Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogerzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogerzy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 sierpnia 2017

Pod-Grzybki 110

Żeby nam latem nie było za chłodno, Jarosław Kaczyński postanowił podgrzać atmosferę podniesieniem reparacji wojennych za II Wojnę Światową. Na to z miejsca dała odpór cała niemiecka V kolumna, której argumentacja sprowadza się w zasadzie do jednego: jak tak można?! Doskonale ich rozumiem – no bo co się z nimi stanie, jeśli polskie państwo wydusi z Niemców 5 bilionów euro? Przecież wtedy dla nich nie wystarczy! Już się przyzwyczaili do tłustych rosołków po berlińsku – a tu widmo głodu. Zgroza, panie, czysta zgroza.


*

No i mamy kolejny zamach – tym razem w Barcelonie – czyli w Europie dzień jak co dzień. Najzabawniejsze (właśnie tak – najzabawniejsze!) jest w tym wszystkim jednak to, że całkiem niedawno przez Hiszpanię przetoczyły się wielotysięczne demonstracje lewackich karpi domagających się przyśpieszenia Wigilii – czyli sprowadzania jeszcze więcej „uchodźców”. Jednocześnie w Barcelonie protestowano przeciw... turystom. Słowem – nie chcemy turystów, zostawiających u nas swoje pieniądze, ale chcemy „uchodźców”, którzy będą żyć na naszym wikcie, a gdy już się odpasą, zaczną nas rozjeżdżać ciężarówkami. Ot, i kwintesencja lewackiej logiki w pigułce.


*

Tak nawiasem – po wydarzeniach w Charlottesville media miały przez moment używanie: wreszcie jakiś biały popełnił zamach terrorystyczny – bodaj pierwszy raz od czasów „Unabombera”. Tyle że zaraz potem mieliśmy Barcelonę i lewackie przekaziory znów musiały wziąć się za tłumaczenie, że islam jest religią pokoju, a tak w ogóle, to więcej ludzi umiera na grypę. Co za świat, jak rany...


*

Manuela Gretkowska rozdarła szaty nad, cytuję, „cywilizacją zalkoholizowanych ścierwojadów”, dodając:Mamy alkohol we krwi. Szlachta i chłopi chlali na umór. Ciągnie się za nami ta zmora pokoleniami, a my nazywamy ją tradycją”. Uff, patrz pan – wszyscy sobie wesoło chleją, tylko biedna Gretkowska już nie może. To ci dopiero syndrom odstawienia.


*

Zona Wolnego Słowa” zaprezentowała się po liftingu z nową stroną internetową. Mnie, jako człowieka przez lata związanego z blogosferą, uderzyło jedno. Otóż dział „Nasze Blogi” nie dość, że został zepchnięty na sam dół, to jeszcze w formie drastycznie okrojonej. Teraz wisi tam smętnie sześć zajawek – i to na dodatek nie aktualizowanych całymi dniami. Trudno o bardziej dobitne pokazanie, że Murz... to jest, blogerzy zrobili swoje i blogerzy mogą odejść. W chudych latach byli potrzebni do nabijania popularki, klikalności i aktywizowania czytelniczego „targetu” - a teraz, gdy „Zona” pasie się na rządowych dotacjach i reklamach, stali się zwyczajnie zbędni. Więcej – są kłopotliwi, bo jeszcze któryś napisze coś nie po aktualnej linii partii i co wtedy? Lepiej więc na wszelki wypadek schować ich do piwnicy. Tyle, że PiS nie będzie rządziło wiecznie – liczycie, że jakby co, to wyjmie się blogerów znów na światło dzienne i będą tyrać za frajer na wasz chlebek i masełko? Obyście się nie przeliczyli, robaczki...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 34 (23-29.08.2017)

środa, 4 lipca 2012

Alfabet blogosfery

Korzystając z kanikuły, wrzucam tekst lżejszy, zanim minie euforia po niedawnym koko-spoko i arcyboleśnie prosta rzeczywistość zwali się nam na głowy.

Będzie trochę zgryźliwie, trochę poważnie oraz, oczywiście, skrajnie subiektywnie i niesprawiedliwie. No to jedziemy:

A – Afery PO. Tytaniczna praca MarkaD, blogera i szefa Niepoprawnego Radia PL, który sporządził kompletne (chyba) dossier afer Platformy Obywatelskiej. W chwili obecnej jest ich już 1124 i z pewnością nie jest to ostatnie słowo. Jeśli ktoś ma złudzenia co do natury obecnego rządu i realiów III RP, to po lekturze „Afer” powinien się ich definitywnie pozbyć. Przed ostatnimi wyborami przeczytaliśmy w Niepoprawnym Radiu PL 745 afer z I kadencji Dyktatury Matołów w ramach specjalnej, przedwyborczej audycji. Materiału wystarczyło jak raz na pełne 8 godzin, z króciutkimi przerwami muzycznymi. Przed kolejnymi wyborami powinno być podobnie. Tacy nami rządzą stachanowcy.

B – Budyń78. Jegomość, który pisze pionierską rozprawę doktorską o polskiej blogosferze i w związku z tym notorycznie wyskakuje zza węgła, albo z parkowych zarośli, strasząc ludzi długaśnym... spokojnie - strasząc długaśnymi ankietami w których dopytuje się o różne sprawy. Ponieważ wypełniam je bez szemrania, to w ramach rekompensaty domagam się powieszenia w necie efektu finalnego, bo zamiaruję urządzić sobie z niego źródełko tematów do notek. Poza tym, Budyń jest punkiem-konserwatystą oraz wokalistą kapeli Spirit of 84. I ma glany z groźnymi sznurówkami. Po kimś takim można wszystkiego się spodziewać.

C – Coryllus. Człowiek-orkiestra. Bloger, pisarz, wydawca, geniusz autopromocji, słynący z niekonwencjonalnego traktowania czytelników swojego bloga – zwłaszcza tych, którzy z tego co pisze nie kumają ani litery. Coryllus ceni i poważa: Coryllusa, Toyaha, Jezuitów sprzed kasacji, polskich ziemian oraz Marię Rodziewiczównę. Coryllus nie ceni i nie poważa (w kolejności przypadkowej): Ziemkiewicza, Łysiaka, Warzechy, braci Karnowskich, polityków PiS (poza J. Kaczyńskim), patriotycznych kołczów od Zybertowicza, każdego kto się z nim nie zgadza i całej gamy innych nieszczęśników, którzy mieli tego pecha, że Coryllus zawiesił na nich oko, gdy szukał tematu do kolejnej notki. Coryllus pisze codziennie, zaś jego i Toyaha (patrz: T - Toyah) książki można nabyć... a zresztą, sam wam powie.

D – drugi obieg, a właściwie, Drugi Obieg 2.0, który wnikliwie i błyskotliwie (jak to ja ;) ), opisałem w swoich notkach (http://www.niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-i oraz http://www.niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-ii ). Współtworzony przez blogosferę jedyny cień nadziei dla Polski, permanentnie olewany i lekceważony przez Wiodącą Siłę Opozycyjną, która nie ma dość charakteru, by w ramach Terapii Czterech Kroków odspawać się od reżimowych mediodajni i przyswoić sobie tę elementarną prawdę, że im silniejszy jest Drugi Obieg 2.0, tym mocniejsza jest ich karta w rozgrywce z mainstreamem III RP. Cóż, my bez was jakoś damy sobie radę, natomiast wy bez nas ugrzęźniecie między Stokrotką a Lisem. Powodzenia.

E – Ekipa. Najlepiej - charakterna i zgrana. Warunek sine qua non funkcjonowania każdej blogerskiej inicjatywy. Znak rozpoznawczy Niepoprawnych.pl oraz Niepoprawnego Radia PL. Gdyby było inaczej, dawno pożarłyby nas wrogie desanty oraz zniechęcenie spod znaku „czy warto”. Widać warto, skoro istniejemy i przychodzą nowi czytelnicy, słuchacze, użytkownicy i blogerzy. Determinacja popłaca.

F – Free Your Mind. Gość, który z pozycji Arcywybitnego Blogera (bez ironii) oraz Tyrana z Miasta Pana Cogito zrobił sobie kosmodrom, by wzlecieć i wylądować na Czerwonej Stronie Księżyca gdzie, jak się zdaje, jest mu dobrze, miło, przytulnie i skąd nie zamierza wracać. Była „centrala antykomunizmu”, jest bajko-nur.

G – A nawet podwójnie: „GG”, czyli Grzyb i to do tego jeszcze Gadający. Autor tej oraz paru innych notek, tudzież członek ekipy (patrz: E – Ekipa) Niepoprawnych.pl plus Redaktor Współprowadzący (na zmianę z MarkiemD) audycje Niepoprawnego Radia PL. Obiekt westchnień dziewic i mężatek, wdów i rozwódek, starych i młodych. Najpoczytniejszy, opiniotwórczy, przystojny, młody i majętny. Zainteresowane panie prosi o kontakt na numer... A potem siostra podaje mi tlen i następuje powrót do arcyboleśnie prostej rzeczywistości, gdzie wszystkie przyjemności i splendory zgarnia Seawolf (patrz: S - Seawolf).

H – Ha. A nawet: HA! - wielkimi literami i z wykrzyknikiem. Wygląda to może debilnie, ale tylko z pozoru - jak inaczej oddać wewnętrzny, zdrowy śmiech i humor na resztę dnia po obejrzeniu kolejnej, trafiające w punkt animacji Niewolnika? Satyryk i grafik z najwyższej półki, przy którym różne Sawki mogą sobie obgryzać kompulsywnie skórki u paznokci, ewentualnie, jak salonowo-reżimowy trefniś (a niegdyś prawdziwy satyryk), Jacek Fedorowicz, wylądować w partyjnym biuletynie „POgłos” na proszonym chlebie. W przeciwieństwie do tamtych, ten Niewolnik publikuje tam, gdzie nie musi podcinać sobie skrzydeł. I kto tu jest prawdziwym niewolnikiem?

I – Interwencje. Najmocniejsza strona portalu Blogmedia24.pl. Zaangażowanie, kompendialne przedstawianie poszczególnych działów tematycznych. Warto mieć to w zakładkach przeglądarki. Polecam!

J – Janke Igor. Założyciel i szef Salonu24, które to miejsce ma niewątpliwą historyczną zasługę w animacji niezależnej blogosfery. Niestety, z czasem dała znać o sobie patologiczna wręcz obsesja, by nie dać się „politycznie zaszufladkować” i nie stracić poważania w „środowisku”, wskutek czego S24 stał się miejscem skrupulatnego wyważania racji między d...ą, a batem. Przy czym „batowi” pod postacią RR-K (patrz: K – Kalinowska Renata Rudecka), Jasia „Flanelki” Osieckiego, Libickiego, Migalskiego et consortes przypada prominentne miejsce na Stronie Głównej, zaś d...a, czyli oszołomscy blogerzy (patrz: O - Oszołomy), z powodu niewyjściowego wyglądu są sekowani na najróżniejsze sposoby, w związku z czym opuszczają Salon, by wzbogacić blogerskie szeregi Niepoprawnych.pl. I to jest druga historyczna zasługa pana Igora dla polskiej blogosfery.

K – Kalinowska Renata Rudecka. Czyli Renata Rudecka-Kalinowska, słynna (osławiona?) RR-K, zwana również erką, bądź er-er-ką. Cytowana przez Ober-Matoła na partyjnym spędzie, jako podkładka do usprawiedliwienia furiackiego ataku Niesioła na Ewę Stankiewicz. Gdy uda się już sklonować człowieka, to jestem pewien, że platformerscy macherzy od propagandy poproszą o kod DNA tej pani (er-er-ki, znaczy), która z pewnością im go ochoczo udostępni pod każdą postacią. Następnie, spece owi zaludnią internet jej klonami, które z własnego, głębokiego przekonania, będą robiły za darmo to, co w chwili obecnej robią tabuny płatnych trolli. Takiego skarbu nie wolno przegapić.

L – Lekcje historii. Tych permanentnie udziela na swym blogu Godziemba, a kto nie czyta, ten kiep. W związku z nieubłaganym postępem, jaki pod rządami Dyktatury Matołów odbywa się w naszej edukacji, jest to wręcz lektura obowiązkowa. Komplety dla tych, którzy chcą wiedzieć cokolwiek o naszej historii najnowszej. Ojcowie winni paskiem od brzytwy zaganiać dzieci przed komputery do czytania Godziemby, a potem rozmawiać z latoroślami o przeczytanym tekście, jeśli chcą, by z ich pociech wyrosło coś więcej, niż MWzWM.

Ł – Łażący Łazarz. Błyskotliwy niegdyś bloger, a obecnie drętwy nudziarz, który dał się uwieść majętnemu wujkowi z antypodów, za którym ciągnęła wataha kolejnych wujków z wojskówki, nie mogących przeboleć rozwiązania WSI. Wszystkich tych osobliwości nie omieszkał opisać Aleksander Ścios (patrz: Ś – Ścios Aleksander), za co ŁŁ zemścił się, podając publicznie domniemane dane osobowe Ściosa. Łazarz po wyrzuceniu go z Salonu24 organizował projekt „Nowy Ekran” w gościnie u Niepoprawnych.pl. „NE” miał być „prawicowym Onetem”, czyli narzędziem odwojowania mainstreamu z wrażych rąk, a okazał się konkurencyjnym blogowiskiem o bardzo nieciekawych konotacjach i polityczną dywersją (na szczęście nieudaną) uruchomioną przed wyborami parlamentarnymi 2011. Niepoprawni.pl są teraz mądrzejsi o cenne życiowe doświadczenie i jest to niewątpliwy wkład Łazarza w budowę niezależnej, antysystemowej blogosfery.

M – Matka Kurka. Bloger i twarz portalu Kontrowersje.net, który z Szawła, czyli jadowitego antykaczysty, stał się Pawłem, równie jadowicie dowalającym Dyktaturze Matołów. Łaska nawrócenia jak widać może spłynąć na każdego, pytanie, jak naiwny musi być wróbel, by dał się posadzić na tak nieświeże kurze g... Na tym nawet pieczarki nie urosną.

N – Niepoprawni.pl. Najlepszy portal blogerski we wszechświecie. Wiem, bo sam na nim piszę swego macierzystego bloga, reprodukowanego następnie na kilku innych portalach. Odpalaniu Niepoprawnych zawsze towarzyszy dreszczyk emocji, nigdy bowiem nie wiadomo, czy znienacka nie wyskoczy „Błąd 503 - Service Temporarily Unavailable”. Jest to więc miejsce dla ludzi żądnych przygód, niespodzianek, a nade wszystko - ceniących sobie smak zwycięstwa, gdy po dłuuugim mieleniu serwera uda się nam zamieścić komentarz lub notkę. Słowem, coś dla amatorów triumfu ducha nad materią.

O – Oszołomy. Czyli ja, pan, pani – społeczeństwo. Szczególnie upierdliwa jest ta część oszołomów, która zamiast zamknąć się w czterech ścianach z „Wiodącym Tytułem Prasowym” w garści (patrz: X - BriXen), tudzież oczyma permanentnie otwartymi za pomocą jakiegoś ustrojstwa rodem z „Mechanicznej pomarańczy” wpatrzonymi w WSI24 (co miałoby niebagatelny z punktu widzenia Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP walor reedukacyjny), wyłazi ze swym wstecznictwem w przestrzeń publiczną i dzieli Polaków. Oto my – blogosfera.

P – Przykazania blogera. 1) Piłeś – nie pisz! 2) Wypiłeś i napisałeś – nie publikuj! 3) Wypiłeś, napisałeś i opublikowałeś – na drugi dzień zrób raban, że hakerzy ze spec-służb włamali się na twoje konto!

Q – Q...a, muszę pisać na każdą literę?

R – Radio. Konkretnie – Niepoprawne Radio PL. Obecnie samodzielny podmiot, który wyewoluował z Niepoprawnych.pl (patrz hasło: „N - Niepoprawni.pl”) i jest najlepszym internetowym radiem we wszechświecie. Wiem, bo sam czytam w nim swoje i cudze notki. O naszych zasługach niech świadczy taki oto mail od wiernego słuchacza: „Powinni was za takie głupoty skazać na pracę w kamieniołomach. PRZYDAŁ BY SIĘ POŻĄDEK wy nieroby jedne.” (pisownia i artykulacja CAPS LOCKIEM oryginalna - GG)

S – Seawolf. Facet, który strzela tekstami z prędkością karabinu M-16, tak że „nie nadanżam” z czytaniem jego notek na antenie Niepoprawnego Radia PL. Obiekt westchnień damskiej i zazdrości męskiej części populacji blogerskiego internetu, bo każdy też by tak chciał – mieć kwadryliony odsłon, sadzić codziennie skrzące się od fajerwerków teksty, no i być prawdziwym kapitanem prawdziwego statku. To aż nieprzyzwoite, więc dam w tym miejscu upust małostkowej zawiści: phi, Siłólf, też mi coś... Co z niego za kapitan, skoro nawet nie ma szlachetnie siwiejącej brody i nie pali fajki. A ja mam szpakowatą brodę i palę fajkę - ot, co!

Ś – Ścios Aleksander. Człowiek, dla którego robię drugie odstępstwo od przyjętego tu klucza alfabetu łacińskiego (pierwsze było dla Łażącego Łazarza, ale z zupełnie innych powodów patrz: Ł – Łażący Łazarz). Niestrudzony poszukiwacz prawdy, który „Nie uznaje autorytetów ani prawd objawionych III RP”. Nie goni za poczytnością, nie publikuje gdzie tylko bądź, o czym świadczy zamknięcie na kluczyk bloga na S24 (patrz: J – Janke Igor). Nie cenzuruje się, choć pewnie, gdyby odpuścił tu i ówdzie, mógłby wciąż być drukowanym w „Gazecie Polskiej”. Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś istotnego o Polsce, czytaj „Bez dekretu”. Szacunek.

T – Toyah. Kumpel Coryllusa (patrz: C – Coryllus). Wraz ze swym synem wyśledził m.in. „aferę szalikową” czyli manipulację „Wyborczej”, która w ramach przemysłu pogardy zaprezentowała jedno z całej sekwencji zdjęć ś.p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – akurat to, na którym rozkładany przez niego na meczu reprezentacji Polski kibicowski szalik był do góry nogami. „GW” zainterweniowała i Salon24 (patrz: J – Janke Igor) wycofał trefne zdjęcia. Prócz tego, Toyah stracił robotę po swym politycznym „coming oucie”. To poważne sprawy i warto je przypominać. Natomiast Toyah po słynnej „wywrotce” FYM-a (patrz: F – Free Your Mind) wyznał na blogu, iż ma do FYM-a telefon, a mimo to nie zadzwonił, by upewnić się, że FYM, to FYM. I to jest już cokolwiek nieciekawe. Toyah pisze z równą częstotliwością co Coryllus, zaś jego i Coryllusa książki można nabyć... zresztą, sami Państwu powiedzą.

U – Uzwojenie pod czaszką (zob. też: W – Wciórności!). Trzeba je mieć, by pisać bloga, a nie zostać trollem. Na Niepoprawnych.pl, by pisać bloga, uzwojenie posiadać należy. Inaczej albo nie otrzyma się rangi blogera, albo też, gdy brak uzwojenia wyjdzie w praniu, zostanie się tej rangi pozbawionym. A potem to już „Daremne żale - próżny trud, / Bezsilne złorzeczenia! / Przeżytych kształtów żaden cud / Nie wróci do istnienia.”

V – Video. Relacje z których słynie jak blogosfera długa i szeroka portal Blogpress.pl. Bernard i Margotte (oraz Czarek Czerwiński, który opatyczył mnie niedawno, że nie wspomniałem o nim w jednym z tekstów, więc wspominam) wykonują nieprawdopodobną robotę, obsługując wszelkie wydarzenia ważne dla polskiej opcji antysystemowej skupionej w Drugim Obiegu 2.0 (patrz: D – drugi obieg). Prócz tego są video np. na pomniksmolensk.pl, razem.tv i w wielu innych miejscach (pozostałych uprasza się o nie strzelanie do autora za niewymienienie, to mają być krótkie hasła). Wniosek – niech się gonią „cyfryzujące” Dworaki, mamy własne telewizje, które wraz z rozwojem internetu będą tylko zyskiwały na znaczeniu, a wy, mainstreamowcy, pozostaniecie w swoim grajdołku, ciuś, ciuś...

W – Wciórności! Ta przypadłość dotyka wielu skądinąd porządnych obywateli, którzy ni z tego, ni z owego, siedząc przed telewizorem, bądź czytając gazetę podczas konsumpcji pomidorowej z makaronem, wydają z siebie ten okrzyk. Następnie, z tym makaronem i pomidorowymi wciórnościami na ustach, gnają do komputera, by zacząć zajadle walić w klawiaturę. W ten sposób, w zależności od potencjału uzwojenia pod czaszką (zob: U - Uzwojenie), rodzą się dwa odmienne gatunki: blogerzy, lub trolle.

X – BriXen. Marcin B. Brixen – twórca kul... tfu, już miałem napisać jak te pismaki z mediodajni - „kultowej”, napiszę więc – kulturoproroczej serii o rodzinie Hiobowskich. Jest kulturoprorocza, gdyż antycypuje to, co będzie kulturową normą już za pięć lat. Nawet ukazały się książki, które może kupić każdy, komu wola. A kto chce być na bieżąco, niech czyta „Świat za pięć lat” w blogosferze – najbardziej realistyczną powieść epizodyczną naszych czasów.

Y – YouTubki, albo jutubki. Wklejane przez Jutubisie. Nie mylić z Teletubisiami, choć skojarzenie ze względu na infantylizację przekazu może być uprawnione. Zmora portalu próbującego utrzymać jako-taki poziom. Zawsze znajdą się egzaltowane Jutubisie gotowe wklejać gdzie popadnie jutubki z pioseneczkami i innymi takimi, uzewnętrzniając w ten sposób drzemiące w nich pokłady Wrażliwości, Dobra i Piękna. Oprócz tych jutubków nie mają, poza kilkoma zdaniami patriotycznych i bogoojczyźnianych banałów, literalnie nic do powiedzenia, za to burzą się, gdy nie są odpowiednio dopieszczane. I za nic nie pojmują, że od wzajemnego obsypywania, tudzież nakręcania się jutubkami jest Nasza Klasa, czy fejsbuk. Za to uwielbiają wpadać w histerię i demonstrować rany – ponieważ są Wrażliwi, Piękni i Dobrzy. Takie już są, te Jutubisie.

Z – Zawodowcy. Profesjonalni dziennikarze, którzy dla popularki bawią się w blogerów i łypią na nas kaprawym oczkiem. I chyba nawet wierzą w to, że ktoś się nabierze na te ich wielokrotnie przemłócone plewy.

***

Wszystkich nie wymienionych w powyższym tekście uprasza się o cierpliwość – aż do kolejnych wakacji (a może nawet wcześniej), kiedy to postaram się (choć nie obiecuję) spłodzić następny Alfabet. Jeśli powstanie, będzie jak ten - do bólu subiektywny i niesprawiedliwy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

czwartek, 31 maja 2012

Terapia Czterech Kroków - kontynuacja

Im silniejszy jest Drugi Obieg 2.0, tym mocniejsza jest Wasza pozycja na scenie politycznej, Panie i Panowie.

I. Piętnaście procent

Jakiś czas temu wyczytałem u Coryllusa („Czym sufrażystka różni się od pisowca”), a ten z kolei u Toyaha („Wygrać za darmo, przegrać za frajer”), że Jarosław Kaczyński na marcowym zebraniu z działaczami PiS-u i Solidarności w Katowicach stwierdził, iż „na Internet nie ma co liczyć, bo to zaledwie 15 procent społeczeństwa. Kto Prezesowi słynącemu z teleinformatycznej abnegacji podsunął tę myśl skrzydlatą, trudno zgadnąć, ale jest to ewidentny sabotażysta i należy go wykopać natychmiast, zanim narobi dalszych szkód. W każdym razie, musi być to osobnik sprytny, taki który wie co i kiedy szepnąć do ucha, tak by – jak stało się w tym przypadku – zagrać np. na nieufności Jarosława Kaczyńskiego do nowych technologii.

Piszę to w nawiązaniu do mojego poprzedniego tekstu „Terapia Czterech Kroków” w którym podjąłem temat wałkowany przeze mnie przy różnych okazjach – mianowicie - bezsensu i szkodliwości wałęsania się pisowskich działaczy po reżimowych mediodajniach, od których zdają się być uzależnieni niczym narkoman od kolejnej działki towaru. W skrócie, szkodliwość ta polega na uwiarygadnianiu i legitymizowaniu propagandowej ekspozytury obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP bez żadnych korzyści własnych, podczas gdy tuż obok leży odłogiem potencjalnie potężne i wciąż rozwijające się narzędzie w postaci Drugiego Obiegu 2.0 (czytaj TUTAJ i TUTAJ), dysponującego zdywersyfikowanymi kanałami bezpośredniego docierania do ludzi.

Dla jasności – ów Drugi Obieg 2.0 to nie tylko blogosfera – jego formuła jest o wiele bardziej pojemna i zróżnicowana. Żeby nie rozmydlać tekstu, odsyłam do linków powyżej.

II. Wyniosłe milczenie

Ostatnio, 12 maja, miało miejsce ważne wydarzenie integracyjne - Kongres Mediów Niezależnych - na którym wprawdzie Jarosław Kaczyński był, ale nie sądzę, by potraktował te wszystkie mniejsze i większe inicjatywy do końca poważnie. Nie wiem, czy zmienił swe nastawienie od czasu Drugiej Rocznicy Katastrofy Smoleńskiej, kiedy to dopiero na skutek podszeptu i refleksu pani Marty Kaczyńskiej dopowiedział jedno zdanie podziękowania pod adresem blogerów, którzy odwalają za jego partię gigantyczną robotę w sieci, budując komunikacyjną alternatywę wobec załganych mediów mainstreamu.

A na Kongresie mówiono o rzeczach istotnych, choć nie zawsze wygodnych. Podczas panelu dyskusyjnego KMN w ramach Kongresu „Polska Wielki Projekt” MarkD zwrócił np. uwagę na milczenie polityków ze wspieranej przez nas opcji na temat istnienia mediów niezależnych – portali blogerskich, rozgłośni radiowych, czy internetowych telewizji. Tymczasem, każda publiczna wzmianka mogłaby w sposób istotny przyczynić się do rozwoju tych przedsięwzięć, zachęcając mniej zorientowanych odbiorców. W niedawnej rozmowie w Radiu WNET (prezentowanej również w Niepoprawnym Radiu PL) MarkD uzupełnił tę tezę o konkretny przykład: kilka lat temu Przemysław Gintrowski w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” wyznał, iż czytuje m.in. Niepoprawnych.pl. Efektem był natychmiastowy skok popularności portalu – co ważniejsze, ów skok okazał się trwały. Wystarczyło jedno zdanie w dość krótkim wywiadzie. Można? Można.

Opisane powyżej „wyniosłe milczenie” spotyka nas również ze strony zawodowych dziennikarzy. Ja np. nie mam oporów, żeby zalinkować w tekście np. do wPolityce.pl. Nie spotkałem się jednak z sytuacją, by wPolityce.pl linkowało np. do Niepoprawnych, ba – by zauważyło samo ich istnienie. I to pomimo tego, iż oba portale współtworzą Federację Mediów Niezależnych. Ostatnio wPolityce.pl zaczęło przynajmniej wrzucać relacje video Bernarda i Margotte z „Blogpressu”. Dobre i to. Czasem wprawdzie zdarzy się sytuacja typu, że Marek Pyza zacytuje w „Uważam Rze” Gadającego Grzyba, ale są to rodzynki. Tymczasem, wzajemne cytowanie i odwoływanie się do siebie powinno być normą. W ostatecznym rozrachunku, działa to na korzyść nas wszystkich – i to pomimo, że owszem, w jakimś sensie, konkurujemy ze sobą o odbiorców.

III. Mówiący do milionów...

Ale to dygresja. Powróćmy do naszych baranów. Jakie są zatem powody, że politycy opcji, ujmijmy to hasłowo, patriotyczno-niepodległościowej, wspomną o Radiu Maryja, „Gazecie Polskiej”, ale słowem nie zająkną się o niezależnych mediach internetowych? Jednym z powodów jest marazm intelektualny, polegający na poruszaniu się w bezpiecznym świecie schematów. W tym świecie utarło się, iż media „tradycyjne” są poważne, zaś media internetowe, o ile nie stoi za nimi jakiś koncern czy duży inwestor, lub unijne fundusze, są „niepoważne”. Tymczasem, śmiem twierdzić, iż blogerzy, uśredniając, nie wypisują więcej głupot, niż głównonurtowi dziennikarze. Na pewno zaś trafiają się wśród nich osoby obdarzone większym talentem, polotem i lepszym piórem, niż tzw. uznani publicyści. Na takim Salonie24 wręcz normą jest wypychanie najlepszych blogerskich tekstów ze Strony Głównej, gdyż, jak się domyślam, pisanina „zawodowców” wyglądałaby na ich tle jeszcze gorzej niż wygląda obecnie.

Sądzę, że ludzie świata polityki, przynajmniej ci na górze, zdają sobie z tego sprawę – nie są aż tak dramatycznie ograniczeni. Kieruje nimi jednak ułuda masowości – występując w którejkolwiek z ogólnopolskich stacji taki jeden z drugim wyobraża sobie, że przemawia do milionów. I faktycznie – przemawia. Zapomina tylko, co „zaprzyjaźniona” mediodajnia uczyni z jego przekazem, w jakim kontekście go zaprezentuje i z czym skonfrontuje. I jaki będzie tego efekt finalny. To samo zresztą można powiedzieć o konserwatywnych publicystach. Nigdy np. nie zrozumiem, dlaczego Terlikowski chodzi do Lisa. Przekracza to moją zdolność pojmowania.

I znów – aby nie rozmydlać tekstu, muszę odesłać do linków – wcześniejszych notek, gdzie odnoszę się do powyższych problemów bardziej szczegółowo: „PiS a mediodajnie” oraz „Żer dla mediodajni”.

Wyczuwam jednak jeszcze jeden powód nieufności świata polityki w stosunku do internetowych „drugoobiegowców”. Otóż tacy, dajmy na to, blogerzy, nawet sympatyzujący z PiS-em, są ciężko sterowalni. To nie są płatne trolle, których zatrudnia Platforma. Ci ludzie piszą z przekonania, mają swoje przemyślenia i ugruntowane poglądy, nie zawsze zgodne z aktualną linią partii i generalnie, bywają nieobliczalni. Co działacze partyjni, dość często bucowaci i mniej inteligentni, jakby wzięci z castingu na „biernych miernych, ale wiernych”, mogą „nakazać” blogerom i komentatorom, którzy bezczelnie sobie pozwalają na krytykę - a to partyjnych posunięć w poszczególnych sprawach, a to zasłużonych działaczy? Ja na przykład sobie pozwalam i będę pozwalał sobie nadal, ilekroć uznam to za wskazane. Nawet w szczycie kampanii wyborczej jeśli trzeba, bo zależy mi na czymś więcej, niż urządzenie się w partyjno-korporacyjnym schemacie, gdzie pierwszym przykazaniem jest OWD (Ochroń Własną D...ę).

Pokazowym przykładem owej nieufności było fiasko akcji „Uczciwe wybory” polegającej na obsadzeniu mężami zaufania komisji wyborczych podczas ostatnich wyborów parlamentarnych. Zaraz po wyborach zaczęły mnożyć się doniesienia o spławianiu przez lokalnych działaczy PiS pod byle pretekstem wolontariuszy – kandydatów na mężów zaufania. Bez komentarza.

IV. Powróćmy do Terapii Czterech Kroków

Co przegapiają politycy idąc na masówkę, gdyż „internet to tylko 15 procent”?

Po pierwsze to, iż reżimowe mediodajnie do których lecą niczym muchy do gnoju przy każdej okazji robią z nich wała, grając na rzecz Dyktatury Matołów, a szerzej – obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego są integralną częścią.

Po drugie, że Drugi Obieg 2.0 jest jak rój pszczół – te pozornie małe inicjatywy po przekroczeniu pewnego progu osiągną efekt kumulacji i zażądlą na śmierć każdego, nawet największego przeciwnika. Powtarzam to co jakiś czas – można zabić jedną czy drugą pszczołę, ale koniec końców Rój zawsze wygrywa. MarkD w tym kontekście mówi o mrówkach obłażących słonia. Tyż piknie.

Po trzecie wreszcie, jak napisałem w tekście „IV RP o muerte”: „społeczności zgrupowane wokół różnych pozamainstreamowych inicjatyw są jedyną realną siłą państwowotwórczą, jaką obecnie ma do dyspozycji Polska. Warto, by świat zawodowej polityki, na czele z największą partią opozycyjną, był łaskaw o tym pamiętać. Jeśli ktoś jednak taką państwowotwórczą siłę widzi gdzie indziej, proszę mi ją pokazać. Chętnie się przypatrzę.”

Poza wszystkim, zamykanie się na internet jest zwyczajnym świństwem zrobionym pokaźnej grupie często najbardziej aktywnych wyborców.

Toyah w przywoływanym na wstępie tekście napisał:

„Czy naprawdę to, że on [Jarosław Kaczyński] osobiście Internetu nie lubi, na nim się nie zna, i poznać nie planuje, jest wystarczająco dobrym powodem, żeby machnąć ręką na tych wszystkich, których wokół siebie zorganizował, i im powiedzieć, że niech sobie z tym Internetem robią co chcą?”

Zaś wcześniej:

„Tyle że ja bym był bardzo szczęśliwy, gdyby prezes partii, którą wiernie i lojalnie popieram, zechciał się zastanowić, dlaczego, skoro ta część opinii publicznej jest aż tak zaniedbana, nie warto by było ją przejąć choćby i na własność.”

No właśnie – wieczne trwanie w oparciu o mentalną skamielinę biernych, miernych ale wiernych działaczy i ostentacyjna olewka środowisk zgrupowanych w sieci, to gorzej niż zbrodnia. To błąd. Polska, „prawoskrętna”, polityczna blogosfera, już teraz jest ewenementem na europejską, a zapewne i na światową skalę. Jest ważnym i trwałym składnikiem Drugiego Obiegu 2.0. I będzie rosnąć, mimo różnych prób skanalizowania tego nurtu. Gdyby politycy z prawej strony zaczęli łaskawie zauważać istnienie blogosfery - również w publicznych wystąpieniach – tylko by na tym zyskali.

To funkcjonuje na zasadzie wzajemności. Im silniejszy jest Drugi Obieg 2.0, tym mocniejsza jest Wasza pozycja na scenie politycznej, Panie i Panowie. Poza mediami Tomasza Sakiewicza i o. Rydzyka, jesteśmy jedyną siłą, którą macie po swojej stronie.

Przewietrzcie się. Porzućcie zgubne nałogi. Jesteśmy waszym detoksem. Innego nie macie. Jeszcze raz zalecamTerapię Czterech Kroków.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Notki na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/terapia-czterech-krokow

http://niepoprawni.pl/blog/287/pis-mediodajnie

http://niepoprawni.pl/blog/287/zer-dla-mediodajni

http://niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-i

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-ii

piątek, 14 maja 2010

Wściekłość i strach.


Kampania Jarosława Kaczyńskiego kontra „salonowszczyzna”.

I. To nie tak miało być…

Wyobrażam sobie wściekłość, jaka musiała zapanować w redakcjach tzw. wiodących mediodajni po ukazaniu się na Salonie 24 wywiadu Jarosława Kaczyńskiego z blogerami. Od startu kampanii prezydenckiej przekaziory do spółki z PO wyłaziły ze skóry, by sprowokować Kaczyńskiego do jakiegoś publicznego wystąpienia, wywiadu, czegokolwiek, co następnie można by było przedstawić w odpowiednio demonicznym świetle (jak słynnych „prawych Polaków”), a tu nic. W desperacji poczęto już po mału sugerować, że nawet milczenie prezesa PiS ma charakter nienawistny i wywodzi się z IV RP, albowiem jest najpewniej cynicznym wykorzystaniem żałoby do swoistej anty – kampanii i pretekstem do ucieczki przed mediami. Prorokowano, że będzie musiał się w końcu „otworzyć”, bo wszak bez mediów nie sposób wygrać wyborów (swoją drogą – porażający przejaw zadufania i przekonania o własnej omnipotencji w sferze politycznej kreacji, bądź strącania w niebyt), a tymczasem… Kaczyńskiemu systematycznie rosło. Mówiono więc i pisano ze zdwojonym natężeniem, że rośnie, bo „Kaczor” żeruje na ludzkim współczuciu wywołanym tragedią, jaka go dotknęła i tak to się kręciło.

Aż tu nagle – bum! Bez fanfar i szumnych zapowiedzi Jarosław Kaczyński przerywa milczenie i udziela wywiadu! I to komu! Żadnej dziennikarskiej gwieździe, żadnej z wiodących stacji i gazet, ale blogerskiemu bydłu i internetowym opluwaczom, którzy o zgrozo, chyba wybaczyli mu lapsus o piwku i pornosach!

Wszystko nie tak. To Komorowski miał być tym nowoczesnym i na bieżąco z trendami, a tu „zawiecha” podczas premiery strony internetowej. To Kaczyński miał być tym nieufnym i zamkniętym na ludzi, a tu udziela wywiadu w najbardziej demokratycznym medium. A od poniedziałku rusza w Polskę, by prowadzić kampanię metodą bezpośrednich spotkań z wyborcami. Znając jego pracowitość założę się, że spotkań będzie wiele, a talent oratorski pana Jarosława pozwala domniemywać, że spotkania te przyniosą więcej korzyści niż spoty reklamowe.

II. Frustracja.


Nie ukrywam, że doświadczyłem schadenfreude, patrząc na miotaninę TVN24, gdzie najwyraźniej nie wiedziano, czy wywiad z prezesem PiS-u przemilczeć i potraktować jako niebyły, gdyż udzielony nie tym co trzeba i nie tam gdzie trzeba, czy może wyśmiać, czy też spróbować pryncypialnie opierniczyć internautów za to, że nie wypomnieli Kaczyńskiemu słynnej wypowiedzi sprzed dwóch lat. Każdej z tych metod próbował w programie „Czas wyboru” redaktor prowadzący Maciej Knapik (dopiero gość - Maciej Gdula z „Krytyki Politycznej”, czyli pisma od idei IV RP jak najdalszego, wspomniał o wywiadzie, na co dziennikarz Knapik zareagował porcją kpinek). Wszystko to wypadło nader blado, więc przez resztę wieczoru stacja skoncentrowała się na obszernych relacjach z gospodarskiego spotkania „marszałko – kandydata” ze studentami, podczas której Komorowski przyjmował od początkujących eliciarzy stosowne wyrazy uwielbienia.

Nie zazdroszczę medialnym funkcjonariuszom. Strategia oparta na schemacie: „Kaczyński mówi, my walimy”, właśnie bierze w łeb. Wprawdzie walą nawet, gdy Kaczyński nic nie mówi, bo inaczej zwyczajnie nie potrafią, ale ciosy trafiają w próżnię. To musi być frustrujące niczym walka z cieniem.

Muszę powiedzieć, że bardzo mi się podoba postępowanie Kaczyńskiego. Im większej piany dostają różne geriatryczne „autorytety” i basujące im mediodajnie, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że strategia polegająca na demonstracyjnym omijaniu szerokim łukiem nadętych własną ważnością przekaziorów jest słuszna. Jeżeli wygra wybory, będzie to rzecz absolutnie przełomowa, bez precedensu, analizowana latami.

I tego właśnie przekaziory się obawiają. Stąd tytułowe wściekłość i strach narastające w „merdiach” od czasu społecznego przebudzenia udokumentowanego filmem „Solidarni 2010”. Czują, że rząd dusz, a co za tym idzie – możliwości ogłupiania i manipulacji właśnie wymykają im się z rąk. Wygrana Jarosława Kaczyńskiego, lub nawet przegrana „na styk” z Komorowskim, byłaby najdobitniejszym potwierdzeniem tej tendencji.

***

Pozostaje życzyć Jarosławowi Kaczyńskiemu dużo sił, żelaznej konsekwencji, wytrwałości i zimnej krwi, tak by nadal nie dawać łatwego żeru wrogim przekaziorom. To co robi teraz bardzo dobrze się sprawdza i nie ma powodu, by uginać się pod presją TVN-u, czy innej „Wyborczej”. Warto również rozważyć, czy opłaca się wikłać w postulowaną przez wielu debatę. Jak mogłaby taka „debata” wyglądać, przekonaliśmy się w 2007 roku.

A „tamci” niech się pienią. Niech zaplują się ze szczętem w chamskich inwektywach, czyli w tym, co po 10 kwietnia nagle przestało na wielu ludzi działać. Niech pogrążają się do reszty. Własna wściekłość i strach ich zniszczy.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 6 listopada 2009

Nie kijem go, to pałką.


Biurofaszyści pochylają się nad internetem…

Inwencja Ministerstwa Kultury w regulowaniu internetu zdaje się być niewyczerpana. Nie tak dawno, przygotowywana nowelizacja prawa prasowego zakładała obowiązek rejestracji wszystkich, również prywatnych, stron internetowych. Sprawa się rypła m.in. ze względu na absurdalność, nieprecyzyjność i ogólną bublowatość prawną postulowanych rozwiązań. Ale nic to. Nowy projekt nowelizacji, pozornie wychodzący na przeciw internautom, ma postać kolejnego bubla, m. in. w kwestiach dotyczących blogosfery.

Prasa, nie-prasa?

Na początek trzy kwestie: prasa, nie-prasa, redakcja (cytaty z projektu ustawy za prawo.vagla.pl/ . Całość w PDF www.mkidn.gov.pl/docs/prawo_prasowe-010609.pdf ).

Co jest prasą?

„1) prasa oznacza publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem albo nazwą, numerem bieżącym i datą, a w szczególności: dzienniki, czasopisma, serwisy agencyjne, biuletyny, programy radiowe i telewizyjne; prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, o ile upowszechniają publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania.”,

Co zatem nie jest prasą?

„3. Za prasę nie uważa się przekazów niepodlegających procesom przygotowywania redakcyjnego w rozumieniu ust. 2 pkt 8, w szczególności: blogów, korespondencji elektronicznej, serwisów społecznościowych służących do wymiany treści tworzonej przez użytkowników, przekazów prywatnych użytkowników w celu udostępnienia lub wymiany informacji w ramach wspólnoty zainteresowań, stron internetowych prywatnych użytkowników.”;

A co jest redakcją?

„8) redakcją jest jednostka, w której organizowany jest proces przygotowywania materiałów do publikacji w prasie, w tym zbieranie, ocenianie i opracowywanie materiałów.”,


Pomieszanie z poplątaniem..

Niby wszystko jest w porządku, blogosfera w myśl ustawy nie będzie podlegała rygorom prawa prasowego, w tym obowiązkowi rejestracji, ale…

Wątpliwości instytucjonalne.

No właśnie – i tu następuje lista wątpliwości:

1) Po pierwsze - nie ma definicji ustawowej bloga, czy serwisu społecznościowego. Czy portale zrzeszające blogerów, typu Niepoprawni.pl, Salon24 i wiele innych, są blogami, „serwisami społecznościowymi służącymi do wymiany treści tworzonej przez użytkowników”, czy jeszcze czymś innym?

2)
Czy można stwierdzić, iż wzmiankowane portale rozpowszechniają przekazy „niepodlegające procesom przygotowywania redakcyjnego w rozumieniu ust. 2 pkt 8,”, skoro każdy z nich prowadzi jakąś politykę redakcyjną np. umieszczając niektóre teksty na stronie głównej, bądź w tzw. „czołówkach”, albo zamieszczając u siebie blogi zewnętrznych autorów?

3) Czy administracja portali jest, czy nie jest „redakcją w której organizowany jest proces przygotowywania materiałów do publikacji w prasie, w tym zbieranie, ocenianie i opracowywanie materiałów.”? Przecież redakcja ocenia materiały blogerów (choćby co do selekcji na „czołówki”), wkleja ilustracje, czasami poddaje teksty formatowaniu… (tak było w początkach mojego blogowania, za co jestem redakcji „Niepoprawnych” głęboko wdzięczny).

4) Co z inicjatywami typu Niepoprawne Radio.pl, które jak raz pasuje do definicji mówiącej, iż „prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, o ile upowszechniają publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania”. To samo tyczy się np. „Polis” FYM-a.

5) Czy to wszystko oznacza, że prawu prasowemu nie będą podlegały jedynie „indywidualne” blogi na portalach typu blogspot?

Dowolność interpretacyjna jeży włosy w nozdrzach…

Wątpliwości indywidualne.


Poza tym, nawet jeśli przyjąć, iż blogosfera zostanie wyłączona spod władzy prawa prasowego, implikuje to kolejne konsekwencje, zasygnalizowane m.in. w „Rzepie” (link poniżej). Otóż:

1) Bloger nie będzie się mógł powołać na tajemnicę dziennikarską, by chronić informatora.

2)
Powstaje też pytanie, czy będzie mógł np. korzystać w swej twórczości z tzw. „dozwolonego użytku”, zamieszczając cytaty z prasy i innych mediów.

Ad.1)
Pierwsza wątpliwość dotyczy (na razie) wąskiej grupy blogerów. No bo, ilu ma „dojścia” porównywalne z dziennikarzami śledczymi? Niemniej, patrząc długofalowo, może stanowić istotny hamulec w rozwoju blogosfery.

Ad.2) Druga wątpliwość ma istotne znaczenie w kontekście wolności słowa tu i teraz, bowiem znacząca część politycznej blogosfery polega na, powiedzmy, „redefiniowaniu” komunikatów docierających do odbiorcy za pomocą głównonurtowych mediodajni.

Obywatelska kontrola nad „czwartą władzą” – garść refleksji.

Więc co, mógłby ktoś zapytać, wy, blogerzy, chcecie mieć dziennikarskie przywileje, bez podlegania rygorom, jakie muszą spełniać „oficjalne” media? I do tego swobodnie korzystać z dorobku „etatowych” dziennikarzy?

Ano, właśnie tak – podobnie jak do tego typu „przywilejów” powinien mieć prawo każdy obywatel. Porzucając eufemizmy, blogerzy często odkłamują zmanipulowany przekaz medialny, destylując z bełkotu fakty i poddając je interpretacji zgoła innej, niż ta która w zamyśle medialnych bonzów miała zagnieździć się w zwojach mózgowych mediotrawców.

Jak pełnić tę demaskatorską funkcję bez sięgania do cytatów? Ograniczenie „dozwolonego użytku” utrudni patrzenie na ręce zarówno rządzącym (a gdy rządzący są „słuszni”, to większość mediów się do „misji” nie kwapi), jak i dziennikarzom, których obiektywizm jest nierzadko bardzo podejrzanej próby, niektórzy zaś wprost deklarują, iż czują się bardziej funkcjonariuszami na polityczno – ideowym froncie, niż dostarczycielami informacji.

Obecnie mamy do czynienia z chorą sytuacją pozwalającą pod różnymi pretekstami zatajać dostęp do informacji publicznej (np. urzędy uwielbiają zasłaniać się ochroną danych osobowych). Dopóki wspomniany stan ma miejsce, dopóty będzie istniała potrzeba sięgania do dorobku tych, którzy dzięki instytucjonalno – prawnemu wsparciu (legitymacja dziennikarska plus praca we wpływowym medium), docierają do informacji… a następnie poddają je specyficznej obróbce, w wyniku której do odbiorcy trafia pulpa ulepiona pod gusta i zapotrzebowania współczesnych „zawodowych macherów od losu, specjalistów od śpiewu i mas”.

Bloger zaś sięga po tę pulpę, rozgrzebuje, konfrontuje… i w efekcie, często – gęsto okazuje się, iż dziennikarz łgał jak bura suka, bowiem z faktów wynika coś zupełnie innego.

Blogosfera ma wszelkie dane po temu by, mówiąc górnolotnie, stać się elementem społecznej kontroli nad „czwartą władzą”. Społeczna kontrola jest tym bardziej potrzebna, iż owa władza nie jest umocowana konstytucyjnie. Kłamliwego redaktora nie można postawić przed Trybunałem Stanu – co najwyżej pozwać cywilnie, gdy kogoś fałszywie obsobaczy.

A kto dopilnuje blogerów? Proste – inni blogerzy, którzy, nierzadko nie przebierając w słowach, z lubością wypominają sobie nawzajem potknięcia, niekonsekwencje, mielizny intelektualne itd. Tak właśnie powinno być. Wolny rynek faktów, interpretacji, idei (i ambicji…). Wiecznie gorący tygiel.

A zatem: biurofaszyści – ręce precz od internetu!

Zakończenie.

Na zakończenie ogólna uwaga co do projektu nowelizacji. Wyraźnie widać, iż nasi ustawodawcy wzięli się za regulację czegoś, o czym nie mają pojęcia. Dla nich „prasopodobny” internet to elektroniczne mutacje „tradycyjnych” mediów, tudzież wielkie biznesowe "onetoidalne" przedsięwzięcia. Skala rzeczywistości, którą uparli się regulować, przerosła ich kompetencje i wyobraźnię.

Sam już nie wiem, głupota czy zła wola?

Gadający Grzyb

P.S. To coś, co zamieściłem w charakterze ilustracji, to nie jest moja żałosna twórczość, tylko oficjalne logo Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Kto i ile wziął za ten „projekt”? www.mk.gov.pl/dziennikarze/logo_ministerstwa.html

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.mkidn.gov.pl/docs/prawo_prasowe-010609.pdf

prawo.vagla.pl/node/8731

prawo.vagla.pl/node/8715

www.rp.pl/artykul/4,387697_Bloger_nie_zasloni_sie_tajemnica_dziennikarska.html

czwartek, 20 sierpnia 2009

Polska Rzeczpospolita Internetowa.


Było to ósmego czerwca, roku bieżącego. Wiało zgrozą po kątach i po wyglansowanych na błysk pijarowskich zwojach mózgowych. Międzymóżdżyły się najtęższe głowy i gniotły w rozterce. Internet. Dobrze to, czy źle, że ot tak, sobie hula, a połowa narodu korzysta?

Jak wiadomo, na podobne problemy najlepszym lekarstwem jest woda rozmowna i solidne obgadanie sprawy. Zarządzono nasiadówę.

Podkradłem się. Spośród brzęku sztućców, gęsto podlewanych kielichów i szczęku sprawnie wymienianych talerzy z zakąskami, udało mi się wyłowić strzępki rozmów.

***

- Co tam, panie kochany, k…a, w tem Internecie wypisują? Zberezeństwa jakoweś, ani chybi… na nas… Jeden z drugim, przecież nie zasiadłby do klawiatury, ot tak, bez kozery, by myślami się dzielić i na ekran je przelewać… ooops…

- Nie dość, że dobrze gadacie, kumie, to jeszcze do rzeczy… no bo – jakże to tak? Bez żadnej intencji po tych klawiaturach stukają? No, chluśniem, bo uśniem…

U drugiego końca stołu dyskusja również nabierała rumieńców:

- Żakowski słusznie prawił, że internetowemu chamstwu należy się przeciwstawić całom siłom i godnościom osobistom… k…a, rację miał, a może nie?!

Dyskutant miętosił w pijackim uporze krawat interlokutora, zacieśniając węzeł fachowo, tuż przy grdyce, więc ten uciekł wzrokiem w bok i postanowił zmienić temat.

- A ci, o których kwa… gadał kaczor… że tylko pornografia i browary im w głowach…

- Cii… cichaj, stary – on miał podejście niesłuszne. Browara i gołych dup będziesz ludziom zakazywał? Toż przecież elektorat nam od tego ze szczętem wymięknie… Przestępczość będziem w Internecie zwalczać, ot co!

- O, o to – to, przestępczość! – kolejny uczestnik imprezy aż przechylił się przez stół, by wygłosić swe orędzie. - Każdy skurwojebyk, który coś o nas napisze, pierwej się dwa razy zastanowi, czy warto łeb podnosić i szczekać. Destrukcyjną robotę uprawia, bydło niedomyte…

- No właśnie! – podchwycił kolejny. – I za to się z wami napiję… uuch, niedobre… – Co oni z tego naszego Internetu zrobili! Od tej pory nihil novi! Żadni nowi internetowi nihiliści nic o nas bez nas nie napiszą!

- Nie napiszą! – gromko podchwycili pozostali uczestnicy nasiadówki.

- A ci blogerzy… niech ich piekło…

- Zamknij się! – syknął czujny dyskutant, zamykając w żelaznym uścisku twarz nadpobudliwego biesiadnika. - Oni nie istnieją, rozumiesz?! – dyszał nieprzetrawioną wódą prosto w twarz rozmówcy, który gotów był potwierdzić wszystko, byle tylko wydobyć się spod oparów dojmującego, alkoholowego smrodu.

- Nie istnieją… - potwierdził słabo.

- No, widzisz, jaki jesteś paniatny, gdy trzeba. – niedawny oprawca czule poklepał go po policzku. – My będziemy zwalczać przestępczość i chamstwo w sieci. A kto się nie zgodzi, że chamstwa i przestępczości być nie powinno? Nuu, kto?

Potoczył pozornie pijanym, lecz w istocie morderczo trzeźwym wzrokiem po sali.

Sala zamarła, ale tylko na chwilę.

- Chamstwo precz! – wrzasnął nagle bardzo skądinąd kulturalny minister.

- Porzundek musi być!

- A jak się komuś nie podoba, to fora ze dwora!

Posypały się okrzyki, i dalej, polewaj. Po słowiańsku, od serca.

***

Uczucia uległy niejakiemu zagęszczeniu. Ten i ów gotów był nawet intonować patriotyczne pieśni, lecz takiego delikwenta skrzętnie uciszano, tłumacząc po dobroci co i jak.

***

Koniec końców, powstał z kanapy niepozorny, szary facecik, który przez całą libację trzymał się dyskretnie z boku i, dalibóg, gdyby się nie podniósł, każdy by przysięgał, iż na owym zebraniu wogóle go nie było… Ale podniósł się i wznosząc stakan, zaintonował śpiewnie:

- Niech żyje Polska Rzeczpospolita Internetowa!

- Niech żyje! – podchwycili zebrani.

- Był Manifest Lipcowy, będzie Manifest Internetowy!

- Nic o nas bez nas! - stwierdził, podnosząc znacząco palec, jakiś niedorżnięty biesiadnik, wpatrując się tępo w poplamiony obrus.

Zarówno jemu, jak i wszystkim innym, plątały się wątki, ale nikt, jak to przy dobrej wódce bywa, nie zwracał na to uwagi.

Szary facecik od stakana, jak nagle wstał do toastu, tak nagle zniknął. I teraz nikt już nie wie, czy jego toast był prawdziwy, czy to jeno pijacka maligna.

***

Jedno jest pewne. Tego dnia ustanowiona została Polska Rzeczpospolita Internetowa, w katorej tak wolno dyszyt czeławiek.

Ja , osobiście, drugoj takowej strany nie znaju.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. To moja nader luźna interpretacja poniższych artykułów. Powiedzmy, taka mała literacka impresja ;)

http://www.rp.pl/artykul/2,351244_Czy_to_koniec_anonimowosci_w_Internecie_.html

http://www.rp.pl/artykul/2,351245_Spaczone_pojecie_ochrony_obywateli.html

http://www.rp.pl/artykul/2,351363_Internet_pod_scisla_kontrola.html

http://www.rp.pl/artykul/2,351364_Polski_matrix__czyli_inwigilacja_na_zadanie_.html