Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patologie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patologie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 października 2017

Jednolity obszar inwestycyjny – lekarstwo na patologie?

Specjalne Strefy Ekonomiczne stały się siedliskiem rozlicznych patologii, których apogeum związane było z „uelastycznieniem” rynku pracy.



Tydzień temu pisałem w tym miejscu o projekcie stopniowego wygaszania umów o ochronie i popieraniu inwestycji (BIT), łączących nas z krajami UE – dziś natomiast skupię się na innej chorobie naszego życia gospodarczego, czyli Specjalnych Strefach Ekonomicznych (SSE), które z BIT-ami łączy pewien podstawowy aspekt, mianowicie, faworyzowanie zagranicznego kapitału kosztem przedsiębiorstw krajowych. Jak wiemy, podczas niedawnego Forum Ekonomicznego w Krynicy wicepremier Morawiecki błysnął fajerwerkiem, ogłaszając rozciągnięcie regulacji dotyczących SSE na obszar całej Polski. Konkretnie, dotychczasowe strefy mają zostać zastąpione jednolitym obszarem inwestycyjnym, co oznacza, że przywileje zastrzeżone dotąd dla podmiotów działających w SSE zaczną funkcjonować w skali ogólnokrajowej – pod warunkiem spełnienia odpowiednich kryteriów ilościowych (nakłady inwestycyjne w zależności od stopy bezrobocia w danym powiecie oraz wielkości przedsiębiorstwa) i jakościowych (szereg wymagań związanych z założeniami Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju). W związku z powyższym, obecna ustawa o Specjalnych Strefach Ekonomicznych obowiązująca do 2026 r. nie zostanie przedłużona, a zamiast niej funkcjonować będzie wprowadzany równolegle od 2018 r. jednolity obszar inwestycyjny. Jak zapowiada Ministerstwo Rozwoju, SSE do 2026 r. będą działać tylko dla już wydanych decyzji, zaś przyszłe inwestycje mają podlegać nowym regulacjom. W ocenie Mateusza Morawieckiego dzięki proponowanym rozwiązaniom do 2027 r. nakłady inwestycyjne mają wzrosnąć do 117,2 mld. zł. i powstać ma 158,3 tys. miejsc pracy.
Brzmi to obiecująco, bo dotychczasowa praktyka działania SSE od dawna wołała o pomstę do nieba. Przypomnijmy, że strefy zostały wprowadzone ustawą z 1994 r. i pierwotnie stanowić miały rozwiązanie przejściowe (przewidziane na 20 lat), pomagające uporać się z szalejącym wówczas bezrobociem. Jednak, jak to bywa z prowizorkami, strefy okazały się zadziwiająco trwałe, zaś ramy czasowe przedłużano im dwukrotnie – w 2008 (do 2020) i 2013 (do 2026 r.) - w czym trudno nie dopatrzeć się lobbyingu zainteresowanych podmiotów. W międzyczasie zaś SSE stały się siedliskiem rozlicznych patologii, których apogeum związane było z „uelastycznieniem” rynku pracy.
Po pierwsze, podmioty inwestujące w SSE dzięki rozbudowanym przywilejom, takim jak długoletnie zwolnienie z CIT, pomoc publiczna pod różnymi postaciami (zwolnienie z podatku od nieruchomości, uzbrojone działki, granty inwestycyjne, środki unijne, dotacje z urzędów pracy, wsparcie administracyjne, opieka poinwestycyjna itp.) już na starcie były w uprzywilejowanej sytuacji względem przedsiębiorstw zlokalizowanych poza strefami, które nie mogły liczyć na podobne preferencje. Po drugie, z czasem to potencjalny inwestor dyktował odpowiadającą mu lokalizację – w efekcie zaczęło się tworzenie „podstref” i filii poza macierzystą lokalizacją danej strefy, często w wielu województwach. Dość powiedzieć, że obecnie 14 SSE działa w 179 miastach i 287 gminach – niekoniecznie tam, gdzie teoretycznie byłyby najbardziej potrzebne chociażby ze względu na wysokie bezrobocie. No i wreszcie, „zasługą” SSE jest walne przyczynienie się do „uśmieciowienia” polskiego rynku pracy. Powszechną praktyką jest w nich nie tyle zatrudnianie, co „wynajmowanie” siły roboczej od agencji pracy tymczasowej na umowę cywilnoprawną, za najniższą stawkę, co sprawia, że pracownik pracujący de facto na etacie, w pełnym wymiarze godzin, formalnie nie podlega kodeksowi pracy, nie ma prawa do chorobowego (zwolnienie lekarskie oznacza w praktyce wyrzucenie z pracy) do urlopu itp. Słowem, SSE stały się współczesnymi obozami pracy z półdarmowymi niewolnikami do wynajęcia, co skutkowało rozprzestrzenieniem się zjawiska „working poor”. Obecnie presja na utrzymanie jak najniższych kosztów zatrudnienia doprowadziła do kolejnego absurdu – otóż na sfinansowane w ogromnej mierze przez polskiego podatnika miejsca pracy przyjmuje się masowo gastarbeiterów z Ukrainy. Polskie państwo nie ma z tego literalnie nic.
Co więcej, wg wyliczeń Fundacji Kaleckiego (stan na 2013 r.) w SSE polski kapitał stanowił jedynie 19 proc., zwolnienia podatkowe w przeliczeniu na jedno miejsce pracy tylko w latach 2010-2012 wyniosły 139 tys. zł. (taki jest pokryty przez nas koszt stworzenia jednego miejsca pracy w SSE), zaś w latach 1998-2012 ulgi wyniosły ogółem 12 mld. zł. Krótko mówiąc, futrujemy zagraniczny kapitał kosztem rodzimych przedsiębiorców.
Piszę o tym z prostego powodu – rzecz bowiem w tym, by wraz z jednolitym obszarem inwestycyjnym powyższe plagi nie rozlały się na cały kraj. Min. Morawiecki zastrzega wprawdzie, że szczególnie premiowana będzie jakość nowo tworzonych miejsc pracy, wsparcie dla małych przedsiębiorstw, transfer know-how, współpraca z ośrodkami naukowymi itp. - i oby tak było, bo w przeciwnym razie może się okazać, że wskutek „rozwojowej” reformy wpadliśmy z deszczu pod rynnę.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 39 (29.09-05.10.2017)

środa, 9 grudnia 2015

PiS kontra system III RP

PiS wciąż pozostaje partią opozycyjną – opozycyjną wobec systemowych patologii III RP składających się na obóz władzy realnej.

I. PiS jako partia opozycyjna

Kilka tygodni temu w tekście pt. „Przetrwać bez zwycięstwa nie można” przypomniałem tytułowy cytat ze słynnego listu prof. Andrzeja Nowaka wystosowanego na konwencję wyborczą Andrzeja Dudy, twierdząc, że wygrana w wyborach prezydenckich i parlamentarnych to nie jest jeszcze sukces. PiS dopiero wygrał kwalifikacje, zajął pole position, lecz do zwycięstwa w wyścigu zostało jeszcze wiele okrążeń i to w skrajnie nieprzyjaznych warunkach. Dziś widzimy, że tworzony pracowicie przez minione 25 lat system III RP nie zamierza łatwo złożyć broni. Jak do tej pory, PiS przejął jedynie, jak to ujmuje Stanisław Michalkiewicz, „zewnętrzne znamiona władzy”. Do przejęcia władzy rzeczywistej wciąż daleka droga. Innymi słowy, jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało, mimo objęcia rządu i prezydentury, Prawo i Sprawiedliwość wciąż pozostaje partią opozycyjną – opozycyjną wobec systemowych patologii III RP składających się na obóz władzy realnej.

Owo stronnictwo, nazywane przeze mnie Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP to nic innego jak ściśle wyselekcjonowane grupy czerpiące korzyści z postmagdalenkowego porządku; kasta uprzywilejowanych, która zasiedliła różne habitaty jako najwyższe ogniwo łańcucha pokarmowego. Są to przyssane do mechanizmu funkcjonowania państwa organizmy pasożytnicze, których pozbycie się będzie równie trudne jak zwalczenie tasiemca. Imię ich – Legion. Znajdziemy tam watahy „resortowych dzieci”, służby specjalne, biznesmenów żyjących z szemranych geszeftów z aparatem państwa, medialnych macherów od wzbudzania masowych nastrojów, kliki urzędnicze, samorządowe, zawodowe korporacje, międzynarodowy biznes, jurgieltników na żołdzie obcych stolic... długo by wymieniać. Wszyscy oni żyją z dojenia Rzeczypospolitej, zaś ich ekspozyturą zapewniającą polityczną „kryszę” nieodmiennie są te same formacje, zmieniające jedynie co jakiś czas partyjne szyldy.

II. Widmo „sądokracji”

Jak łatwo doraźna wygrana może zmienić się w porażkę pokazuje obecna batalia o Trybunał Konstytucyjny. Zwycięstwo otworzy drogę do głębokich reform, porażka zablokuje zmiany na lata – a pamiętać należy, że wszak za chwilę TK będzie rozstrzygał we własnej sprawie, czyli wniosek o zbadanie konstytucyjności niedawnej ustawy przeforsowanej przez PiS. Przypomnijmy, że po przegranej Bronisława Komorowskiego, Platforma widząc możliwość utraty władzy, postanowiła zostawić po sobie instytucję permanentnego sabotażu, mającą blokować jakiekolwiek zmiany uderzające w interesy i spoistość obecnego systemu. Gdyby na dodatek PiS nie uzyskał samodzielnej większości i skazany zostałby na jakąś koalicję, lub rządy mniejszościowe, mielibyśmy powtórkę z lat 2005-2007 i nieustanną szarpaninę zakończoną przedterminowymi wyborami w których zmęczony elektorat zagłosowałby na jakąś „umiarkowaną” partię świętego spokoju w rodzaju Nowoczesnej. Tak się nie stało – partia Jarosława Kaczyńskiego zdobyła samodzielną większość a do tego, jak pokazały ostatnie głosowania, może liczyć na okazjonalnych sojuszników z ruchu Kukiza.

Tym większym priorytetem dla PO i jej zaplecza stała się obrona Trybunału w jego „czerwcowym” kształcie. Chodzi tu zarówno o skład personalny jak i o wynikający zeń mechanizm, czyniący z TK swoisty, nieodpowiedzialny przed nikim „nad-parlament”, mogący pod pozorem sprzeczności z Konstytucją uziemić wszelkie inicjatywy sanacyjne, a w ostateczności – odwołać prezydenta. Polskie państwo w tym układzie, przy zachowaniu pozorów „demokratycznego państwa prawnego”, przeistoczyłoby się w zakamuflowaną dyktaturę - „sądokrację” - w której ciężar władzy przeniósłby się do wąskiego, nieodwoływalnego grona. Parlament, Rada Ministrów i Prezydent stałyby się zaledwie ciałami administracyjnymi, władnymi co najwyżej mozolnie grzebać przy trzeciorzędnych szczegółach – fasadą rządów nieustannie wykładającą się na kolejnych starciach z „sądokratycznym” gremium. Dodatkowo, każda porażka przed Trybunałem byłaby pożywką dla propagandy na zasadzie – proszę, oto znowu PiS chciał się zamachnąć na „konstytucyjne wartości”, ale na szczęście strażnicy „państwa prawa” z TK mu to udaremnili.

O tym, że nie są to czcze obawy świadczy fakt, iż sędziowie Trybunału brali bezpośredni udział w pracach nad czerwcową ustawą. Pisali więc ją „pod siebie”. Każdy, kto choć otarł się o środowisko luminarzy prawa wie, jaki poziom pychy i arogancji ono sobą reprezentuje. W prezentowanej przez nich optyce jedynie ich środowiskowe autorytety upoważnione są do tworzenia i interpretacji prawa – przy czym interpretacje mogą być na tyle dowolne i szerokie, by przekraczać granice prawotwórstwa. Łatwo przewidzieć jak plastycznym narzędziem w ich rękach stałaby się obecna, rozwlekła i nieprecyzyjna konstytucja. Kolejną cechą środowiskową jest – wspólne zresztą dla całego obozu III RP – utożsamienie obecnej formy polityczno-ustrojowej państwa polskiego z demokracją jako taką, przy czym konstytucja z 1997 roku jest tu najwyższym, nienaruszalnym dogmatem. W konsekwencji, każda próba kontestacji i zmiany zastanego porządku jawi się w ich oczach jako zamach na demokrację – i w takim właśnie duchu orzekałby „czerwcowy” Trybunał.

III. Kapitał społeczny

Dlatego odbywająca się na naszych oczach bitwa o kształt Trybunału Konstytucyjnego jest absolutnie kluczowa dla kampanii uzdrawiania państwa. PiS w tej chwili próbuje niczym taran skruszyć bramy twierdzy w której schronili się beneficjenci systemu. Lub, jeśli kto woli, rozbić niczym lodołamacz zator niemożności i niewydolności państwa w którym nieuchronnie grzęźnie każda reformatorska inicjatywa. Jeśli wygramy, dalej będzie już o wiele łatwiej. Piszę „my” – ponieważ ta zmiana jest we wspólnym interesie wszystkich sił mających serdecznie dość zatęchłego, malarycznego bajora jakim stała się Polska - niezależnie od tego, czy ktoś jest zwolennikiem PiS, narodowców, Kukiza itd.

Tamci doskonale o tym wiedzą. Trybunał Konstytucyjny stał się ich ostatnią poważną instytucjonalną zaporą. Gdy ona padnie, nawet skamieniały aparat sądowniczy nie uchroni się przed reformami – a wówczas nastąpi ich koniec. Dlatego tak wyją. Stąd te histerie na tle „stalinizmu”, „III Rzeszy”, „putinizmu”, „faszyzmu” i czego tam jeszcze. Ale dobra nasza – im głośniej i głupiej wrzeszczą, tym lepiej. Wrzaski te bowiem nie wyrażają żadnych zbiorowych emocji, poza nerwowym rozedrganiem krzyczących. Oni po prostu czują, że za chwilę ich czas, jako uprzywilejowanej kasty, dobiegnie końca. Natomiast zwykli ludzie mają ich lęki i frustracje głęboko gdzieś. Elity III RP płacą w tej chwili cenę za dwudziestopięciolecie pogłębiającego się, społecznego wyobcowania. Za lata ojkofobicznej pogardy okazywanej własnemu narodowi i zbywania narastających społecznych problemów. Nie byli w stanie wiarygodnie wyjść z dotychczasowej roli podczas kampanii Komorowskiego, wyborów parlamentarnych, nie są w stanie uczynić tego i teraz. Stać ich w tej chwili jedynie na groteskowe akcje w rodzaju facebookowej „konspiracji”, która w realu zgromadziła na demonstracji kilkadziesiąt osób – i to w Warszawie, najbardziej platformerskim mieście w Polsce. Porównajmy to sobie z miesięcznicami smoleńskimi, demonstracjami narodowców, tłumami zgromadzonymi na uroczystościach Radia Maryja, że już o Marszu Niepodległości nie wspomnę.

Taka jest różnica między „obywatelskim” zapleczem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, a zgromadzonym przez lata opozycji społecznym kapitałem obozu patriotycznego. Dostrzega to nawet antysystemowa lewica. „Państwa nie było, gdy pracodawca nie wypłacał pensji, zatrudniał na czarno albo na śmieciówce. Ludzie nie będą bronić państwa, które ich nie broniło” - napisała Marcelina Zawisza z partii „Razem” - i tak to faktycznie wygląda. Większość społeczeństwa widzi, że „onych”, tam na górze, ogarnął strach. A skoro się boją, to znaczy że po pierwsze – są słabi, po drugie zaś – mają coś za uszami.

Jest jeszcze jedna rzecz. Otóż obóz patriotyczny był gotów przez ostatnie lata ryzykować – ostracyzmem, wyśmianiem, lecz także aresztem, spałowaniem, nalotem ABW na mieszkanie, procesami. Topniejące pokolenie „ciepłej wody w kranie” nie jest gotowe zaryzykować niczym – nawet katarem, jeśli demonstracja czy inny „event” przypadałby akurat w kiepską pogodę. Warto to jeszcze raz dobitnie unaocznić. Potrzebny jest czytelny sygnał poparcia dla zmian i sądzę, że masowa manifestacja – chociażby 13 grudnia, jak rok temu, po sfałszowanych wyborach, byłaby dobrym pomysłem. Niech jeszcze raz na nas popatrzą i poczują ten chłodek wędrujący wzdłuż kręgosłupa.

*

Nie zaprzeczając wadze opisanej powyżej batalii, nieustannie przypominam się ze swymi postulatami, których spełnienie nie wymaga niczego prócz woli i determinacji. A zatem:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2929-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 47 (02-08.12.2015)

środa, 8 maja 2013

Przewodnik po III RP

… czyli Cezary Gmyz oprowadza nas po neo-peerelowskim „jądrze ciemności”.

I. Podróż do wnętrza systemu

Książka „Zawód: dziennikarz śledczy” to błyskawiczna i świetnie „czytająca się” podróż po patologiach III RP. Albo inaczej: nie tyle po patologiach, bo to sugeruje istnienie jakiegoś zdrowego trzonu, który jedynie tu i ówdzie uległ wynaturzeniu, ile po systemowych dysfunkcjach wbudowanych w ustrój społeczno-polityczny postokrągłostołowej Polski z pełną premedytacją – po to, by zainteresowani mogli czerpać z nich korzyści przez następne dziesięciolecia. Cezary Gmyz odpytywany przez Piotra Goćka oprowadza nas zatem po tym neo-peerelowskim „jądrze ciemności”, odkrywając kolejne obszary żerowisk formacji, którą pozwalam sobie nazywać Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

Wywiad-rzekę spina klamra, którą jest Tragedia Smoleńska. Lekturę zaczynamy od trotylu na wraku Tupolewa i okoliczności zwolnienia Cezarego Gmyza z „Rzeczpospolitej”, kończymy zaś opisem rozlicznych uchybień w trakcie smoleńskiego śledztwa (ze szczególnym uwzględnieniem roli Tomasza Turowskiego i generalnie polskiej dyplomacji, oraz Prokuratury Wojskowej). Nagromadzenie nieprawidłowości sprawia wręcz wrażenie celowego i systematycznego sabotażu uskutecznianego m.in. z powodu dojmującego strachu przed Rosją. Dość powiedzieć, że Andrzej Seremet przestrzegał Tomasza Wróblewskiego, że jeśli opublikują w „Rzepie” tekst o odkryciu śladów materiałów wybuchowych, to... będzie wojna. Ni mniej, ni więcej – wedle Prokuratora Generalnego jeden „nieodpowiedzialny” tekst w polskiej prasie może sprowokować Rosję do napaści. To pokazuje chyba najdobitniej skalę psychicznego sterroryzowania naszych elit przez reżim Putina. A tego typu kwiatków jest przytoczonych więcej. Wniosek jest jeden: ONI z własnej woli nie dopuszczą do odkrycia czegokolwiek, co mogłoby nie spodobać się Rosji.

II. Oblicza degrengolady

Ale cała ta „tragedia posmoleńska” jak nazwał kiedyś Ziemkiewicz to, co stało się po 10 Kwietnia, jest jedynie końcowym objawem wszechogarniającej degrengolady. W kolejnych częściach dowiadujemy się m.in. o skutkach lustracyjnego zaniechania i zbiorowym oporze wszystkich bez wyjątku wpływowych środowisk przed rozliczeniami. Przy okazji autor – znawca problematyki lustracyjnej – rozprawia się z całą mainstreamową antylustracyjną mitologią, obnażając zakłamanie i złą wolę dyżurnych przeciwników „grzebania w życiorysach”. Był to bez wątpienia jeden z grzechów założycielskich III RP skutkujący na najróżniejsze sposoby do dnia dzisiejszego. Choćby wspomniany wyżej Turowski – esbecki „nielegał” w Watykanie i jego tajemnicza rola w sprawie Smoleńska – przypomnijmy, że nagle, na miesiąc przed tragedią, został skierowany do Moskwy jako główny organizator wizyt dyplomatycznych...

W innym miejscu dowiadujemy się szczegółowo o sprawie willi Kwaśniewskich w Kazimierzu nad Wisłą, formalnie zarejestrowanej na kogo innego – z tego prostego powodu, że była para prezydencka nie byłaby w stanie udokumentować swymi legalnymi dochodami źródeł sfinansowania jej kupna. Akcja CBA została „utrącona” w ostatnim momencie – nadzorujący śledztwo przestraszyli się nazwisk...

Na mnie największe wrażenie wywarła jednak historia o nowelizacji prawa spółek handlowych napisanej pod zamówienie Ryszarda Krauzego – i jak można się domyślać – również innych oligarchów, pragnących uniknąć odpowiedzialności za wyprowadzanie pieniędzy ze swych przedsiębiorstw. Scena z noworocznego balu adwokatury na którym „środowiska biznesowe” wręczają ministrowi sprawiedliwości Krzysztofowi Kwiatkowskiemu pakiet zmian prawnych do realizacji, przebija nawet spoty PiS z kampanii w 2007 roku ze słynnym „Mordo ty moja” na czele. Dodam od razu, że w tej sprawie nie było niewinnych – wszystkie sejmowe ugrupowania w mniejszym bądź większym stopniu współtworzyły „partię Krauzego”, choć głównym rozgrywającym miał być Adam Szejnfeld z PO. W efekcie usunięto z Kodeksu Spółek Handlowych art.585, który mówił, iż kto działa na szkodę własnej spółki jest zagrożony karą pozbawienia wolności do lat pięciu. Nowelizacja weszła w życie bez vacatio legis i w takim trybie, że do ostatniej chwili nie wiedział o tym ani sąd ani prowadząca przeciw Krauzemu sprawę prokuratura. Na tydzień przed rozprawą... Tak się to robi, Panie i Panowie.

Wiele miejsca poświęcono również kwestii lustracji Kościołów różnych wyznań. Od razu powiem, że żadne nie zdało egzaminu (choć jedne „nie zdały mniej” a inne „nie zdały bardziej”). Przy okazji podważona została zasadność obiegowego stwierdzenia, iż konfidentami w Kościele Katolickim było maksymalnie 10% duchowieństwa. Niestety, odsetek TeWusiów był wyższy. W tym kontekście zostało rzucone ciekawe światło na słynne ubiegłoroczne „Orędzie” polskiego Kościoła Katolickiego i rosyjskiej Cerkwi, poprzedzone etapem „dyplomacji ikonowej”. Wielce czynny był tu długoletni konfident SB, arcybiskup Sawa – zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz – jakże by inaczej – słynny „Orsom” i „Ritter”, czyli dobrze nam znany Tomasz Turowski...

A do tego jeszcze opisy rzeźnickich metod polowania preferowanych przez Bronisława Komorowskiego, a jeszcze „detektywistyka historyczna” dotycząca II Wojny Światowej, a jeszcze smaczki z warsztatu dziennikarstwa śledczego (choćby instruktaż jak rozpoznać i zgubić „ogon” służb), a jeszcze... Tu już zmilczę, bo i tak boję się, że zdradziłem zbyt wiele, psując w ten sposób potencjalnemu czytelnikowi przyjemność lektury.

III. Ozdrowieńczy szok

Podsumowując, ogólną wymowę książki „Zawód: dziennikarz śledczy” można scharakteryzować następująco: obraz współczesnej Polski, jaki się z niej wyłania nie będzie może jakimś szczególnym zaskoczeniem dla czytelnika – nazwijmy go umownie - „prawicowego”, obcującego od lat z pozamainstreamowymi mediami. Niemniej, nawet dla niego parę rzeczy może stanowić niespodziankę, na zasadzie, że może być „aż tak”. Natomiast dla leminga, albo po prostu dla kogoś kto na co dzień sprawami publicznymi się nie interesuje, książka ta może być ozdrowieńczym szokiem (o ile nie odepchnie jej od siebie w odruchu niezgody na zburzenie obrazu świata w którym mimo pewnych tzw „bolączek” generalnie wszystko gra). Sądzę jednak, iż w miarę rozwoju sytuacji pod rządami Dyktatury Matołów, będą rosły szeregi ludzi gotowych przyjąć do wiadomości to, o czym opowiada im Cezary Gmyz. Dlatego pozycję tę warto nie tylko przeczytać samemu, ale pożyczyć, bądź polecić jej kupno znajomym.

No i na koniec jeszcze jedno: Cezary Gmyz to ostatni, bądź jeden z ostatnich Mohikanów dziennikarstwa śledczego z prawdziwego zdarzenia. Grupa ta – i tak niezbyt liczna w III RP – wykruszała się stopniowo, bądź popadając w różne wynaturzenia, bądź odchodząc z zawodu (pamiętacie chociażby Jacka Łęskiego?). I to jest kolejny powód dla którego warto się z tą książką zapoznać, bo kto wie, kiedy następnym razem pojawi się możliwość przeczytania czegoś podobnego.

Gadający Grzyb

„Zawód: dziennikarz śledczy”; z Cezarym Gmyzem rozmawia Piotr Gociek; Wydawnictwo Fronda PL sp. z o.o.; Warszawa 2013.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/