Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inwigilator. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inwigilator. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Karnawał u Prezydenta


...czyli półgęskowe Ministerstwo Wolności Narodowej.



Jak doniosły mediodajnie, Jego Wspaniałość Bronisław „Panie Kochanku” Komorowski, pan na Belwederze, Obornikach, Ruskiej Budzie, et caetera, et caetera, et caetera... w czas MAK-owej zawieruchy zaniemógł na infekcję górnych dróg oddechowych, przez co nie mógł wydać z siebie głosu do Narodu, za to mógł poświergolić telefonicznie z prezydentem Miedwiediewem. No więc, jak to w końcu jest? Postanowiłem sprawdzić - odkurzywszy ciuszki Inwigilatora - agenta 0-700 wemknąłem się na nieoficjalną biesiadę w Belwederze, zakamuflowany za pomocą mojej super-duper-komórki jako faska bigosu. Na belwederskiej „domówce” u Głowy Państwa perorowano w najlepsze. Po dość nudnawym omówieniu stanu bieżącego posiadania, Jego Wspaniałość stuknąwszy w kieliszek, zabrał głos i przeszedł z właściwą sobie jowialną swadą do zarysowania przyszłościowej wizji. Com podsłuchał, przytaczam:


„... niemniej, nie oszukujmy się, towarzysze. Są cały czas w tym kraju grupki jątrzących malkontentów i politycznych bankrutów, którzy swym jątrzącym bankrutyzmem sieją malkontenckie plewy, na których pieką swe tłuste półgęski ich zapluci mocodawcy z wiadomych, odwetowych kręgów. Urządzają marsze i zebrania, kontestując wolność słowa, nad którą to wolnością troskliwą pieczę roztaczają Rząd i Partia z pełnym, chciałbym to mocno podkreślić, poparciem społeczeństwa, wyrażanym w sondażach, w których to, bez zbędnej żenady mówiąc, osiągamy kwadrylion koma trzy dziesiąte procent poparcia. Ale, jak powiedział słynny mędrzec, pan Tarei, wszystko płynie, zatem nie zasypiajmy gruszek pod korcem MAK-u. Wolność nie może sobie chadzać ot tak, samopas. Prawdziwa wolność bowiem wyraża się, że tak powiem, instytucjonalnie, zatem postuluję powołanie Ministerstwa Wolności Narodowej w odzewie na postulaty wiodących dojarek z kołchozów zlokalizowanych przy ulicach Czerskiej, Wiertniczej, Ostrobramskiej i niedawno przywróconych społeczeństwu placówek na Myśliwieckiej i Woronicza.


Ministerstwo Wolności Narodowej, jako jedynie słuszna odpowiedź na wzmiankowane tu społeczne zapotrzebowanie, zajmie się tropieniem i unieszkodliwianiem wrogów wolności - owych nieodpowiedzialnych elementów zatruwających przynależną nam swobodę swymi zbankrutowanymi miazmatami malkontenctwa, wyklutymi z tłustych półgęsków. Owe tłuste półgęski, towarzysze, nie biorą się znikąd i nie wspominam o nich bez przyczyny, albowiem ich brudne koryto zanieczyszcza atmosferę pojednania z bratnim narodem, godząc w sojusz polsko-MAKowski. Wyrażę to z całą mocą, drodzy towarzysze: nie ścierpimy wrażych kretowisk w Ruskiej Budzie pojednania. Ministerstwo Wolności Narodowej jest potrzebą chwili bieżącej i przyszłej. Wiem, człon „narodowy” w nazwie postulowanej instytucji wywołuje słuszną odrazę w waszych uszach, niemniej zważmy na realia i materiał ludzki z którym przychodzi nam się tu użerać – ja sam musiałem udawać polskiego, tfu, szlachciurę, by zyskać kilka procent więcej z wyborczej puli, która i tak cała nam się należy.


A zatem, cały lud pracujący, zarówno młody, wykształcony, miastowy, jak i ten z tak bliskiej memu sercu WSI, winien wiedzieć, że półgęsków... przepraszam, że ja ciągle z tymi półgęskami, ale jak wiadomo, nie rosną one na drzewach. Otóż, półgęski a nawet całe gęsi dawni Polacy przyrządzali na świętego Marcina... nie wiem, czy tłumaczka sobie z tym poradzi... a tak, jako mundurowa oddaliła się by honorowo palnąć sobie w potylicę... odziedziczyliśmy po teściach pewne znajomości... Co ja to...? A, właśnie: półgęski. Przekażcie przepis Donkowi, bo ostatnio jakiś taki niedożywiony. Sławku... no, SŁAWOMIRZE NOWAK! Nie śpij-że, kiedy ja tu biję w tarabany. Jako łącznik z Rządem przekażesz mój postulat odnośnie nowego Ministerstwa... Jak to, gdzie? Pisz na Dolomity!


Panie generale, chciałbym tu z całego serca podziękować za półgęsek... to jest, za twórczą inspirację Stanu Wojennego... co ja z tym półgęskiem... no cóż, jak wiadomo, mowy powinny być krótkie a półgęski długie... głodnemu chleb na myśli... Ot, co tu dalej gadać - wznieśmy toast, towarzysze, za naszego honorowego gościa, szczodrego ambasadora zaprzyjaźnionego mocarstwa, Aleksandra Aleksiejewa! Ura! Urra! Urrraaaa!


Uuuch... Nie ma to jak „Moskowskaja”. Pamiętam, że raz na polowaniu, kiedy to postrzeliłem się w... no, mniejsza z tym. Panie i panowie! Po kolacji tradycyjna zabawa w rozdzieranie postawu czerwonego sukna! Andziu, podaj mi faskę z tym apetycznym bigosikiem... tak, właśnie tę... i półgęsek...”


***


Obezwładniony słowotokiem Gospodarza w ostatniej chwili dostrzegłem pulchne dłonie Pierwszej Damy wyciągające się właśnie po mnie – skromną faskę z bigosem. Jakież było zdziwienie gości, gdy za pomocą mojej miniaturowej super-duper-komórki wzniosłem się w powietrze i uleciałem przez otwarty lufcik. Wkrótce jednak rozległy się brawa – solidnie podchmieleni goście uznali mój odlot za wstęp do części kulturalnej – tej z klaunami, co to robią różne ucieszne hece. Nawet Gospodarz z właściwą sobie inteligencją zaczął klaskać spoconymi wąsikami niedorobionego sarmaty. Jedynie wiecznie trzeźwy Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny Federacji Rosyjskiej w Rzeczypospolitej Polskiej, Aleksander Nikołajewicz Aleksiejew, odprowadził mnie uważnym spojrzeniem. Ja tymczasem zawisłem nad Stolicą.


Mury Belwederu do późnej nocy trzęsły się od toastów i wiwatów.


Wasz Inwigilator, agent 0-700.


Gadający Grzyb

sobota, 29 sierpnia 2009

Posłuchanie u ambasadora.


(Inwigilator - agent 0-700, nadaje…czyli porządek będzie na Westerplatte.)

Mimo późnej pory, najprzystojniejszy z ministrów wciąż nie spał. Przewracał się w pościeli, jakby nie mógł się zdecydować, czy miąć prześcieradło, gryźć poduszkę, czy skopywać kołdrę. Dręczyła go niepewność, toteż od czasu do czasu popierdywał cienko i żałośnie. Ponieważ zakonspirowałem się w sienniku, łatwo zgadnąć, iż objawy ministerialnej żałości wkrótce poczęły dawać mi się we znaki. Zniecierpliwiony, postanowiłem pójść na całość i zaryzykowałem prowokację.

- Uuuu, huuu, Radosłaaawieee…

- Kto tu?! – najprzystojniejszy minister poderwał się, wpadając (sądząc po odgłosach) na stolik z dyżurną porcją whisky i oprawionym w przeszkloną ramkę dyplomem Oksfordu.

- To jaaa, Radosłaaawieee… Duch twojej karieeeryyy…

- Mojej kariery! Jezu Chryste!

Stuknęły drzwi łazienki, po chwili zaś dał się słyszeć szum wody. Wykorzystałem moment, by za pomocą mojej super-duper-komórki wydobyć się z siennika, zminiaturyzować (paskudne uczucie) i schować w kieszeń ministerialnego garnituru. Widok na zewnątrz zapewnił mi dyskretny peryskop.

Po chwili najprzystojniejszy minister wrócił. Na resztkach pośpiesznie oskrobanego zarostu wykwitały ślady zacięć. W okolicach lewego ucha jaśniała przeoczona resztka pianki do golenia.

- Duchu… - zaczął minister, po czym chlusnął na twarz wysokoprocentową wodę po goleniu i bezgłośnie zawył.

Milczałem.

- Duchu! – krzyknął chrapliwiej niż zwykle. Potoczył wokół przekrwionym od niewyspania wzrokiem i szarpnął w desperacji grzywkę.

– Co powie Putin pierwszego września na Westerplatte?! Na wszystko, zaklinam cię, mów!

- Raadoosłaawiee… Jedź do ambasadoooraaa…

- Jasne! – najprzystojniejszy minister klepnął się z rozmachem w czoło i w ekspresowym tempie wskoczył w służbowy gajerek.

***

Jakoś nawet nie musiałem się wysilać, by podpowiadać najprzystojniejszemu z ministrów, do którego konkretnie ambasadora ma się udać. Co oksfordzka głowa, to oksfordzka głowa. Kierowca limuzyny, choć kształcony w zupełnie innych szkołach, na komendę „do ambasadora”, również zareagował prawidłowo.Depnął dziarsko po pedałach i wystartował z piskiem opon.

Ja natomiast, za pomocą wspomnianej wcześniej, wielofunkcyjnej super-duper-komórki, teleportowałem się do kolejnego miejsca akcji.

***

- C… co jest? A, to ty, Sierioża…

- Jedzie, waszyje błagorodie – kamerdyner zgiął się w przesadnym ukłonie.

- Sieriożka, nie błaznuj, kto jedzie? - rozbudzony ambasador nie był w nastroju do żartów.

- Najprzystojniejszy z niedoszłych sekretarzy NATO – kamerdynera nie opuszczał dobry humor.

- Masz ci los… Jeszcze jeden Polaczek…W jakiej formie?

- Roztrzęsiony, jak zwykle.

- Eech – Władimir Michajłowicz Grinin westchnął przeciągle i leniwie naciągnął szlafrok.

- Mam wyjść? – sekretarka łypnęła czujnie ślepkami znad atłasowej kołderki.

- Aaa, tak, lepiej idź – ambasador przeklął w myślach psią służbę. Suka pewnie ma swoje podległości, podobnie jak jego anioł stróż, zasrany kierowco - kamerdyner, będący w istocie „nawigatorem” siatki wojskowego wywiadu. Ambasadorzy się zmieniają, kierowca zostaje. Kto zwraca uwagę na kierowcę? Albo na sekretarkę? Tylko my. Bladź jedna.

Ale głośno powiedział:

- Wyjdź, wyjdź – i klepnął sekretarkę po krągłym tyłeczku. Ta, zapanowała nad odruchem i nie zmrużyła oczu. Nie skręciła gadowi karku, choć mogła. Troszeczkę tylko zwęziła źrenice. Była lesbijką i serdecznie nienawidziła wszystkich tych obleśnych, podstarzałych, nasiąkniętych wódą samców, z którymi musiała się służbowo pierdolić. I jeżeli któryś z nich choć na włos odstąpił od wytycznych, jeżeli tylko dał cień powodu do podejrzeń, z rozkoszą smarowała raport do Kontroli – służby nad służbami. Za to ją ceniono.

Ale dziś nici z raportu. Ten Polaczek jest na tyle spanikowany, że Władimir Michajłowicz poradzi sobie z nim w kwadrans.

- Przetrzymajcie go ździebko w korytarzu. – zaordynował ambasador.

- W tym bez krzeseł? – uśmiechnął się domyślnie kamerdyner.

***

Otworzyły się drzwi. Wyczekujący w przedpokoju najprzystojniejszy minister oderwał się od ściany i ignorując poczucie upodlenia, postarał się przybrać w miarę godną postawę.

Wniesiono stolik. Na nim postawiono karafkę wódki i dwa stakany. Następnie przyniesiono fotel. Jeden.

Wkrótce potem wszedł dziarskim, rozłożystym krokiem sam ambasador Federacji Rosyjskiej, Władimir Michajłowicz Grinin we własnej osobie. Poły szlafroka powiewały, odsłaniając nagi tors i staroświeckie ineksprymable (część odziedziczonych, rodzinnych łupów z pańskiej polszy). Na ten widok najprzystojniejszy z ministrów, boleśnie uświadomił sobie, że jest pozacinany od pośpiesznego golenia i, nie wiedzieć czemu, odkrył niestosowność swego markowego garnituru. Resztek pianki za lewym uchem nie uświadomił sobie do końca spotkania.

- No, i co tam, drogi Radosławie? – zagaił łaskawie Grinin, sadowiąc się wygodnie w fotelu i własnoręcznie polewając wódkę.

- Panie ambasadorze… Tuż przed rocznicą…takie despekty… te artykuły w waszej prasie… te filmy… Proszę zrozumieć… przecież wykazujemy dobrą wolę… polityka historyczna to anachronizm… dobrosąsiedzkie stosunki…

Ambasador bez słowa podał ministrowi stakan. Minister rozpaczliwie poszukał wzrokiem popitki, lub chociaż zagrychy i, oczywiście, nie znalazł. Przełknął płyn, powstrzymując rozpaczliwe skurcze zwrotne żołądka.

Ambasador polał ponownie.

- Ludzie się burzą… - minister spoglądał rozpaczliwie na kolejny stakan wódki i starał się odwlec choć przez chwilę moment kolejnego milczącego toastu. – Są media… jeszcze nie nad wszystkimi tak do końca panujemy…

- Dlaczego? – spytał sucho ambasador.

- Zrozumcie… to nie to, co u was – medialny porządek czasem wyłamuje się spod kontroli…

- Waszej kontroli, nie naszej – uściślił beznamiętnie dyplomata i podał stakan ministrowi, który nagle odczuł, że jest prawie czwarta nad ranem, a on pije na czczo.

Przemógł się. Wypił. Nie rzygnął.

Ambasador polał ponownie.

- Macie z gruntu fałszywe pojęcie o wolności. Wolność, to uświadomiony porządek. A wy co? Nawet Internetu nie potraficie wziąć za mordę. No, napijmy się jeszcze… To najlepsza wódka na świecie. Na specjalne okazje…

Wypili. Najprzystojniejszy z ministrów musiał oprzeć się o stolik.

- Miała być Polska Rzeczpospolita Internetowa, a tu co? – kontynuował Władimir Michajłowicz. – Prace nad ustawą zawieszone. Miał być nowy kontrakt gazowy…

- Zgodziliśmy się na dziesięć miliardów metrów sześciennych rocznie do 2035 roku! – zaprotestował minister.

- Ale nie zgodziliście się jeszcze na przejęcie kontroli nad EuRoPolGazem – wyliczał ambasador. Toteż nie zdziwcie się, gdy nasz premier, Władimir Władimirowicz powie na Westerplatte to i owo… albo to i owo przemilczy…

Obłęd zajrzał w oczy ministra. Alkohol mroczył zmysły. Przypomniał sobie Afganistan. No, teraz to temu Ruskiem wygarnie…

- Nie zapominajcie, że my również mamy swoje argumenty – wyrąbał… i momentalnie wytrzeźwiał skuty czujnym i zimnym jak sopel lodu spojrzeniem ambasadora. Na rozognione lico najprzystojniejszego ministra wypełzła trupia bladość, gdy uświadomił sobie, jakiego nietaktu się dopuścił. Wszak, polemizować z ambasadorem, to tak, jakby polemizować z całym zaprzyjaźnionym mocarstwem, którego nie należy bezproduktywnie drażnić, gdyż zaszkodziłoby to dialogowi, o karierze własnej nie wspominając. Lecz, skoro już powiedział, brnął dalej:

– Możemy na Westerplatte przypomnieć, jak było. Wobec całego świata. I co wtedy?

Ambasador podniósł brew. Najprzystojniejszy minister zmartwiał.

Ale, jego ekscelencja ambasador Władimir Michajłowicz Grinin, postanowił nie krzyczeć.

- Pijar wam opadnie do samej podłogi – wyjaśnił dobrotliwie.

- D… do podłogi? – wyjąkał najprzystojniejszy z ministrów. Po czole pociekła mu strużka potu.

- Ano, do podłogi. I słupki też. A świat was oleje.

- S… słupki? – minister wyraźnie zachwiał się na nogach.

Po chwili zebrał się na odwagę i wydukał:

- Wł… Władimirze Michajłowiczu, pozwolicie, że usiądę?

- Ależ owszem, owszem – ambasador zakreślił szeroki gest. – Siadajcie, gdzie chcecie.

- Kiedy nie mam na czym! Nie podano mi nawet fotela! – minister tracił samokontrolę i jął histeryzować. – To jakiś skandal!

- Jak to w życiu – Grinin westchnął filozoficznie. – Widzicie, jest tak: dziś nie macie na czym usiąść tutaj, jutro, gdy popłyną wytyczne do mediów, nie będziecie mieli na czym usiąść w Polsce. O fotelach w mieżdunarodnych strukturach też będziecie mogli zapomnieć. Na wasze miejsce znajdą się inni. Przemyślcie to sobie. Czekam, uroczy Radosławie…

Najprzystojniejszy z ministrów, przemyślał sobie bardzo szybko. Przestąpił dwa razy z nogi na nogę, machinalnie wychylił nalaną mu międzyczasie wódkę i zaczął z innej beczki:

- Ale, jak wszystko pójdzie dobrze, to następnym razem, gdy zwolni się jakaś posadka, szepniecie za mną słówko w NATO, albo w eurokomisji?

- Noo – wydawało się, że ziewnięcie wywichnie Władimirowi Michajłowiczowi szczękę. – Jeżeli wszystko pójdzie dobrze… czemu nie… Szepniemy, szepniemy…

Przyjacielsko poklepał ministra po policzku. Ten, w odpowiedzi, nie omieszkał obowiązkowo załzawić się ze szczęścia.

Ambasador wstał. Posłuchanie było zakończone.

Wychodząc, rzucił od niechcenia:

- A, i zakomunikujcie temu waszemu niedorobionemu piłkarzykowi, co zostało postanowione. Tylko jakoś oględnie. Zresztą – jak nie wy, to urobią go inni. Nie jesteście jedyni.

***

Zarówno kamerdyner-kierowca, sekretarka, jak i sam ambasador, jeszcze tego poranka wysłali do swych central zaszyfrowane depesze. Treść wszystkich trzech, spłodzonych niezależnie od siebie komunikatów, była identyczna: „Porządek będzie na Westerplatte”.

Nie miałem dłużej czego szukać w ambasadorskich komnatach. Za pomocą mojej super-duper-komórki teleportowałem się do innych zadań. Czego byłem świadkiem, raportuję.

Inwigilator (agent 0-700)

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl
Linki:

www.rp.pl/artykul/2,352863__Polska_sprzymierzyla_sie_z_Hitlerem_.html

www.niepoprawni.pl/blog/287/refleksje-rusofoba%E2%80%A6

www.niepoprawni.pl/blog/287/prowokacja-geopolityczna

www.niepoprawni.pl/blog/287/obiecanki-i-odloty

www.niepoprawni.pl/blogs/gadajacy-grzyb

www.niepoprawni.pl/blog/287/dlaczego-radoslaw-sikorski-nie-zostanie-szefem-nato

www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-dokarmimy-rosje