Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podatek dochodowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podatek dochodowy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 kwietnia 2015

Na co idzie Twój PIT?

Haracz od dochodów przeznaczany jest w całości na spłatę odsetek od pożyczek zaciągniętych przez kolejne rządy u rozmaitych lichwiarzy.

Ponieważ mamy kwiecień, czyli miesiąc „pitowy”, nie od rzeczy byłoby napisać co nieco o tym ulubionym przez miliony Polaków sporcie, jakim jest coroczne ślęczenie nad formularzami podatkowymi gwoli ukontentowania Urzędu Skarbowego i Ministerstwa Finansów. Zasiadają więc Polacy w liczbie ok. 25 milionów dusz do swej corocznej spowiedzi finansowej i klnąc w żywy kamień starają się wypełnić te wszystkie rubryki – przychód, koszty uzyskania, odliczenia, dochód, podatek - sprawdź kilka razy czy gdzieś nie ma pomyłki bo konsekwencje mogą być gorsze od wtrącenia do czeluści piekielnych... No, a jeśli masz jeszcze na koniec wystarczająco wiele samozaparcia, to możesz przekazać cały 1% swojego podatku wybranej instytucji pożytku publicznego. I to jest chyba jedyny moment, kiedy podatnik wie na co pójdą wypracowane przez niego pieniądze, bo cała reszta skryta jest mrokiem tajemnicy. Podatki trafiają do wspólnego worka z naklejką „budżet państwa” i stamtąd rozdysponowane zostają na przychylanie nam nieba przez rządzących i koegzystujący z klasą polityczną aparat urzędniczy - oczywiście po tym, jak już sami opędzą swe najpilniejsze potrzeby socjalne. A że jest co opędzać, świadczyć może raport Fundacji Republikańskiej z 2013 roku „Wynagrodzenia w administracji publicznej” z którego wynika, że łączny koszt utrzymania sektora publicznego to 88 miliardów zł.

Na co więc idą nasze podatki? Wpływy z podatku dochodowego od osób fizycznych za rok 2013 miały wynieść według prognoz ustawy budżetowej 42,9 mld złotych. Oznacza to, że nasz PIT wystarcza na pokrycie ok. połowy kosztów administracji publicznej. Nawet jeśli doliczyć do tego inny podatek dochodowy – CIT płacony przez przedsiębiorstwa – 29,6 mld, to i tak okazuje się, że to za mało i trzeba dołożyć z VAT-u (126,4 mld zł), bądź akcyzy – 64,5 mld. Ale jest jedna pozycja budżetowa, która jak ulał pasuje do wpływów z podatku dochodowego. Tym punktem są koszty obsługi zadłużenia Skarbu Państwa. Tak się składa, że w 2013 roku wyniosły one łącznie 42,7 mld zł – czyli niemal dokładnie tyle, ile wpływy z PIT. Jeśli zatem, podatniku, głowisz się na co idzie Twój PIT, to właśnie otrzymałeś odpowiedź. Haracz od dochodów przynoszony w zębach skarbówce przeznaczany jest w całości na spłatę odsetek od pożyczek zaciągniętych przez kolejne rządy u rozmaitych lichwiarzy zwanych kurtuazyjnie „inwestorami”. A nie jest to mało – wedle oficjalnych danych w 2013 dług publiczny wynosił 838,1 mld zł, zaś wg balcerowiczowskiego „licznika długu”jest to już ponad 1 bln zł. Warto dodać, że rządy Platformy zadłużyły Polskę na niemal drugie tyle, co wszyscy poprzednicy po 1989 roku. Jak więc widać, przy takim rozmachu nie można sobie pozwolić na fanaberie w rodzaju podniesienia kwoty wolnej od podatku, którą mamy najniższą w Europie (3091 zł), co powoduje, iż podatki płacą nawet osoby żyjące poniżej progu ubóstwa – czyli wyróżniamy się na tle innych krajów jedynym w swoim rodzaju podatkiem od nędzy. Ale cóż poradzić – trzeba się solidarnie zrzucać na długi Rostowskiego, ciepła woda w kranach nie płynie za darmo, nawet na „zielonej wyspie”.

Warto zwrócić uwagę na szereg absurdów związanych z PIT-em. Otóż podatek ten w znacznej mierze polega na przepompowywaniu pieniędzy budżetowych. Tak się bowiem składa, że płacony jest m.in. od dochodów otrzymywanych w różnych formach od państwa. 2,5 mln podatników to pracownicy budżetówki, dalsze 7,5 mln to emeryci i renciści, do tego dochodzą beneficjenci opieki społecznej otrzymujący zasiłki i zapomogi socjalne. Owe „wirtualne dochody” jak nazywa to Centrum Adama Smitha polegają w skrócie na przekładaniu pieniędzy publicznych z jednej kieszeni do drugiej. A jeszcze warto wspomnieć o „podatnikach wyzerowanych”, którzy najpierw odprowadzają zaliczki, by później otrzymać zwrot tego, co wpłacili – szacuje się, że to kolejnych 10 mln. Podsumowując, realnie podatek dochodowy płaci w Polsce jakieś 4-5 mln osób. Przy jego obsłudze zatrudniona jest armia urzędników (80% całego aparatu skarbowego) kosztująca rocznie 2 mld złotych (dane Fundacji Republikańskiej). Czas poświęcany przez podatników na wypełnienie PIT-ów to równoważnik 16 tys etatów. Można sądzić, że właśnie to w dużej części sprawia, iż według OECD mamy najmniej efektywny aparat skarbowy wśród wszystkich członków organizacji. Dość powiedzieć, że na każde 100 zł wpływów z podatków, aż 1,72 zł wynoszą koszty administracji skarbowej. Jest to rekord. Z kolei raport Banku Światowego „Paying Taxes 2013” sytuuje nasz system podatkowy na 114 pozycji spośród 183 państw. A wszystko po to, by uzyskać raptem ok 14% wpływów do budżetu państwa, z czego znaczna część, jak wspomniałem wyżej, i tak pochodzi z różnych form redystrybucji. Koniec końców, wychodzi na to, że PIT jest kosztowną fikcją utrzymywaną chyba jedynie w celach dyscyplinujących - by podatnik, niczym potencjalny przestępca, czuł nad sobą władną dosięgnąć go w każdym momencie opresyjną rękę państwa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/podatek-od-n%C4%99dzy#.VS1xJPBvAmw

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 16 (17-23.04.2015)

środa, 18 lutego 2015

Podatek od nędzy

W Polsce nawet bieda jest towarem luksusowym, który należy opodatkować, by ludziom od dobrobytu w głowach się nie poprzewracało.

W cieniu głosowania i sejmowej awantury związanej z ratyfikacją tzw. konwencji antyprzemocowej, która oczywiście dostarczyła mediom pretekstu by nie zajmować się innymi tematami, przemknęła gdzieś chyłkiem-boczkiem informacja, że w tym samym dniu posłowie PO-PSL odrzucili projekt ustawy podnoszącej kwotę wolną od podatku. Z inicjatywą wyszli „ruchersi” od Palikota, którzy najwyraźniej w roku wyborczym postanowili rzutem na taśmę pokokietować topniejący w oczach elektorat wrażliwością społeczną. Jednak w tym przypadku mniejsza o motywacje i autorstwo projektu (choć, na marginesie, zastanawia, jakim cudem tak nośny temat mógł przegapić PiS – ot, kolejny przejaw indolencji głównej siły opozycyjnej). Problem jest poważny i dotyka ogromne rzesze Polaków.

Tak się składa, że mamy najniższą kwotę wolną od podatku w Europie (oczywiście, wśród krajów stosujących takie rozwiązanie). Obecnie wynosi ona 3091 zł rocznie, czyli w rozbiciu - 257,58 zł miesięcznie. To o połowę mniej niż granica skrajnego ubóstwa, czyli tzw. minimum egzystencji. Według danych GUS, w 2013 roku wynosiła ona miesięcznie 551 zł dla osób gospodarujących samotnie i 371,50 na osobę w gospodarstwach czteroosobowych. Posłowie TR chcieli zwiększyć kwotę dochodu wolną od podatku do 6253,32 zł, czyli 521,11 zł/mies (tyle wynosiła granica skrajnego ubóstwa w 2012 roku wg Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych). Chodziło więc o to, by ludzie żyjący na skraju biologicznego przetrwania nie musieli płacić podatku dochodowego. Póki co bowiem mamy w Polsce jedyny w swoim rodzaju wynalazek: podatek od nędzy.

Jaka jest skala problemu? W 2013 roku poniżej granicy minimum egzystencji żyło 7,4% Polaków, poniżej relatywnej granicy ubóstwa (50% średnich miesięcznych wydatków ogółu gospodarstw domowych) – 16,2%, natomiast poniżej ustawowej granicy ubóstwa – 12,8%. Warto również przypomnieć badania Eurostatu z 2012 roku, z których wynika, że w Polsce zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym jest 27%, czyli ponad 10 mln obywateli. Jeśli chodzi o dzieci, jest to aż 30,8%. Dodałbym jeszcze kategorię tzw. „working poor”, czyli „pracującej biedoty” - ludzi, którzy mimo podjęcia pracy nie są w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb (czynsz, ubranie, jedzenie, opłaty itp.). Według raportu CBOS z 2008 roku takich ludzi jest w Polsce ok. 2 mln, czyli 6,6% dorosłej populacji. Z kolei raport Komisji Europejskiej z 2010 roku mówi aż o 11% „working poor” w Polsce – tyle osób jest zagrożonych biedą lub wykluczeniem społecznym pomimo tego, że pracują.

Z której strony by nie patrzeć, jakie kryteria by nie przyłożyć, dane są przerażające. Mamy rozległe obszary nędzy, w tym ponad 2,8 mln Polaków wegetujących na granicy przetrwania. Wszystkich tych ludzi łączy jedno – zmuszeni są płacić od swej biedy podatek. Wychodzi na to, że nawet bieda jest u nas towarem luksusowym, który należy obłożyć daniną publiczną, by ludziom od dobrobytu w głowach się nie poprzewracało.

Jak kwestia kwoty dochodu wolnej od podatku przedstawia się w innych krajach? W Niemczech (dane za 2013 rok), w przeliczeniu jest to ponad 30 tys zł, przy czym średnie miesięczne wynagrodzenie to ok. 12.878 zł (licząc euro razy 4,3 zł). W Polsce, jak wspomnieliśmy – 3091 przy średnim wynagrodzeniu ok 3.650 (2013 rok wg GUS). Oznacza to, że przy trzyipółkrotnie wyższych zarobkach Niemcy cieszą się niemal 10 razy wyższą kwotą wolną od podatku! Jedźmy dalej. Francja – 25 tys zł przy średnim wynagrodzeniu ok. 12.878 – czyli osiem razy wyższa kwota wolna przy 3,5 raza wyższej płacy. Chorwacja – 14.333 zł przy wynagrodzeniu 4.661, co daje 4,6 raza wyższą kwotę wolną przy średnim wynagrodzeniu wyższym od polskiego raptem o 1,28. A gdzie nam do Hiszpanii z jej 74.122 zł wolnej kwoty... Można tak wyliczać długo, niemniej wszędzie kwoty wolne od podatku są wielokrotnie wyższe – i to biorąc pod uwagę różnice w wysokości wynagrodzeń. Słowem, w odróżnieniu od nas, w Europie nigdzie biedacy nie muszą płacić PIT...

Szacuje się, że podwyższenie kwoty wolnej kosztowałoby budżet państwa 13 mld 662 mln złotych. Państwa na to nie stać! - zakrzykną zwolennicy „zaciskania pasa”. Czyżby? Już nawet szkoda tłumaczyć, że te uwolnione pieniądze trafiłyby na rynek i spora ich część tak czy inaczej wróciłaby do budżetu – choćby pod postacią podatków pośrednich takich jak VAT czy akcyza ukryte w cenach towarów i usług. Ale spójrzmy na takie oto dane: według raportu Fundacji Republikańskiej „Wynagrodzenia w administracji publicznej” z 2013 roku, średnie wynagrodzenie w administracji publicznej to 4395 zł. Łączne wynagrodzenia sektora publicznego to 88 miliardów złotych rocznie, zaś zatrudnienie – 1 mln 900 tys osób. Ale nie – tu pasa zacisnąć nie można. Przecież władza nie uderzy w swój najwierniejszy, urzędniczy elektorat utrzymywany m.in. z podatków płaconych przez osoby poniżej progu ubóstwa. Pasek podatkowy zaciśnie się reszcie – choćby na szyi.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2012/02/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze.html

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 7 (13-19.02.2015)