Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żołnierze Wyklęci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żołnierze Wyklęci. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 maja 2016

„Wyborczej” strachy na Lachy

Jedna manifestacja ONR odbiła się samej tylko „Wyborczej” czkawką w postaci kilkunastu tekstów – paranoja...

I. Żołnierze Wyklęci i „problemat Jaruzelskiego”

W minionych dniach mieliśmy w „Wyborczej” wysyp tekstów utrzymanych w tonie moralnej paniki o natężeniu wyjątkowym nawet biorąc pod uwagę to, do czego przez lata gazeta ta zdążyła nas przyzwyczaić. Przyczyny owej erupcji grozy były dwie – białostockie obchody 82. rocznicy powstania ONR i uroczysty pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Na okoliczność powązkowskiego pochówku „Łupaszki” oddelegowano Wojciecha Czuchnowskiego, który postanowił przypisać mu odpowiedzialność za akcje pacyfikacyjne Romualda Rajsa ps. „Bury” na zasadzie – wprawdzie Szendzielarz „Buremu” żadnych pacyfikacji nie zlecał, ale też nie ma dowodów, że się im sprzeciwiał. I tu już Czuchnowski wyłożył się na całej linii, bowiem – abstrahując nawet od tego, że działalność Rajsa miała na celu neutralizację komunistycznej agentury i popierających ją środowisk białoruskich zazwyczaj rekrutujących się spośród przedwojennej KPP i KPZB (Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi) – od połowy września 1945 r. „Bury” nie był podwładnym „Łupaszki”, tylko funkcjonował w strukturach Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Innymi słowy, są to „fakty” wyssane z tego samego uświnionego palucha, co rzekome mordowanie Żydów przez żołnierzy AK w Powstaniu Warszawskim.

W kontekście szerszym kultem Żołnierzy Wyklętych zajął się Krzysztof Varga, biadając przy okazji pogrzebu „Łupaszki” nad „pophistorią” w której nie ma miejsca na relatywizację, za to jednoznacznie nakreślona jest linia podziału między dobrem a złem, między bohaterami, a zdrajcami, co zresztą generalnie bardzo środowisko „Gazety Wyborczej” uwiera, że przypomnę chociażby sabat zorganizowany w Narodowym Dniu Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, kiedy to zastanawiano się, czy zasługują oni na „kult”, czy też może raczej „potępienie”. Doszło do tego, że Varga ubolewa nad „marginalizacją” pamięci o żołnierzach AK i Powstaniu Warszawskim, z premedytacją nie dostrzegając, że przywracanie pamięci o Niezłomnych jest dalszym ciągiem tej samej historii. Ta magma „demaskatorskich” tekstów z jaką mamy do czynienia na przestrzeni ostatnich miesięcy jest paradoksalnie pocieszająca, świadczy bowiem o postępującym odzyskiwaniu historycznej i symbolicznej pamięci, w wyniku czego michnikowszczyzna musi się cofać na coraz to głębsze linie obrony. Kto jeszcze kilka lat temu przypuszczałby, że „Wyborcza” bronić będzie akowców przed jakoby grożącym im zapomnieniem? A tu proszę. Nie udało się zohydzić AK, nie udało się wmówić Polakom, że są wspólnikami holocaustu i narodem tępych żydożerców, zatem zostaje już tylko opluwanie antykomunistycznego podziemia – nawet tak zdawałoby się jednoznacznie pozytywnych i bohaterskich postaci, jak major Zygmunt Szendzielarz.

Ta uporczywa walka z narodową spuścizną ma dwie podstawowe przyczyny. Pierwszą z nich określam na własny użytek jako „problemat Jaruzelskiego”. Otóż Jaruzelski zapytał kiedyś „Jeżeli pułkownik Ryszard Kukliński był bohaterem, to kim MY jesteśmy?”. Tu podobnie - „jeżeli Wyklęci byli bohaterami, to kim byli nasi resortowi rodzice i dziadkowie?”. Kim jest major-profesor Bauman walczący w szeregach KBW z „leśnymi bandami”, które do dziś przyrównuje do terrorystów? Kim są nasze autorytety rekrutujące się spośród byłych stalinowców? Inaczej: z jakiego pnia, z jakiej tradycji się wywodzimy? No i jaki los nas czeka, jeśli naród dokona definitywnego historycznego wyboru? Oni naprawdę nie mają się już gdzie cofnąć, tym bardziej, że w grę wchodzi również czysta polityka. Mianowicie – i to jest druga przyczyna ich zaciekłego oporu – batalia z „Żołnierzami Wyklętymi” to walka z nowym „mitem założycielskim IV RP”, jak otwartym tekstem zdefiniował to Wojciech Czuchnowski w innym ze swych artykułów. A że ta warstwa symboliczna jest nader istotna również w doraźnym, politycznym kontekście, świadczy cały dotychczasowy dorobek „Wyborczej” - najprawdopodobniej nie musielibyśmy tak długo czekać na dojście do głosu sił patriotycznych, gdyby elitom III RP nie udawało się skutecznie latami zatruwać umysłów „pedagogiką wstydu”.

II. Obchody grozy

I sądzę, że właśnie na powyższym tle należy rozpatrywać bezprzykładną histerię rozpętaną przy okazji obchodów 82. rocznicy powstania ONR. Obóz Narodowo-Radykalny celebruje swoje organizacyjne rocznice co roku, dopiero teraz jednak uroczystość znalazła się w centrum medialnego zainteresowania. Po części dlatego, że Białystok ze względu na swą specyfikę traktowany jest przez liberalne elity jako poletko doświadczalne „multikulturalizmu”, do której to ideologii usiłują przykroić tę resztkę spuścizny po wieloetnicznej I Rzeczypospolitej, z jaką jeszcze można się niekiedy zetknąć na Podlasiu. Po drugie – zamiast zamelinować się gdzieś w kazamatach, ONR-owcy zamówili mszę w białostockiej katedrze, później zaś przemaszerowali ulicami miasta – w równych szeregach, ze sztandarami – tym samym „legalizując się” w przestrzeni publicznej. A ONR – wiadomo – to czciciele „Wyklętych”, propagatorzy owego „mitu założycielskiego IV RP”, którego tak się boją na Czerskiej. Przy okazji – oni ogólnie sprawiają wrażenie, jakby nie byli w stanie funkcjonować bez wzajemnego nakręcania się spiralą strachu. W poniedziałek boimy się narodowców, we wtorek Kaczyńskiego, w środę obrońców życia, w czwartek Kościoła, w piątek „gówniarzy” od Kukiza, w sobotę „sekty smoleńskiej”, a w niedzielę – tych ciemnych Polaków, co to rzucili się na „pińcset”. Proszę prześledzić sobie publicystykę „GW” - to naprawdę tak wygląda. W międzyczasie jeszcze odbierają szyfrówki z Berlina i Brukseli, czasem zaś wychylają się z okopów i wypatrują sygnałów dymnych zwiastujących powrót Tuska na białym Rubikoniu. I pomyśleć, że to właśnie oni zarzucają prawicy „sekciarstwo” i „syndrom oblężonej twierdzy”.

ONR-owskie obchody zbiegły się ponadto z wystawieniem w miejscowym teatrze adaptacji książki Marcina Kąckiego „Biała siła, czarna pamięć” piętnującej z jedynie słusznych pozycji białostocką ciemnotę, zaściankowość, klerykalizm, nietolerancję, ksenofobię i rasizm. Krótko mówiąc – taki kolejny „młot wstydu” mający zdyscyplinować tych strasznych „śledzików” po których „szedł” ale nie doszedł minister Sienkiewicz. Przeciw sztuce demonstrowała również przed teatrem Młodzież Wszechpolska, a „GW” piórem samego Kąckiego odmalowała atmosferę zastraszenia, jakiej poddana była ekipa Teatru Dramatycznego. „GW” nie omieszkała również nadmienić, że bilety na premierę rozeszły się jak ciepłe bułeczki, zaś po spektaklu publika zgotowała „standing ovation” - co oczywiście nie ma nic wspólnego z walorami artystycznymi sztuki. Ot, gest polityczny miejscowych oświeconych elitek, pragnących zademonstrować swą przynależność do „Polski jasnej”. Tą frekwencją i oklaskami dla topornej propagitki mówią: my też jesteśmy tolerancyjni, postępowi i nowocześni – prawie tak samo, jak wy w Warszawie i proszę nas nie mylić z „tutejszym” ksenofobicznym motłochem.

Dla dopełnienia summy wszystkich ONR-owskich strachów „Wyborcza” roztacza na marginesie wizję nacjonalistycznej Obrony Terytorialnej, bowiem złowrogi Macierewicz oznajmił, iż będą do tej formacji przyjmowani także ochotnicy z organizacji narodowych. Skutkować to ma powstaniem nacjonalistycznych i kibolskich bojówek, którym Macierewicz „da broń do ręki”, by ci rozprawili się w razie potrzeby z opozycją. I to już jest ten poziom obłędu, który każe wręcz spodziewać się, że zbrojne bandy narodowców zrobią w redakcji na Czerskiej drugie Zaleszany, albo wręcz Jedwabne. Ogółem, jedna manifestacja ONR odbiła się samej tylko „Wyborczej” czkawką w postaci kilkunastu tekstów – paranoja...

III. Ks. Międlar kontra kult Świętego Spokoju

Na koniec tej ponurej hecy zostawiłem sobie sprawę księdza Jacka Międlara, ostatecznie bowiem to on jako jedyny realnie ucierpiał wskutek zorganizowanej przez Czerską nagonki. Ów młody, dynamiczny kapłan od dawna był solą w oku „Wyborczej” i w końcu gazeta dopięła swego. Najpierw ks. Jacka przeniesiono z Wrocławia do Zakopanego, następnie zamknięto w klasztorze, teraz zaś otrzymał od zakonnych przełożonych zakaz publicznej działalności (Dominika Wielowieyska domagała się wręcz suspensy). Ksiądz Międlar nie fotografował się z satanistą-Nergalem, nie bronił go mówiąc, że darcie Biblii i ciskanie strzępów w tłum pod sceną z okrzykiem „żryjcie to g...” to tylko takie jasełka – jak czynił ks. Boniecki. Nie wszczął rokoszu przeciw swojemu biskupowi, jak ks. Lemański. Nie zerwał łączności z Kościołem, jak ks. Natanek. Nie, on tylko wzywał do dawania radykalnego świadectwa swej wierze i patriotyzmowi, do tego śmiał koncelebrować mszę dla narodowców. To wystarczyło, by białostocka kuria przeprosiła za mszę dla ONR-u, a Zgromadzenie Księży Misjonarzy zamknęło nazbyt „wyrywnemu” duchownemu usta. Jak widać, może być i tak, że politykę personalną dyktuje Kościołowi antykatolicka szczujnia, a ten się z tym godzi w imię umiłowanego kultu Świętego Spokoju.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr nr 17-18 (27.04-10.05.2016)

czwartek, 24 lipca 2014

Łapy precz od Niezłomnych

Żołnierze Wyklęci zostali zaaresztowani po raz drugi – tym razem już po śmierci.

I. Aresztowani po raz drugi

Okazuje się, że Żołnierze Niezłomni po ponad półwieczu wciąż budzą strach u swych oprawców oraz ich współczesnych następców, popleczników i potomstwa znanego jako „resortowe dzieci”. Jak dojmujący jest to lęk, ile trupów skrywa się wciąż w ubeckich szafach, świadczą ostatnie wydarzenia wokół prac ekshumacyjnych realizowanych przez zespół prof. Krzysztofa Szwagrzyka – najpierw na powązkowskiej „Łączce”, a ostatnio na cmentarzu przy ulicy Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie. Przypomnijmy, iż 10 lipca, już po ukończeniu prac porządkowych, na teren ekshumacji wkroczyła na polecenie prokuratury policja. Wylegitymowano obecnych tam pracowników z prof. Szwagrzykiem włącznie i zaczęto przesłuchania na okoliczność śledztwa w sprawie... nieumyślnego spowodowania śmierci czterech niezidentyfikowanych osób. Jak się okazało, takie zawiadomienie złożył do prokuratury powszechnej prokurator Dariusz Gabriel, dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – czyli pionu śledczego IPN-u. W efekcie, „zaaresztowano” cztery trumienki ze szczątkami tych ofiar, które udało się wydobyć w komplecie (w dostępie do pozostałych przeszkodą są istniejące tam groby – przeważnie „partyjno-służbowe”).

Spójrzmy. Pion IPN-u powołany właśnie do prowadzenia śledztw w takich sprawach jak ubeckie doły śmierci, uznaje się z niewiadomych przyczyn za niekompetentny i przekazuje sprawę prokuraturze powszechnej. Czyni to po tym, jak prof. Szwagrzyk – działając przecież z ramienia IPN w jednym ze sztandarowych projektów śledczych i badawczych - sam poinformował pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej o znaleziskach. Według słów prezesa Fundacji „Łączka”, Tadeusza Płużańskiego, pretekstem był brak przestrzelin po kulach w odkopanych czaszkach, co rzekomo miało sugerować śmierć z niewiadomych przyczyn i tym samym poddawało w wątpliwość, czy mamy do czynienia z ofiarami komunistycznego aparatu przemocy. Tymczasem każdy kto choć otarł się o zagadnienia związane z komunistycznym terrorem wie, iż ofiary mordowano w różny sposób – oprócz rozstrzeliwania stosowano wieszanie, ponadto część więźniów ginęła na skutek tortur i nieludzkich warunków panujących w kazamatach UB i Informacji Wojskowej. Pretekst jednak okazał się wystarczający, by wstrzymać prace i zarekwirować kości bohaterów. W ten oto sposób Żołnierze Wyklęci zostali zaaresztowani po raz drugi – tym razem już po śmierci.

II. Urzędniczy sabotaż

Warto w tym miejscu przypomnieć, że to nie pierwsze urzędniczo-policyjne szykany mające utrudnić, lub zgoła uniemożliwić prace nad odnalezieniem i identyfikacją polskich bohaterów, najpierw bowiem wstrzymano trzeci etap prac przy Kwaterze „Ł”. Tutaj z kolei natknięto się na dziwny paraliż decyzyjny w sprawie przeniesienia grobów „zasłużonych towarzyszy” pod którymi spoczywają zamordowani przez tychże towarzyszy żołnierze polskiego podziemia. Doszło do takiej paranoi, że odpowiednie czynniki uzależniły przeniesienie mogił od... zgody rodzin. Jak łatwo sobie wyobrazić, resortowe rodziny z całym ideologicznym bagażem odziedziczonym po ubeckich przodkach nigdy takiej zgody nie wydadzą. Tymczasem wystarczyłoby, gdyby IPN objął prokuratorskim śledztwem teren „Łączki”, by zgoda rodzin na przeniesienie grobów nie była konieczna. O zgodzie rodzin mówił zarówno przedstawiciel prezydent Warszawy, jak i członek Rady IPN prof. Andrzej Friszke. Ten ostatni w wypowiedzi dla TVN a propos Służewia posunął się wręcz do stwierdzenia, że nie może być tak, że ktoś sobie wchodzi na cmentarz i „wykonuje jakieś wykopki”. Przypomnijmy, iż te „wykopki” prowadził oficjalny pełnomocnik Prezesa IPN ds. poszukiwań nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego z lat 1944–1956 – bo takie jest formalne umocowanie prof. Szwagrzyka.

Obecnie trwają konsultacje prawne, podczas których przedstawiciele różnych zainteresowanych instytucji przedstawiają sprzeczne interpretacje. Trudno nie domniemywać, iż mamy do czynienia ze świadomym urzędniczym sabotażem, którego konsekwencją będzie wstrzymanie wszelkich prac badawczych nad „dołami śmierci”. Innym skutkiem sabotażu, prócz wstrzymania prac na „Łączce” i Służewie, jest odłożenie na „święty nigdy” budowy Panteonu Bohaterów Narodowych – już wiemy, że z pewnością nie powstanie w tym roku. Warto dodać, że jeszcze przed nalotem policji urzędnicy systematycznie nachodzili zespół prof. Szwagrzyka indagując go w kwestii różnych formalności związanych z pracami badawczymi. Ponieważ uchybień nie udało się stwierdzić, przekazano sprawę prokuraturze ogólnej, która – podkreślmy - nie posiada żadnych doświadczeń w tego typu działalności.

III. Wojna symboliczna

Możemy się tylko domyślać jakie musiały pójść naciski, jakie telefony i dyspozycje by prezes IPN, pan Łukasz Kamiński, który do niedawna chwalił się wszem i wobec działalnością prof. Szwagrzyka zdecydował się na tak haniebną rejteradę. Okazuje się, że w ponoć „wolnej Polsce” polscy niezłomni bohaterowie wciąż postrzegani są przez miejscowe elity jako zagrożenie, a resortowe dzieci dysponują zakulisowymi wpływami zdolnymi do sparaliżowania działań mających na celu należyte uhonorowanie najlepszych polskich synów i córek. Ta batalia o pamięć zbiorową i przywrócenie należytych proporcji między katem i ofiarą wciąż stanowi dla establishmentu III RP jeden z głównych frontów walki z własnym narodem. Mit Żołnierzy Niezłomnych budzi bowiem strach przed narodzinami masowej legendy spajającej społeczeństwo. To wojna symboliczna – a jak ona jest istotna, pokazuje chociażby Rosja histerycznie reagując na próby likwidacji sowieckich pomników. Jak widać, elity III RP podzielają ten punkt widzenia.

Kończąc, przypomnę słowa Roberta Radwańskiego, który stwierdził kiedyś, że dziś trzecie pokolenie AK walczy z trzecim pokoleniem UB. Jak widać, diagnoza ta jest nie tylko prawdziwa i aktualna, ale owa walka przybiera coraz ostrzejsze formy.

Gadający Grzyb

(fot. Pch24.pl)

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (21-27.07.2014)

 

czwartek, 1 marca 2012

Bitwa o pamięć


„Polskie obozy koncentracyjne” i Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” w optyce „fejginiątek”.


I. Mobilizacja przed 1 Marca

Na temat komunistycznych łagrów w okupowanej przez sowietów Polsce przez długie lata panowało w establishmentowych mediodajniach, z „Wyborczą” na czele, głuche milczenie. Może napomykano coś niecoś przy takich okazjach jak sprawa ekstradycji Salomona Morela, ale generalnie uznano, że nie należy zaprzątać głów ludności autochtonicznej tego typu zaszłościami, mogącymi rzucać cień na rodzinno-towarzyskie koneksje rozmaitych a wpływowych „fejginiątek” (że tak pożyczę określenie Jerzego Targalskiego), stanowiących dziś elitę obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP.

Tak było do momentu, kiedy to jakiś spryciula wpadł na genialny w swej prostocie pomysł, by tych prywislańskich łagrów użyć do uderzenia w pamięć historyczną Polaków i ożenić je z określeniem „polskie obozy koncentracyjne”. Jestem dziwnie pewien, iż od tej pory owe „polskie obozy” będą powracać przy najróżniejszych okazjach, albowiem zostały szczęśliwie wyegzorcyzmowane przez kapłanów sekty z Czerskiej i pobłogosławione jako kolejny element antypedagogiki wstydu, mającej permanentnie zaniżać samoocenę Polaków, by tresowana w antynarodowym duchu lumpeninteligencja tym chętniej „wyrzekła się polskości”.

Moment na ofensywę został wybrany nieprzypadkowo. Przypadający na 1 marca Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” - w rocznicę wykonania w więzieniu mokotowskim wyroku śmierci na siedmiu członkach IV Komendy Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość" – i związane z nim obchody będące kolejnym przejawem oddolnej, społecznej samoorganizacji „Wolnych Polaków” musiał poskutkować wzmożoną mobilizacją i koniecznością zakomunikowania wyznawcom, co powinni sądzić o czasach II konspiracji.

II. „GW” w taktycznym sojuszu z pruskim rewizjonistą

Pretekstu dostarczył film Pawła Siegera „Polskie obozy koncentracyjne” opowiadający o powojennych gułagach na Śląsku. Film można obejrzeć na stronie o wdzięcznej nazwie „siegersraum.com” - pisanej charakterystyczną, gotycką czcionką. Sam autor definiuje siebie jako „Prusaka” (cyt. „Być Niemcem to nie honor - to wyzwanie dla wybitnie odważnych, albo totalnie durnych. Dlatego wolę mówić, że jestem Prusak. Choć Prusak i Niemiec ze mnie jak z cegły myśliwiec bombardujący. Ale jednak Prusak... Albo coś na kształt... A czym jest SIEGERSRAUM? Jest moim „Raum". Moim miejscem, moim Lebensraum.” http://siegersraum.com/pl/index_pl.php?op=1&it=3 ).

Jak widać, dla „GW” nie ma wroga, gdy trzeba poprzez anty-politykę historyczną zrobić kolejny podkop w ramach podrywania godnościowych podstaw patriotyzmu. Może być nawet taktyczny sojusz z pruskim rewizjonistą lansującym przy wsparciu Ruchu Autonomii Śląska zredefiniowany termin, z którym usiłują z różnym powodzeniem walczyć ludzie dobrej woli na całym świecie. I absolutnie nie przeszkadza, że pod innymi względami pan Sieger jest przeciwieństwem kulturowo-obyczajowej linii „Wyborczej”, gromiąc w swym manifeście multikulturalizm i odejście Europy od swych cywilizacyjnych korzeni („Jestem rewizjonista i konserwatysta. I libertarianin. Może, gdybym był homoseksualnym związkowym działaczem bzykającym jakiegoś małego Turka, czy Kurda, albo gdybym był dość odrażającą aktywistką feministyczną, dla której "orgazm" to jedynie termin z Wikipedii, to może mówiłbym/ mówiłabym inaczej.”). To nieistotne, tego się czytelnikom nie powie – no bo ilu z nich zada sobie trud, by zajrzeć na internetową stronę Siegera?

Na gorzką ironię zakrawa fakt, że „GW” zaangażowała się w lansowanie prusko-rewizjonistycznej narracji wkrótce po tym, jak największa amerykańska agencja prasowa Associated Press dzięki akcji Fundacji Kościuszkowskiej i Alexa Storożyńskiego zrezygnowała z używania terminu „polskie obozy koncentracyjne”, co zostało wpisane do firmowego „style booka”.

III. Anty-polityka historyczna

Teraz uwaga. To nie jest tak, że środowisko salonowszczyzny nie uprawia polityki historycznej. Uprawia, jak najbardziej, tylko po swojemu. Ta, jak napisałem wyżej, anty-polityka historyczna jest elementem szerszej antygodnościowej socjotechniki, mającej obezwładnić moralnie Polaków - żeby sobie nie wyobrażali za dużo, tylko pokornie przełykali wstyd i stali się powolną, spętaną kompleksami, łatwo sterowalną masą, nieświadomą własnej historii. Przeszłość ma się jawić jako pasmo czarnych plam, ciąg hańby i śmieszności. Z jednym wyjątkiem – komunistycznych zdrajców. Ci zawsze mogą liczyć na ciepłe słowo i zrozumienie dla „dramatycznych okoliczności” w jakich przyszło im funkcjonować. Kiedy zaś oprawców nie da się usprawiedliwić w żaden sposób, jak w przypadku nadzorców powojennych łagrów, należy zwekslować dyskurs na to, że byli to po prostu Polacy działający z ramienia legalnych władz ówczesnego polskiego państwa, a więc kolejny powód do wstydu.

Otóż nie. Byli to odszczepieńcy, kierujący się mottem Moczara z 1948 roku: „Związek Radziecki jest nie tylko naszym sojusznikiem - to jest powiedzenie dla narodu. Dla nas, partyjniaków, ZSRR jest naszą Ojczyzną, a granice nasze nie jestem w stanie dziś określić, dziś są za Berlinem, a jutro będą na Gibraltarze". Byli to zdrajcy polscy, żydowscy, rosyjscy, którzy wyrzekli się własnych narodowych tożsamości na rzecz komunizmu i którzy w „klasowym patriotyzmie” realizowali się o tyle, o ile utożsamiał się on z sowieckimi interesami. Polacy którzy nie chcieli iść w ich ślady byli wrogiem – jako naród, jako masa do przerobienia, mierzwa pod nowy komunistyczny świat – i to oni od Władywostoku po Śląsk ginęli w komunistycznych koncłagrach z rąk czerwonych oprawców dla których internacjonalistyczna ojczyzna była tam, dokąd sięgały Sowiety.

„Fejginiątka” i ich akolici boją się takiego postawienia sprawy. Zbyt wiele mają rodzinnych i towarzyskich zaszłości, za bardzo boją się Polaków i zbyt mocno uwierzyli w wykreowana przez siebie legendę „endeckiego ciemnogrodu” podbudowaną środowiskową martyrologią Marca 1968, kiedy to w ramach partyjnych rozgrywek niedawny żarliwy internacjonalista Moczar użył narodowo-komunistycznej pałki do wykoszenia konkurencji. Dlatego też powodowani swoistą wewnątrzpolską ksenofobią ruszają do kolejnej bitwy o pamięć, albowiem zadekretowane zostało, iż marzec w społecznej świadomości kojarzyć się winien wyłącznie z ICH Marcem – mitologią „komandosów” mającą stanowić coroczną okazję do walenia tubylców po głowach kłonicą „wyssanego z mlekiem matki antysemityzmu” i utrzymywania polskiej tłuszczy w permanentnym poczuciu winy.

IV. Bitwa o pamięć

Pamięć zbiorowa nie znosi konkurencji, dlatego też marcowe święto ku czci Żołnierzy Wyklętych należy zdezawuować i unieważnić już na starcie, by nie zdołało się zagnieździć w powszechnej świadomości. Tak jak Marsz Niepodległości kojarzyć miał się z burdami i obciachem, tak również i Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” należy obwołać świętem „pisowców” i „moherów”, co jasno zaznaczył przodujący w pracy ideologicznej i wyszkoleniu bojowym Seweryn Blumsztajn, grzmiąc: „Zawsze ci sami: "żałobnicy smoleńscy", skrajna nacjonalistyczna prawica (ONR, Młodzież Wszechpolska, NOP), kluby "Gazety Polskiej", patriotyczni kibole, nieodzowny profesor Jan Żaryn. I oczywiście działacze PiS.” Po tak jednoznacznym wskazaniu ideowego dywersanta, pan Seweryn kończy paradnym finałem: „I zapalając świeczkę na grobie jakiejś stalinowskiej ofiary, będziemy się teraz zastanawiali, w czyim imieniu i komu to służy.”

Szczerze mówiąc, jakoś nie wyobrażam sobie Seweryna Blumsztajna zapalającego choćby ogarek w jakimkolwiek miejscu pamięci, kaźni Żołnierzy Wyklętych. Mentor z „Wyborczej” tylko uczula wczytanych w jego nauki lumpeninteligentów, by przypadkiem żadnemu z nich taka zdrożna myśl w młodym wykształconym łbie nie postała, bo zostanie wyrzucony do czeluści zewnętrznych, gdzie tylko „smoleńscy żałobnicy” i „pisowcy”. Obowiązująca wersja jest bowiem taka, że skoro członków antykomunistycznego podziemia mordowali w „polskich obozach koncentracyjnych” inni „Polacy” o przeciwnych zapatrywaniach politycznych, to mamy do czynienia z jeszcze jedną historyczną hańbą, którą szanujący się leming powinien omijać z daleka.

A gdyby który co bardziej tępy „obrazowaniec” nie zakumał, to „Wyborcza” poczęstuje go łopatologicznym tekstem utrzymanym w militarystycznej retoryce godnej „Żołnierza Wolności”: „W całym kraju zgromadzenia i przemarsze. Zapłoną znicze, w kościołach będą odprawiane uroczyste msze. W tym roku środowiska prawicowe i narodowe z rozmachem przygotowują obchody Dnia Pamięci 'Żołnierzy Wyklętych'” Straszne, prawda? Ale to nic, atmosfera się bowiem zagęszcza: „Chwilę po ukonstytuowaniu sprzymierzeni ogłosili mobilizację wśród polskich patriotów.” I dalej: „Najmocniejsze patriotyczne uderzenie zapowiadane jest w stolicy. Zacznie się na Dworcu Centralnym (...)”. „'Koncentracja' grup biorących udział w obchodach nastąpi przed Grobem Nieznanego Żołnierza. (...)” (wytłuszczenia moje - GG)

Jeśli komuś jeszcze mało, to obok mamy link do zeszłorocznego wywiadu z prof. Rafałem Wnukiem, w którym czytamy: „'Żołnierze wyklęci' byli bardzo różni. Niektórych nie można stawiać za wzór współczesnego obywatelskiego patriotyzmu, bo pod dzisiejszą Polską by się nie podpisali i nie o taką walczyli.

I tutaj pozostaje tylko się zgodzić z diagnozą pana profesora. Pod III RP w jej obecnym kształcie bohaterowie antykomunistycznej II konspiracji nie podpisaliby się z całą pewnością.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

wtorek, 1 marca 2011

Komu nie w smak Żołnierze Wyklęci?


Lista hańby: nazwiska posłów, którzy głosowali przeciw ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci ,,Żołnierzy Wyklętych".



Dziś obchodzimy pierwszy raz Narodowy Dzień Pamięci ,,Żołnierzy Wyklętych". To wspaniały, pośmiertny sukces Janusza Kurtyki, Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i wszystkich tych, którym leży na sercu odkłamanie historii najnowszej i upowszechnienie wiedzy o antysowieckim powstaniu z pierwszych lat PRL. A może nie tylko z pierwszych lat, bowiem ostatni „Żołnierz Wyklęty”- Józef Franczak, ps. „Lalek” zginął w esbeckiej obławie w nocy z 20 na 21 października 1963 roku. Przypomnijmy, że datę 1 marca przyjęto ze względu na to, iż tego dnia w 1951 roku w więzieniu na Mokotowie stracono członków IV Zarządu organizacji Wolność i Niezawisłość.


Sądzę, że po ustanowieniu dzisiejszego święta, kolejnym krokiem powinno być wmurowanie tablicy poświęconej „Żołnierzom Wyklętym” na Grobie Nieznanego Żołnierza. Tylko, czy jest to możliwe, gdy Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa woli dziś stawiać pomniki bolszewickim sołdatom w Ossowie i słać proszalne adresy do Moskwy o łaskawą zgodę na przesunięcie pomnika polsko-radzieckiego „braterstwa broni” (słynny „Czterech Śpiących, Trzech Walczących”) w Warszawie?


Pocieszające jest, że świadomość społeczna jeśli chodzi o bohaterów antykomunistycznego podziemia rośnie, jednak dziesięciolecia komunistycznej propagandy wymierzonej w leśnych „bandytów” i sławiącej „kabewiaków” wciąż pokutują w świadomości wielu Polaków, szczególnie starszego pokolenia. Zresztą, co tu mówić o „prostych” ludziach, skoro zniesławiająca legenda nie zdołała wywietrzeć nawet z głów niektórych przedstawicieli wybranej przez Naród politycznej „elity”, za jaką chciałoby się uważać posłów na Sejm RP?


Łamiąc świąteczny nastrój, zamieszczam zatem listę hańby – nazwiska posłów, którzy głosowali przeciw ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci ,,Żołnierzy Wyklętych", bądź wstrzymali się od głosu. Zapamiętajmy ich dobrze.


I. Platforma Obywatelska:


1. Fedorowicz Jerzy Feliks - przeciw


2. Korzeniowski Leszek - przeciw


3. Olechowska Alicja - przeciw


4. Rzymełka Jan - przeciw


5. Zakrzewska Jadwiga – przeciw


II. Sojusz Lewicy Demokratycznej:


1. Ostrowski Artur - przeciw


2. Balicki Marek – wstrzymał się


3. Kamiński Tomasz – wstrzymał się


4. Kopyciński Sławomir – wstrzymał się


III. Niezrzeszeni:


1. Celiński Andrzej - przeciw


2. Kutz Kazimierz - przeciw


Zwracam szczególną uwagę na pana Jerzego Fedorowicza, który jak na urągowisko miał prowadzić dyskusję po pokazie sejmowym filmu „Czarny Czwartek”, a protest i wyjście posłów PiS skomentował słowami „dobrze, że te dupki wyszły”. Posłowie SLD – wiadomo. Kutz i Celiński również mnie nie dziwią – mizerni ludkowie postawili kropkę nad swą zacietrzewioną małością. Panom tym zostaje tylko zadedykować słowa katyńskiej modlitwy, którą spokojnie można odnieść również do Tych, których pamięć dziś czcimy. „Jeśli zapomnę o nich - ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie".


No właśnie.


Gadający Grzyb


http://orka.sejm.gov.pl/SQL.nsf/glosowania?OpenAgent&6&84&18