Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dekoncentracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dekoncentracja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 października 2018

Czy Niemcy przejmą „Ruch”?

Niemiecki kapitał wkrótce dołoży do swojego stanu posiadania jedną trzecią krajowego systemu dystrybucji, utrwalając medialną kolonizację Polski.

Branżowy portal „Wirtualne Media” zamieścił relację z posiedzenia sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu w którym udział wzięli m.in. wiceminister kultury Paweł Lewandowski, przedstawiciele Izby Wydawców Prasy oraz szef jednego z czołowych kolporterów – Jerzy Szmid („Garmond Press”). Tematem była fatalna sytuacja na rynku dystrybucji związana ze złą kondycją „Ruchu” (drugi co do wielkości kolporter, z 30 proc. udziałów w rynku). Borykający się z problemami finansowymi „Ruch” zalega z wypłatami dla wydawców, co bezpośrednio przekłada się na pogorszenie sytuacji finansowej szeregu tytułów. Jak to się stało, że rynkowy potentat znalazł się na granicy bankructwa, podczas gdy dwaj inni czołowi gracze („Kolporter” ma 52 proc., a „Garmond Press” 13 proc. udziałów w rynku) jakoś dają sobie radę? Rąbka tajemnicy uchylił Jerzy Szmid, ujawniając, że bezpośrednio po prywatyzacji za rządów PO (2010 r.), z firmy zaczęto regularnie wyprowadzać pieniądze. W samym 2011 r. przekazano (poprzez zakup obligacji) do zagranicznej spółki o majątku wartym 18 tys. euro środki „Ruchu” w wysokości 204 mln. zł. Proszę to sobie wyobrazić – niewielka spółeczka emituje obligacje na grube miliony, a „Ruch” wykupuje je bez mrugnięcia okiem. Mało tego – w latach 2010-2016 wyprzedano niemal wszystkie nieruchomości „Ruchu” za łączną kwotę 400 mln. zł. Jednak dziś tych pieniędzy w firmie próżno szukać. Na powyższe nakłada się jeszcze „dublowanie” zarządu „Ruchu” przez spółkę prezesa, p. Igora Chalupca, który miał pobrać łącznie od 50 do 70 mln. wynagrodzenia – niezależnie od wyników finansowych firmy. Ogółem „Ruch” od momentu prywatyzacji notował co roku na swej działalności podstawowej straty od kilkudziesięciu do nawet 100 mln. zł, a dzisiaj „dziura” w finansach wynosi jakieś 500 mln. Wg Jerzego Szmida sprawa prywatyzacji „Ruchu” wymaga nie tylko kontroli NIK, ale wręcz sejmowej komisji śledczej.

Obecnie „Ruch” to wydmuszka, której jedynym atutem jest sieć kolportażu licząca ok. 1700 placówek. I o tę sieć toczy się gra. Otóż najwięksi wydawcy, tak się składa, że głównie należący do niemieckiego (i szwajcarskiego) kapitału, jak np. Bauer (zdecydowany lider na rynku prasy) weszli w swoisty układ z „Ruchem” i kredytującym kolportera Alior Bankiem. Polegał on na tym, że sztucznie podtrzymywali „Ruch” przy życiu, nie upominając się o należne pieniądze, utrzymując mimo zaległości nadziały nakładów i odstępując od składania wniosków o upadłość – wszystko z błogosławieństwem władz Izby Wydawców Prasy. To z kolei pozwalało Alior Bankowi przedłużyć kredytowanie „Ruchu” finansową kroplówką. Zabezpieczeniem całej operacji była dla największych wierzycieli właśnie sieć punktów sprzedaży. Efekt jest taki, że w przypadku ostatecznej upadłości „Ruchu” owa sieć przypadnie tym koncernom prasowym, które się na niej zabezpieczyły – czyli w praktyce firmom niemieckim. Będzie to oznaczało, że prócz dominacji na rynku prasowym, niemiecki kapitał wejdzie do gry jako jeden z czołowych kolporterów prasy, powiększając tym samym i tak już gigantyczną przewagę rynkową nad podmiotami krajowymi.

Taka sytuacja będzie miała potencjalnie poważne konsekwencje polityczne. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że niemieckie media są bezwarunkowo lojalne wobec swego macierzystego kraju – na co wpływ ma m.in. splot biznesowo-towarzyskich powiązań między tamtejszymi politykami a światem wielkiego biznesu. Przejawia się to w linii redakcyjnej niemieckich tytułów medialnych zgodnej z interesami Berlina i kształtującej w tym duchu opinię publiczną. Nietrudno więc sobie wyobrazić, że po przejęciu sieci sprzedażowej „Ruchu” przez niemiecki kapitał, polska prasa (zwłaszcza pisma krytyczne wobec Niemiec) zacznie nagle napotykać na niewytłumaczalne trudności. Z podobnymi problemami polskie tytuły prasowe miały już w przeszłości do czynienia – zdarzało się, że np. opozycyjne wobec władzy gazety wracały bez wyraźnej przyczyny jako zwroty całymi, nierozpakowanymi paczkami. Na porządku dziennym była również osobliwa „polityka ekspozycyjna” polegająca na ukrywaniu niewygodnych czasopism pod innymi gazetami. W przypadku przejęcia placówek „Ruchu” należy liczyć się z podobnymi praktykami wobec gazet krytykujących niemiecki rząd, czy dominację obcego kapitału na polskim rynku medialnym.

A tymczasem rząd PiS jak ognia boi się dotknąć tematu. Wiceminister Paweł Lewandowski stwierdził nawet, że „nie dostrzega znaczących nieprawidłowości w funkcjonowaniu rynku kolportażu i prasy w Polsce”. Podobno w Ministerstwie Kultury opracowano kilka wariantów tzw. ustawy dekoncentracyjnej – lecz czeka ona na „właściwy polityczny moment”. Mogę powiedzieć już teraz – moment nigdy nie będzie „właściwy”, bowiem taka ustawa uderzy w wiodących graczy, którzy nie omieszkają zrobić rabanu na całą Europę. Skutek zaniechań będzie taki, że niemiecki kapitał wkrótce dołoży do swojego stanu posiadania jedną trzecią krajowego systemu dystrybucji, utrwalając medialną kolonizację Polski.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ech, ta repolonizacja

Dekoncentracja – kolejne podejście


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 39 (05-11.10.2018)

niedziela, 17 czerwca 2018

Dekoncentracja – kolejne podejście?

Albo zerwiemy ze statusem medialnej kolonii, albo kolejnym rządom pozostaną bezsilne złorzeczenia na dominację zagranicznego kapitału.

Piotr Zaremba w „Dzienniku Gazecie Prawnej” (powołując się na „bliskiego współpracownika” Jarosława Kaczyńskiego) podał, iż w PiS powrócił temat dekoncentracji mediów. Stosowna ustawa miałaby zostać uchwalona jeszcze jesienią tego roku – co oznacza, że wpisałaby się w kampanię samorządową. Jarosław Kaczyński dał ponoć wstępnie „zielone światło”, prace nad projektem trwają w MKiDN i wszyscy tylko czekają na ostateczny sygnał od prezesa. Oczywiście, działające na naszym rynku podmioty z zagranicznym kapitałem zareagowały na to doniesienie tradycyjnym alarmem spod znaku „autorytarna władza chce zdusić medialną krytykę i wolność prasy”. Warto tu nadmienić, iż owa „wolność” tak naprawdę sprowadza się do uczestnictwa w politycznej dywersji obliczonej na wewnętrzną destabilizację Polski, w czym osobliwą gorliwość wykazują ośrodki niemieckie, nawet niespecjalnie ukrywające, że mają na celu obalenie obecnego rządu - skrajnie niewygodnego dla ich mocodawców - i przywrócenie status quo sprzed 2015 r. Ot, taka agentura wpływu masowego rażenia.

Informacje „DGP” stanowczo zdementowała rzeczniczka PiS Beata Mazurek, twierdząc, iż jest to „fake news” i generalnie nie ma tematu. W podobnym duchu wtórował jej marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Cóż, tego typu doniesień mieliśmy okazję wysłuchiwać od 2015 r. wielokrotnie i każdorazowo przebiegały one w rytmie: repolonizacja mediów jest naszym priorytetem - już, już zaraz ruszymy – mamy kilka wariantów ustawy - jednak nie, sytuacja się skomplikowała – generalnie jesteśmy za, ale moment jest nieodpowiedni – i nieodmienny finał: odkładamy projekt do zamrażarki. Jeszcze na początku tego roku premier Morawiecki deklarował, że „nie ma pośpiechu”, a z kręgów rządowych szły sygnały, że nie będziemy otwierać „nowego frontu” w napiętych relacjach z zagranicą. Tymczasem niedawno tenże premier Morawiecki grzmiał we Wrocławiu, że 80 proc. mediów jest w rękach politycznych przeciwników rządu, a prasa regionalna znajduje się w 95 proc. pod kontrolą zagranicznych koncernów.

Czyżby zatem przestawienie wajchy? Niekoniecznie. Gołym okiem widać, że ścierają się dwie wzajemnie blokujące się frakcje - „jastrzębi” i „gołębi”. Pierwsi faktycznie chcieliby utrącić dominującą pozycję zagranicznego kapitału na medialnym rynku, drudzy zaś uprawiają swoisty „kult świętego spokoju” pokrywany zaklęciami o politycznej racjonalności – bo spór z Komisją Europejską o sądownictwo, bo Polska po nowelizacji ustawy o IPN ma i tak wystarczająco złą prasę na świecie, bo trwają negocjacje budżetowe z Brukselą...

Tymczasem sytuacja jest, wbrew pozorom, dość prosta. Nad kwestią „dekoncentracji”, „repolonizacji” czy jak to zwał, wiszą dwa zagrożenia - z czego jedno jest fikcyjne, drugie zaś realne. Zagrożeniem fikcyjnym jest obawa, że ustawa dekoncentracyjna pogorszy naszą sytuację przetargową w sporze z Unią Europejską. Warto przyjąć do wiadomości, że Bruksela będzie zwalczała wszelkimi możliwymi metodami obecny rząd bez względu na to, co ten zrobi lub czego nie zrobi. Te wszystkie trybunały konstytucyjne, niezależność sądownictwa czy właśnie rynek medialny – to jedynie preteksty. W optyce eurokratów PiS jest „ciałem obcym” - „nieliberalnym” ugrupowaniem, które należy zwalczać bez względu na wszystko. Warunkiem względnego spokoju byłaby tylko stuprocentowa kapitulacja, sprowadzająca się do uznania przez Polskę swojego kolonialnego statusu – politycznego, gospodarczego oraz ideologicznego. Tak więc histeryczną reakcję Brukseli trzeba z góry wliczyć w koszty i robić swoje.

Drugie zagrożenie, realne, to kwestia umów o wzajemnym popieraniu inwestycji (BIT), jakie łączą nas z kilkudziesięcioma państwami – w tym z krajami macierzystymi zagranicznych medialnych potentatów. W umowy te wmontowany jest mechanizm ISDS pozwalający inwestorowi pozywać państwo-gospodarza przed międzynarodowy arbitraż i domagać się odszkodowań np. z tytułu wywłaszczenia (w tym również „wywłaszczenia z zysków”). Skutkiem powyższych umów jest chociażby tzw. „efekt mrożący” („chilling effect”) - państwo celowo wstrzymuje się od posunięć mogących narazić je na straty finansowe. W przypadku korowodów wokół dekoncentracji najprawdopodobniej obserwujemy właśnie to zjawisko. Pytanie, czy nie warto ponieść ryzyka procesu, tym bardziej, że nie jesteśmy tak całkiem bez argumentów – począwszy od powołania się na zapisy dekoncentracyjne obowiązujące w innych krajach UE, po wykazanie, że rzekome „wywłaszczenie z zysków” nie ma pokrycia w „zyskowności” wykazywanej na potrzeby zeznań podatkowych CIT. Jeżeli TVN wykazuje niemal co roku straty, a np. Ringier Axel Springer Polska przy dochodzie 13 269 315 zł. „wypracował” 170 306 zł. podstawy opodatkowania i w związku z tym zapłacił... 32 358 zł. CIT (dane Min Fin) – to o jakim „wywłaszczeniu z zysków” tu mówimy?

Jedno jest pewne - albo zerwiemy ze statusem medialnej kolonii, albo kolejnym rządom pozostaną bezsilne złorzeczenia na dominację zagranicznego kapitału.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ech, ta repolonizacja...


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (15-21.06.2018)