Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Boni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Boni. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 listopada 2017

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu

Najwyższy czas na listę osób niepożądanych na terytorium Polski. Timmermans i Verhofstadt to na początek absolutne minimum.

I. Twarze zdrajców

Na początek przypomnijmy te nazwiska: Michał Boni, Róża Grafin von Thun und Hohenstein, Danuta Hübner, Danuta Jazłowiecka, Barbara Kudrycka, Julia Pitera. Zapamiętajmy tych zdrajców. To właśnie oni zagłosowali za skandaliczną, antypolską rezolucją Parlamentu Europejskiego. Do tego Janusz Lewandowski, który wprawdzie dla kamuflażu „wstrzymał się” od głosu, lecz wcześniej był jedną z głównych twarzy seansu nienawiści, jakim była poświęcona Polsce „debata” przeprowadzona pod wodzą dwóch belgijskich lewaków – Fransa Timmermansa i Guya Verhofstadta. Wprawdzie słowa Jarosława Kaczyńskiego o „mordach zdradzieckich”, a wcześniej o „gorszym sorcie” padły w innych kontekstach – ale do tego, czego byliśmy świadkami w Strasburgu w wydaniu tej bandy zakłamanych, sprzedajnych kanalii, pasują jak ulał.

Pytanie retoryczne: czy wyobrażają sobie Państwo analogiczny sabat poświęcony sytuacji w Niemczech – w których nie ma miesiąca, by nie podpalono jakiegoś ośrodka dla imigrantów, media od lewa do prawa są tubą władzy, a autentyczni neonaziści z NPD demonstrują na ulicach Berlina – podczas którego eurodeputowani z jakiegokolwiek niemieckiego ugrupowania przyłączyliby się aktywnie do szczucia na własne państwo? Nawet, gdyby u władzy była, dajmy na to, AfD? No właśnie. A nasze zdradzieckie mordy najgorszego sortu wręcz błagały i zabiegały o ten spektakl politycznego grillowania swojego kraju, antyszambrując w przedpokojach euro-mandarynów i płaszcząc się przed każdym możliwym brukselskim urzędasem. Całą swoją postawą wprost deklarowały, że chcą widzieć Polskę jako ujarzmioną prowincję eurokołchozu – a rozgłaszanie wieści o panującym tu rzekomo „faszyzmie” jednoznacznie zdradza chęć do publicznego upokorzenia Polaków jako narodu na forum międzynarodowym.

Nie łudźmy się, to nie jest uderzenie wyłącznie w rząd PiS, jak się nam to przedstawia – to uderzenie w Polskę. Mamy tu dalece posuniętą zbieżność interesów między politykami i środowiskiem „totalnej opozycji” oraz eurokratami. Obu stronom tego brudnego porozumienia zależy na tym, by Polskę wraz z jej aspiracjami brutalnie stłamsić, a naród na powrót mentalnie obezwładnić narzuconym odgórnie wstydem i sankcjami. Takim spacyfikowanym tworem łatwiej zarządzać z Berlina i Brukseli, a i krajowym namiestnikom z obcej łaski wygodniej administrować poskromionym terytorium. Nie ma w języku ludzi cywilizowanych słów, którymi można by opisać tych łajdaków.


II. Brukselski dyktat

Próbkę tego, co działo się na sali plenarnej PE stanowi niedwuznaczny dyktat Fransa Timmermansa, który „nakazał” nam dostosowanie ustaw reformujących sądownictwo do „prawa europejskiego”. Basował mu Janusz Lewandowski, wyciągający niczym hiena cmentarna postać samobójcy Piotra S. - ofiary kłamliwej histerii i propagandy „totalnej opozycji”. Ale wszystkich przebił Guy Verhofstadt wrzeszczący o tysiącach „faszystów, neonazistów i zwolenników supremacji białej rasy na ulicach Warszawy”, „300 km od Auschwitz”. Słowem, mieliśmy istną „Niagarę kłamstw” i „antypolską orgię”, jak prof. Ryszard Legutko określił nagonkę niemieckich mediów, która na sali w Strasburgu znalazła odzwierciedlenie w skali 1:1. Finałem była przyjęta rezolucja, zlecająca komisji LIBE (ds. wolności obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych) sporządzenie raportu o Polsce, mającego w zamierzeniu stać się podstawą do sięgnięcia przez Radę UE po art. 7 Traktatu Lizbońskiego otwierający drogę do sankcji.

W rezolucji, prócz zarzutów odnośnie Trybunału Konstytucyjnego i reformy sądownictwa, mamy typowy lewacki koncert życzeń. Polska ma mianowicie zapewnić dostęp do powszechnej i bezpłatnej antykoncepcji; zapewnić prawo do wolności zgromadzeń (ewidentne kłamstwo, prawo do zgromadzeń nie jest w Polsce ograniczane, PE chodzi po prostu o bezkarność dla zadymiarzy); mamy również potępić „faszystowski i ksenofobiczny marsz 11 listopada w Warszawie” (fragment przyjęty na wniosek PO!); jest też o wstrzymaniu wycinki Puszczy Białowieskiej. Swoistym kuriozum była zgłoszona poprawka wzywająca polskie władze do zaprzestania „represji” wobec „antyfaszystów, komunistów i innych demokratów”. Cóż, jak wiadomo są dwa rodzaje faszyzmu: faszyzm i antyfaszyzm, zaś co do komunizmu – skojarzenie tej ideologii z demokracją mogło się wykluć jedynie w zaczadzonych łbach euro-lewaków. No chyba, że rozumieją oni demokrację na modłę Stalina, który zasłynął stwierdzeniem, że „nigdy i nigdzie nie było takiej demokracji, jak nasza”. Patrząc na przebieg antypolskiej debaty, nawet by się to zgadzało – takiej „demokracji” jak w unijnych instytucjach też nie ma nigdzie indziej na świecie.

Aż nie chce się w tym miejscu wspominać, gdzie była Bruksela, gdy za rządów PO robiono „akcję widelec”, pałowano i wsadzano do aresztów setkami uczestników Marszów Niepodległości, skazywano ludzi za „obrazę konstytucyjnego organu” w osobie Donalda Tuska i wytaczano procesy osobom protestującym w siedzibie PKW przeciw fałszerstwom wyborczym.


III. Brudna gra

No dobrze, weźmy teraz głębszy oddech i zastanówmy się o co tak naprawdę w tej całej ponurej hecy chodzi. Przede wszystkim, obalenie rządu PiS za pomocą „ulicy” spełzło na niczym, zatem postanowiono zintensyfikować ostrzał „zagranicy”, licząc zapewne, że europejskie kompleksy tlą się wciąż w Polakach na tyle mocno, że można je podobnymi akcjami odpowiednio rozdmuchać. W Brukseli zapewne zapamiętano sondażowe tąpnięcie PiS po nieudanej kampanii o utrącenie reelekcji Donalda Tuska na fotel przewodniczącego Rady Europejskiej i tamtejsi decydenci liczą na powtórkę. Tyle, że Polacy są już chyba w nieco innym miejscu, niż wówczas. Sądzę wręcz, że takie popisy arogancji, mogą wywołać skutek odwrotny do zamierzonego i przy odpowiednim natężeniu doprowadzić do osłabienia poparcia dla UE w polskim społeczeństwie i narastania zdrowego sceptycyzmu – co samo w sobie jest korzystne, bo jak już wielokrotnie podkreślałem, nieuchronnie nadchodzi moment, kiedy będziemy musieli się z tego interesu po prostu wypisać. O wpływie na krajową popularność PO nawet nie ma co mówić – Polacy widzą, że wygadywano o nich i o Polsce szkalujące brednie, a Platforma była w ów spektakl hipokryzji i obłudy czynnie zaangażowana. Przewiduję zatem dalsze spadki sondażowe „totalnej opozycji”.

No i oczywiście pozostaje stały uczestnik gry, czyli Niemcy wraz z kanclerz Angelą Merkel, które postanowiły przypomnieć nam za pomocą swych brukselskich politycznych wykidajłów pokroju Timmermansa, że trzymają rękę na pulsie i nie zamierzają się pogodzić z emancypacją Polski. Nagła aktywizacja Donalda Tuska również nie jest przypadkiem – przywiędła cesarzowa Europy rzuca na stół wszystkie swoje atuty. Zaryzykuję przy okazji tezę, że w grę wszedł nowy czynnik – polskie żądania reparacyjne. Opisywana awantura może stanowić wyrażoną „nie wprost” odpowiedź Berlina, zwłaszcza w kontekście dzikiego amoku rozpętanego wokół Marszu Niepodległości. „- Chcecie odszkodowań?” - powiada nam mamuśka Angela - „to my uruchomimy naszych euro-folksdojczów i zrobimy z was nazistów. I będziemy przeczołgiwali was tak długo, aż wam się odechce naszych pieniędzy”.

W kontekście powyższego, potrzebny jest stanowczy odpór i dlatego cieszą zapowiedzi pozwów przeciw Verhofstadtowi ze strony Reduty Dobrego Imienia. Ale to nie wystarczy – do akcji powinien wkroczyć rząd i to nie za pomocą wysyłania „sprostowań”, ale wytaczając oszczercom procesy w imieniu polskiego państwa. I tu mam pytanie do min. Glińskiego. W czerwcu 2016 r. pochwalił się Pan nawiązaniem współpracy z międzynarodową korporacją prawniczą „Dentons” w zakresie ochrony dobrego imienia Polski – i to „pro bono”. Pytam więc – gdzie są te procesy? I czy nie pora, by wreszcie uciszyć sądownie szkalujących nas różnych „guyów” i medialnych euro-kundli? A tak poza tym – najwyższy czas na listę osób niepożądanych na terytorium Polski. Timmermans i Verhofstadt to na początek absolutne minimum.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (24-30.11.2017)

niedziela, 1 grudnia 2013

Jak opakować aferę

„powinniśmy (...) wyjść z sytuacji, w której duże światowe firmy traktują Polskę jak neokolonialną przestrzeń do dokonywania niekoniecznie przejrzystych eksperymentów”

I. „Nie ma wątku politycznego”

Nie ma co, pocieszne są te reżimowe misiaki, gdy zaczynają wycinać propagandowe hołubce mające przekonać nas, że ta cała afera przy okazji informatyzacji struktur rządowych (m.in. MSWiA, MSZ, GUS i KGP) to „histeria” i generalnie nic wielkiego się nie dzieje – ot, wpadło kilku chciwych urzędników i tyle. W tym stylu na antenie Tok FM raczył wyjęzyczać się niejaki dr Grzegorz Makowski z Fundacji Batorego, dyrektor programu „Odpowiedzialne Państwo”. Jegomość ów stwierdził z całą dezynwolturą, że „infoafera” „to przypadek korupcji administracyjnej. Tak to wygląda. Nie ma tu wątku politycznego”. Innymi słowy – źli czynownicy narazili na szwank wizerunek „dobrego cara”, który o niczym nie miał pojęcia.

W dalszej części wywodu dr Makowski posunął się wręcz do stwierdzenia, iż w Polsce brakuje porządnych korupcyjnych afer politycznych, gdzie osądzono by i skazano polityków z pierwszych stron gazet, jak miało to miejsce w Czechach, Chorwacji, czy na Słowenii. „Jak to jest, że myśmy się tu w tej Polsce tak uchowali” - zastanawia się radośnie pan doktor, dopuszczając wprawdzie możliwość, że „to albo dobrze, albo nie potrafimy wykryć tych afer”, by zaraz skwitować „pewnie prawda leży gdzieś pośrodku”. Następnie „ekspert” przeszedł do pochwały polskich rozwiązań antykorupcyjnych, by w finale pryncypialnie zganić ministra Sikorskiego za zbyt skwapliwe potwierdzenie tezy, że „MSZ przeżarte jest rakiem korupcji”. Opowiadał również inne, bardzo ciekawe rzeczy. Przyznam się, że ze względu na poziom stężenia wyuczonej ignorancji czytałem artykuł z mądrościami pana od programu „Odpowiedzialne Państwo” z masochistyczną fascynacją.

II. Śladami Pitery

Proszę zwrócić uwagę, że to wszystko wygłasza z powagą godną Bustera Keatona facet żyjący w kraju, w którym w 2011 roku rozwiązano Transparency International. Przypomnijmy, iż międzynarodowa centrala organizacji walczącej z korupcją postanowiła rozwiązać polski oddział za... korupcję właśnie. TI Polska zajęła się bowiem biznesem polegającym na wystawianiu za konkretne kwoty rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych swoistych „certyfikatów moralności” różnym podmiotom, w tym np. klubowi piłkarskiemu Widzew Łódź w apogeum futbolowej afery korupcyjnej. W ten sposób odeszła w niebyt zasłużona swojego czasu organizacja, która chwile chwały przeżywała pod rządami Julii Pitery (prezes TI Polska do 2005 roku) tropiącej tzw. „układ warszawski” zmontowany wokół Pawła Piskorskiego. Trudno uwierzyć, ale to ta sama Julia Pitera, która wkrótce miała zrobić z siebie pośmiewisko wykryciem „afery dorszowej” na 8,16 zł i została skutecznie spacyfikowana przez Tuska stanowiskiem rządowego pełnomocnika ds. walki z korupcją. Po czym przez cztery lata pisała ustawę antykorupcyjną z wiadomym, czyli zerowym efektem, pogrążając się do reszty.

Powyższa retrospekcja ma na celu zobrazowanie pewnego mechanizmu degrengolady, która obejmuje nie tylko struktury państwa, ale również tzw. trzeci sektor, czyli organizacje pozarządowe powoływane m.in. do tego, by patrzeć czy aby władzy coś nie przykleja się do rączek. Obecnie drogą Transparency International Polska podąża najwyraźniej Fundacja Batorego, która walkę z korupcją ma również proudly wywieszoną na sztandarach. Oczywiście wiemy, że ten sorosowski twór jest bytem polityczno-ideologicznym wchodzącym w skład Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP - powołanym do pilnowania nad Wisłą określonych interesów oraz wspierania obecnej Dyktatury Matołów, będącej tychże interesów gwarantem - ale mimo wszystko ostentacja dr Makowskiego obnoszącego się w TokFM z zaprogramowaną ślepotą na rzeczywistość może robić wrażenie.

III. Przestrzeń neokolonialna

Tymczasem warto przypomnieć słowa tuskowego spec-człowieka od cyfryzacji, czyli Michała Boniego, który onegdaj (kwiecień 2012) w przypływie nieprzytomnej szczerości stwierdził, iż „Powinniśmy wyjść z XX wieku, powinniśmy także - i mówię to teraz bardzo mocno i dobitnie - wyjść z sytuacji, w której duże światowe firmy traktują Polskę jak neokolonialną przestrzeń do dokonywania niekoniecznie przejrzystych eksperymentów - to polega na tym, że (...) wtrynia nam się niekiedy rozwiązania, uzależniając późniejsze działanie administracji od tego, czy wiecznie jest (się) na sznurku określonych firm, które sprzedają określone urządzenia i z nimi związane usługi". Wprawdzie pana Boniego szybko przywołano do porządku i więcej już podobnych nieodpowiedzialnych głupstw nie opowiadał, nie oznacza to jednak, że owa „przestrzeń neokolonialna” zniknęła. Przeciwnie, jak się dowiadujemy rozkwitała spokojnie, zaś o jej systemowym charakterze świadczy fakt, iż międzynarodowe koncerny miały wydzielone specjalne fundusze i linie kredytowe na łapówki dla urzędników. A my mamy wierzyć, że owi urzędnicy nie mieli nad sobą żadnych politycznych patronów – poza Schetyną, który od lat nie sprawuje żadnych funkcji rządowych.

No i tak to się opakowuje „największą aferę łapówkarską w historii Polski”. Bantustan to nie my, gra gitara, zdeprawowane koncerny zepsuły charaktery urzędnikom, którzy zostaną pociągnięci i tak dalej, wątków politycznych brak, zatrzymani ze szczytów hierarchii poszczególnych resortów z nikim nie „działkowali” się otrzymanymi grzecznościami, zaś przeformatowane po aferze hazardowej CBA zadba o odpowiednie ukierunkowanie postępowania, skoro już trzeba było się wziąć za tę niewdzięczną robotę pod naciskiem Komisji Europejskiej, która w 2012 zamroziła na pół roku 3,3 mld zł unijnych funduszy na informatyzację dopóki nie posprzątamy tego bajzlu – co spowodowało znaczące opóźnienia we wdrażaniu kolejnych projektów. A nade wszystko, pamiętajmy o nieopodatkowanej pożyczce posła Hofmana – jakie korupcyjno-polityczne przekręty nas czekają, jeśli PiS wróci do władzy!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/