Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IPN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IPN. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 września 2017

Pod-Grzybki 112

Obłęd – zaraz po zamachach w Katalonii pochodzący z Kaukazu nożownik do którego przyznało się ISIS zaatakował ludzi na jakimś syberyjskim zadupiu. Oczywiście, ponieważ w Rosji wszystko jest największe, to i owo zadupie, czyli miasto Surgut (nawet nie próbujcie ściemniać, że nie musieliście sprawdzać w Google gdzie to jest) również jest spore – ponad 300 tys. mieszkańców. Ale ja nie o tym. Otóż rosyjskie władze za Chiny nie chcą przyznać, że był to zamach – i słuszna ich racja. Biedaczek pewnie zmarzł i postanowił – jak to w Rosji – pomachać sobie nożem dla rozgrzewki. Niefortunnie jednak jacyś ludzie ciągle podłazili mu pod ostrze. I tak osiem razy...


*

IPN wszczął śledztwo w sprawie składania przez Wałęsę fałszywych zeznań odnośnie papierów „Bolka”. Ileż razy mam powtarzać – nie czepiajcie się Lecha. Szukajcie jego złego brata-bliźniaka Bolesława - to wszystko jego wina, a poczciwy Lechu wreszcie odetchnie, bo nie będzie musiał dłużej kryć tej zakały cesarskiego rodu Valensów!


*

Jeżeli się pan już obudził pięć dni po nawałnicy, skoro jest już pan przytomny, do pracy” - zaapelował Mariusz Błaszczak do marszałka województwa pomorskiego Mieczysława Struka po fali nawałnic, jakie nawiedziły północno-zachodnią Polskę. Wywołało to spazmy oburzenia od „Wyborczej” po Durczoka. I słusznie. Przecież Struk jest z PO, więc jest niewinny. Z definicji. Natomiast Błaszczak jest z PiS, zatem jest winny. Też z definicji.


*

Posłanka PO Agnieszka Pomaska wymyśliła sobie razem z TVN24 „ustawkę” – pojechała do gminy dotkniętej przez nawałnicę z pilarką i agregatem prądotwórczym, żeby wręczyć je przed kamerami poszkodowanym. Niestety, jej osobówka zakopała się w piachu i musieli wyciągać ją strażacy, co stało się obiektem internetowej szydery. Oj, panowie, nie znacie się na kobietach – przecież ona zabuksowała się tam specjalnie, żeby mógł ją uratować zastęp dziarskich chłopaków. Pamiętacie, jak Fiona w „Shreku” przygotowywała się na ratunek ze strony wyczekiwanego rycerza? No właśnie. Tyle, że zamiast rycerza zjawił się ogr – wynika z tego, że w przypadku Pomaskiej powinien był ją uratować Schetyna. Ciekawe, czy by ją to uszczęśliwiło...


*

Jarosław Kaczyński zadeklarował, że 10 kwietnia 2018 r. odbędzie się ostatnia miesięcznica smoleńska – staną pomniki i poznamy prawdę. Co do pomników – zgoda. Co do prawdy – wątpię. Komentatorzy twierdzą, że Kaczyński szukał formuły jak wyjść z twarzą z konfrontacji z UBywatelami RP. Ja sądzę, że raczej stracił cierpliwość do Macierewicza – bo na każdej miesięcznicy wołając po raz n-ty o dochodzeniu do prawdy chcąc nie chcąc musiał świecić za niego oczami – a przy okazji za różne sensacyjne i niesprawdzone wrzutki z jakich zaprzyjaźniona z Macierewiczem „Zona Wolnego Słowa” zrobiła sobie model biznesowy, skutecznie przy tym kompromitując smoleńskie śledztwo. Nie będę się tu silił na dowcipną pointę, bo to wszystko jest przede wszystkim niezmiernie smutne.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (06-12.09.2017)

czwartek, 31 marca 2016

Szukać tak, by nie znaleźć?

Ktoś się przestraszył potencjalnej zawartości archiwów? Co tu jest grane? Bo, że dzieje się coś niedobrego, widać gołym okiem.

I. Sygnał ostrzegawczy

Gdybym miał skłonności do megalomanii uznałbym, że w IPN-ie i prokuraturze przeczytano mój niedawny felieton z „Warszawskiej Gazety” pt. „Ujawnić szafy III RP”, w którym domagałem się szeroko zakrojonych rewizji w domach byłych wysokich funkcjonariuszy PZPR i bezpieki – i stąd ta nagła aktywizacja wspomnianych instytucji. Nagle okazało się, że można – znalazły się podstawy prawne do przeszukań, rekwirowania „sprywatyzowanych” archiwów i można mieć nadzieję, że skonfiskowane materiały będą sukcesywnie upubliczniane. Wszystko to oczywiście bardzo dobrze, radość mąci jednak obawa, że energiczna działalność śledczych może być już cokolwiek spóźniona. Esbecy nie są durniami i można domniemywać, że po tak wyraźnym sygnale ostrzegawczym, jak obecna afera wokół teczek „Bolka”, zaczną się na gwałt wyzbywać różnych trefnych papierów – bądź to melinując je w różnych skrytkach, bądź wręcz paląc nimi w piecu. Do tego drugiego mógł ich skłonić przykład Wałęsy, który bez żenady wyznał, iż „zniszczył” posiadane przez siebie dokumenty – co również mogło być swego rodzaju sygnałem, kto wie, czy nie wypuszczonym za pośrednictwem „Bolka” przez Wachowskiego. Niezależnie jednak od tego, czy Wałęsa faktycznie zniszczył swoje papiery (co podpadałoby pod przestępstwo z Kodeksu Karnego), czy tylko tak kazał napisać mu Wachowski, domyślam się, iż w wielu dygnitarskich domach trwa gorączkowa krzątanina i przetrząsanie pawlaczy – czego należy się pozbyć, co zaś zachować na użytek rewizji, by prokurator wyszedł z naręczem nieszkodliwych świstków. W szczególności dotyczy to 21 PRL-owskich prominentów wytypowanych do sprawdzenia w ramach trwającego od ubiegłego roku śledztwa ws. przetrzymywania akt, których listę sporządził IPN.

Nie dziwi mnie zatem fiasko przeszukania u prof. Lecha Kobylińskiego - byłego członka Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa gen. Jaruzelskim - który jakoby miał posiadać dokumenty TW „Wolskiego” przekazane mu niegdyś przez gen. Edwina Rozłubirskiego. Czy profesor faktycznie nigdy ich nie miał, czy zdążył ukryć – tego już się nie dowiemy i przypuszczam, że w miarę kolejnych nalotów na domy z „listy 21” i okolic, urobek będzie coraz skromniejszy, aż w końcu okaże się, że „im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”. Owszem, „17 pakietów” zabezpieczonych w domu wdowy po Jaruzelskim może zawierać interesujące znaleziska, lecz obawiam się, że będą to raczej „pikantności” w rodzaju kto i jakie listy pisał do towarzysza generała w latach '80. Prawdziwe bomby składowane są gdzie indziej.

II. „Energiczne” poszukiwania

Jeśli nieco przecedzić szum medialny, to poczynania zarówno IPN, jak i pionu prokuratorskiego (warto pamiętać, że to autonomiczna struktura, podległa prezesowi IPN jedynie symbolicznie), zaczynają wyglądać zastanawiająco nieudolnie. Najpierw dwa tygodnie karencji między pierwszą wizytą Marii Kiszczak w IPN-ie, a finalnym posłuchaniem u prezesa Łukasza Kamińskiego. Można zapytać: a co, gdyby w międzyczasie generałowa poszła po rozum do głowy i pozbyła się teczek „Bolka”? Zostalibyśmy z wycinkami prasowymi, szkicem książki, listami Passenta czy Beaty Tyszkiewicz – słowem, z jakimiś, przepraszam, duperelami. Choć, np. dokument ze strukturą organizacyjną Departamentu IV MSW zajmującego się inwigilacją i zwalczaniem Kościoła daje do myślenia. Czy Kiszczak trzymał to u siebie w charakterze „odświeżacza pamięci” - by w razie czego zorientować się na jakich odcinkach operują (już w znacznej mierze „prywatnie”) w III RP jego byli podwładni i co w związku z tym można uzyskać od pewnych hierarchów?

Po drugie, wspomniana wyżej „lista 21”. Ważne pismo urzędowe ot tak sobie „wycieka” do internetu, ostrzegając tym samym dygnitarzy, tudzież rodziny przed możliwą rewizją – a jest tam (żyjący i nieżyjący) sama śmietanka PRL-owskich służb cywilnych i wojskowych. W nagłówku widnieje data 23 lutego 2016 – zarazem jednak terminem przesłania informacji z terenowych placówek IPN dotyczących możliwości zagarnięcia akt przez funkcjonariuszy służb PRL jest ten sam dzień – 23 lutego „do godz. 16:00”. Dziwne. Szybka akcja? W takim razie, skoro sprawa była aż tak pilna, to dlaczego nie nastąpiły od razu przeszukania? Mamy pismo z 23 lutego, wyciek nastąpił, przypomnijmy, 29 lutego – i wciąż nic! Żadnych działań. W tej sytuacji można sobie „wkraczać” do kolejnych mieszkań i willi nie o siódmej, szóstej, ale wręcz i o trzeciej nad ranem. Dziennikarz RMF FM, Tomasz Skory, przytacza na Twitterze dobrze obrazujący całą sytuację dialog z „jednym z listy 21”: „- Weszli do pana? - Jeszcze nie. - Ale wie pan, że... - Wiem. Do widzenia”. No i wszystko jasne.

Kolejna rzecz, to korowody w sprawie archiwum Jaruzelskiego (2000 teczek) przekazanego Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku przez Fundację Archiwum Dokumentacji Historycznej PRL, we władzach której zasiadają Monika Jaruzelska, Ryszard Strzelecki-Gomułka (syn Władysława Gomułki) i Wacław Szklarski, były szef wywiadu i kontrwywiadu LWP. „Fakt” poinformował o tym 23 lutego, 26 lutego Ruch Kontroli Wyborów – Ruch Kontroli Władzy wobec informacji, że składowane na terenie uczelni akta bezpieki mają być „przemieszczone” wezwał IPN do przeszukania pomieszczeń Akademii, zaś następnego dnia zorganizował w Pułtusku protest. W międzyczasie (24 lutego) władze Akademii wystosowały dementi twierdząc, iż „do Akademii Humanistycznej nigdy nie zostały przekazane żadne dokumenty archiwalne związane z osobą generała Jaruzelskiego” i wezwała, by „nie ulegać pokusie szukania sensacji”. Na marginesie warto dodać, że uczelnia w Pułtusku jest swoistym skansenem dawnej PZPR-owskiej profesury. Pracownicy IPN zjawili się tam 29 lutego (równolegle z przeszukaniem w willi Jaruzelskiego), lecz... bez prokuratorskiego nakazu. Ostatecznie przystąpili do przeglądania akt w siedzibie Akademii dopiero 4 marca. Okazało się więc, że jednak „archiwum Jaruzelskiego” w Pułtusku jak najbardziej było, tyle, że nie wiadomo co się działo z jego zawartością między 23 lutego, a 4 marca.

No i wreszcie kwestia drugiego archiwum Kiszczaka, o którym poinformował tygodnik „Do Rzeczy”. 18 lutego, dwa dni po wydaniu akt „Bolka” przez Kiszczakową, zgłosił się do publicysty „DRz”, Sebastiana Rybarczyka, były wysoki rangą esbek, który 10-11 lat temu pomagał Kiszczakowi przewozić kartony z dokumentami (zająć miały „małą ciężarówkę”) i wskazał miejsce ich ukrycia – teren w „jednym z dużych miast”, „zamknięty i chroniony przez wojsko”. W latach '90 część pomieszczeń tam się znajdujących miała być wynajmowana na garaże i magazyny przez „ludzi resortu”. Redakcja natychmiast poinformowała IPN, Rybarczyka przesłuchano... i głucha cisza. Nie wiadomo, czy na ów „teren chroniony przez wojsko” ktoś wkroczył, czy były przeszukania, a jeśli nie – to dlaczego. Na dodatek Marcin Fijołek na łamach „wPolityce” stwierdza, że teczki „Bolka” sprawiają wrażenie, jakby wcześniej leżały w jakimś zawilgoconym miejscu, jednak kiszczakowej „hakowni” prokuratorzy IPN „nie mogą zlokalizować”. Co w takim razie z tym wojskowym terenem w „jednym z dużych miast”? Teleportował się do innego wymiaru? Dlaczego jeszcze nie zweryfikowano tej lokalizacji?

III. Szukać tak, by nie znaleźć?

Generalnie, wszystko to wygląda albo na nieudolność, albo na zasłonę dymną mającą przykryć brak woli działania. Wytworzony został szum medialny i wzmożenie wokół akt Wałęsy, jednak - nic nie ujmując ich znaczeniu, jako kropki nad „i” potwierdzającej ostatecznie to, o czym ci, co chcieli wiedzieć, od dawna wiedzieli – teczki „Bolka” są tu jedynie wierzchołkiem góry lodowej. I odnoszę wrażenie, że właśnie ta świadomość krępuje decyzyjność w całej sprawie. Esbecy są już ostrzeżeni i tylko ostatni idiota trzymałby teraz akta we własnym domu, zresztą wciąż żadnych rewizji u osób z „listy 21” nie dokonano – a wszak, by akcja mogła być skuteczna, przeszukań należało po pierwsze – dokonać bezzwłocznie, po drugie – jednocześnie u wszystkich podejrzanych. Słowem, odnoszę wrażenie, że szuka się tak, by niczego istotnego nie znaleźć, zaś gawiedzi funduje się teatrzyk. Mamy dużo zamieszania, zgiełku, tumanów kurzu - i śladowe efekty. A mediom co pewien czas podrzuci się jakieś drugorzędne acz skandalizujące zapiski w rodzaju „listów do generała”. Może nawet ukażą się w osobnym tomie i staną się bestsellerem.

Pora zadać kilka pytań. Ktoś się przestraszył potencjalnej zawartości archiwów? Uliczny i medialny rejwach podniesiony przy okazji „Bolka” wystarczył, by ktoś stwierdził, że dosyć tego dobrego i trzeba po serii pozorowanych działań wyciszyć sprawę? Kogoś sparaliżowało zbyt duże polityczne obciążenie? A może mamy do czynienia z zakulisowymi starciami różnych polityczno-służbowych koterii pilnujących się nawzajem, by żadna nie ugrała na tej sprawie zbyt wiele? Krótko mówiąc: co tu jest grane? Bo, że dzieje się coś niedobrego, widać gołym okiem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3521-pod-grzybk

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ujawni%C4%87-%E2%80%9Eszafy-iii-rp%E2%80%9D

http://blog-n-roll.pl/pl/wizyta-strasznej-pani

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 10 (09-15.03.2016)

czwartek, 17 marca 2016

TW „Bolek” jako duchowy ojciec Tomasza Lisa

Trwaj chwilo, jesteś piękna!” - zakrzyknął Lis. I wtedy Mefistofeles pofatygował się po jego nędzną d..., jak napisał Goethe.

I. Miliony zwykłych bohaterów

Sytuacja była taka: przychodzi nawiedzona wariatka do IPN-u i oferuje teczki „Bolesława” Wałęsy – czy jakoś tak. Patrzyłem na tę hecę, z narastającym wewnętrznym chichotem. Taki spektakularny koniec matrixu III RP – któż by się spodziewał? No, ale dobrze, com się pośmiał, tom się pośmiał (mam nadzieję, że Państwo również, obserwując te wszystkie paniczne kontredanse odtańcowywane przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP), teraz będzie już poważniej.

Przy okazji upublicznienia teczek Wałęsy podniosły się głosy, że lepiej byłoby rzecz całą wyciszyć, bo brukanie legendy „Solidarności” godzi w naszą pamięć, mit narodowy i szkodzi wizerunkowi Polski za granicą – czyli polskiej racji stanu. Cóż, w 1980 roku miałem cztery lata, zatem na „Solidarność” patrzę – siłą rzeczy – z perspektywy kolejnego pokolenia. I w moim oglądzie narodowym dziedzictwem jest „Solidarność” jako taka – wielki ruch społeczny, te miliony szarych, anonimowych obywateli, którzy wtedy wstali z kolan, doprowadzając do powszechnego przebudzenia. Właśnie to dla mnie jest wartością i symbolem, a nie jedno czy drugie nazwisko, choćby najgłośniejsze. Dlatego ze spokojem reaguję, gdy wychodzi na jaw, że któryś z pierwszoplanowych działaczy okazał się esbeckim konfidentem – czy to Wałęsa, czy inny „iksiński”.

Ktoś powie, że Wałęsa jednak pozostaje dla świata ikoną i uosobieniem ówczesnego zrywu. Klasyczny kompleks Telimeny: „Co świat powie na to?”. Odpowiem: w takim razie trzeba odkłamać fałszywy mit. Najwyższa na to pora. Propagujmy w świecie legendę „Solidarności” jako wielkiego narodowego zrywu milionów „everymanów”, którzy potrafili powiedzieć „nie” i co więcej – oddolnie, w warunkach opresyjnego państwa, zorganizować samorządne struktury na terenie całego kraju na tyle skutecznie, że do ich pacyfikacji potrzeba było stanu wojennego i nagiej przemocy, bo metodami agenturalnymi mimo wszystko nie sposób było całej „Solidarności” przechwycić i unieszkodliwić. Zamiast herosa indywidualnego, wykreujmy herosa zbiorowego. To będzie legenda prawdziwa i oddająca sprawiedliwość członkom „Solidarności” - nie zaś Lech Wałęsa, co to przeskoczył przez płot i sam, „tymi ręcamy” „obalył komune”, a inni co najwyżej mu „pomagali”.

Ja wiem, działa tu potężna siła osobistych wspomnień i – co tu ukrywać – interesów tamtego pokolenia. Jedni nie chcą by niszczono im świetliste obrazy młodości, inni zaś obawiają się o własną pozycję, którą zbudowali na dawnych zasługach. Nie pamiętam już kto ze środowiska „Wyborczej” to powiedział, ale ręczę, że wypowiedź – sformułowana charakterystycznym językiem „salonu”, gdy jego przedstawiciele rozmawiają szczerze i między sobą - jest autentyczna: „jeśli pozwolimy, by sr...li na pomnik Lechowi, to będą sr...li też na nasze”. Tak więc, warto zadać sobie pytanie, czy w imię dobrego samopoczucia wąskiego grona osób mamy się odwracać od prawdy? Czy – z podobnej beczki – ujawnienie faktu współpracy prof. Witolda Kieżuna z SB w jakikolwiek sposób deprecjonuje tysiące powstańców warszawskich? Umniejsza ich bohaterstwo, poświęcenie, patriotyzm? Oczywiście, że nie. Tak samo ujawnienie konfidentów w szeregach „S” nie umniejsza zasług milionów jej członków i historycznej roli WZZ-NSZZ. To nie „Solidarność” jest zhańbiona, lecz ci, którzy teraz nią wywijają w obronie własnych, zakłamanych biografii i społecznej pozycji, jaką dzięki odpowiednio wyczyszczonym życiorysom osiągnęli.

Co gorsza, dali swym zakłamaniem zły przykład młodym. Takim, jak aspirujący dziennikarz, Tomasz Lis – dziś w pierwszym szeregu obrońców „Bolka”.

II. Frustracje jurgieltnika III RP

Kto wie, gdyby władcy III RP byli bardziej dalekowzroczni i nie spanikowali na etapie afery Rywina, to może pozwoliliby startować w wyborach prezydenckich Tomaszowi Lisowi (pseudo „Co z tą Polską?”), miast odcinać go metodą zwolnienia z TVN-u od medialnego tlenu. Byłby Kwaśniewskim na sterydach, a ludzie kochaliby go. Podlizywałby się każdemu, kto wedle jego mniemania zapewniłby mu trwanie na cokole – swój, obcy, nieważne. Równocześnie gnoiłby każdego potencjalnego rywala – i kto wie, czy w tej praktyce nie prześcignąłby Tuska z Ostachowiczem. Polska zaś gniłaby jako stopniowo zatapiana Atlantyda – taki kataklizm rozłożony na raty. Zielona wyspa znaczona postępującymi wykwitami glonów. Wszystko to trwałoby o wiele lat dłużej, my zaś miotalibyśmy się w tej gęstniejącej zupie. Jednak nie pozwolili mu - i stawiam, że on wciąż czuje za to urazę. Stąd jego groteskowa nadaktywność i popisy karykaturalnego lizusostwa przeplatane spazmami nienawiści. Mógł być KIMŚ w oczach, mówiąc jego słowami: „tych biednych ludzi”, którzy „nie są tak głupi jak się wydaje – są jeszcze głupsi”. Chciał, krótko mówiąc, być bogiem dla pogardzanej przez niego tłuszczy - choćby miała to być deifikacja z cudzego nadania. Stał się nikim, bo redaktorzenie choćby i jednemu z czołowych tygodników połączone z programem w prime timie (a teraz nawet nie to, bo Onet – umówmy się – jest jedynie namiastką), dalece go nie zaspokaja. Dziś ma swoją kasę i swoje długi. Z bożyszcza stał się podrzędnym demonem, jakich całe tabuny zaludniają czeluście medialnych piekieł. A podrzędny demon musi się zaspokoić podrzędnymi duszyczkami do złowienia. No i wykonywać polecenia demonów wyższych.

Owszem, „Rinigier Axel Springer” o nim nie zapomniał – musiał dać znać, że troszczy się o swoich – bo w innym przypadku któżby chciał się związać z nim na dobre i na złe? Medialna emanacja europejskiego mocarstwa ma swoje powinności wobec jurgieltników – dopóki są użyteczni, oczywiście. A on, póki co jeszcze jest użyteczny, choć jego ambicjonalne frustracje stają się coraz bardziej groteskowe i zapewne władca piekielnego kręgu w którym przebywa obecnie Lis, wkrótce będzie musiał zdyscyplinować podległego sobie demona.

III. Droga do zatracenia

Ale czemuż w ogóle się nad Tomaszem Lisem tak rozwodzę? Bowiem jego życiowa ścieżka jest nieświadomą parodią drogi owych autorytetów z czasów pierwszej „Solidarności”, którzy rozmowy w Magdalence i okrągły stół potraktowali jako finał, po którym zostaje już tylko rzeźbienie pomników. Po tej cezurze jesteśmy cali na biało – że tak zrekonstruuję ich podejście. Tu dygresja: Kaczyńscy traktowali Magdalenkę i „stół” jako taktyczny etap na drodze do obalenia komuny. To stąd się biorą dzisiejsze fundamentalne podziały – i dlatego skłócili się z Wałęsą, gdy ten pozostając na pasku swych uwikłań poczuł się ich radykalizmem osobiście zagrożony. Wystarczyło, że stangret Wachowski na polecenie skrytego w powozie jaśnie pana ściągnął lejce - i wałach „Bolek” podążał w wyznaczonym kierunku.

Lis z tego wszystkiego – tych wszystkich herosów „Solidarności” spijających śmietankę swych biografii, tych komuchów zrobionych z dnia na dzień współojcami demokracji - zrozumiał jedno: trzeba się załapać na koniunkturę. Bo kto się na koniunkturę nie załapie, ten frajer – jak ta Walentynowicz, jak ci Gwiazdowie, Wyszkowski i tak dalej... biedujący gdzieś, wyszydzani... I łapał się skutecznie – pamiętny obrazek z „Nocnej zmiany”, gdy tuż po przejściu Wachowskiego ulizany młokos z cwaniackim uśmieszkiem powiada do Moniki Olejnik i Barbary Górskiej: „Trzeba było krzyknąć, panie prezydencie, Polska z panem!”. Cały on. Gdy trzeba było, to wpisał się w społeczne emocje doby „afery Rywina” doraźnym manifestem „Co z tą Polską?”. Ależ on był wtedy niemal „nasz”... Prawda, jaki zręczny? Potem poszedł po linii Tuska – i znów wygrał! Stracił prawicową publikę, lecz za to zyskał tabuny lemingów za sprawą niezapomnianej decyzji Andrzeja Urbańskiego („Wiecie, Tomek ma kredyt, bo kupił dom w Konstancinie...”). Aż uwierzył, że niosąca go hossa będzie wieczna. „Trwaj chwilo, jesteś piękna!” - zakrzyknął Lis. I wtedy Mefistofeles pofatygował się po jego nędzną d..., jak napisał Goethe.

Wszelkie symptomy wskazujące na odwrócenie passy starał się zagłuszać coraz bardziej natarczywym hejtem. Odpychał myśl o nadchodzącej dekoniunkturze polityczno-opiniotwórczo-finansowej i brnął coraz głębiej. Całkiem jak michnikowszczyna sarkająca na „gówniarzy”. Po prostu się starzał (piąty krzyżyk na karku). Nos już nie ten. Lis z czasów afery Rywina błyskawicznie przestawiłby się – najdalej po skandalicznych wyborach samorządowych 2014 – na zajadłą krytykę PO i gładko wszedłby w narrację obozu opozycyjnego. Miał ważny kontrakt w TVP z zaporową kwotą odszkodowania, mógłby zrobić w międzyczasie poruszający rachunek sumienia na licznych łamach – i dziś byłby w tej samej TVP, w której był. O co zakład? No, ale cóż – ego, postępy wieku nie sprzyjające zmianom plus wiara, że porządek III RP będzie wiekuisty, zrobiły swoje. Koniec końców, Tomasz Lis wyląduje gdzieś w okolicach spierniczałych, salonowych dziadków – niegdysiejszych herosów „Solidarności” i innych „ludzi honoru” w których kariery tak się zapatrzył, wierząc przy tym we własny fart i cwaniactwo. Niczym Wałęsa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3480-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 09 (02-08.03.2016)

Pod-Grzybki 41, czyli agent 0-700 nadaje

Dziś „pod-grzybek” tylko jeden, ale za to dorodny, jako że mój agent specjalny 0-700, ksywa „Inwigilator”, przybiegł do mnie z informacjami o rzeczywistym przebiegu spotkania Kiszczakowej z Łukaszem Kamińskim w IPN-ie. A oto jego relacja z przeprowadzonego wywiadu operacyjnego.

*

Cóż-że tam się tłukło starej Kiszczakowej pod kołtunem, to pewnie i sam bies nie ogarnie. W każdym razie, baba dostała regularnej, z przeproszeniem, szajby i poszła z kwitami „Bolka” jak na bazar - do samego Ipeena.

Ale! Pana Łukasza Kamińskiego nie bez kozery posadzono na ipeenowskim kolczastym stolcu. Toteż przez bite dwa tygodnie utwierdzał się, czy jest aby bezpiecznie, bo takie papiery, wiadomo – śliska sprawa. No i kombinował, jak by tu babę oszwabić bez płacenia. Stara Kiszczakowa zaś swoją drogą jęła molestować młodego Cenckiewicza na okoliczność posiadania pieniądzów – czy aby nie zabuliłby jej okrągłych stu tysięcy, jako że wiedziała iż Cenckiewicz cięty na „Bolka” był okrutnie i pod chajrem przysięgał, że go dojedzie.

Najwyraźniej jednak młody Cenckiewicz okazał się w badawczych ślipiach chytrej Kiszczakowej gołodupcem. Toteż znów pobieżyła w tak zwane pędy do Kamińszczaka na tę jego ipeenowską melyne, w międzyczasie schodząc z ceny do marnych dziewięćdziesięciu tauzenów „na Ukrainkę”, bo pilnie potrzebująca była. Zbliżała się akurat Wielkanoc, a w chałupie szyby nie umyte, parkiety nie zdeflorowane, karoryferom schną żeberka - słowem, jak tu żyć? Postawiła siwuchę na biurko i powiada:

  • Jak jest?

  • G... jest, ty stara pudernico! – krzyknął Kamiński i jak raz zza kołdry, co w przejściu do sypialni wisiała, żeby zimnem nie ciągnęło, wychylił się asystent z prokuratury i policmajster.

  • Toś ty taki? - wysyczała Kiszczakowa.

  • Ano, taki – nie tracąc rezonu odparł Kamińszczak. - Każdego podkabluję, każdemu usłużę. Toś ty nie wiedziała, durna, że nową władzę teraz mamy? Ciesz się, szantrapo jedna, że cię zdrowiem darujemy i nie wyjmiemy paragrafów.

  • Za małe są na mnie te wasze paragrafy...

  • Taak? Jak ci sprawę zasolimy o paserstwo państwowymi papierami, to dopiero cienko zaśpiewasz!

  • Oż ty w życiu... - stara Kiszczakowa chwyciła siwuchę i bęc flaszką w okno! Szyba się posypała, Kiszczakowa jak ta fryga – wiuuu, przesadziła parapet i tyle ją widzieli.

  • Daleko nie ucieknie – powiada do swoich spokojnie Kamińszczak. - Ani chybi zamelinowała się na Mokotowie. Tam ją dorwiemy.

Pobiegli, drzwi do chałupy Kiszczakowej podważyli łomem i wpadli do środka.

  • Oddawaj babo, bo buźkę przefasonuję! - drze się policmajster wyszarpując ze szponów Kiszczakowej papiery.

  • Nie dam, mooje! Zapłać chociaż, padlinojadzie!

  • Już ja ci zapłacę... - wydyszał policmajster podając teczki Kamińszczakowi. Ten zasadził jeszcze starej kopniaka w sempiternę na do widzenia i powiada: - No, a teraz ferajna - wio na konferencję! Następna kadencja w Ipeenie moja, a ze mną i wy nie zginiecie!

Resztę Państwo znają.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Agent 0-700:

http://niepoprawni.pl/blog/346/posluchanie-u-ambasadora

http://niepoprawni.pl/blog/346/karnawal-u-prezydenta

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 09 (02-08.03.2016)

środa, 2 marca 2016

Ujawnić „szafy III RP”!

Dosyć fałszywych proroków i samozwańczych strażników tajemnic, arbitralnie reglamentujących „maluczkim” dostęp do wiedzy.

 

Ujęła mnie informacja, że Kiszczak, nosząc się w 1996 roku z zamiarem przekazania teczek „Bolka” do Archiwum Akt Nowych dołączył do nich list z prośbą, by dokumenty odtajniono najwcześniej pięć lat po śmierci Wałęsy. Prawdziwy człowiek honoru, nie ma co. Niestety, stara Kiszczakowa, jako osoba o „stonowanej inteligencji” nie doczytała i teraz mamy pasztet – szarganie świętości i brukanie autorytetów. Doszło do tego, że nawet „Wyborcza” przestała iść w zaparte i na obecnym etapie (stan na 23 lutego) popiskuje już tylko, by zaczekać na analizę grafologiczną, ale i tak Wałęsa wielki jest i basta, niezależnie od tego, czy coś tam podpisał i kapował, czy też nie. Ja tę samobójczą w gruncie rzeczy strategię, mogącą skutkować jedynie w przypadku najbardziej zagorzałych wyznawców sekty z Czerskiej, nawet rozumiem. Bo kto wie, na jakie jeszcze „legendy” znajdą się stosowne dokumenty, stawiając w nowym świetle ich postawy, wybory i decyzje zarówno za PRL-u, jak i w III RP? Czy nasza młoda demokracja nie okaże się przypadkiem wydmuszką rządzoną z szafy, a tabuny autorytetów pacynkami poruszanymi przez bandę ubeków, którzy zapobiegliwie zdeponowali w różnych skrytkach swoje „polisy ubezpieczeniowe”? Generalnie, nie chciałbym być w skórze naszych „skarbów narodowych”, których trochę przecież jeszcze żyje, a ci co zmarli wszak również bywają eksploatowani na użytek narracji o największym polskim sukcesie w dziejach, w ramach którego obalone w Magdalence flaszki przełożyły się na „obalenie komuny”.

Źle by się jednak stało, gdyby sprawa teczek Wałęsy i oddanie sprawiedliwości wszystkim tym, którzy przez minione lata wbrew różnym szykanom i naciskom stali po stronie prawdy, przesłoniły nam szerszy wymiar wydarzeń. Krótko mówiąc, nie wyobrażam sobie, by na archiwum Czesława Kiszczaka się skończyło. Raz - dlatego, że nawet nie przetrzepano willi generała, zadowalając się tym, co wręczyła wdowa, dwa – że pojawiają się kolejne doniesienia o przechowywanych tu i ówdzie dokumentach. „Do Rzeczy” poinformowało niedawno, że były bliski współpracownik Kiszczaka wskazał miejsce „na terenie chronionym przez wojsko” w którym przed laty pomagał mu ukryć kartony z różnymi papierami, które „zajęły małą ciężarówkę”. Z kolei „Fakt” donosi o archiwach gen. Jaruzelskiego przekazanych przez jego córkę Fundacji Archiwum Dokumentacji Historycznej PRL zarządzanej przez doborowe grono – Monikę Jaruzelską, Ryszarda Strzeleckiego-Gomułkę (syna „Wiesława”) i byłego wiceszefa Sztabu Generalnego LWP gen. Wacława Szklarskiego. Fundacja z kolei zdeponowała materiały (ok. 2000 teczek) w bibliotecznym magazynie przy Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. Zważywszy na to, że w swoim czasie Jaruzelski bez ogródek groził, iż z różnych okrągłostołowych głów „mogą pospadać aureole”, należy te akta czym prędzej przejąć, nim będzie za późno.

Konieczne jest wszczęcie szeroko zakrojonego postępowania w sprawie „szaf III RP” - czyli dokumentów mogących być w posiadaniu byłych partyjnych i mundurowych dygnitarzy. Tłumaczeń o braku podstawy prawnej do przeszukań w domach esbeków i peerelowskich prominentów zwyczajnie nie kupuję. Przypominam o Art. 276 Kodeksu Karnego definiującym jedno z przestępstw przeciw dokumentom: „Kto niszczy, uszkadza, czyni bezużytecznym, ukrywa lub usuwa dokument, którym nie ma prawa wyłącznie rozporządzać, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Proszę więc nie mydlić oczu „brakiem podstawy prawnej” - potrzeba jedynie woli działania. Tyczy się to również zbioru zastrzeżonego IPN oraz aneksu do raportu ws. rozwiązania WSI.

No i właśnie z ową wolą działania może być najtrudniej. Pamiętajmy, że szef IPN, pan Łukasz Kamiński bite dwa tygodnie zbierał się na odwagę, by udzielić audiencji wdowie po Kiszczaku – lub czekał na czyjeś polityczne zezwolenie. W tym tempie, różni ubecy będą mieli dość czasu, by zniszczyć lub ukryć wykradzione papiery. Powtarzam – niezbędne są masowe rewizje, przejęcie i upublicznienie wszelkich znalezionych archiwów – niezależnie od tego, co zawierają. Nawet, jeśli – piszę hipotetycznie - okaże się, że znajdą się papiery na ludzi stojących dziś po „naszej” stronie barykady. Ważną lekcją i przestrogą winna być tu sprawa prof. Kieżuna – kreowanego na autorytet, którego uwikłanie zostało, przypomnijmy, ujawnione dopiero w ramach wojenki między dwiema redakcjami. Nie wolno dopuścić, by podobne sytuacje się powtórzyły – inaczej wciąż życiem publicznym będą trzęsły, ujawniane od przypadku do przypadku, różne esbeckie „szafy”. Dosyć fałszywych proroków i samozwańczych strażników tajemnic, arbitralnie reglamentujących „maluczkim” dostęp do wiedzy. Trzeba z tym skończyć – natychmiast.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Wojna o prof. Kieżuna”

„Śmierdząca sprawa”

„Wizyta strasznej pani”

„Abp Wielgus – ofiara okoliczności?”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3396-pod-grzybki-czyli-agent-0-700-nadaje

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 8 (26.02-03.03.2016)

wtorek, 1 marca 2016

Wizyta strasznej pani

Postmagdalenkowy system obaliła w przypływie szaleństwa jedna, stara wariatka.

I. Wdowia krzywda generałowej

Któż by się spodziewał, że „Republika Okrągłego Stołu” zostanie wysadzona w powietrze nie przez demonstrantów z Marszu Niepodległości, nie przez antysystemowców od Kukiza, wreszcie – nie przez Jarosława Kaczyńskiego, czy Antoniego Macierewicza o strasznych oczach. „Republikę Okrągłego Stołu” wysadziła – a przynajmniej można mieć taką nadzieję – skromna wdowa z warszawskiego Mokotowa, pani generałowa Maria Teresa Kiszczak. Żeby było zabawniej, owa wdowina najwyraźniej uczyniła to w stanie ograniczonej poczytalności, jako że wedle jej własnych słów „coś jej odbiło” i postanowiła pójść do IPN-u z teczkami TW „Bolka”. Powiedzmy zatem, że postmagdalenkowy system obaliła w przypływie szaleństwa jedna, stara wariatka. Nawiasem mówiąc, ów obłęd musiał ją trzymać wyjątkowo długo, skoro między pierwszą wizytą w IPN-ie, a finalnym posłuchaniem u pana prezesa Łukasza Kamińskiego od którego tak naprawdę zaczęły się obecne paroksyzmy, minęły bite dwa tygodnie. Bolesne otrzeźwienie spłynęło na generałową dopiero wtedy, gdy okazało się, że IPN nie tylko nie wypłaci jej 90 tys. złotych, których zażyczyła sobie za papiery „Bolka”, lecz na domiar złego prokuratorzy i policja zarekwirowali jej całą resztę mężowskiego archiwum, na które składało się 50 kilogramów różnych akt, jakie wiedziony sentymentem małżonek zachował sobie z dawnych czasów. Żerowanie na wdowiej krzywdzie od wieków uchodziło za przejaw szczególnego łotrostwa, co zaraz słusznie wytknął IPN-owi Andrzej Celiński, oburzając się, że „poszli i wzięli, bez kasy dla wdowy”. Wiadomo - pan Celiński na miejscu szefa IPN nie poskąpiłby pani Kiszczakowej niczego, byle tylko położyć łapę na „ubeckim szambie” i następnie zadbać o to, by owo „szambo” nigdy więcej już nie zatruwało wrażymi wyziewami kwietnych odorów chwały roztaczanych przez autorytety III RP.

No, ale wyszło jak wyszło. Pani generałowa nie zatrudni już Ukrainki, na co chciała przeznaczyć część z owych 90 kawałków i teraz będzie musiała sama myć okna na Wielkanoc.

W delikatnym ujęciu Piotra Gontarczyka pani Kiszczakowa jest osobą o „stonowanej inteligencji”, co potwierdzałoby jej zachowanie podczas spotkania w IPN-ie, kiedy to miała sprawiać wrażenie, jakby nie zdawała sobie sprawy z konsekwencji swojej inicjatywy, a w szczególności z tego, że oferowane akta nie były prywatną własnością śp. małżonka, tylko wykradzionymi dokumentami państwowymi, ona sama zaś postawiła się w roli pasera. Cóż, człowiek uczy się całe życie, zastanawia jednak, że wdowa powołała się na radę swojego męża, który zalecił jej, by w przypadku kłopotów materialnych sprzedała papiery właśnie IPN-owi. Czyżby i znany z przezorności generał Kiszczak zgłupiał na starość, czy przeciwnie – miał podstawy sądzić, iż cała operacja przebiegłaby sprawnie i po cichu? Na tę drugą ewentualność wskazywałaby dwutygodniowa karencja między spotkaniami, zupełnie jakby kierownictwo Instytutu musiało zasięgnąć czyjejś rady – czy już wolno? Konsultacje musiały być intensywne i najeżone licznymi dylematami, skoro wszystko trwało aż dwa tygodnie, wreszcie jednak z jakiegoś tajemniczego ośrodka musiał przyjść sygnał - „krysza” zdjęta, wkraczajcie!

II. Śmiercionośne archiwa

Zwróćmy uwagę, jak bardzo ład ustalony przez pana generała w Magdalence był już strupieszały i przeżarty gangreną, skoro wystarczyła wizyta jednej starszej pani, by nagle wszyscy zainteresowani jęli się uwijać jak w ukropie. Zupełnie jak w dramacie Friedricha Durrenmatta zatytułowanym właśnie „Wizyta starszej pani”, kiedy to pod wpływem propozycji złożonej przez bohaterkę dokonania mordu na jej dawnym krzywdzicielu w zamian za miliardową zapłatę, z poczciwych mieszczan zaczynają wyłazić różne upiory. W naszym przypadku wprawdzie starsza pani nie tyle dawała, ile sama chciała zarobić, lecz oferowany przez nią towar okazał się mieć działanie podobne jak w sztuce szwajcarskiego dramatopisarza. Taka „Wyborcza” stojąca dotąd na nieprzejednanym stanowisku, iż wszelkie „kwity” na Wałęsę to esbeckie fałszywki, miota się teraz między dawną ortodoksją, że Wałęsa nic, nigdy i z nikim, a dopuszczeniem ewentualności, że jednak owszem, ale tylko przez chwilę i w ogóle to nieważne w kontekście późniejszych historycznych zasług „Lecha”, a poza tym już od początku lat 80-tych „wszyscy wiedzieli” - jak raczył obwieścić pan Zbigniew Bujak. No, no – jak tak dalej pójdzie, to może i my dowiemy się kolejnych rewelacji o których „wszyscy wiedzieli”, tylko nie raczyli się jak dotąd ową wiedzą podzielić z maluczkimi. Trudno bowiem przypuszczać, by generał Kiszczak gromadził w domu kilogramy bezwartościowej makulatury i można spodziewać się, że jego szafy skrywały więcej wstydliwych tajemnic, od których dziś niejednej „legendzie” i niejednemu „autorytetowi” lęgną się w wątpiach czarne węże dusznych niepokojów.

Okazać się może, że wizyta starszej pani uruchomi efekt domina, jako że chodzą jeszcze po tym świecie inni beneficjenci procederu prywatyzacji akt w charakterze polis ubezpieczeniowych na nową drogę życia. A po tych co już nie chodzą, ani nawet nie oddychają, pozostały niekiedy jeszcze nieutulone w żalu wdowy, dla których mężowskie archiwa mogą się stać nagle przyczyną nielichych zgryzot. Bo z tego typu archiwami jest tak, że o ile dla prominentnego funkcjonariusza stanowią znakomite zabezpieczenie, o tyle dla „cywila” mogą być przyczyną, nagłego, niespodziewanego i bolesnego zgonu – że wspomnijmy chociażby na gwałtowny koniec małżeństwa Jaroszewiczów, oprawionych przed śmiercią przez nieznanych torturantów. A wszak Piotr Jaroszewicz był, jak by nie patrzeć, generałem dywizji – wprawdzie już nieco „byłym” - jednak zawsze. Cóż więc mogą powiedzieć inni?

Niewykluczone zresztą, że generałowa Maria właśnie kombinowała w ten sposób – jak by tu pozbyć się potencjalnie śmiercionośnych papierów i na odchodnym nieco na nich zarobić. Albowiem mimo „stonowanej inteligencji” może być z niej tzw. „cwana gapa” charakteryzująca się pewnym rodzajem sprytu właściwym bazarowej przekupie, co zresztą zdaje się ją łączyć z naszym „skarbem narodowym”, który właśnie ogłosił tysięczną wersję w sprawie „Bolka”: „(...) Popełniłem błąd, ale nie taki, dałem słowo, że go nie ujawnię, na pewno nie teraz jeszcze nie teraz. Chyba, że ujawnią go inni. Jeszcze żyje człowiek-sprawca, który powinien ujawnić prawdę i na to liczę. Miałem miękkie serce”. Cóż, interpretacja wynurzeń noblisty to zawsze nieco śliskie zadanie, lecz zaryzykuję roboczą hipotezę, że albo dobry „Lechu” ma złego brata-bliźniaka „Bolesława”, którego powodowany rodzinną lojalnością chroni, albo też cierpi na skrywane rozszczepienie osobowości i zwyczajnie wstyd mu się przyznać, co też wyczynia jestestwo „Bolesław” gdy przejmuje kontrolę nad „Lechem”.

III. Kto jeszcze?

Zresztą, mniejsza - o tym, że sprawa, jak to mawiają w kręgach policyjnych, „jest rozwojowa”, wskazywać może doniesienie tygodnika „Do Rzeczy”, iż do publicysty gazety Sebastiana Rybarczyka zgłosił się były prominentny esbek i współpracownik Kiszczaka wskazując kolejne miejsce w którym mają pozostawać ukryte akta. Na dodatek, akta – które informator pomagał przewozić – zająć miały „małą ciężarówkę”, teren zaś na którym się znajdują jest zamknięty i „chroniony przez wojsko”. Ho ho, jeśli w tym tempie będą zdzierane dalsze fatałaszki i pudry przesłaniające do tej pory rzeczywistość, to wkrótce III RP obnaży się przed nami w całej swej syfilitycznej krasie, tym bardziej że możemy mieć tu rodzaj esbeckiej dintojry – informator „Do Rzeczy” miał wykrzykiwać bowiem w stanie silnego wzburzenia: „Czesław nie powinien tak robić, nie ujawnia się agentury”. Na coś w tym guście właśnie liczę – chyba, że skądś przyjdzie stanowczy rozkaz, by zakończyć całą tę zabawę i wszystko zostanie skrzętnie wyciszone, my zaś zostaniemy, mówiąc Himilsbachem, „jak te ch...e” z teczką „Bolka” w ręku.

Bo podkreślić należy, że wbrew całemu zgiełkowi, akurat sprawa „Bolka” jest tu najmniej istotna. Kto chciał wiedzieć – wiedział, najpóźniej od książki Cenckiewicza i Gontarczyka. Kto zaś nie chce wiedzieć, tego nie przekonają żadne dokumenty, choćby ich autentyczność potwierdziło i tysiąc najbardziej obiektywnych ekspertów. Istotne jest natomiast co jeszcze skrywają różne prywatne archiwa esbeków i kogo dotyczą. Sądzę zresztą, że to dlatego media tak skwapliwie skupiają się właśnie na „Bolku”, skrupulatnie odwracając uwagę opinii publicznej od innych pytań. Owszem, fajnie, że TVP pokazała przy okazji dokument Grzegorza Brauna i trochę archiwalnych ujęć z Magdalenki – co nawiasem mówiąc wprawiło „Wyborczą” we wściekłość, bo ludzie mogli naocznie się przekonać o stopniu fraternizacji przy wódeczce i zakąsce „naszych” z „onymi” - ale, powtarzam, nie to jest najważniejsze, tylko: KTO JESZCZE? Dopiero odpowiedź na to pytanie zdetonuje ładunek podłożony przez wdowę po generale – nawet jeśli podkładała go według nieśmiertelnej formuły: „bez swojej wiedzy i zgody”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3396-pod-grzybki-czyli-agent-0-700-nadaje

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 8 (24.02-01.03.2016)

czwartek, 24 lipca 2014

Łapy precz od Niezłomnych

Żołnierze Wyklęci zostali zaaresztowani po raz drugi – tym razem już po śmierci.

I. Aresztowani po raz drugi

Okazuje się, że Żołnierze Niezłomni po ponad półwieczu wciąż budzą strach u swych oprawców oraz ich współczesnych następców, popleczników i potomstwa znanego jako „resortowe dzieci”. Jak dojmujący jest to lęk, ile trupów skrywa się wciąż w ubeckich szafach, świadczą ostatnie wydarzenia wokół prac ekshumacyjnych realizowanych przez zespół prof. Krzysztofa Szwagrzyka – najpierw na powązkowskiej „Łączce”, a ostatnio na cmentarzu przy ulicy Wałbrzyskiej na warszawskim Służewie. Przypomnijmy, iż 10 lipca, już po ukończeniu prac porządkowych, na teren ekshumacji wkroczyła na polecenie prokuratury policja. Wylegitymowano obecnych tam pracowników z prof. Szwagrzykiem włącznie i zaczęto przesłuchania na okoliczność śledztwa w sprawie... nieumyślnego spowodowania śmierci czterech niezidentyfikowanych osób. Jak się okazało, takie zawiadomienie złożył do prokuratury powszechnej prokurator Dariusz Gabriel, dyrektor Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – czyli pionu śledczego IPN-u. W efekcie, „zaaresztowano” cztery trumienki ze szczątkami tych ofiar, które udało się wydobyć w komplecie (w dostępie do pozostałych przeszkodą są istniejące tam groby – przeważnie „partyjno-służbowe”).

Spójrzmy. Pion IPN-u powołany właśnie do prowadzenia śledztw w takich sprawach jak ubeckie doły śmierci, uznaje się z niewiadomych przyczyn za niekompetentny i przekazuje sprawę prokuraturze powszechnej. Czyni to po tym, jak prof. Szwagrzyk – działając przecież z ramienia IPN w jednym ze sztandarowych projektów śledczych i badawczych - sam poinformował pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej o znaleziskach. Według słów prezesa Fundacji „Łączka”, Tadeusza Płużańskiego, pretekstem był brak przestrzelin po kulach w odkopanych czaszkach, co rzekomo miało sugerować śmierć z niewiadomych przyczyn i tym samym poddawało w wątpliwość, czy mamy do czynienia z ofiarami komunistycznego aparatu przemocy. Tymczasem każdy kto choć otarł się o zagadnienia związane z komunistycznym terrorem wie, iż ofiary mordowano w różny sposób – oprócz rozstrzeliwania stosowano wieszanie, ponadto część więźniów ginęła na skutek tortur i nieludzkich warunków panujących w kazamatach UB i Informacji Wojskowej. Pretekst jednak okazał się wystarczający, by wstrzymać prace i zarekwirować kości bohaterów. W ten oto sposób Żołnierze Wyklęci zostali zaaresztowani po raz drugi – tym razem już po śmierci.

II. Urzędniczy sabotaż

Warto w tym miejscu przypomnieć, że to nie pierwsze urzędniczo-policyjne szykany mające utrudnić, lub zgoła uniemożliwić prace nad odnalezieniem i identyfikacją polskich bohaterów, najpierw bowiem wstrzymano trzeci etap prac przy Kwaterze „Ł”. Tutaj z kolei natknięto się na dziwny paraliż decyzyjny w sprawie przeniesienia grobów „zasłużonych towarzyszy” pod którymi spoczywają zamordowani przez tychże towarzyszy żołnierze polskiego podziemia. Doszło do takiej paranoi, że odpowiednie czynniki uzależniły przeniesienie mogił od... zgody rodzin. Jak łatwo sobie wyobrazić, resortowe rodziny z całym ideologicznym bagażem odziedziczonym po ubeckich przodkach nigdy takiej zgody nie wydadzą. Tymczasem wystarczyłoby, gdyby IPN objął prokuratorskim śledztwem teren „Łączki”, by zgoda rodzin na przeniesienie grobów nie była konieczna. O zgodzie rodzin mówił zarówno przedstawiciel prezydent Warszawy, jak i członek Rady IPN prof. Andrzej Friszke. Ten ostatni w wypowiedzi dla TVN a propos Służewia posunął się wręcz do stwierdzenia, że nie może być tak, że ktoś sobie wchodzi na cmentarz i „wykonuje jakieś wykopki”. Przypomnijmy, iż te „wykopki” prowadził oficjalny pełnomocnik Prezesa IPN ds. poszukiwań nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego z lat 1944–1956 – bo takie jest formalne umocowanie prof. Szwagrzyka.

Obecnie trwają konsultacje prawne, podczas których przedstawiciele różnych zainteresowanych instytucji przedstawiają sprzeczne interpretacje. Trudno nie domniemywać, iż mamy do czynienia ze świadomym urzędniczym sabotażem, którego konsekwencją będzie wstrzymanie wszelkich prac badawczych nad „dołami śmierci”. Innym skutkiem sabotażu, prócz wstrzymania prac na „Łączce” i Służewie, jest odłożenie na „święty nigdy” budowy Panteonu Bohaterów Narodowych – już wiemy, że z pewnością nie powstanie w tym roku. Warto dodać, że jeszcze przed nalotem policji urzędnicy systematycznie nachodzili zespół prof. Szwagrzyka indagując go w kwestii różnych formalności związanych z pracami badawczymi. Ponieważ uchybień nie udało się stwierdzić, przekazano sprawę prokuraturze ogólnej, która – podkreślmy - nie posiada żadnych doświadczeń w tego typu działalności.

III. Wojna symboliczna

Możemy się tylko domyślać jakie musiały pójść naciski, jakie telefony i dyspozycje by prezes IPN, pan Łukasz Kamiński, który do niedawna chwalił się wszem i wobec działalnością prof. Szwagrzyka zdecydował się na tak haniebną rejteradę. Okazuje się, że w ponoć „wolnej Polsce” polscy niezłomni bohaterowie wciąż postrzegani są przez miejscowe elity jako zagrożenie, a resortowe dzieci dysponują zakulisowymi wpływami zdolnymi do sparaliżowania działań mających na celu należyte uhonorowanie najlepszych polskich synów i córek. Ta batalia o pamięć zbiorową i przywrócenie należytych proporcji między katem i ofiarą wciąż stanowi dla establishmentu III RP jeden z głównych frontów walki z własnym narodem. Mit Żołnierzy Niezłomnych budzi bowiem strach przed narodzinami masowej legendy spajającej społeczeństwo. To wojna symboliczna – a jak ona jest istotna, pokazuje chociażby Rosja histerycznie reagując na próby likwidacji sowieckich pomników. Jak widać, elity III RP podzielają ten punkt widzenia.

Kończąc, przypomnę słowa Roberta Radwańskiego, który stwierdził kiedyś, że dziś trzecie pokolenie AK walczy z trzecim pokoleniem UB. Jak widać, diagnoza ta jest nie tylko prawdziwa i aktualna, ale owa walka przybiera coraz ostrzejsze formy.

Gadający Grzyb

(fot. Pch24.pl)

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (21-27.07.2014)

 

niedziela, 7 marca 2010

Bunt w salonie…


…czyli o próbie sił między michnikoidalną gerontokracją a sierakowszczyzną słów kilka.

Indeks autorów i ksiąg nieczytanych.

W ostatnich latach dało się zaobserwować rosnącą listę książek i pisarzy, co do których salonowi luminarze deklarują, że ich „nie czytają”, „nie biorą do ręki”, „brzydzą się” itd. Za owymi „parnasiarzami” postępuje liczna grupa akolitów, znajdujących w ten sposób podkładkę i usprawiedliwienie dla własnego intelektualnego lenistwa.

Spójrzmy: Zdzisław Krasnodębski? Ależ, „ludzie na poziomie go nie czytają”. Cenckiewicz z Gontarczykiem? Toż to „oszalali lustratorzy”. Paweł Zyzak? Jakiś chłystek - ci, którzy dali mu magisterkę, powinni do śmierci jeździć wraz z nim na wózkach widłowych w hipermarkecie. Ks. Isakowicz – Zaleski? Nie dość, że „lustrator”, to jeszcze zdrajca swej kapłańskiej korporacji i antyukraiński „jątrzyciel”. Marek Migalski? Akademicki renegat, kolejny „lustrator”, a nade wszystko - pisowiec. Do wymienionych przykładów należy doliczyć hurtem wszystkie publikacje „pisowskiego” IPN-u (w skali kraju, licząc zarówno centralę, jak i terenowe oddziały, są to już tysiące pozycji książkowych i setki autorów – a jeszcze periodyki…).

Tymczasem, taki Krasnodębski czy inny Migalski, to analiza politologiczno – socjologiczna stanu współczesnej Polski (i naszego regionu) w europejskim kontekście. „Młodzi gnoje” z IPN-u zaś, to wiedza o najnowszej historii, będąca efektem benedyktyńskiej orki pracowników Instytutu.

Paranoidalne wyobcowanie.

Ale - Salon ma to gdzieś. Salon nie potrzebuje faktów. Salon olewa, pogrążając się w paranoidalnym odlocie własnych fantasmagorii – „katoendeckich” demonów, „fundamentalistów” od Rydzyka, „kaczystowskich” zagrożeń dla demokracji, „policjantów pamięci” z IPN…Lata płyną, tymczasem opisywane środowisko wciąż tkwi mentalnie w latach 90-tych, kiedy to sprawowało z wysokości swych parnasów niepodzielny rząd dusz. Rząd dusz nad społeczeństwem z którego salonowe elity na własne życzenie kompletnie się wyobcowały.

Od pewnego czasu do wyobcowania społecznego dołącza wyobcowanie intelektualne. Wciąż poszerzająca się lista pozycji wciąganych na „indeks ksiąg nieczytanych” grozi w nieodległej perspektywie, jakby tu rzec… powstaniem znaczących luk w oczytaniu i tzw. „wiedzy ogólnej” środowiska „ludzi rozumnych”. Zostanie kurcząca się i tetryczejąca sekta za murami redakcji przy ulicy Czerskiej.

Osobiście, jestem ciekaw, czy członkowie sekty otrzymują aktualizowany na bieżąco wykaz autorów i dzieł, których czytać nie należy – bo spamiętać trudno.

Bunt na pokładzie.

Już się wydawało, że sekta z ulicy Czerskiej ostatecznie zwarła szeregi, by trwać pod przewodem Jaśnie Oświeconych w swych okopach… Aż tu nagle – kij w plecy i nóż w szprychy, tudzież woda na młyn mrowiska! Słowem – zdrada! Zdrada jest tym bardziej wstrząsająca, że zalęgła się w sercu salonowego matecznika. Popełnił ją Artur Domosławski książką „Kapuściński non-fiction” - napisaną zresztą, z generalnie słusznych, antykapitalistyczno – alterglobalistycznych pozycji, wg których taka, dajmy na to, współpraca z wywiadem komunistycznego państwa przeciw „imperialistom”, to żaden wstyd.

Ale, żeby tak bez uzgodnienia? Bez środowiskowej kolaudacji? Jak on mógł?

Panie i Panowie, mógłby ogłosić Michnik – mamy bunt na pokładzie.

Próba sił.

Dlaczego tak się stało? Ano, zasygnalizowany powyżej indeks „autorów i ksiąg nieczytanych”, jest zaledwie jednym z wielu przejawów wszechogarniającej listy zakazów i nakazów obowiązujących „wiecznych czeladników”, tyrających pod okiem Autorytetów w manufakturze „michnikowszczyzny”. Młodzi lewicowcy poczuli się stłamszeni „czapą” Autorytetów na tyle, by spróbować emancypacji. Są świadomi śmieszności rozlicznych, niewytrzymujących racjonalnej krytyki, biograficzno – historycznych „tabu”. Widzą prace powstające w IPN-ie, czy innych „Arcanach”… i chcą wydawać podobne, tylko napisane z przeciwstawnych pozycji. Tę możliwość jest w stanie udostępnić środowisko „Krytyki Politycznej” zgrupowane wokół Sławomira Sierakowskiego. Książka Domosławskiego w tym kontekście jawi się jako balon próbny, wypuszczony w celu porachowania własnych szeregów, tudzież sprawdzenia siły dotychczasowych patronów.

I, dodajmy, jako bunt przeciw intelektualnemu wyobcowaniu.

Sierakowszczyzna kontra michnikowszczyzna.

Wygląda na to, że – patrząc z perspektywy Salonu - do „młodych gnoi” z IPN-u, doszlusowali równie „młodzi gnoje” zgrupowani wokół „Krytyki Politycznej”. Do tych drugich dołączają ludzie z ekipy „Wyborczej”, mający powyżej uszu uciążliwej dominacji i zrzędliwych pouczeń starzejących się „mistrzów”.

Fakt, że właśnie ich wychowanek - „alterglobalista” Domosławski, postanowił chrzanić odwieczne zakazy i napisać książkę w której z jednej strony otwarcie sięga do „ipeenowskiego szamba” (choć interpretuje owo „szambo” zgodnie z duchem „Nowej Lewicy”), z drugiej zaś wkracza w zastrzeżoną sferę osobistą „upomnikowionej” postaci, jest wielce symptomatyczny. Świadczy o tym, że „sierakowszczyzna” rośnie w siłę i w najbliższych latach będzie usiłowała (z wszelkimi rytualnymi honorami) odesłać „michnikowszyznę” na emeryturę.

Na miejscu prominentnych saloniarzy zacząłbym się poważnie obawiać: z prawej strony są podgryzani przez rozbeszczelnionych „gnojków” z IPN–u, z lewej zaś – przez podobnie rozbeszczelnionych „gnojków” od Sierakowskiego.

Lewica – prawica: następne starcie.

Jeżeli moje proroctwo o uwiądzie michnikoidalnej gerontokracji się spełni (a względy metrykalne za tym przemawiają), oznacza to, że anachroniczni już dzisiaj „gazeciarze” z Czerskiej nie będą w najbliższej przyszłości podstawowym przeciwnikiem ideologiczno – polityczno – światopoglądowym prawicy. Będzie nim nabierająca sił i wigoru „sierakowszczyzna”, próbująca skupić wokół siebie rozliczne nurty współczesnej lewicy, jak chociażby kilkukrotnie opisywani przeze mnie „racjonaliści”.

Przykład Hiszpanii pod rządami Zapatero pokazuje jak bardzo realna jest to perspektywa.

Gadający Grzyb

P.S. „Młodzi gnoje” to określenie powstałe podczas pamiętnej pogwarki Michnika z Urbanem. Wówczas odnosiło się do dziennikarzy, ale z powodzeniem można zastosować je każdych, pokoleniowo młodszych „elementów”, podnoszących rękę na parnasiarską gerontokrację.

pierwotna publikacja: "http://www.niepoprawni.pl">

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Kurewski kraj.


Garść wydarzeń z ostatniego miesiąca…

Grzegorza Przemyka nikt nie zabił. To znaczy, ktoś tam zabił, ale się przedawniło, gdyż w ocenie niezawisłego sądu, nie była to zbrodnia komunistyczna.

Generał Jaruzelski jeździ od studia do studia, wyjaśniając w jakiej był rozterce wprowadzając stan wojenny. Podobno zły stan zdrowia nie pozwala mu zbyt długo przebywać w sali sądowej.

Rocznica masakry na Wybrzeżu (17.12.1970) przeszła bez echa. Większość narodu nie wie, co tak naprawdę się stało. Krzyże sprzed stoczni należy czym prędzej opierdolić jako gratis w pakiecie do sprzedawanego majątku. Nie będą psuły laickiej przestrzeni publicznej, tudzież samopoczucia władzy i turystów.

Rząd planuje przepisy umożliwiające inwigilację internautów i użytkowników telefonów komórkowych bez zgody sądu. A co, nie wolno? Ktoś ośmieli się poskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego? Jakoś nie widzę…

Finiszuje pakt z Kremlem, uzależniający nas od dostaw gazu do 2037 roku. Przyjaciele Moskale niechybnie dostarczą nam błękitnego paliwa w takiej ilości, byśmy nie musieli zaprzątać sobie lechickich głów fanaberiami – dywersyfikacją, na ten przykład.

Mamy rekordowo zadłużony budżet – wedle kreatywnej księgowości „sztukmistrza z Londynu” – Rostowskiego, w 2010 deficyt wyniesie ponad 50 mld. Realnie, deficyt całego sektora publicznego będzie oscylował na granicy 80 - 90 mld.

Nie mamy armii. Na jednego dowódcę przypada 1,3 szeregowego.

Senator wciągnął prochy i ubrał się w sukienkę. Też mi nowina. Medialni Katoni roztkliwiają się nad „niszczonym przez media” autorytetem moralnym. Gdzie byli, gdy niszczono w podobny sposób marszałka Kerna? Gdzie byli, gdy niedawno usiłowano skompromitować za pomocą wyssanych z palca sensacji Janusza Kurtykę i Katarzyną Hejke? Ale tamci byli z niewłaściwego towarzystwa…

Rozmawiamy ze światem w kwestii globalnego ocieplenia. Rząd ma podpisać coś, co niewątpliwie będzie naszym wspólnym sukcesem. Na samą myśl o wspólnym sukcesie portfel mi chudnie i żałośnie jęczy w kieszeni.

Od Zaduszek atakuje mnie czerwony, opasły staruch, przebrany za krasnoludka. Podobno zapowiada jakieś święta i chce, bym coś kupował. Nie znam gościa, więc mu nie odpowiadam.

Popaprany kolekcjoner kości zamówił robótkę, którą wykonano bezbłędnie – „Arbeit Macht Frei” zniknął z oświęcimskiej bramy. Monitoring był pozorowany, tzn. kamera była, ale bez możliwości zapisu. Bo to za drogo. I sprawcy doskonale o tym wiedzieli. Poznamy zleceniodawcę? Jasne…

Ale praca również nas może uczynić wolnymi. Nie będzie emerytur. Jak chcesz – tyraj do siedemdziesiątki, albo - pókiś młody, spierdalaj jak najdalej. Bądź wolny. Może ci się poszczęści.

Generał Kiszczak został oskarżony przez pion śledczy IPN o jakieś matactwa. Podobno chodzi o niejakiego Przemyka Grzegorza, młodocianego awanturnika zresztą, który zmarł dawno temu. Do czego to doszło z tym ipeenem - niedorżnięte watahy atakują starych, schorowanych ludzi. Obraza Boska. Niechybnie, wnet zaczną strzelać zza węgła.

Ale nic straconego. Kochany rząd pichci nową ustawę o IPN, która zrobi z watahami porządek. Nie będą szargać autorytetów.

Opasły staruch znów mnie zaatakował. Tym razem, bezwzględnie mam coś kupić, albo jego kumpel, niejaki Rudolf, zdefasonuje mi gębę swoim porożem. Idą święta.

Były „tewuś” (TW „Henryk”) został Prymasem (abp. Michalik). I, zapewne, w wigilijny wieczór ogłosi swe orędzie w publicznej telewizji. Będzie wzniośle i podniośle. Jak mniemam, wkrótce doczekamy się interrexa w postaci abp. Wielgusa (TW „Adam”, „Grey”)…

A naród to wszystko łyka bez popitki.

Co za kurewski kraj, jak rany…

Gadający Grzyb