Pokazywanie postów oznaczonych etykietą euro-plus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą euro-plus. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 listopada 2011

W uścisku Merkozy’ego


Euro od początku pomyślane było jako narzędzie gospodarczo-politycznej „miękkiej hegemonii” Niemiec w Europie.


I. „Przesilenie”

Eurodeputowany PiS, Konrad Szymański, podzielił się na łamach „Uważam Rze” ciekawą diagnozą zacytowaną następnie przez portal „wPolityce.pl”. Otóż przy okazji omawiania sytuacji gospodarczej Grecji powiedział, iż celowo i świadomie zbudowano obecny model eurolandu w takiej formie, by w pewnym momencie doszło do „przesilenia”. Czyli coś, co od początku wydawało się nonsensem – mianowicie łączenie w ramach wspólnej waluty gospodarek państw pozostających na różnym stopniu rozwoju, z różnymi politykami fiskalnymi, budżetowymi, monetarnymi itd. - nagle zyskuje ręce i nogi.

Plan był następujący: wspólna waluta miała stać się narzędziem zmian politycznych - doprowadzić słabsze gospodarki do kryzysu (czyli owego „przesilenia”), by następnie poddać je zarządzaniu z Brukseli. Rzecz w normalnych warunkach niewyobrażalna, ale całkowicie do zrobienia, gdy poważnie zadłużone, lub wręcz bankrutujące państwa zmuszone są udać się po prośbie do „centrali”. I to jest ten moment, w którym rozlega się tak głośny dziś alarm: ratujmy strefę euro! Wspólna waluta w potrzebie!

Ratowanie zaś oczywiście wymaga „zwiększonej integracji”, czyli w praktyce poddanie zewnętrznej kontroli tych nieodpowiedzialnych utracjuszy, którzy narazili „wielki wspólny projekt” na niebezpieczeństwo. Stąd te wszystkie „sześciopaki” wprowadzające rozwiązania wzmacniające „ład gospodarczy”, których wdrażanie monitorować ma Komisja Europejska, by zapobiec narastaniu „nierównowagi”. Nierównowagi, która, przypomnijmy, istniała w eurolandzie od początku i która była tolerowana z całą świadomością konsekwencji.

II. Euro-wirus

Innymi słowy, indukowano chorobę, by następnie zaordynować ustaloną zawczasu terapię. Gospodarczy wirus wszczepiono w strefę euro u samego zarania. Póki co jest to jedyne logiczne wyjaśnienie tłumaczące kilka niezrozumiałych spraw, które do tej pory usiłowano wyjaśniać integracyjnym ślepym pędem i przerostem zideologizowanej euro-polityki nad ekonomicznymi realiami.

Te sprawy, to m.in.:

- dlaczego przymykano oko na sprawozdawcze machloje Grecji, która nie powinna była nigdy zostać przyjęta do eurolandu;

- dlaczego nie usunięto Grecji ze strefy euro póki był jeszcze czas;

- dlaczego euro-decydenci tak gwałtownie reagowali na sugestię wystąpienia Grecji z „ekskluzywnego klubu” i straszyli efektem domina;

- dlaczego przyjmuje się do euro wszystkich chętnych po spełnieniu formalnego minimum, bez oglądania się na drastyczne rozbieżności potencjałów gospodarczych;

i wreszcie

- dlaczego tak naciska się na kraje spoza strefy euro, by jak najszybciej spełniły warunki akcesji.

Oczywiście, światowy kryzys spotęgował i przyśpieszył dzisiejszą sytuację, ale i bez niego w końcu musiała ona dojrzeć do obecnego „przesilenia”. W tym kontekście nowej mocy i znaczenia nabiera pamiętna deklaracja Romano Prodiego, że euro jest przede wszystkim projektem politycznym.

III. „Merkozy”

Mimo wszystko, przy całej celności, diagnoza Konrada Szymańskiego pozostaje niepełna. Grzeszy mianowicie zbyt „brukselocentrycznym” ujęciem problemu. Być może zresztą, brukselskim, kosmopolitycznym eurokratom wydawało się jeszcze do niedawna, że to faktycznie oni będą zarządzać Europą – niewykluczone, że pierwotny plan był właśnie taki. Jednakże kryzys obnażył całą fasadowość unijnych instytucji, które – przy zachowaniu pełni swych formalnych kompetencji – coraz bardziej zmieniają się w narzędzie polityki głównego rozgrywającego, czyli Niemiec (które, by sprawy szły gładko, poczyniają odpowiednie koncesje na rzecz drugiego co do wielkości gracza – Francji).

Na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że kanclerz Merkel dogaduje się z prezydentem Sarkozym, następnie zaś uzgodnione rozwiązania są podawane do akceptacji pozostałym krajom członkowskim i Komisji Europejskiej. Formuła przyjęcia „sześciopaku” dokładnie odzwierciedla ten stan rzeczy – oczywiście z nieodzowną grą pozorów, jaką są „negocjacje” w ramach odgórnie ustalonych przez duet „Merkozy” widełek. Barroso może co najwyżej robić dobrą minę do złej gry i przyklepywać postanowienia. Van Rompuyem w ogóle nikt nie ma czasu zawracać sobie głowy, podobnie jak „polską prezydencją”, która może co najwyżej zorganizować spotkanie, tudzież porozstawiać na stołach mineralną i paluszki.

IV. Miękka hegemonia

W taki oto sposób docieramy do sedna: euro od początku pomyślane było jako narzędzie gospodarczo-politycznej „miękkiej hegemonii” Niemiec w Europie. Niegdyś, by podkreślić wiodącą rolę niemieckiej gospodarki, mówiło się o Europie, że jest „strefą Deutsche Mark”. Dziś jest strefą Deutsche Mark jeszcze bardziej, albowiem „wspólny” pieniądz służy temu, kto ma w jego sprawie najwięcej do powiedzenia – tym kimś były, są i będą Niemcy, a że współczesna „deutsche marka” nazywa się dla niepoznaki „euro”, to doprawdy, jedynie techniczny szczegół.

O Niemczech mówiono również, że są ekonomiczną potęgą, ale politycznym karłem. Wraz z kolejnymi etapami pogłębiania integracji, polityczny karzeł odszedł w zapomnienie. Jest hegemon podporządkowujący sobie unijny potencjał gospodarczy i spinający pod aksamitnym protektoratem Europę. Dzieląc się wpływami w niezbędnym zakresie z Francją. Pisałem o tym szerzej w tekstach „Deutsche euro” oraz „Polska w strefie rażenia rządu gospodarczego”, gdzie bardziej szczegółowo uzasadniam takie właśnie spojrzenie – zapraszam do lektury.

Nie tak dawno „Merkozy” zaproponował powstanie „rządu gospodarczego” państw strefy euro, nieco wcześniej uchwalono pakt Euro-Plus, którego rozwinięciem i następstwem jest przyjęty niedawno „sześciopak”. Ostatnio natomiast komisarz d/s gospodarczych i walutowych, Oli Rehn ogłosił, że Komisja Europejska chce mieć nadzór nad budżetami krajów strefy euro. Jak czytamy, „KE chciałaby mieć wgląd do narodowych planów budżetowych dwa razy do roku: najpierw przed 15 kwietnia oraz przed 15 października każdego roku, zanim zostaną ostatecznie uchwalone.” Ponadto „KE miałaby prawo wyrażać publiczną krytykę i żądać poprawek.”. Stąd już tylko krok do obowiązku przedstawiania planów budżetowych do zatwierdzenia w Brukseli, która chce, by wkrótce były one konstruowane „zgodnie ze wspólnym harmonogramem i jednolitymi regułami".

Łatwo zauważyć, że plany Komisji Europejskiej idealnie współgrają z posunięciami „Merkozy’ego”. To, że mocno zajęła się nimi niemiecka prasa również ma swoją wymowę. Kiedy wejdą w życie, będzie to oznaczało kres resztek suwerenności krajów eurolandu. Suwerenności scedowanej nie na rzecz takiej czy innej ponadnarodowej unijnej instytucji. Scedowanej na rzecz tego, kto tą instytucją kręci.

„Przesilenie” w strefie euro nadeszło. Teraz pora zebrać jego owoce.

Gadający Grzyb

środa, 29 czerwca 2011

Deutsche Euro


Europa wciąż żyje w strefie Deutsche Mark, tylko że ta strefa dla niepoznaki nazwana jest inaczej.



Jeśli ten tekst przeczyta przypadkiem jakiś ekonomista, to zapewne zechce odgryźć mi głowę i wdepcze w ziemię fachowymi argumentami, mimo to jednak zaryzykuję i postawię na poły intuicyjną tezę, ze Europa wciąż żyje w tzw. „strefie Deutsche Mark”, tylko że ta strefa dla niepoznaki nazwana jest inaczej.


I. Od „strefy Deutsche Mark”...


Jak wiadomo, od lat 60-tych Niemcy są wiodącą siłą ekonomiczną na kontynencie europejskim, co automatycznie pociągało za sobą wzrost znaczenia marki niemieckiej, jako regionalnej, europejskiej waluty do tego stopnia, że zaczęto wręcz mówić o Europie jako o „strefie Deutsche Mark”. W skali światowej marka również była mocnym graczem, ale jednym z wielu – obok jena, franka szwajcarskiego czy brytyjskiego funta. Prawdziwie globalną walutą na którą przeliczano światową wymianę gospodarczą pozostawał amerykański dolar.


Można przypuszczać, że od pewnego momentu (jeszcze przed traktatem z Maastricht – 1992, wejście w życie - 1993), w miarę poszerzania struktur europejskich z jednej i zacieśniania polityczno-gospodarczej integracji z drugiej strony, Niemcom jako lokomotywie projektu europejskiego przestała wystarczać dotychczasowa, regionalna rola ich narodowej waluty i zapragnęły rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym i ich dolarowi. Do tego jednak same Niemcy, mimo całej ekonomicznej potęgi i wzrostu politycznego znaczenia po zjednoczeniu z dawną NRD, wciąż pozostawały „za chude”. Trzeba było wymyślić coś innego. Tym czymś okazało się Euro.


II. ...do „strefy Deutsche Euro”.


Pierwsze przymiarki do euro-waluty sięgają jeszcze lat 60. i 70. XX wieku, ale z różnych względów nie mogły zostać zrealizowane. Dopiero traktat z Maastricht dał Niemcom odpowiednie narzędzia do sformalizowania swej monetarnej hegemonii. Wcześniej (od 1979 roku), jako etap przejściowy funkcjonował Europejski System Walutowy z „wirtualną” jednostką rozliczeniową – ECU (European Currency Unit). Od 1993 roku, w ramach traktatu z Maastricht zaczęła natomiast funkcjonować Unia Gospodarcza i Walutowa, która w trzyetapowym procesie wprowadziła nową walutę – Euro, czego ukoronowaniem było wprowadzenie do obiegu w 2002 roku monet i banknotów Euro emitowanych przez Europejski Bank Centralny, odpowiadający także m.in. za politykę monetarną strefy Euro.


W ten oto sposób „dopięty” został proces czyniący z Deutsche Mark walutę prawdziwie globalną. Aby operacja zakończyła się powodzeniem, trzeba było przekonać największe europejskie gospodarki do jej przyjęcia pod zmienioną nazwą, w zamian za dopuszczenie w ograniczonym zakresie do współdecydowania o polityce monetarnej „euro-marki” i uwzględnienie ich ekonomicznych priorytetów. Dzięki temu „spięto” potencjały ekonomiczne poszczególnych krajów pod „miękkim” patronatem Niemiec.


A że Niemcy musiały przy okazji wyrzec się nazwy „marka”? Niewielka strata – wymienić symbol na realne, paneuropejskie i globalne korzyści.


III. Globalna „Euro-marka”.


Wystarczy przyjrzeć się, kto ma obecnie najwięcej do powiedzenia w sprawie bankrutującej Grecji i kto kreuje gospodarkę „eurolandu”, by pozbyć się złudzeń. Warto też przyjrzeć się temu, czyja dyplomacja (zarówno państwowa, jak i uprawiana przez instytucje unijne) najintensywniej lobbuje za rozszerzaniem strefy euro o kolejne kraje „nowej Europy”, po uprzednim wykupieniu i zdominowaniu ich systemów bankowych, a także które kraje „eurolandu” przypłaciły przyjęcie nowej waluty największym wzrostem cen w stosunku do siły nabywczej obywateli i najboleśniej odczuły kryzys oraz związany z nim odpływ kapitału, który to kapitał ponoć „nie ma ojczyzny”.


Grecki bankrut będzie niedługo zmuszony do wyprzedaży pozostającego w państwowych rękach majątku. Jestem dziwnie pewien, że głównym nadzorcą i beneficjentem staną się Niemcy i w mniejszym stopniu inni unijni „wielcy”. Amortyzatorem plajty mógłby wprawdzie stać się powrót do drachmy połączony z jej dewaluacją względem „euro-marki”, ale do tego nie można dopuścić, gdyż po pierwsze - jak niegdyś w przypływie szczerości wyznał Romano Prodi - „euro to projekt polityczny”, po drugie – krok taki mógłby wywołać efekt domina, co zagroziłoby ekonomiczno-monetarnej dominacji dobrego niemieckiego wujka, który przecież nie po to pożyczał, sponsorował, inwestował itd., by teraz europejska gospodarka rozlazła się mu w rękach niczym dziadowskie gacie.


A „Deutsche Euro” jako waluta globalna? Cóż, według danych z 2009 roku „47 proc. będących w obrocie międzynarodowych obligacji było denominowanych w dolarach, a 40 procent w euro”. Natomiast udział euro w transakcjach walutowych w 2010 r. wyniósł 39,1 proc, co również jest drugą lokatą po dolarze. Należy przy tym wziąć pod uwagę, że trend jest wzrostowy - „Euro-marka” konsekwentnie umacnia swą pozycję w stosunku do dolara (dane za „Parkietem”).


Podsumowując, Niemcy mogą powiedzieć, że konsekwentnie realizowany mocarstwowy plan się powiódł.


IV. Witamy w „ekskluzywnym klubie”?


Co w związku z powyższym można powiedzieć entuzjastom przystąpienia Polski do „strefy Deutsche Euro”? Ano, można zadać grzecznie pytanie: a ile w tym „ekskluzywnym klubie” będziemy mieli do powiedzenia? Czy aby nie tyle samo albo i mniej, co Grecja czy inna Portugalia? Czy warto rezygnować z tak istotnego narzędzia, jakim jest jest własna waluta i do uzależnienia od Niemiec w wymianie handlowej dołożyć podporządkowanie monetarne? W zamian za co? Czy nie warto się przyjrzeć dlaczego za euro-dobrodziejstwo podziękowały Szwecja, Dania i Wielka Brytania? Domyślam się, że Donald Tusk, jednoosobowo godząc się na przystąpienie Polski do dziwacznego i niesprecyzowanego tworu zwanego „Euro-plus” takich pytań sobie zadać nie raczył. W końcu Nagroda Karola Wielkiego do czegoś zobowiązuje...


Gadający Grzyb