposób prowadzić do wyższego poziomu konwergencji" (wytł. moje)



Jeżeli dodamy, że teraz Niemcy z Francją ogłosiły konieczność powstania „rządu gospodarczego”, w skład którego wejdzie 17 państw strefy euro, które są zarazem trzonem paktu Euro Plus, to wkrótce może się okazać, że polityczny gest bez większych praktycznych konsekwencji jakim wydawał się Tuskowi nasz udział w Pakcie, stanie się dla nas pułapką, a Euro Plus przekształci się w „pas transmisyjny” za pomocą którego przyszły „rząd gospodarczy” (czyli w praktyce – Niemcy) będzie narzucał swe rozwiązania państwom nie należącym do eurolandu.


Możliwa jest zatem sytuacja, że decyzje podjęte przez „rząd gospodarczy” do którego nie należymy będą jakimś cudem obowiązywały również nas ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tak oto znajdziemy się w bezpośredniej strefie rażenia owego „rządu” akceptując w imię mglistej „solidarności europejskiej” decyzje podjęte bez naszego udziału, tak jak bez udziału „polskiej prezydencji” europejscy możni porozumieli się w kwestii powołania „pierwszej prędkości”, pokazując przy okazji gdzie mają tę „europejską solidarność”.


Gdybym był naiwny, to sugerowałbym rządowi jeśli nie wystąpienie z Paktu, to przynajmniej wysłanie przy pierwszej nadarzającej się okazji mocnego sygnału, że nie będziemy respektować ustaleń podjętych za naszymi plecami. Ale naiwny nie jestem, więc nie sugeruję, bo na samą myśl o takiej „euro-zbrodni” i to podczas „prezydencji” naszym mężykom stanu robi się zapewne ciemno przed oczami.


V. Euro-prezydencja.


Tak już na zakończenie – rząd Platformy miał dość naiwny zamiar dojechać do wyborów na fali europrezydencji. Miały być szczyty, sznyty, flesze, spotkania, potrząsanie grabkami, klepanie po pleckach i ramionkach, uśmiechy do kamer – wszytko odpowiednio nagłośnione propagandowo przez reżimowe mediodajnie, tak by otumaniona ludność tubylcza odniosła wrażenie, że dzięki naszym mężykom stanu liczymy się w Europie, że nas lubią, cenią, szanują... A tu skucha. Okazało się, że jak przychodzi do rozwiązywania naprawdę poważnych problemów, to spotyka się Merkel z Sarkozym i nawet gest wiernopoddańczej lojalności w postaci przystąpienia do owego nieszczęsnego „Euro Plus” nie powstrzymuje możnych przed pokazaniem „europrezydentom” co to „rządzą Europą” gdzie jest ich miejsce. Nasze mediodajnie pojęły to w mig, bowiem o tuskowej prezydencji zrobiło się cichutko niemal natychmiast po wybrzmieniu ostatnich dźwięków inauguracyjnego koncertu i szczekaczki wzięły się za roztrząsanie innych tematów.


A biedny Donio, co to wyobrażał sobie, że zostanie zaproszony na salony, musiał obejść się smakiem i ukradkiem wycierając smarki przeboleć, że Merkel i Sarkozy nie chcieli go nawet do parzenia herbaty i podawania paluszków. Nie pozwolili mu również siedzieć w ustawionym gdzieś w kącie dziecięcym kojcu i kręcić kolorowym bączkiem. Trudno się dziwić – gdy dorośli zaczynają rozmawiać o poważnych sprawach, to dzieci zostają grzecznie acz stanowczo wyproszone za drzwi.


Gadający Grzyb

środa, 29 czerwca 2011

Deutsche Euro


Europa wciąż żyje w strefie Deutsche Mark, tylko że ta strefa dla niepoznaki nazwana jest inaczej.



Jeśli ten tekst przeczyta przypadkiem jakiś ekonomista, to zapewne zechce odgryźć mi głowę i wdepcze w ziemię fachowymi argumentami, mimo to jednak zaryzykuję i postawię na poły intuicyjną tezę, ze Europa wciąż żyje w tzw. „strefie Deutsche Mark”, tylko że ta strefa dla niepoznaki nazwana jest inaczej.


I. Od „strefy Deutsche Mark”...


Jak wiadomo, od lat 60-tych Niemcy są wiodącą siłą ekonomiczną na kontynencie europejskim, co automatycznie pociągało za sobą wzrost znaczenia marki niemieckiej, jako regionalnej, europejskiej waluty do tego stopnia, że zaczęto wręcz mówić o Europie jako o „strefie Deutsche Mark”. W skali światowej marka również była mocnym graczem, ale jednym z wielu – obok jena, franka szwajcarskiego czy brytyjskiego funta. Prawdziwie globalną walutą na którą przeliczano światową wymianę gospodarczą pozostawał amerykański dolar.


Można przypuszczać, że od pewnego momentu (jeszcze przed traktatem z Maastricht – 1992, wejście w życie - 1993), w miarę poszerzania struktur europejskich z jednej i zacieśniania polityczno-gospodarczej integracji z drugiej strony, Niemcom jako lokomotywie projektu europejskiego przestała wystarczać dotychczasowa, regionalna rola ich narodowej waluty i zapragnęły rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym i ich dolarowi. Do tego jednak same Niemcy, mimo całej ekonomicznej potęgi i wzrostu politycznego znaczenia po zjednoczeniu z dawną NRD, wciąż pozostawały „za chude”. Trzeba było wymyślić coś innego. Tym czymś okazało się Euro.


II. ...do „strefy Deutsche Euro”.


Pierwsze przymiarki do euro-waluty sięgają jeszcze lat 60. i 70. XX wieku, ale z różnych względów nie mogły zostać zrealizowane. Dopiero traktat z Maastricht dał Niemcom odpowiednie narzędzia do sformalizowania swej monetarnej hegemonii. Wcześniej (od 1979 roku), jako etap przejściowy funkcjonował Europejski System Walutowy z „wirtualną” jednostką rozliczeniową – ECU (European Currency Unit). Od 1993 roku, w ramach traktatu z Maastricht zaczęła natomiast funkcjonować Unia Gospodarcza i Walutowa, która w trzyetapowym procesie wprowadziła nową walutę – Euro, czego ukoronowaniem było wprowadzenie do obiegu w 2002 roku monet i banknotów Euro emitowanych przez Europejski Bank Centralny, odpowiadający także m.in. za politykę monetarną strefy Euro.


W ten oto sposób „dopięty” został proces czyniący z Deutsche Mark walutę prawdziwie globalną. Aby operacja zakończyła się powodzeniem, trzeba było przekonać największe europejskie gospodarki do jej przyjęcia pod zmienioną nazwą, w zamian za dopuszczenie w ograniczonym zakresie do współdecydowania o polityce monetarnej „euro-marki” i uwzględnienie ich ekonomicznych priorytetów. Dzięki temu „spięto” potencjały ekonomiczne poszczególnych krajów pod „miękkim” patronatem Niemiec.


A że Niemcy musiały przy okazji wyrzec się nazwy „marka”? Niewielka strata – wymienić symbol na realne, paneuropejskie i globalne korzyści.


III. Globalna „Euro-marka”.


Wystarczy przyjrzeć się, kto ma obecnie najwięcej do powiedzenia w sprawie bankrutującej Grecji i kto kreuje gospodarkę „eurolandu”, by pozbyć się złudzeń. Warto też przyjrzeć się temu, czyja dyplomacja (zarówno państwowa, jak i uprawiana przez instytucje unijne) najintensywniej lobbuje za rozszerzaniem strefy euro o kolejne kraje „nowej Europy”, po uprzednim wykupieniu i zdominowaniu ich systemów bankowych, a także które kraje „eurolandu” przypłaciły przyjęcie nowej waluty największym wzrostem cen w stosunku do siły nabywczej obywateli i najboleśniej odczuły kryzys oraz związany z nim odpływ kapitału, który to kapitał ponoć „nie ma ojczyzny”.


Grecki bankrut będzie niedługo zmuszony do wyprzedaży pozostającego w państwowych rękach majątku. Jestem dziwnie pewien, że głównym nadzorcą i beneficjentem staną się Niemcy i w mniejszym stopniu inni unijni „wielcy”. Amortyzatorem plajty mógłby wprawdzie stać się powrót do drachmy połączony z jej dewaluacją względem „euro-marki”, ale do tego nie można dopuścić, gdyż po pierwsze - jak niegdyś w przypływie szczerości wyznał Romano Prodi - „euro to projekt polityczny”, po drugie – krok taki mógłby wywołać efekt domina, co zagroziłoby ekonomiczno-monetarnej dominacji dobrego niemieckiego wujka, który przecież nie po to pożyczał, sponsorował, inwestował itd., by teraz europejska gospodarka rozlazła się mu w rękach niczym dziadowskie gacie.


A „Deutsche Euro” jako waluta globalna? Cóż, według danych z 2009 roku „47 proc. będących w obrocie międzynarodowych obligacji było denominowanych w dolarach, a 40 procent w euro”. Natomiast udział euro w transakcjach walutowych w 2010 r. wyniósł 39,1 proc, co również jest drugą lokatą po dolarze. Należy przy tym wziąć pod uwagę, że trend jest wzrostowy - „Euro-marka” konsekwentnie umacnia swą pozycję w stosunku do dolara (dane za „Parkietem”).


Podsumowując, Niemcy mogą powiedzieć, że konsekwentnie realizowany mocarstwowy plan się powiódł.


IV. Witamy w „ekskluzywnym klubie”?


Co w związku z powyższym można powiedzieć entuzjastom przystąpienia Polski do „strefy Deutsche Euro”? Ano, można zadać grzecznie pytanie: a ile w tym „ekskluzywnym klubie” będziemy mieli do powiedzenia? Czy aby nie tyle samo albo i mniej, co Grecja czy inna Portugalia? Czy warto rezygnować z tak istotnego narzędzia, jakim jest jest własna waluta i do uzależnienia od Niemiec w wymianie handlowej dołożyć podporządkowanie monetarne? W zamian za co? Czy nie warto się przyjrzeć dlaczego za euro-dobrodziejstwo podziękowały Szwecja, Dania i Wielka Brytania? Domyślam się, że Donald Tusk, jednoosobowo godząc się na przystąpienie Polski do dziwacznego i niesprecyzowanego tworu zwanego „Euro-plus” takich pytań sobie zadać nie raczył. W końcu Nagroda Karola Wielkiego do czegoś zobowiązuje...


Gadający Grzyb