Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sądownictwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sądownictwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 lipca 2017

Kuracja dla Temidy

Polskie sądownictwo jawi się jako dość kosztowne, przeinwestowane jeśli chodzi o zasoby ludzkie i średnio wydajne.

Odnoszę wrażenie, że w bitewnym kurzu toczącej się właśnie politycznej batalii o sądownictwo nieco umknęło nam podstawowe zagadnienie – dlaczego mianowicie polski wymiar sprawiedliwości potrzebuje reformy i w jakich konkretnie obszarach. Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, warto wpierw zorientować się, jak nasza Temida prezentuje się na tle innych krajów Europy. Snop światła na tę kwestię rzuca opracowanie Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości z 2016 r. pt. „Sądownictwo. Polska na tle pozostałych krajów Unii Europejskiej”. Zostało ono sporządzone na podstawie pochodzących z 2014 r., danych CEPEJ (Komisji ds. Efektywności Wymiaru Sprawiedliwości) – organu Rady Europy. W zestawieniach uwzględniono kraje Rady Europy należące do Unii Europejskiej.

Od razu powiem, że mimo różnych bolączek, generalnie nasze sądownictwo nie odbiega od unijnej średniej – przynajmniej na papierze, bo z oczywistych względów wzięto pod uwagę jedynie techniczne, „policzalne” dane. I tak, jeśli chodzi o finansowanie w przeliczeniu na jednego mieszkańca, Polska zajmuje 6 miejsce od końca z wynikiem 64 euro – jednak, gdy weźmiemy pod uwagę odsetek budżetu przeznaczany na wymiar sprawiedliwości, to już plasujemy się na podium – 3 miejsce z wynikiem 3,2 proc. Tu uwaga – raczej będę unikał podawania liczb bezwzględnych, ponieważ są one mylące ze względu na różnice w wielkości, liczbie ludności i zamożności poszczególnych krajów UE.

Idąc dalej – kwoty przeznaczane na sądownictwo, prokuraturę i pomoc prawną w stosunku do ogólnych wydatków na wymiar sprawiedliwości plasują nas na wysokiej, 6 lokacie ze wskaźnikiem 73,9 proc. Ale tu łyżka dziegciu – bezpłatna pomoc prawna w naszym przypadku to jedynie 1,3 proc., co sytuuje nas z kolei w ogonie Europy. I to może być częścią odpowiedzi, dlaczego sądownictwo w potocznym odbiorze jawi się jako dostępne dla wybranych (np. Holandia wydaje na pomoc prawną 23 proc. sumy przeznaczanej na wymiar sprawiedliwości). Natomiast jesteśmy niekwestionowanym liderem biorąc pod uwagę odsetek wydatków budżetowych na sądownictwo – 1,77 proc. (druga Słowacja - 0,98 proc.).

Interesujące jest, że nasze sądownictwo finansuje się samo w niemal 30 proc. (29,6) przy unijnej średniej 27,2 i medianie 24,5 proc. Oznacza to, że opłaty i koszty sądowe są u nas dość znaczne – i to może być kolejna, obok niedostępności darmowej pomocy prawnej, bariera dla przeciętnego Kowalskiego w korzystaniu z „usług” wymiaru sprawiedliwości. Liderem dostępności jest natomiast Szwecja, gdzie wpływy z tytułu opłat sądowych to zaledwie 0,8 proc. Szwedzi wydają też na pomoc prawną ponad 23 proc. ogólnego budżetu wymiaru sprawiedliwości. Inny ciekawy wskaźnik – przeznaczamy rozpaczliwie mało na szkolenia i edukację – zaledwie 0,2 proc. wydatków na sądownictwo. Za to mamy ponad 10 tys. sędziów – tu jesteśmy zaraz po Niemczech – a w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców zajmujemy 7 lokatę ze wskaźnikiem 26,2.

Jeśli chodzi o wynagrodzenia na tle zamożności społeczeństwa, nasi sędziowie nie powinni narzekać – sędziowie najniższego szczebla otrzymują ponad dwukrotność średnich rocznych zarobków w Polsce (2,1), zaś sędziowie szczebli najwyższych – niemal sześciokrotność (5,9) – natomiast, niestety, rozwarstwienie zarobków sędziowskich między „dołami” a „górą” stawia nas na 3 miejscu.

W przypadku pracowników administracyjnych sądów sytuujemy się w czołówce Europy, co zadaje kłam twierdzeniom, jakoby w sądach brakowało personelu pomocniczego – jesteśmy na 3 miejscu w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców. Na jednego sędziego przypada 2,5 pracownika bezpośredniej obsługi, co stawia nas na 9 miejscu. Kolejna sprawa – tzw. współczynnik sprawności postępowania. Najgorzej jest w procesowych sprawach cywilnych i gospodarczych – zajmujemy 3 miejsce od końca. W innych typach spraw nie odbiegamy od unijnej średniej, podobnie jak, o dziwo, w przypadku długości postępowań – tu również plasujemy się w okolicach środka stawki.

Autorzy raportu stwierdzają w podsumowaniu, że polskie sądownictwo jawi się jako dość kosztowne, przeinwestowane jeśli chodzi o zasoby ludzkie i średnio wydajne (zarówno pod względem „przerobu” spraw jak i czasu ich trwania).

Ogólnie jednak, na papierze nie jest najgorzej. Co więc sprawia, że sądy i sędziowie cieszą się tak fatalną opinią? Cóż, zaryzykuję stwierdzenie, że kluczowym elementem jest to, czego w raporcie nie ujęto, bo jest trudno „mierzalne”. Mianowicie, czy kontakt z „trzecią władzą” zaspokaja poczucie sprawiedliwości przeciętnego Kowalskiego. Słowem, nie tyle chodzi o statystyczną sprawność „przerobu” spraw, ile o to JAK sądy orzekają. Do tego dochodzi społeczne poczucie „usitwowienia” sądownictwa, zwłaszcza na prowincji – jakie np. szanse ma człowiek, który zadarł z miejscowymi notablami. Słowem, cytując klasyka - „kadry decydują o wszystkim”. I w tym kontekście przestaje dziwić, dlaczego reforma Ziobry sprowadza się przede wszystkim do zafundowania naszej Temidzie solidnej kuracji przeczyszczającej.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 30-31 (28.07-10.08.2017)

czwartek, 23 kwietnia 2015

Sędziowie – samozwańczy wychowawcy narodu

Rewolucyjne sumienie sędziego kształtowane jest przez głosy tych, których słyszy w swej głowie po założeniu łańcucha.

W jednej z książek śp. Terrego Pratchetta z cyklu „Świat Dysku”, dziejącej się w królestwie Lancre, mamy zarysowaną arcyciekawą metaforę. Oto, kiedy monarcha wkłada koronę, w jego głowie momentalnie odzywają się głosy pokoleń poprzednich władców – niczym jakieś skumulowane doświadczenie przodków. Nic dziwnego więc, że aby unieść taki ciężar i nie oszaleć trzeba być prawowitym następcą tronu, uzurpator prędzej czy później popadnie w obłęd – i tak też się dzieje. Do noszenia bowiem czegoś tak szczególnego jak korona potrzeba swoistego posłannictwa, predestynacji - bez tego pozostaje czysta władza oraz związana z nią destrukcyjna i nieodwracalna deprawacja każdego nadambitnego chłystka, który w swym zadufaniu sięga za wysoko.

Powyższa refleksja nasuwa mi się każdorazowo, gdy słyszę o kolejnych dokonaniach naszych niezawisłych sądów, które na wyścigi bądź to umarzają postępowania mimo ewidentnego przestępstwa, bądź przeciwnie – solą „piękne wyroki”. Wszystko zaś w zależności od tego, czy mają do czynienia z „elementem socjalnie bliskim”, czy też przedstawicielami reakcji i wrogami ludu. Tak sobie myślę, że tu musi działać prawidłowość podobna do tej z koroną, innego wytłumaczenia nie widzę. Sędzia zakładając na piersi łańcuch z orłem, momentalnie przeistacza się z samodzielnej jednostki w cząstkę większego konglomeratu i członka prawniczej sztafety pokoleń. A że tradycją ostatnich kilkudziesięciu lat naszego wymiaru sprawiedliwości, osobliwie w sądach karnych, są takie cechy jak dyspozycyjność, wyrokowanie na polityczne zamówienie, egzekwowanie praw stanu wojennego pod czujnym okiem WRON, wcześniej zaś procesy kiblowe kończone strzałem w potylicę przeprowadzane wedle nauk Andrieja Wyszyńskiego, toteż i wyroki zapadają nie tyle zgodnie z prawem, co z rewolucyjnym sumieniem sędziego. Rewolucyjne sumienie sędziego natomiast kształtowane jest przez głosy tych, których słyszy w swej głowie po założeniu łańcucha.

Wkracza sędzia na salę, spogląda zmęczonym wzrokiem na takiego Mariusza Kamińskiego, po czym nakłada łańcuch... i zaczyna się jazda. W jego mózgu przekrzykują się Stefan Michnik ze Stanisławem Zarakowskim, wtóruje im apodyktycznie Helena Wolińska nieprzyzwyczajona by jakiś sędzia popisywał się niezawisłością – no i w tym momencie Mariusz Kamiński jest ugotowany, a „IV RP” rozliczona i napiętnowana niczym reakcyjne podziemie. Warto zwrócić uwagę, że sędziowie u nas uzupełniają się w praktyce przez kooptację – niczym mafia, prezydencka nominacja jest czystym rytuałem. Kogo więc mają dobierać do swego grona starsi koledzy, jeśli nie podobnych sobie, ulepionych na własny obraz i podobieństwo? Wbrew naiwnemu poglądowi prof. Adama Strzembosza, środowisko nie oczyściło się samo – i całe to umoczone towarzystwo dostało po '89 roku, niczym małpa zegarek, niezawisłość, niezależność i związane z tym poczucie bezkarności.

Takie uwarunkowania musiały poskutkować stopniowym odklejeniem się od rzeczywistości – i co mniej odporni psychicznie sędziowie faktycznie „odlatują”, niczym ów książkowy uzurpator wariujący od głosów dobiegających go z korony. Jednym z przejawów owego szaleństwa jest wchodzenie w rolę wychowawców, tak się bowiem składa, że nadęci pychą i przeświadczeniem o własnej doskonałości sędziowie coraz częściej zamiast merytorycznego uzasadnienia orzeczeń serwują nam na salach sądowych jakieś nieprzytomne spektakle pełne połajanek spod znaku „świat według sędziego”. A że świat sędziego ograniczony jest na ogół głosami braci Michników (Stefan w głowie, Adam w porannej gazecie), to i treść pouczeń jest charakterystyczna. Sędzia od Kamińskiego, Wojciech Łączewski, wsławił się wcześniej skazaniem grupy kiboli na obejrzenie propagandowego produkcyjniaka Izabeli Cywińskiej „Cud purymowy”. Ja kiedyś to-to widziałem i muszę wyznać, iż tak topornego gniota ze świecą szukać. Ale, że przesłanie ma słuszne, piętnujące „polski antysemityzm”, co to z mlekiem matki i tak dalej – więc w sam raz nadaje się do katowania nim podsądnych, choć niby mamy zakaz tortur. Inny sędzia, Igor Tuleya, wsławił się histerycznymi porównaniami działań CBA do „konwejerów”, co zważywszy na parantele może znać z rodzinnych przekazów. Trzeba wspomnieć również na ognistą perorę sędziego Pawła Chodkowskiego, który sypiąc „piękne wyroki” protestującym przeciw wykładowi majora Zygmunta Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim nie omieszkał napomnieć skazanych, iż „Ideowe wybory Zygmunta Baumana dokonane przez niego w latach 45-53 (...) nie dają jakiejkolwiek legitymacji do kreowania nienawiści wobec tych, których postaw i wyborów oni nie akceptują”. Przykłady można by mnożyć, zakończę jednak przypuszczeniem, że tylko patrzeć gdy atrakcją np. miejskich festynów staną się rozgrzani sędziowie bujający na sznurkach niczym balony i wygłaszający z wysokości jeden przez drugiego świeckie rekolekcje dla stojącego z rozwartymi gębami narodu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (17-23.04.2015)

czwartek, 14 sierpnia 2014

Ideologizacja aparatu przemocy

Mamy do czynienia z ideologizacją organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, które zdają się zlewać w jeden, sprawnie działający aparat przemocy.

I. Pełzająca represjonizacja

Niezawisły sąd uznał w majestacie prawa, że kara aresztu nałożona na Grzegorza Brauna była zasadna i tym samym oddalił zażalenie reżysera. W sumie można się było tego spodziewać. Przypuszczam zresztą, że dla każdego, kto obserwuje ostatnie poczynania naszego sądownictwa i organów ścigania w kwestiach zahaczających o politykę, bądź tematy symboliczno-światopoglądowe, muszą się one układać w pewien większy, całościowy obraz pełzającej represjonizacji, której ostrze zwrócone jest przeciw elementom niepożądanym tak z punktu widzenia władzy, jak i szerzej – polit-ideologicznego establishmentu III RP. Spójrzmy.

Wrocław ze swoją czujnie łypiącą na podsądnych, pozbawioną opaski na oczach Temidą, przyozdabiającą od czasów hitlerowskich wejście do tamtejszego Sądu Okręgowego wiedzie niewątpliwie prym. Mamy tu ciągnącą się już siódmy rok sprawę Grzegorza Brauna, która w zasadzie od samego początku przybrała formę kolejnych sądowych szykan – z ostatnim osadzeniem na tydzień w areszcie za rzekomą obrazę sądu, który sposobem prowadzenia postępowania skutecznie pozbawił niepokornego reżysera prawa do obrony. Prócz tego wciąż nie milkną echa tzw. „baumangate” - czyli skazania na wysokie grzywny bądź areszt uczestników zeszłorocznego protestu przeciw fetowaniu na Uniwersytecie Wrocławskim stalinisty Zygmunta Baumana. Po tych drakońskich wyrokach środowiska patriotyczne zorganizowały demonstrację pod hasłem „Wszystkich nas nie zamkniecie”. Obecnie wzywa się na przesłuchania kolejnych organizatorów demonstracji z ewidentnym zamiarem uszycia z tego grubszej sprawy. Nazwiska takich sędziów jak Krzysztof Korzeniewski (sprawa Brauna) czy Pawła Chodkowskiego („baumangate”) należy zachować w szczególnie wdzięcznej pamięci. Zobaczymy, czy wezwań na przesłuchanie nie otrzymają za chwilę uczestnicy niedawnej manifestacji przed aresztem upominający się o Grzegorza Brauna.

II. Elementy „słuszne” i „niesłuszne”

W kontekście sprawy kabewiaka Baumana warto wspomnieć o zakłóceniu wykładu ks. prof. Pawła Bortkiewicza w grudniu 2013 na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Wykład zatytułowany ,,Czy gender to dewastacja człowieka i rodziny?” przerwany został przez grupę anarchistów, w tym osobnika przebranego w złotą kieckę. Tak się składa, że ostatnio prokuratura umorzyła dochodzenie pod pretekstem, że „nie było odmowy opuszczenia sali na wyraźne i stanowcze wezwanie osoby do tego uprawnionej” - czyli przedstawiciela władz uczelni, bowiem do opuszczenia sali wzywali jedynie organizatorzy wykładu. We Wrocławiu prokuratura jak się zdaje w ogóle takim dzieleniem włosa na czworo nie zawracała sobie głowy. W efekcie otrzymaliśmy bijący po oczach dowód na to, kto wedle wymiaru sprawiedliwości jest elementem słusznym, kto zaś niesłusznym. A skoro już jesteśmy w Poznaniu, to swoje zapewne mogliby dopowiedzieć członkowie Akcji Alternatywnej „Naszość”, onegdaj notorycznie nękani za swe antymainstreamowe happeningi.

Jedźmy dalej. Niedawno na policję został wezwany pan Damian Kowalski, lider inicjatywy „Nie dla islamizacji Europy” i właściciel portalu ndie.pl. Stało się tak na skutek delatorskiego zapału związanego z „Krytyką Polityczną” Jasia Kapeli, który złożył już w 2013 roku zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art.256 §1KK, czyli „nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość - chodzi o tzw. „mowę nienawiści”. Kowalskiego wezwano w charakterze świadka, po czym już na komendzie nastąpiło „cudowne przeistoczenie świadka w podejrzanego”, następnie zaś policja przeszukała mieszkanie rekwirując komputer, telefon komórkowy i kartę SIM. Zestawmy to chociażby ze sprawą Michała Nowickiego (syna Wandy Nowickiej), który na swej stronie internetowej propagował komunistyczny totalitaryzm i wzywał do siłowej rozprawy z przeciwnikami politycznymi – temu oczywiście nie spadł włos z głowy i „mowy nienawiści” nie stwierdzono.

III. Na tropie myślozbrodni

Można by ciągnąć tę wyliczankę, ale chyba powyższe przykłady wystarczą do sformułowania diagnozy, że mamy oto do czynienia z ideologizacją organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, które w newralgicznych kwestiach zdają się zlewać w jeden, sprawnie działający aparat przemocy. To by było tyle, jeśli chodzi o „państwo neutralne światopoglądowo” i „niezawisłe sądy” - w przytoczonych przypadkach widać bowiem jak na dłoni, iż sądy stają się jednym z trybów machiny represji. Kogo się im postawi do skazania, tego skażą i to często nie szczędząc w swej gorliwości mentorskich połajanek niczym sędzia Chodkowski skazanym za „baumangate”, na podobieństwo stalinowskich sędziów piętnujących gromko „wrogów ludu”.

Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że lewactwo zdaje sobie doskonale sprawę, że jego ideologiczne wykwity są zwyczajnie nie do strawienia dla stanowiących milczącą większość tzw. „zwykłych ludzi”. Normalny człowiek odrzuci np. genderyzm, homopropagandę lub radykalne multi-kulti niemal instynktownie, aby więc ruszyć z posad bryłę świata i przeprowadzić nową rewolucję wedle obrządku Antonio Gramsciego należy zaprząc do roboty państwowy aparat przymusu poddając go uprzednio odpowiedniej ideologicznej obróbce. Na poważnie zabrano się do tego jesienią 2013, kiedy to w 49 terenowych jednostkach prokuratur odbyła się tresura indoktrynacyjna przeprowadzona przez przedstawicieli lewicowych organizacji „Otwarta Rzeczpospolita” i „Nigdy Więcej”. Wstępnie przeszkolono 96 prokuratorów, lecz zainteresowanie wyraziło 350, więc wszystko jeszcze przed nami.

Cóż, „nihil novi sub sole”. Niegdyś chciano kolbami sowieckich karabinów wybijać z tubylczych głów „alienację”, obecnie zaś ściganie myślozbrodniarzy zostało powierzone sprawdzonym pod kątem odpowiedniego światopoglądu funkcjonariuszom państwowym i „dobrowolcom” rekrutującym się spośród aktywistów Nowego Wspaniałego Świata.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32-33 (11-24.08.214)

piątek, 8 sierpnia 2014

Grzegorz Braun – ulubieniec Temidy

Grzegorz Braun uparł się, że dojdzie sprawiedliwości wbrew kafkowskim regułom panującym we wrocławskim światku policyjno-prokuratorsko-sądowniczym.

I. Wrocławska bogini

Kiedy jakiś czas temu mieliśmy okazję rozmawiać na antenie Niepoprawnego Radia PL z Grzegorzem Braunem i zahaczyliśmy o temat drakońskich wyroków w tzw. „Baumangate”, podzielił się on z nami pewną ciekawostką. Otóż nad wejściem do wrocławskiego Sądu Okręgowego stoi rzeźba rzymskiej Iustitii bez opaski na oczach. Posąg został wykonany w 1934 roku przez niemieckiego rzeźbiarza Theodora von Gosena, kiedy to Wrocław nazywał się Breslau i był częścią III Rzeszy. Odsłonięte oczy bogini symbolizować miały według Brauna nowy rodzaj narodowo-socjalistycznej sprawiedliwości – takiej, która w przeciwieństwie do klasycznej poprzedniczki bacznie zwraca uwagę, czy staje przed nią delikwent słuszny czy niesłuszny i stosownie do tego feruje wyroki. Za komuny rzeźbę pozostawiono w niezmienionym kształcie, co nie może dziwić zważywszy jaką wagę czerwoni okupanci przykładali do tego, czy przed ludowym wymiarem sprawiedliwości staje element socjalnie i klasowo bliski, czy też jakiś reakcjonista. Socjalistyczne sądownictwo bowiem, czy to w wersji brunatnej czy czerwonej, nie miało wręcz prawa być ślepe, gdyż jego zadaniem było eliminowanie wrogich elementów w ramach totalitarnego aparatu represji.

Jak później doczytałem, w latach 2005-2006 wrocławskiej Temidzie założono metalową opaskę, lecz na skutek nacisków wrażliwców oburzonych dewastacją „zabytku” rzeźbie przywrócono pierwotny wygląd, który można podziwiać do tej pory.

II. Ulubieniec Temidy

Trudno doprawdy o lepszą metaforę tego, co wyrabia się we wrocławskim sądownictwie. Tamtejsi sędziowie mają bowiem pilny wzgląd na to, kogo przyprowadza się przed ich nieubłagane oblicza. Taki Grzegorz Braun surowej ręki sprawiedliwości ludowej doświadcza od sześciu lat – jest oskarżony o pobicie pięciu funkcjonariuszy Policji stojącej na straży „demokratycznego państwa prawa”. Dla porządku przypomnijmy, iż w kwietniu 2008 roku Grzegorz Braun został poturbowany podczas manifestacji w rocznicę zbrodni katyńskiej przez policjantów w cywilu, którzy wbrew prawu odmówili wylegitymowania się, następnie zaś rzucili go na ziemię, skuli i celowo wyłamali palce. Reżyser złożył skargę, jednak tę odrzucono, a wkrótce oskarżono właśnie jego. Sprawa ciągnie się już siódmy rok, odbyło się kilkadziesiąt rozpraw w różnych instancjach i póki co nie widać końca tej sądowej farsy. Najwyraźniej wrocławska, pozbawiona opaski Temida do tego stopnia upodobała sobie niepokornego reżysera, że za nic w świecie nie chce wypuścić go ze swych objęć.

Ostatnio, w ramach szykan represyjno-prewencyjnych, żeby podsądnemu Braunowi odechciało się kozaczyć, postanowiono wlepić mu tydzień ciupy. Polecam dostępne w internecie nagranie z sali sądowej, bo to naprawdę niezły kabaret. Oto na rozprawę przychodzi jeden ze świadków – były już policjant Grzegorz Balcerzak, który dowodził w 2008 roku grupą tajniaków – i niemal od progu rzuca, że bardzo się śpieszy, bo akurat ma do podpisania „kontrakt na 2 miliony”. W związku z tym sędzia Krzysztof Korzeniewski spytał się jedynie, czy świadek ma coś do dodania w sprawie, a następnie szybciutko zwolnił go z rozprawy, uniemożliwiając Braunowi zadanie Balcerzakowi pytań i pozbawiając go tym samym prawa do obrony. Wzburzony Braun zaprotestował, nazywając przy tym eks-policjanta „bandytą”, za co rozgrzany sędzia przysolił mu grzywnę, podając częściowo fałszywe uzasadnienie – mianowicie włożył w usta Brauna również słowo „złodziej”, którego pan Grzegorz w odniesieniu do Balcerzaka nie użył. Braun się odwołał, ale ponieważ Sąd Odwoławczy podtrzymał karę nie pozwalając oskarżonemu dojść do słowa, Braun wyszedł z sali trzaskając drzwiami za co dostał 7 dni aresztu.

Ostatecznie, po przeszukaniu mieszkania podczas jego nieobecności, korowodach proceduralnych, kiedy to chcącemu odbyć karę Braunowi kazano czekać na wezwanie, zatrzymano go 29 lipca (jednak wciąż bez wezwania do odbycia kary) i reżyser poszedł siedzieć.

III. Samotność „Bożego szaleńca”

Tak naprawdę, to mamy w sprawie Grzegorza Brauna impas z którego sąd nie potrafi się wywikłać. Każdy widzi, że Braun jest niewinny, a jego oskarżenie jest wynikiem zemsty policjantów, którzy postanowili uprzykrzyć mu życie. Do skazania reżysera nie ma podstaw, jednakże gdyby go uniewinniono, to wówczas w stan oskarżenia trzeba by postawić funkcjonariuszy – za odmowę wylegitymowania się, przekroczenie uprawnień, mataczenie i składanie fałszywych zeznań. Na domiar złego, Grzegorz Braun – prawdziwy „szaleniec Boży” - najwyraźniej uparł się, że dojdzie sprawiedliwości nawet wbrew kafkowskim regułom panującym we wrocławskim światku policyjno-prokuratorsko-sądowniczym. No i „niezawisły” sąd ma teraz problem. Wszystko wskazuje na to, że przed „ulubieńcem Temidy” jeszcze kolejne lata sądowych przepychanek.

W całej tej sprawie przygnębiające jest, że Braun w swych zmaganiach jest tak osamotniony. To, że chce go zgnoić postkomunistyczny establishment III RP reprezentowany w tym przypadku przez tzw. „układ wrocławski” nie dziwi w kontekście poglądów reżysera i polityczno-kulturowej wymowy jego filmów. Gorzej, że mur obojętności można zauważyć również po prawej stronie sporu publicznego. Odnoszę wrażenie, że Braun jest niewygodny także dla sporej części „naszych” polityków i dziennikarzy – i to już od dłuższego czasu. Najpełniej tej postawie dał wyraz Piotr Skwieciński pisząc w październiku 2013 na łamach „wSieci” o „Lunatycznych wizjach Brauna”. Zdefiniował wówczas radykalizm Brauna i jego publiczną aktywność jako groźną i destrukcyjną, ma ona bowiem odstraszać od prawicy potencjalnych umiarkowanych wyborców. Dziś za Braunem ujmuje się KSD, „Polonia Christiana”, blogerzy czy poszczególne osoby, takie jak Ewa Stankiewicz lub Adam Słomka, lecz dla największych prawicowych mediów diagnoza Skwiecińskiego wydaje się być wciąż obowiązująca. Oby ta zaprogramowana obojętność kiedyś się na nich nie zemściła.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/bauman-i-neokolonialny-kulturkampf#.U9mGxKPd77Q

http://niepoprawni.pl/blog/346/prawicowi-celebryci-a-sprawa-grzegorza-brauna

Artykuł został opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 31 (04-10.08.2014)

sobota, 27 marca 2010

Trzecia władza z ulicy Mysiej.


Nadchodzi czas wielkiego kneblowania?

Gwoli przypomnienia – „trzecia władza”, to w klasycznym monteskiuszowskim systemie trójpodziału, władza sądownicza. Ulica Mysia w Warszawie zaś, to takie sympatyczne miejsce, w którym mieścił się Główny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk, czyli cenzura.

Przypomnienie jest niezbędne, albowiem bez cenzury, jak się okazuje, nie jest możliwe utrzymanie społecznej jedności moralno – polityczno – światopoglądowej. Ale słowo „cenzura” nie brzmi dobrze. Słowo „cenzura” nie mieści się w poprawnościowym wolapiku, to jest, chciałem rzec, w siatce pojęciowej „demokratycznego dyskursu”, którego ramy zakreślone zostały u zarania III RP. A hamować zapędy nieodpowiedzialnych, samozwańczych inkwizytorów, którzy naruszają, knują i generalnie, godzą w podstawy, jakoś trzeba.

Cóż zatem robić? (Lenin: „Szto diełat’?”)

Zaprząc do cenzorskiej roboty niezawisłe sądy.

I. Procesujemy…

Trudno o inne wnioski odnośnie poczynań naszego wymiaru sprawiedliwości, gdy spojrzy się na niedawny wyrok w sprawie książki Pawła Zyzaka, który, prócz nakazu ocenzurowania pracy młodego autora, może postawić w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej wydawnictwo „Arcana” zmuszając je do wykupienia całostronicowych przeprosin w „Gazecie Wyborczej”. Dodajmy niezliczone procesy wytaczane za pośrednictwem „Agory” przez Adama Michnika, lub chociażby sprawę Lech Wałęsa kontra Grzegorz Braun. Do tego dochodzą pozwy o charakterze światopoglądowym, czego najgłośniejszym przykładem jest sprawa Alicja Tysiąc vs „Gość Niedzielny” i niedawny pozew Wandy Nowickiej przeciw Joannie Najfeld.

Oklaski. Wszystkim, którzy w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej przewodniczyli składom orzekającym, wróżę owocne kariery.

II. Co orzeka?

Celowo nie piszę „kto”, ale „co” orzeka.

Sformułuję tu tezę, że orzekają nie tyle sędziowie, ile wpojone im na odpowiednich etapach ścieżki edukacyjno – zawodowej odpowiednie, „właściwe” przekonania. W ten sposób sędzia, czy też sędzina może orzekać w pełnym komforcie psychicznym – jako niezawisła jednostka, nie poddająca się „naciskom”, gdyż racje miłej swemu sercu strony postępowania mimowolnie odczytuje, jako naturalne, jedynie rozsądne.

Spójrzmy raz jeszcze: biorąc z osobna, każdy ze wspomnianych wyżej procesowych przypadków można by potraktować jako wyrywkowy, ideologiczny odlot składu orzekającego. Patrząc zbiorowo, można odczytywać powyższe procesy jako sądowy odcinek „dożynania watah”. Prezesi poszczególnych sądów oddelegowali tych a nie innych podwładnych do orzekania.

Pozwolę sobie na supozycję, że prezesi doskonale wiedzieli o poglądach swych podopiecznych.

Uznano najwyraźniej, że w trakcie edukacyjno – zawodowej obróbki, sędziowski narybek został nasączony jedynie słusznym światopoglądem na tyle, że można go bez strachu wypuścić na odpowiedni przyczółek. Innymi słowy - narybek dojrzał do historycznych zadań.

Młody wiek sędziów jest dodatkowym atutem z punktu widzenia ich uniwersytecko – zawodowych preceptorów. Nie sposób trzydziestoparolatków powiązać personalnie z komuną. A to, że ich światopogląd w kluczowych kwestiach został ukształtowany wedle jedynie słusznej linii… Któżby śmiał wpływać na opinię niezawisłego sądu?

Niezawiśli od wszystkiego sędziowie, którzy tak wspaniale sprawdzają się na sądowniczym odcinku walki o jedność historyczno - światopoglądową, zostali przez kogoś wykształceni, by nie rzec - ukształtowani, wprowadzeni do zawodu i tak dalej. Wyszli spod czyjejś ręki.

Czyjej? Bandy zafajdanych hipokrytów w prawniczych togach i uniwersyteckich biretach, uważających się za pępek świata.

No dobrze, niech no się wysapię…

III. Wiatr przemian… czyli „wraca nowe”.

Mdli mnie od wewnętrznego przekonania, iż środowisko sędziowskie poczuło, in corpore, „wiatr przemian”, który to „wiatr”, zgodnie z dialektyczno – darwinistyczną praktyką przetrwania, odczytano jako: „wraca nowe”, czyli – zatęchły, ale jakże swojski klimacik, rodem z lat 90-tych, kiedy to było tak bezstresowo, nikt liczący się nie próbował nikogo lustrować… a wyroki niezawisłych sądów były wyjęte spod oszołomskiej krytyki.

Grunt, to wypracować właściwą linię orzecznictwa – taką na czasie i dostosowaną do klimatu aktualnego odcinka dziejów. Modnie jest wspierać krzykliwych, skrajnych lewaków? To wspieramy. Modnie jest zemścić się i dać popalić „samozwańczym lustratorom”? To im damy. Za nasze lęki, za duszne bóle, że watahy chciały naruszyć naszą kastę… Oooch, damy popalić, by żadne zyzaki i inne najfeldy nie burzyły nam ugruntowanego światopoglądu…

A jak kto sobie nie pozwoli założyć kagańca na tępy, reakcjonistyczny ryj, to odpowie za obrazę sądu. Albo za cokolwiek. Odpowiednio zinterpretowany artykuł, w takim czy innym kodeksie, zawsze się znajdzie.

I, co najgorsze, nie ma w tym żadnego, wszechogarniającego „układu”, w który można by uderzyć jednym celnym strzałem i rozbić. Jest coś znacznie gorszego, trudniejszego do nazwania i obezwładnienia: korelacja środowiskowych interesów, połączona z ideologicznym zacietrzewieniem i zwykłym oportunizmem.

IV. Czas kneblowania.


Joanna Najfeld na stronie mamproces.pl/ podaje, że na spotkaniu w redakcji „GW”, przedstawiciele środowisk, nazwę to, „antycywilizacyjnego postępu” wzywali do procesowania się „aż po sądy zagraniczne”. Tak oto, zdeterminowana, agresywna i dobrze zorganizowana mniejszość, nakłada pomału knebel „milczącej większości”. Schemat jak z bolszewickiej rewolucji, tylko przeprowadzony w prawniczych szatach. Według demokratycznych procedur państwa prawa.

Myślę sobie, iż owi postępowi pieniacze nie byliby tak zdeterminowani w swych nawoływaniach, gdyby nie poczuli, iż stopień nasycenia sądownictwa bliskim ideowo „materiałem ludzkim” jest wystarczający. I że mają zaplecze finansowe odpowiednie do długich i kosztownych procedur. Trawestując Kaczmarskiego, „poczuli siłę i czas”. Czas kneblowania. W imię dialektycznie pojmowanej wolności. Sądokracja jest po naszej stronie, więc któż przeciw nam?

I tak, niepostrzeżenie, rodzi się sądowa „trzecia władza” z ulicy Mysiej. Na szczęście jest internet. Tylko, jak długo jeszcze to medium będzie w stanie wymykać się cenzurze?

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 27 września 2009

Kapłani w togach. (przyczynek do Antycywilizacji Postępu odc.2)


Finał sprawy Alicja Tysiąc vs „Gość Niedzielny” pokazuje, że do Polski dotarło zjawisko ideologizacji wymiaru sprawiedliwości.

Sądy w służbie A.P.


Sprawa Alicji Tysiąc przeciw „Gościowi Niedzielnemu”, a szczególnie jej kuriozalne rozstrzygnięcie przez niezawisły od zdrowego rozsądku sąd, jest bardzo niepokojącym sygnałem, świadczącym że do Polski dociera powszechne już na Zachodzie zjawisko ideologizacji wymiaru sprawiedliwości. Należy dodać, iż wspomniana ideologizacja następuje w duchu totalniacko – lewackiej Antycywilizacji Postępu (A.P.), której podstawowym (jeśli nie jedynym) celem jest zniszczenie łacińskiej, zachodniej cywilizacji.

Powyższy trend idzie w parze z misjonarską potrzebą kształtowania za pomocą orzeczeń nowego kanonu społecznych zachowań, tudzież poczuciem wyższości moralno – intelektualnej oraz przekonaniem o własnej wszechwładzy, płynącym z zagwarantowanej konstytucyjnie „niezawisłości”, doprowadzonej w obecnych czasach do absurdu, a oznaczającej w praktyce brak jakiejkolwiek społecznej kontroli. Ów brak kontroli sprawia, że sędzia może dokonywać dowolnych prawno – logicznych łamańców, zaś wszelka próba krytyki spotyka się z wrzaskiem o zamachu na „niezawisłość”.

Kapłani świeckiej religii.

Sprawa Alicji Tysiąc dobitnie pokazuje, jak kończy się oderwanie wymiaru sprawiedliwości od cywilizacyjnego podglebia, opartego na niezmiennych zasadach Dekalogu. W powstałą próżnię aksjologiczną nieuchronnie wdziera się Antycywilizacja Postępu oparta na zmiennej, fluktuacyjnej, dogmatyce. Dogmatyce, dodajmy, uzależnionej od doraźnych potrzeb dyktujących intelektualne trendy Parnasiarzy. W tym stanie rzeczy sędziowie nad wyraz chętnie wchodzą w rolę kapłanów nowej, świeckiej religii, sądy zaś stają się rozsadnikiem motywowanych ideologicznie, antycywilizacyjnych norm i zachowań na równi z postępowymi mediami, totalistyczną biurokracją i sterroryzowanymi wszechogarniającym poprawnościowym dyktatem politykami.

Starcie cywilizacji.

Wspierające panią Tysiąc feministki nawet nie kryły o co tak naprawdę chodzi. Małgorzata Tkacz-Janik z Obywatelskiego Forum Kobiet powiedziała po procesie, że sąd dał wyraz temu, iż „poglądy katolickie nie są jedynymi poglądami w przestrzeni publicznej". Co do tego zgoda. Tyle, że A.P. ma to do siebie, że jej cele deklarowane są odmienne od celów rzeczywistych, bowiem pod „wolnościowymi” hasłami z reguły kryje się dążenie do zniewolenia i ideologicznej dominacji. W tym przypadku jest to zamach na wolność słowa i uniemożliwienie Kościołowi pełnienia jego podstawowych funkcji, jakimi są ewangelizacja, nawracanie grzeszników i objaśnianie świata z katolickiego punktu widzenia. To znaczy, Kościół ma prawo wymienione zadania wykonywać, ale tylko tak „ogólnie”, gdy zaś przechodzi do konkretnych osób i ich zachowań – o, co to, to nie – wtedy jest to godzenie w nader rozbudowane poczucie osobistej godności danego grzesznika.

Tymczasem, jeżeli ktoś nie poczuwa się do katolicyzmu, to zwyczajnie nie chodzi do kościoła, ignoruje kazania i nie sięga po katolicką prasę, by nie psuć sobie dobrego samopoczucia religianckimi miazmatami. Proste? Najwyraźniej nie dla feministycznych hunwejbinek Postępu, którym tak ładnie basuje swym werdyktem pani sędzina. Dla nich bowiem niedopuszczalny jest sam fakt, że gdzieś tam Kościół głosi swe nauki i co więcej, śmie je odnosić do realnie istniejących osób i życiowych przypadków. To nieznośnie poczucie (a może i podświadoma potrzeba uciszenia wyrzutów sumienia) popycha je do sądowo – ideologicznych batalii na cywilizacyjnym froncie, w rodzaju tej z którą mieliśmy do czynienia przy okazji sprawy pani Tysiąc.

A sąd, należycie uświadomiony co do swej roli społecznego indoktrynatora, pozostający teoretycznie pod władzą ustaw, bez skrupułów nagnie każdą z nich, byle tylko odebrać łacińskiej cywilizacji skrawek społecznego terenu i wypchnąć instytucjonalizujący ją Kościół z kolejnego obszaru przestrzeni publicznej. Świeccy kapłani w togach nie lubią konkurencji.

Gadający Grzyb
pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Linki do innych tekstów o (anty)cywilizacyjnej tematyce:

niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu

niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-2

niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-3

www.niepoprawni.pl/blog/287/kindersztuba-vs-antypedagogika-postepu

www.niepoprawni.pl/blog/287/mala-analiza-ideologii-tolerancjonizmu

www.niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci

niepoprawni.pl/blog/287/wypisy-z-antycywilizacji-postepu-ap-odc-1