Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agent 0-700. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agent 0-700. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 marca 2016

Pod-Grzybki 41, czyli agent 0-700 nadaje

Dziś „pod-grzybek” tylko jeden, ale za to dorodny, jako że mój agent specjalny 0-700, ksywa „Inwigilator”, przybiegł do mnie z informacjami o rzeczywistym przebiegu spotkania Kiszczakowej z Łukaszem Kamińskim w IPN-ie. A oto jego relacja z przeprowadzonego wywiadu operacyjnego.

*

Cóż-że tam się tłukło starej Kiszczakowej pod kołtunem, to pewnie i sam bies nie ogarnie. W każdym razie, baba dostała regularnej, z przeproszeniem, szajby i poszła z kwitami „Bolka” jak na bazar - do samego Ipeena.

Ale! Pana Łukasza Kamińskiego nie bez kozery posadzono na ipeenowskim kolczastym stolcu. Toteż przez bite dwa tygodnie utwierdzał się, czy jest aby bezpiecznie, bo takie papiery, wiadomo – śliska sprawa. No i kombinował, jak by tu babę oszwabić bez płacenia. Stara Kiszczakowa zaś swoją drogą jęła molestować młodego Cenckiewicza na okoliczność posiadania pieniądzów – czy aby nie zabuliłby jej okrągłych stu tysięcy, jako że wiedziała iż Cenckiewicz cięty na „Bolka” był okrutnie i pod chajrem przysięgał, że go dojedzie.

Najwyraźniej jednak młody Cenckiewicz okazał się w badawczych ślipiach chytrej Kiszczakowej gołodupcem. Toteż znów pobieżyła w tak zwane pędy do Kamińszczaka na tę jego ipeenowską melyne, w międzyczasie schodząc z ceny do marnych dziewięćdziesięciu tauzenów „na Ukrainkę”, bo pilnie potrzebująca była. Zbliżała się akurat Wielkanoc, a w chałupie szyby nie umyte, parkiety nie zdeflorowane, karoryferom schną żeberka - słowem, jak tu żyć? Postawiła siwuchę na biurko i powiada:

  • Jak jest?

  • G... jest, ty stara pudernico! – krzyknął Kamiński i jak raz zza kołdry, co w przejściu do sypialni wisiała, żeby zimnem nie ciągnęło, wychylił się asystent z prokuratury i policmajster.

  • Toś ty taki? - wysyczała Kiszczakowa.

  • Ano, taki – nie tracąc rezonu odparł Kamińszczak. - Każdego podkabluję, każdemu usłużę. Toś ty nie wiedziała, durna, że nową władzę teraz mamy? Ciesz się, szantrapo jedna, że cię zdrowiem darujemy i nie wyjmiemy paragrafów.

  • Za małe są na mnie te wasze paragrafy...

  • Taak? Jak ci sprawę zasolimy o paserstwo państwowymi papierami, to dopiero cienko zaśpiewasz!

  • Oż ty w życiu... - stara Kiszczakowa chwyciła siwuchę i bęc flaszką w okno! Szyba się posypała, Kiszczakowa jak ta fryga – wiuuu, przesadziła parapet i tyle ją widzieli.

  • Daleko nie ucieknie – powiada do swoich spokojnie Kamińszczak. - Ani chybi zamelinowała się na Mokotowie. Tam ją dorwiemy.

Pobiegli, drzwi do chałupy Kiszczakowej podważyli łomem i wpadli do środka.

  • Oddawaj babo, bo buźkę przefasonuję! - drze się policmajster wyszarpując ze szponów Kiszczakowej papiery.

  • Nie dam, mooje! Zapłać chociaż, padlinojadzie!

  • Już ja ci zapłacę... - wydyszał policmajster podając teczki Kamińszczakowi. Ten zasadził jeszcze starej kopniaka w sempiternę na do widzenia i powiada: - No, a teraz ferajna - wio na konferencję! Następna kadencja w Ipeenie moja, a ze mną i wy nie zginiecie!

Resztę Państwo znają.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Agent 0-700:

http://niepoprawni.pl/blog/346/posluchanie-u-ambasadora

http://niepoprawni.pl/blog/346/karnawal-u-prezydenta

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 09 (02-08.03.2016)

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Karnawał u Prezydenta


...czyli półgęskowe Ministerstwo Wolności Narodowej.



Jak doniosły mediodajnie, Jego Wspaniałość Bronisław „Panie Kochanku” Komorowski, pan na Belwederze, Obornikach, Ruskiej Budzie, et caetera, et caetera, et caetera... w czas MAK-owej zawieruchy zaniemógł na infekcję górnych dróg oddechowych, przez co nie mógł wydać z siebie głosu do Narodu, za to mógł poświergolić telefonicznie z prezydentem Miedwiediewem. No więc, jak to w końcu jest? Postanowiłem sprawdzić - odkurzywszy ciuszki Inwigilatora - agenta 0-700 wemknąłem się na nieoficjalną biesiadę w Belwederze, zakamuflowany za pomocą mojej super-duper-komórki jako faska bigosu. Na belwederskiej „domówce” u Głowy Państwa perorowano w najlepsze. Po dość nudnawym omówieniu stanu bieżącego posiadania, Jego Wspaniałość stuknąwszy w kieliszek, zabrał głos i przeszedł z właściwą sobie jowialną swadą do zarysowania przyszłościowej wizji. Com podsłuchał, przytaczam:


„... niemniej, nie oszukujmy się, towarzysze. Są cały czas w tym kraju grupki jątrzących malkontentów i politycznych bankrutów, którzy swym jątrzącym bankrutyzmem sieją malkontenckie plewy, na których pieką swe tłuste półgęski ich zapluci mocodawcy z wiadomych, odwetowych kręgów. Urządzają marsze i zebrania, kontestując wolność słowa, nad którą to wolnością troskliwą pieczę roztaczają Rząd i Partia z pełnym, chciałbym to mocno podkreślić, poparciem społeczeństwa, wyrażanym w sondażach, w których to, bez zbędnej żenady mówiąc, osiągamy kwadrylion koma trzy dziesiąte procent poparcia. Ale, jak powiedział słynny mędrzec, pan Tarei, wszystko płynie, zatem nie zasypiajmy gruszek pod korcem MAK-u. Wolność nie może sobie chadzać ot tak, samopas. Prawdziwa wolność bowiem wyraża się, że tak powiem, instytucjonalnie, zatem postuluję powołanie Ministerstwa Wolności Narodowej w odzewie na postulaty wiodących dojarek z kołchozów zlokalizowanych przy ulicach Czerskiej, Wiertniczej, Ostrobramskiej i niedawno przywróconych społeczeństwu placówek na Myśliwieckiej i Woronicza.


Ministerstwo Wolności Narodowej, jako jedynie słuszna odpowiedź na wzmiankowane tu społeczne zapotrzebowanie, zajmie się tropieniem i unieszkodliwianiem wrogów wolności - owych nieodpowiedzialnych elementów zatruwających przynależną nam swobodę swymi zbankrutowanymi miazmatami malkontenctwa, wyklutymi z tłustych półgęsków. Owe tłuste półgęski, towarzysze, nie biorą się znikąd i nie wspominam o nich bez przyczyny, albowiem ich brudne koryto zanieczyszcza atmosferę pojednania z bratnim narodem, godząc w sojusz polsko-MAKowski. Wyrażę to z całą mocą, drodzy towarzysze: nie ścierpimy wrażych kretowisk w Ruskiej Budzie pojednania. Ministerstwo Wolności Narodowej jest potrzebą chwili bieżącej i przyszłej. Wiem, człon „narodowy” w nazwie postulowanej instytucji wywołuje słuszną odrazę w waszych uszach, niemniej zważmy na realia i materiał ludzki z którym przychodzi nam się tu użerać – ja sam musiałem udawać polskiego, tfu, szlachciurę, by zyskać kilka procent więcej z wyborczej puli, która i tak cała nam się należy.


A zatem, cały lud pracujący, zarówno młody, wykształcony, miastowy, jak i ten z tak bliskiej memu sercu WSI, winien wiedzieć, że półgęsków... przepraszam, że ja ciągle z tymi półgęskami, ale jak wiadomo, nie rosną one na drzewach. Otóż, półgęski a nawet całe gęsi dawni Polacy przyrządzali na świętego Marcina... nie wiem, czy tłumaczka sobie z tym poradzi... a tak, jako mundurowa oddaliła się by honorowo palnąć sobie w potylicę... odziedziczyliśmy po teściach pewne znajomości... Co ja to...? A, właśnie: półgęski. Przekażcie przepis Donkowi, bo ostatnio jakiś taki niedożywiony. Sławku... no, SŁAWOMIRZE NOWAK! Nie śpij-że, kiedy ja tu biję w tarabany. Jako łącznik z Rządem przekażesz mój postulat odnośnie nowego Ministerstwa... Jak to, gdzie? Pisz na Dolomity!


Panie generale, chciałbym tu z całego serca podziękować za półgęsek... to jest, za twórczą inspirację Stanu Wojennego... co ja z tym półgęskiem... no cóż, jak wiadomo, mowy powinny być krótkie a półgęski długie... głodnemu chleb na myśli... Ot, co tu dalej gadać - wznieśmy toast, towarzysze, za naszego honorowego gościa, szczodrego ambasadora zaprzyjaźnionego mocarstwa, Aleksandra Aleksiejewa! Ura! Urra! Urrraaaa!


Uuuch... Nie ma to jak „Moskowskaja”. Pamiętam, że raz na polowaniu, kiedy to postrzeliłem się w... no, mniejsza z tym. Panie i panowie! Po kolacji tradycyjna zabawa w rozdzieranie postawu czerwonego sukna! Andziu, podaj mi faskę z tym apetycznym bigosikiem... tak, właśnie tę... i półgęsek...”


***


Obezwładniony słowotokiem Gospodarza w ostatniej chwili dostrzegłem pulchne dłonie Pierwszej Damy wyciągające się właśnie po mnie – skromną faskę z bigosem. Jakież było zdziwienie gości, gdy za pomocą mojej miniaturowej super-duper-komórki wzniosłem się w powietrze i uleciałem przez otwarty lufcik. Wkrótce jednak rozległy się brawa – solidnie podchmieleni goście uznali mój odlot za wstęp do części kulturalnej – tej z klaunami, co to robią różne ucieszne hece. Nawet Gospodarz z właściwą sobie inteligencją zaczął klaskać spoconymi wąsikami niedorobionego sarmaty. Jedynie wiecznie trzeźwy Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny Federacji Rosyjskiej w Rzeczypospolitej Polskiej, Aleksander Nikołajewicz Aleksiejew, odprowadził mnie uważnym spojrzeniem. Ja tymczasem zawisłem nad Stolicą.


Mury Belwederu do późnej nocy trzęsły się od toastów i wiwatów.


Wasz Inwigilator, agent 0-700.


Gadający Grzyb