Pokazywanie postów oznaczonych etykietą abp Józef Kowalczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą abp Józef Kowalczyk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 lutego 2015

Abp Wielgus – ofiara okoliczności?

Współpraca arcybiskupa z bezpieką została potraktowana pretekstowo, zaś cała sprawa ma korzenie sięgające o wiele głębiej.

I. Zmowa milczenia

W związku z opublikowanymi pod koniec ubiegłego roku wspomnieniami abp. Stanisława Wielgusa wracają wydarzenia z przełomu lat 2006/2007. A w zasadzie – miałyby szansę powrócić, gdyby książka „Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki. Historia mojego życia” została dostrzeżona przez media i publicystów, którzy w sprawie arcybiskupa odegrali wówczas wiodącą rolę. Tymczasem, jakoś tak się składa, że wszyscy z „Gazetą Polską” na czele, starannie patrzą w innym kierunku, pomijając publikację wymownym milczeniem. Zastanawiające, tym bardziej, że przecież konfliktowi wokół hierarchy nadano status sporu fundamentalnego dla dalszych losów polskiego Kościoła. Książkę zauważyły – co naturalne – media związane z ojcem Tadeuszem Rydzykiem, które konsekwentnie broniły i bronią dobrego imienia arcybiskupa, natomiast ze strony jego ówczesnych oskarżycieli – cisza. Podobnie było z wcześniejszą o rok książką dziennikarza „Naszego Dziennika”, Sebastiana Karczewskiego „Zamach na Arcybiskupa. Kulisy wielkiej mistyfikacji”. W jednym i drugim przypadku zero odniesień do argumentów, opinii, polemik. Przytoczę tu wymowny obrazek: otóż podczas jednego z niedawnych spotkań w Klubie Ronina ktoś z publiczności zwrócił się do Tomasza Terlikowskiego w tonie, czy ten odnośnie swej postawy wobec abp. Wielgusa nie ma sobie nic do zarzucenia. Skonfundowany publicysta, odwracając głowę, był w stanie rzucić tylko „nie ja go odwoływałem i nie ja werbowałem”. I tyle.

Dlatego dobrze się stało, że autobiografii poświęcił obszerny tekst Sławomir Cenckiewicz. Artykuł „Krzywda i thriller arcybiskupa Wielgusa” zawieszony na portalu tygodnika „Do Rzeczy” pozwala nam wejrzeć w splot okoliczności towarzyszących sprawie aż po dramatyczny finał w trakcie pamiętnego ingresu do warszawskiej archikatedry 7 stycznia 2007. Przyznam się, że sam również prześlepiłem ukazanie się książki, więc z tym większym zaciekawieniem przeczytałem analizę Cenckiewicza.

II. Drugie dno

W tym miejscu muszę powiedzieć, że w czasie trwania wydarzeń składających się na tzw. „sprawę Wielgusa” bez większych zastrzeżeń przyjmowałem narrację „Gazety Polskiej” - TW „Grey” to TW „Grey” i nie powinien obejmować godności kościelnych, koniec kropka. Zresztą, kwestia kościelnej lustracji, nigdy do końca nie przeprowadzonej, wciąż pozostaje aktualna, podobnie jak oczyszczenie wielu innych środowisk oddziałujących na życie publiczne oraz atmosferę intelektualną i duchową współczesnej Polski. W miarę upływu czasu w coraz większym stopniu dopuszczałem jednak możliwość, że współpraca arcybiskupa z bezpieką została potraktowana pretekstowo, zaś cała sprawa ma korzenie sięgające o wiele głębiej.

Jak pamiętamy, przy okazji „sprawy Wielgusa” zawiązały się dość egzotyczne sojusze. Część medialnego mainstreamu doznała nagłego nawrócenia na lustracyjną wiarę powtarzając argumenty tak znienawidzonych w innych okolicznościach rozliczeniowych „inkwizytorów” grzebiących się w „ubeckim szambie”. Z kolei np. Radio Maryja czy „Nasz Dziennik” momentami ocierały się o kopiowanie antylustracyjnej retoryki „Gazety Wyborczej”, która nota bene zajęła wówczas ambiwalentne stanowisko, w pewnym momencie udostępniając nawet atakowanemu arcybiskupowi swe łamy na wywiad w którym znalazła się pochwała linii „Wyborczej”.

Sam abp Wielgus przyczyn nagonki upatruje w zakulisowym działaniu masonerii, której nie w smak były konserwatywne poglądy dostojnika piętnującego wielokrotnie lewacki postmodernizm i lansowane przezeń antywartości. Nie ulega wątpliwości, iż ten konkretny hierarcha na tak prestiżowym stanowisku jak warszawskie arcybiskupstwo był dla wielu osób i środowisk szalenie niewygodny i to z szeregu różnych przyczyn. Metropolita warszawski o tak jednoznacznych i wyrazistych przekonaniach, otwarty sympatyk Radia Maryja, był nie do strawienia dla lewicowych salonów, polityków obozu postmagdalenkowego, czy kościelnych liberałów. Co innego, gdy głosi swe przesłanie w prowincjonalnym Płocku, a co innego, gdyby podobny przekaz wybrzmiewał z archikatedry warszawskiej. Ale nie tylko ta strona mogła mieć interes w usadzeniu hierarchy. I tu pozwolę sobie naszkicować własną hipotezę, która z tego co się orientuję, chyba do tej pory nie zaistniała w przestrzeni publicznej.

III. Akcja polityczna?

Na jej trop naprowadziła mnie lista wrogów i przyjaciół, których arcybiskup wymienia w swej książce. Do przyjaciół zalicza m.in. Romana Giertycha, Andrzeja Leppera, Waldemara Pawlaka, Jana Engelgarda, Bogusława Kowalskiego, Waldemara Gontarskiego i Włodzimierza Blajerskiego. Widać tu pewną prawidłowość – są to albo osoby związane z Radiem Maryja, albo polityczni konkurenci PiS z różnych opcji, w tym narodowo-katolickiej, przy czym obie grupy częściowo się pokrywają. Przypomnijmy sobie teraz polityczną atmosferę końca 2006 i początku 2007 roku. Koalicja PiS-LPR-Samoobrona wisi na włosku. Trwają przepychanki wokół uchwalenia ustawy budżetowej, realna staje się perspektywa przedterminowych wyborów. Polityczne zapasy w łonie koalicji nie ustają ani przez chwilę, dopiero co miała miejsce wykreowana przez TVN afera z „taśmami Beger”. I w tym wszystkim nagle narodowo-katolicka konkurencja PiS po prawej stronie zyskałaby potężnego sojusznika w osobie metropolity warszawskiego – abp. Stanisława Wielgusa. Do tego możnego protektora w szeregach episkopatu pozyskałby ojciec Rydzyk, którego lojalności PiS i bracia Kaczyńscy nigdy nie mogli być do końca pewni i który promował w swych mediach rywali PiS z grona „przystawek”.

W międzyczasie, od 29 października 2006, trwają rozmowy na temat objęcia metropolii warszawskiej przez abp. Wielgusa, ostatecznie papież Benedykt XVI podpisuje bullę nominacyjną 6 grudnia. Wkrótce następuje odpalenie afery – 19 grudnia Tomasz Sakiewicz, nie kryjący się ze swymi sympatiami zwolennik PiS, ogłasza, że nowo mianowany metropolita był tajnym współpracownikiem komunistycznych służb. Rozpoczyna się medialna jatka zakończona, jak wiemy, ustąpieniem arcybiskupa. 3 stycznia 2007 prof. Marek Wichrowski kopiuje w IPN dokumenty dotyczące abp. Wielgusa i przekazuje je Tomaszowi Sakiewiczowi (z czego wynika, że wcześniej Sakiewicz prawdopodobnie dysponował jedynie informacjami z drugiej ręki), fakt współpracy potwierdza 5 stycznia Kościelna Komisja Historyczna, wreszcie dochodzi do narady w nocy 6/7 stycznia w Pałacu Prezydenckim z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, nuncjusza apostolskiego abp. Józefa Kowalczyka, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp Józefa Michalika i sekretarza KEP bp Piotra Libery, podczas której ustalono, że abp Wielgus zrzeknie się urzędu podczas ingresu. Nieco wcześniej do Rzymu udał się Przemysław Gosiewski, który wspólnie z ambasador Hanną Suchocką uzyskał zgodę papieża Benedykta XVI na rezygnację abp Wielgusa. Resztę znamy.

Podsumowując, uważam, że przeciwko abp Wielgusowi zagrał splot różnych czynników i interesów. Widzę to następująco: mainstream polityczno-medialny III RP (i być może ta nieszczęsna masoneria) wszedł w temat, bo nadarzyła się okazja utrącenia niewygodnego ideologicznie hierarchy. W interesie Jarosława Kaczyńskiego i PiS leżało niedopuszczenie do wzmocnienia rywali politycznych po prawej stronie i zbytnie usamodzielnienie się ojca Rydzyka. Swoje, prócz robótki dla PiS, miał tez do ugrania Tomasz Sakiewicz – zależało mu na osłabieniu toruńskich mediów ojca Rydzyka z którym rywalizuje o patriotyczny target i „rząd dusz” na prawicy. No i jeszcze liberalne skrzydło episkopatu, także niechętne redemptoryście. Słowem, chodziło tu o wszystko, tylko nie o lustracyjne pryncypia. Sądzę, że w innych okolicznościach abp Wielgus objąłby godność metropolity bez przeszkód. Pamiętajmy, że abp. Józef Kowalczyk nie ucierpiał w związku ze swą rejestracją jako Kontakt Informacyjny „Cappino”. Nic dziwnego więc, że ówcześni oskarżyciele teraz wolą wspomnień swej politycznej ofiary nie zauważać.

Na marginesie, przypuszczam, że przynajmniej część publicystów mogła w całej aferze uczestniczyć nieświadomie, choć trudno mi uwierzyć, by był to akurat Sakiewicz. Ale już Terlikowski, Pospieszalski czy ks Tadeusz Isakowicz-Zaleski mogli nie zdawać sobie sprawy o co tak naprawdę toczy się gra. Zapewne wielu łyknęło lustracyjny pic – że chodzi tu o oczyszczenie, rozliczenie, naprawę Kościoła itd. Sam tak sądziłem. To trochę jak ze sprawą prof. Kieżuna – ot, wojenka między dwoma tygodnikami wymknęła się spod kontroli, a my się mamy ekscytować „pryncypiami”.

***

Kończąc – abp Stanisław Wielgus nie jest moim bohaterem. Fakt współpracy z SB wydaje się ewidentny. Nie po drodze mi również z niektórymi jego „przyjaciółmi”, antylustracyjnymi poglądami i kilkoma innymi kwestiami. Jednak nie znoszę być traktowany przedmiotowo – niezależnie, czy robią mnie w trąbę „nasi” czy „nie-nasi”. A przede wszystkim, lubię wiedzieć co jest grane – i stąd ten tekst.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 4 (74) 02-08.02.2015

niedziela, 25 sierpnia 2013

Felieton referendalny

…czyli wspomnieniowa anegdotka ilustrująca zdolności managerskie Hanny Gronkiewicz-Waltz.

I. Prymas-patriota

Wywiad Prymasa Polski, abp. Józefa Kowalczyka (Kontakt Informacyjny „Cappino”), udzielony „Rzeczpospolitej”, w którym dostojny hierarcha ujął się był tkliwemi słowy za urzędującą prezydent Warszawy Hanną Gronkiewicz-Waltz, natchnął mnie wspomnieniami z beztroskich lat młodości, kiedy to zdarzyło mi się otrzeć o jedną z zarządzanych przez „Bufetową” instytucji. Przy okazji tylko zauważę, że nikt jakoś nie podniósł rabanu, iż Kościół miesza się do polityki, a „kler” wziął się za wskazywanie sił politycznych słusznych i niesłusznych. Tym razem reżimowe mediodajnie przyjęły jednoznacznie polityczną wypowiedź „klechy” jako coś naturalnego, a może wręcz godnego pochwały, jako że skrytykował on niekonstruktywną ekstremę, której referendum się zachciało – a wszak wiadomo nie od dziś, że polskie społeczeństwo nie dorosło do demokracji. Zapisy referendalne są po to, żeby było ładniej, a nie po to, by za ich pomocą podejmować dzielące ludzi „akcje polityczne”. Jasne? Jasne. No to wracam do wertowania pachnących płatków wspomnień, że tak szampańsko zażartuję.

II. Fucha

Otóż, przez jakiś czas zdarzyło mi się dorabiać jako tragarz w Narodowym Banku Polskim na Świętokrzyskiej w Warszawie - w czasach, kiedy prezesem tegoż była Hanna Gronkiewicz-Waltz. Ludzie, ależ to była fucha! Siedzieliśmy mianowicie w kilku chłopa w kanciapie mieszczącej się na którejś z podziemnych kondygnacji (bo trzeba Wam wiedzieć, że tam pod ziemią jest chyba tyle samo co nad ziemią) i całymi dniami rżnęliśmy w karty. Urządzaliśmy regularne turnieje karciane – w tysiąca, trzy pięć osiem i co tam jeszcze wpadło do głowy – za wyjątkiem brydża, bo to już nie były te czasy, w których młodzi ludzie się tą grą interesowali. Co jakiś czas w kanciapie odzywał się telefon – nie za często, ot tak co półtorej lub co dwie godziny i wtedy zmianowy odrywał wzrok od kart i mówił: „no dobra, kto szedł ostatnio? Aha, no to teraz pójdziesz ty”. Z reguły trzeba było dostarczyć parę ryz papieru do ksero do któregoś z gabinetów, czy coś w ten deseń. Brało się ręczny wózek, szło do magazynu, pobierało i odwoziło tam gdzie trzeba. A że gmaszysko jest ogromne (od wewnątrz robi o wiele większe wrażenie, niż z zewnątrz), to czasem, gdy punkt docelowy znajdował się w oddalonym miejscu, schodziło i 40 minut. Pod warunkiem, że dostarczyciel nie zabłądził w labiryncie korytarzy i sektorów na jakie podzielony jest budynek NBP, bo wtedy rzecz jasna trwało to jeszcze dłużej.

I tak to mniej więcej schodził nam dzionek cały, w leniwym szeleście kart, przerywanym co jakiś czas dzwonkiem telefonu. Atrakcją dnia zaś było wyjście do stołówki, gdzie za jakieś kompletnie śmieszne pieniądze można było najeść się różnych dobrych rzeczy. Tak, w NBP dbało się o suto dotowany furaż dla pracowników, nie powiem. Na tejże stołówce zdarzyło mi się raz zobaczyć samą panią Bufetową, choć nie jestem pewien, czy już wtedy nosiła taką ksywę.

III. HG-W i elektryczna wykładzina

W całym tym okresie jedynie raz trochę się napracowałem. Było to wtedy, gdy zajechała ciężarówka z belami wykładziny i my musieliśmy tę wykładzinę rozładować. Co ciekawe, nieco wcześniej (bo ja wiem – może ze dwa miesiące) w całym NBP wymieniano wykładzinę na nową. Cóż takiego się stało, że w ciągu tego krótkiego przecież czasu tamta poprzednia wykładzina tak bardzo zdążyła się moralnie zestarzeć? Ano stało się to, że ktoś czegoś nie dopatrzył i okazało się, że tamta „stara” wykładzina była zrobiona z jakiegoś paskudnie elektryzującego się materiału. Elektryzującego do tego stopnia, że masowo „siadały” komputery. Wyobrażacie sobie awarię sieci komputerowej w takiej instytucji jak NBP i jej możliwe konsekwencje? No więc, wykładziny trzeba było wymienić, a ja wraz z kolegami musieliśmy to wszystko dźwigać przez parę dni i nie było mowy o kartach.

I to jest właśnie powód dla którego zainspirowany wypowiedziami abp. Kowalczyka, piętnującego jałowe krytykanctwo opozycji, piszę tę notkę. Nie wiem, czy od tamtego czasu zdolności managerskie pani HG-W uległy jakimś zmianom i czy były to zmiany na lepsze, ale tamta sytuacja jasno uświadomiła mi, że pod pozorami urzędniczo-bankierskiego splendoru i dostojeństwa, w tym całym enbepie panuje zwyczajny burdel – wypisz, wymaluj jak dziś w Warszawie. Wiem oczywiście, że to zapewne nie Pani Prezes we własnej osobie zamawiała tę nieszczęsną, elektryczną wykładzinę, niemniej współpracowników odpowiedzialnych za tego typu sprawy chyba to właśnie ona sobie dobierała, nieprawdaż? I dobrała ich sobie tak, że nie panowała nad tym, co dzieje się w podległej jej instytucji. Dopiero, gdy po raz któryś z rzędu samoczynnie zrestartował się jej komputer, to dotarło do niej, że coś tu jest nie tak (takie tam ploteczki krążyły po korytarzach). No i w efekcie trzeba było na te cholerne wykładziny wyłożyć kasę dwa razy – kto bogatemu zabroni?

***

A dla nas cała ta historia zaowocowała niespodziewanym bonusem. Gdy wywalali te trefne wykładziny, zaczęliśmy się orientować, czy nie dało by rady czegoś tu dla siebie uszczknąć. Co mają się zmarnować? Odpowiedzią było stanowcze „nie” okraszone pełnymi zgrozy spojrzeniami, czego się to robolom zachciewa. Podejrzewam, że ostrzył sobie na nie zęby ktoś postawiony znacznie wyżej i stąd ten atak pryncypializmu, ale od czego jest flaszka i cieć, który w odpowiednim momencie spojrzy w inną stronę? Tak więc, w szybkim czasie wiele pokoi w akademiku na Jelonkach – nasze, znajomych i znajomych znajomych - zostało wyposażonych w prawie nowe wykładziny prościutko z Narodowego Banku Polskiego. Nam ten elektryczny materiał nie przeszkadzał, bo mało kto miał wtedy własny komputer. Ludzie, ależ była to fucha! Ale chyba już to mówiłem...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 11 stycznia 2009

Kontakt Informacyjny „Cappino”.

Kowalczyk "Cappino"

Komisja Historyczna Metropolii Warszawskiej w całym swym majestacie orzekła, iż abp. Józef Kowalczyk, zarejestrowany w 1982r. przez SB jako kontakt operacyjny „Cappino” nie był świadomym agentem.

Nagłaśniające sprawę medialne jadłodajnie podnosiły zwłaszcza fakt, że od 1963r. był inwigilowany przez esbecję, zaś w 1990r. materiały z jego teczki zostały zniszczone z powodu „nieprzydatności operacyjnej”.

Czyli, w domyśle – kolejna ofiara wścieklizny obłąkanych lustratorów dla których, jak powszechnie wiadomo, nie ma większej radochy, niż wytarzać niewinnego człowieka w smole i pierzu, następnie zaś przegnać go na oczach krwiożerczej tłuszczy pod batogami.

A ja, cholera, tocząc pianę z pyska i wodząc wokół przekrwionym spojrzeniem, wciąż mam wątpliwości.

Po pierwsze
, to że księdza Kowalczyka inwigilowano, to norma a nie wyjątek – teczki zakładano wszystkim księżom. Ponadto, donosiciel nie był dla służb kimś nietykalnym – stosowano inwigilację wielopoziomową i zapętlającą się – kapuś, mógł być jednocześnie rozpracowywany.

Po drugie
, materiały zniszczono w 1990r., czyli w okresie, gdy esbecja na gwałt zwijała oficjalne żagle, przechodząc do bardziej zgodnych z duchem czasu form aktywności. Poza tym, z tego co mi wiadomo, materiały pozyskane od KI „Cappino” dotyczyły okresu watykańskiego, zaś Abp. Józef Kowalczyk od 1989r. był już nuncjuszem apostolskim w Polsce. Czyli, najprawdopodobniej, informacje, których udzielał po prostu się zdezaktualizowały. Nie znaczy to jednak, że w swoim czasie, nie były przydatne.

Po trzecie
, kwestia świadomości współpracy. „Cappino” miał nie być świadomy tego, że gada z esbekiem. Tyle tylko, że cytując pewien wielce interesujący słowniczek (http://karnet.ar.wroc.pl/polish/aktualnosci/2007/03/zalaczniki/Slownicze....),
kontakt informacyjny – dominująca w latach sześćdziesiątych kategoria osobowego źródła informacji w wywiadzie cywilnym PRL; w przypadku obywatela PRL współpraca zawsze była świadoma (wytłuszczenie moje – G.G.)”.

Zresztą, nawet jeżeli, jakimś nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności, arcybiskup został zarejestrowany bez swej wiedzy, to czy nie miał świadomości, kim może być ten miły i kulturalny II sekretarz ambasady PRL, z którym się spotyka? (dr Edward Kotowski, ps. „Pietro”. Więcej na ren temat w „Rzepie”, tam też kopia dokumentu, który posłużył tu za ilustrację, link - http://www.rp.pl/artykul/2,244958_Nieznane_dokumenty_na_temat_abp__Kowal...).
Owszem, wiem, że kontakty z przedstawicielami Zespołu Rządowego do Stałych Kontaktów Roboczych ze Stolicą Apostolską wchodziły w zakres obowiązków księdza arcybiskupa, ale już chlapanie jęzorem na temat różnic w poglądach między poszczególnymi hierarchami i o tym, do czyjego zdaniu Papież się przychylił – to już chyba, jakby to delikatnie ująć – pewna nadgorliwość, nieprawdaż? Żeby jeszcze usiłował siać w ten naiwny sposób dezinformację… Ale nie - na dole dokumentu stoi jak wół – „Źródło sprawdzono. Informacja wiarygodna”.

Swojego czasu przyszło mi się zżymać na saloniarskie dyrdymały, jakie abp. Kowalczyk wypisywał o gen. Jaruzelskim („Ignorancja i konformizm” http://www.niepoprawni.pl/blog/287/ignorancja-i-konformizm). Wtedy kładłem to na karb konformizmu wobec umysłowych prądów mainstreamu, jakim przeżarta jest część naszej hierarchii. Teraz jednak niewczesne pochwały Jaruzela, jakie wyszły spod pióra naszego purpurata zaczynam postrzegać w zupełnie innym świetle.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 07.01.2009 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/kontakt-informacyjny-%E2%80%9Ecappino%E2%80%9D

Ignorancja i konformizm.

Gdyby obok Nike „GW” zechciała kiedyś ufundować nagrodę, powiedzmy, Polemicznej Maczugi Roku, to mamy tu murowanego kandydata...

W „Skanerze Politycznym” (TVN 24, 20.11.2008, goście – pp. Mikołaj Lizut i Dominik Zdort) red. Morozowski odczytał fragment książki abp Kowalczyka, w którym hierarcha stwierdza, że Jan Paweł II odczuwał szacunek wobec gen. Jaruzelskiego i dostrzegał w nim ducha dobra i patriotyzmu. Prowadzący połączył to z wypowiedzią Joaqina Nawarro – Vallsa ogłaszającego, że stan wojenny pozwolił uniknąć większej liczby ofiar, do jakiej by doszło w wyniku zbrojnego starcia obywateli z władzą (nie cytuję tu dosłownie, ale taki był sens wypowiedzi).

W ten oto sposób zostałem jaśnie oświecony.

A poważnie – z obu cytatów wieje grozą, choć w każdym przypadku jest to groza innego rodzaju.

I. Groza ignorancji.

Co do Nawarro – Vallsa, to ostatecznie można by mu wybaczyć – jego wypowiedź jest jedynie świadectwem ignorancji co do sytuacji w Polsce w latach 1980 – 1981. No właśnie – można by, gdyby nie to, że funkcja wieloletniego (1984 – 2006) dyrektora biura prasowego Stolicy Apostolskiej obliguje go do nieco głębszej znajomości tematu na który ma zamiar się wypowiadać. Tymczasem ktoś (a kto, to już - jak mawiał Kisiel – zgadnij, koteczku) nakreślił mu fałszywy obraz ówczesnej Polski a watykanista i bliski współpracownik JP II bezrefleksyjnie powtarza te brednie, jakby przez całe życie przebywał w eremie u kartuzów a nie brylował na szczytach watykańskiej hierarchii.

Dla porządku przypomnijmy, że ani na początku lat osiemdziesiątych, ani później nikt żadnego powstania przeciwko komunistom nie planował, żadna wojna domowa Polsce nie groziła, czego dowodem był stosunkowo słaby i rozproszony opór przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego (Wujek, czy Manifest Lipcowy to były odosobnione przypadki, a nie norma). Nie znaczy to oczywiście, że zbrojna konfrontacja nie była planowana – była, jak najbardziej i przystąpiono do jej opracowywania zaraz po podpisaniu Porozumień Sierpniowych – tyle tylko, że robiła to w ł a d z a, zaś efekty tych knowań odczuliśmy wszyscy 13 – tego grudnia roku pamiętnego…

Twierdzenie, że groziła krajowi jakaś bratobójcza rzeź do której gotowały się obie strony, to bezwiedne podpisywanie się pod oszczerstwami komunistycznej propagandy, kiedy to w Dzienniku Telewizyjnym pokazywano rzekome solidarnościowe arsenały i rozpowszechniano plotki o listach proskrypcyjnych przygotowywanych jakoby przez podziemną „ekstremę” ( znów – listy proskrypcyjne, owszem, były – ale sporządzone przez bezpiekę, która na ich podstawie wyłapywała przywódców i co bardziej aktywnych działaczy „S”).

Ale, jak wspomniałem, bredzenie Nawarro – Vallsowi można by w ostateczności wybaczyć – jest obcokrajowcem; pozostaje co najwyżej zachodzić w głowę jakim cudem taki kretyn uchował się w Watykanie i czemu nie próbował nawet zweryfikować tego, co mu zasuflowali różni „dobrzy ludzie”.

II. Groza konformizmu.

Inaczej przedstawia się sprawa z abp Józefem Kowalczykiem – długoletnim nuncjuszem apostolskim w Polsce. Wypowiedzią swą ostatecznie doszlusował do grona rodzimych miernot w fioletach i udowodnił, że niczym nie wybija się ponad konformistyczno - salonowo – korporacyjną mentalność naszego episkopatu. Aha, nie zapominajmy również o uprzednich dokonaniach księdza arcybiskupa, który położył wielkie zasługi w petryfikacji różnych patologii polskiego Kościoła (nieprzejrzystość, zaniechanie lustracji, zamiatanie pod dywan afer itd.) i to w czasach, kiedy dzięki osłonie papieża – Polaka, można było przeprowadzić wiele pożytecznych reform (i to bynajmniej nie idących w tak modnym obecnie postmodernistycznym kierunku). Dziś natomiast watykański hierarcha bezwstydnie wpisuje się w michnikoidalny chór obrońców Jaruzelskiego, w obrzydliwy sposób angażując do doraźnych rozgrywek autorytet nieżyjącego Jana Pawła II.

Nie mnie wnikać w duszę zmarłego Papieża i ustalać, czy szanował Jaruzela w stopniu większym niż każdą inną ludzką istotę, niemniej musiał być przecież świadomy faktu, że Jaruzelski to (cytując Reagana) „sowiecki generał w polskim mundurze”; zdrajca, który całe swe długie życie poświęcił karierze w służbie obcego mocarstwa. Poza wszystkim – czyny Papieża, jego wkład w obalenie światowego komunizmu najlepiej obrazują stosunek Ojca Świętego do czerwonego ustroju i tych, którzy z moskiewskiego nadania stali na jego czele w priwislańskim kraju. Ale to furda, głupstwo – abp Kowalczyk przechodzi nad faktami do porządku dziennego i jak gdyby nigdy nic wypisuje salonowe pierdoły o duchu patriotyzmu, który jakoby JP II dostrzegał w Jaruzelskim. Zresztą, entuzjastyczna reakcja obecnego w studiu red. Lizuta z „Wyborczej” jasno wskazuje, że postawa Kowalczyka została przez Towarzystwo zauważona i należycie doceniona. Przy okazji okazało się jeszcze jedno – do czego słowa nuncjusza zostaną wykorzystane. Otóż, gdy red. Zdort usiłował z tezami purpurata polemizować, Lizut z miejsca na niego napadł, insynuując że Zdort… śmie nie zgadzać się z Janem Pawłem II (!!!). Tak oto arcybiskup Kowalczyk dostarczył Salonowi kolejną maczugę do walenia po głowach niepoprawnych polemistów – nie dostrzegasz „dobra”, czy „ducha patriotyzmu” w Jaruzelskim – znaczy się, nie szanujesz Papieża! Uderzasz w Jego autorytet! Doprawdy, gdyby obok Nike „GW” zechciała kiedyś ufundować nagrodę, powiedzmy, Polemicznej Maczugi Roku, to mamy tu murowanego kandydata.

I jeszcze jedno – jeżeli arcybiskup Kowalczyk posiada przypadkiem jakieś resztki wstydu i sumienia, to jego oblicze już po wsze czasy powinno przybrać kolor arcybiskupiej szaty – barwę głębokiej purpury.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 21.11.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/ignorancja-i-konformizm