Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II wojna światowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 sierpnia 2017

Od reparacji do „polexitu”

Dopiero w momencie otrzymania reparacji będziemy mogli powiedzieć, że wygraliśmy II wojnę światową. Póki co bowiem wciąż pozostajemy w gronie przegranych.



I. Reparacyjna gorączka
Zważywszy, iż temat wojennych reparacji jakie należą się nam od Niemiec rozgrzał do białości nie tylko tutejszych folksdojczów, którzy nieustannie pozostają w stanie wzmożonego alertu, lecz również – co zrozumiałe – patriotyczną część opinii publicznej, sądzę, że nie od rzeczy będzie zamieścić kilka uwag nieco mitygujących owo wzmożenie. Oczywiście, nie ulega dla mnie wątpliwości, że odszkodowania nam się należą - ale jakie realnie mamy perspektywy na sukces? Tu ważne zastrzeżenie – mam nadzieję, że Jarosław Kaczyński nie rzucił kwestii odszkodowań ot tak sobie, jako tematu zastępczego w celu rozhuśtania opinii publicznej, bądź w charakterze politycznej demonstracji, aby dać prztyczka w nos Berlinowi za mieszanie się w nasze sprawy. To rzecz zbyt wielkiej wagi na takie figle, o czym świadczy błyskawiczne uruchomienie przez Niemcy wszystkich „pasów transmisyjnych” mających zdezawuować polskie roszczenia. Dalej będę więc pisał zakładając, że jednak mamy do czynienia z inicjatywą poważną.

II. Warunki sukcesu
Zacznę od oczywistości. Zanim strona polska wystąpi z jakimikolwiek oficjalnymi żądaniami, musimy perfekcyjnie odrobić pracę domową. To nie mogą być gazetowe wyliczenia w których fruwają sobie swobodnie różne kwoty – a to 3, to znów 5 czy nawet 6 bilionów euro. Wzorem powinna być tutaj praca zespołu powołanego przez prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego szacującego straty wojenne stolicy (ogółem ponad 45,3 mld. dol. w 2004 r.). Efekty badań zostały opublikowane w postaci dwuczęściowego raportu – część druga skupiła się na materiałach źródłowych dowodzących, że Polska nie zrzekła się skutecznie reparacji wojennych. ŚP. Lech Kaczyński nie ukrywał, iż jest to reakcja na działalność Eriki Steinbach i Związku Wypędzonych oraz Powiernictwa Pruskiego. Podobne oszacowania poczyniono również w innych miastach – teraz należy tę operację rozszerzyć do skali ogólnopolskiej, do czego punktem wyjścia mogłyby być wyliczenia przedstawione na Międzynarodowej Konferencji Reparacyjnej w Paryżu w roku 1946 (Polska wówczas wyceniła straty na 16,9 mld ówczesnych dolarów, można jednak domniemywać, iż te szacunki są dalece niepełne).
Analogicznie rzecz się ma w przypadku opracowania podstaw prawnych – tu również nie może być najmniejszej fuszerki, tak by Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze nie miał pretekstu by oddalić sprawę z powodu jakichś rażących niedoróbek. To nie może być prawny bubel jakie produkuje się niefrasobliwie w Sejmie, by potem w pocie czoła je nowelizować. Pamiętajmy – mamy jedno podejście i cios musi być nokautujący.
Kolejna rzecz – w kwestii reparacji nie możemy liczyć na regionalne sojusze. Grupa Wyszehradzka ani reszta „Trójmorza” nie pomoże nam, a to z tego względu, że większość państw regionu najchętniej o II wojnie światowej by zapomniała. Czechosłowacja poddała się bez walki unikając większych zniszczeń, na dodatek III Rzesza wykroiła z niej marionetkowe, faszyzujące słowackie państewko ks. Tiso. Węgry, Bułgaria, Rumunia to również dawni „satelici” hitlerowskich Niemiec, zaś Chorwacja ma na sumieniu „państwo ustaszów”. Obywatele państw nadbałtyckich sympatyzowali z III Rzeszą, a Łotysze mieli nawet swoje oddziały SS. Słowem, jako jedyni w regionie postawiliśmy się Hitlerowi i ponieśliśmy za to cenę, która po dziś dzień nie została przez Niemcy spłacona.
Następny punkt – porzućmy z góry nadzieję na wywalczenie czegokolwiek poprzez dwustronne negocjacje z Berlinem. Przekonała się już o tym Namibia od trzech lat prowadząca bezowocne rozmowy w sprawie odszkodowań (30 mld. euro) za ludobójstwo na plemionach Herero i Nama z czasów kolonialnych (lata 1904-1908, ponad 100 tys. ofiar). Rząd w Berlinie zaoferował jedynie powołanie „funduszu pomocowego” w wys. 100 mln. euro, odżegnując się przy tym od używania terminu „odszkodowania”, by nie tworzyć niebezpiecznego precedensu. W efekcie rząd namibijski zdecydował się wystąpić z pozwem do Trybunału w Hadze. Nie znaczy to, że z Niemcami nie należy rozmawiać – należy, jak najbardziej, choćby po to, by wysondować jakie mają w ręku karty i demonstrować przed światem wolę „polubownego” załatwienia sprawy. Jednak zasadnicza batalia rozegra się w Hadze - co polecam pod rozwagę wszystkim rozgorączkowanym kibicom, którym się wydaje, że wystarczy machnąć papierami i tupnąć nogą, a Niemcy wyskoczą z kasy. Nie, to będą lata żmudnych zmagań w gabinetach i na salach rozpraw - i trzeba być na to psychicznie przygotowanym, zwłaszcza pod kątem utrzymania przez cały ten czas spokojnej, lecz żelaznej konsekwencji.
No i wreszcie sprawa podnoszona tu i ówdzie – czyli zaangażowanie do współpracy organizacji żydowskich, zaprawionych w egzekwowaniu miliardowych sum w ramach odszkodowań za holocaust. To rzecz śliska. Z jednej strony przedstawiciele wspomnianych tu namibijskich plemion Herero i Nama wnosząc (niezależnie od władz Namibii) przeciw Niemcom pozew przed amerykańskim sądem, zaangażowali prawnika reprezentującego wcześniej ofiary holocaustu (w ogóle, zalecałbym naszemu rządowi uważne przyjrzenie się sprawie Namibii) – ale między Namibią a Żydami nie ma kwestii spornych. Tymczasem od nas organizacje „holocaust industry” domagają się 65 mld. dolarów za pożydowskie mienie - na bazie prawa plemiennej współwłasności, bo przecież nie na podstawie cywilizowanego prawodawstwa cywilnego - co dla nas jest rzecz jasna nie do przyjęcia. Gdybyśmy zaoferowali im prosty układ – odbierzecie sobie te 65 mld. z tego co wydębimy od Niemców, to tym samym przyznalibyśmy, że ich roszczenia są zasadne. Skończyć mogłoby się tym, że od Niemiec nic byśmy nie dostali, a zostalibyśmy z oficjalnie uznanymi żydowskimi roszczeniami do spłaty. Tutaj zatem zaproponowałbym formułę... prowizji. Należy zawrzeć deal – dostaniecie te 65 mld., ale jako prowizję za wykonaną usługę. Przykładowo – 65 mld. dol. to ok. 55,3 mld. euro, co stanowi 1,106 proc. z kwoty 5 bln. euro jakie mamy otrzymać od Niemiec. I na taką, określoną procentowo prowizję się umawiamy. Jeśli nie pomożecie nam skutecznie wydusić ze szkopów kasy – zostaniecie z niczym. Układ jasny – każdy dostaje swoje, jesteśmy kwita.

III. Reparacje a „polexit”
Nade wszystko jednak musimy sobie uzmysłowić, że oficjalne wystąpienie z roszczeniami reparacyjnymi na forum dwustronnym i międzynarodowym oznacza wojnę z Niemcami – może tylko „zimną”, ale wojnę. W konsekwencji, definitywnie już nie będziemy mieli czego szukać w zarządzanej z Berlina Unii Europejskiej, bo Niemcy zrobią wszystko, by nas w tej Unii zwyczajnie zgnoić. Dzisiejsze przekomarzania z Komisją Europejską na tle „praworządności” to przy tym małe miki. To zaś oznacza konieczność „polexitu” – ale nie ma po czym płakać, bo obecna tendencja przejawiająca się coraz dalej idącymi hegemonistycznymi zapędami tandemu Berlin-Bruksela w połączeniu z różnymi „prędkościami” i tak sprawia, że wyjście z UE stanie się prędzej czy później koniecznością. Rzecz w tym, iż „exit” wiąże się z nader bolesnym finansowo „rachunkiem rozwodowym” o czym przekonuje się właśnie Wlk. Brytania, od której Unia żąda jakichś nieprzytomnych miliardów – padają kwoty 40. a nawet 100 mld. euro. Cel jest jasny – dać Londynowi słoną nauczkę, a zarazem lekcję potencjalnym naśladowcom, unaoczniając im z jaką ceną wiąże się opuszczenie „europejskiej rodziny”. I tu naszą „polisą” stają się odszkodowania od Niemiec. To właśnie niemieckimi pieniędzmi będziemy mogli spłacić „rachunek rozwodowy”, który byłby dla nas trudny do udźwignięcia bez „odszkodowawczego” wspomagania. Do tego, niemieckie reparacje zapewnią nam miękkie lądowanie, stając się odpowiednikiem obecnych eurofunduszy.
Biorąc pod uwagę zarysowane tu uwarunkowania, kwestia wojennych odszkodowań staje się dla nas absolutnie kluczowa. A poza wszystkim - dopiero w momencie otrzymania reparacji będziemy mogli powiedzieć, że wygraliśmy II wojnę światową. Póki co bowiem wciąż pozostajemy w gronie przegranych.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (25-31.08.2017)

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Oświadczenie z 1953 r. było jedynie pustym politycznym gestem nie rodzącym dla Polski (nawet dla PRL!) żadnych skutków prawnomiędzynarodwych.



Na początek mała podróż w czasie. Mamy dzień 9 maja 2005 roku. Prezydent Warszawy Lech Kaczyński wraz ze współpracownikami prezentuje drugą część „Raportu o stratach wojennych Warszawy”, będącą uzupełnieniem opublikowanej rok wcześniej części pierwszej zawierającej szczegółowe wyliczenia zniszczeń i ofiar w ludziach, jakie dotknęły stolicę w wyniku niemieckiej okupacji. Część druga „Raportu” koncentruje się natomiast na tekstach źródłowych: mamy w niej umowy międzynarodowe, porozumienia, akty prawne krajowe i międzynarodowe - słowem, wszystko, co od strony prawnej dotyczy zagadnienia reparacji z tytułu strat wojennych. Materiały poddano analizie z punktu widzenia ich mocy wiążącej dla Polski. Wnioski są jednoznaczne: Polska nigdy nie zrzekła się praw do niemieckich odszkodowań za II wojnę światową. Początkowo PRL miała pobierać „swoją” część reparacji za pośrednictwem Związku Radzieckiego, który egzekwował je ze swojej strefy okupacyjnej (późniejszej NRD) – regulowała to „Umowa o wynagrodzeniu szkód” z 16 sierpnia 1945 r. Ostatecznie Związek Radziecki w 1953 r. „po uzgodnieniu” z rządem PRL rezygnuje z dalszego pobierania odszkodowań z dniem 1 stycznia 1954 r. - co z kolei znajduje odzwierciedlenie w umowie zawartej między ZSRR a NRD 22 sierpnia 1953 r. Dzień później, 23 sierpnia 1953 r., rząd PRL podejmuje uchwałę – deklarację o zrzeczeniu się reparacji od Niemiec. Dziś przeciwnicy naszych żądań odszkodowawczych podają ją w charakterze koronnego argumentu na rzecz bezzasadności podnoszenia polskich roszczeń.
Jest tylko mały szkopuł. To wszystko było „na gębę”, bez dochowania przewidzianych prawem międzynarodowym procedur. Grzegorz Kostrzewa-Zorbas przypomniał już pod koniec 2014 r., że deklaracja władz Polski Ludowej nie została notyfikowana w Sekretariacie ONZ – co ma znaczenie o tyle, że na akty prawne nie zarejestrowane w Sekretariacie nie można się powoływać w postępowaniach przed organami ONZ. A zatem, w przypadku wniesienia przez Polskę sprawy przed Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze (będący organem sądowym ONZ) strona niemiecka nie mogłaby się powołać na wspomnianą deklarację.
Może zatem uchwała obowiązuje przynajmniej w bilateralnych stosunkach polsko-niemieckich? I tu też pudło – PRL-owskie władze bowiem nie pofatygowały się, by przekazać ją formalnie rządowi NRD. Oddajmy głos Józefowi Menesowi kierującemu pracami zespołu powołanego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego: „Dotychczasowe poszukiwania w archiwach wskazują, że polskie MSZ nigdy nie przesłało do władz byłej NRD noty dyplomatycznej, w której rząd polski zrzekałby się roszczeń z tytułu strat wojennych. Nie ma również noty zwrotnej rządu NRD. Tym samym brak jest podstaw prawnych do przyjęcia, że rozliczenie wartości dostaw reparacyjnych między PRL i ZSRR jest tożsame z rozliczeniem między PRL i Niemcami”. Pozostaje tylko do ustalenia, czy rząd PRL oficjalnie upoważnił ZSRR do reprezentowania go w „negocjacjach” z NRD i zawarcia również w jego imieniu umowy z 22 sierpnia 1953 r. Najprawdopodobniej nie, o czym świadczą słowa Bieruta podczas zebrania na którym uchwalono deklarację:również Rząd PRL powinien ustosunkować się do sprawy odszkodowań niemieckich” - po co miałby się dodatkowo „ustosunkowywać”, jeśli wcześniej scedowałby na ZSRR prowadzenie rozmów z NRD?
Jeżeli zatem takowego upoważnienia nie było, to nie ma o czym mówić, tym bardziej, że są wątpliwości co do legalności samej uchwały. Konstytucja PRL w art. 25 p.7 głosiła jedynie, iż Rada Państwa „ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe” - a zatem jednostronna deklaracja zaciągająca na Polskę zobowiązania międzynarodowe była przekroczeniem konstytucyjnych prerogatyw tego organu. Co za tym idzie, wszystkie późniejsze „potwierdzenia”, zarówno kolejnych rządów PRL, jak i III RP (ostatnie z 2004 r. głosiło, iż „oświadczenie rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r. o zrzeczeniu się przez Polskę reparacji wojennych rząd RP uznaje za obowiązujące”) nie mają żadnej mocy prawnej.
Tym samym, można rozwiać obawy tych, którzy podnoszą, że jeśli „zdelegalizujemy” PRL, to straci swoją moc także umowa z 1970 r. o normalizacji stosunków z RFN uznająca granicę Polski na Odrze i Nysie. Niczego nie trzeba „delegalizować” - w odróżnieniu od deklaracji z 1953 r. układ PRL-RFN został podpisany i ratyfikowany przez obie strony i ma moc wiążącą. Natomiast oświadczenie z 1953 r. było jedynie pustym politycznym gestem nie rodzącym dla Polski (nawet dla PRL!) żadnych skutków prawnomiędzynarodwych. I odnoszę wrażenie, że Niemcy zdają sobie sprawę na jak kruchych podstawach oparte jest ich stanowisko, wg którego „kwestię reparacji uznajemy za ostatecznie uregulowaną” - inaczej nie zareagowałyby tak nerwowo na pojawienie się tego tematu w przestrzeni publicznej. Tymczasem nic nie jest „uregulowane” - i to, czy Polska zdecyduje się ostatecznie na formalne wystąpienie z roszczeniami jest wyłącznie kwestią kalkulacji politycznych zysków i strat.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
Zbrodnie niemieckiego kolonializmu
Od reparacji do „polexitu”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 34 (25-31.08.2017)

środa, 1 października 2014

Groza '44

Komasa dokonał w kinie rzeczy porównywalnej z tym, co zrobiło Muzeum Powstania Warszawskiego w polskim muzealnictwie.

I. Bez znieczulenia

Rzadko zdarza się, by film zostawił mnie wbitego w kinowy fotel z pustką w głowie, niczym po ciosie obuchem. Ostatni raz przytrafiło mi się coś podobnego chyba przy okazji „Pasji” Mela Gibsona. „Miasto 44” Jana Komasy jest bowiem obrazem skondensowanej grozy - intensywnym, wręcz wyciskającym powietrze z płuc, co zresztą miałem możność zaobserwować na przykładzie widowni. Ludzie – jak to w kinie – przed seansem zachowujący się dość swobodnie, po jego zakończeniu wychodzili w głuchym milczeniu, jakby stłamszeni, przygnieceni dopiero co zobaczonym pandemonium.

Ten film nie tyle oglądamy, co współuczestniczymy w nim, niczym w koszmarnej wędrówce po piekle. Tym bardziej przytłaczającej, że skonfrontowanej z optymizmem sprzed Powstania i pierwszego okresu po jego wybuchu, gdy wydawało się, że walka potrwa kilka dni – w sam raz tyle, by na wyzwolonych obszarach miasta powitać w charakterze gospodarzy wkraczających Sowietów, traktując ich zarazem – wedle przytoczonego w filmie rozkazu – z dystansem, jako „sojuszników naszych sojuszników”. Komasa nie roztrząsa tu racji za i przeciw Powstaniu, nie proponuje nam ani dzieła podniośle patriotycznego, ani krytycznego w duchu obecnej „zychowszczyzny”. On nam Powstanie po prostu pokazuje z całą towarzyszącą mu paletą skrajnych emocji, ze strachem, okrucieństwem i poświęceniem, z najniższymi ale też i najwyższymi ludzkimi instynktami. Piorunująca mieszanka, podkreślona sposobem narracji w wyniku której otrzymujemy swoisty trans w którym pogrążają się zarówno bohaterowie, jak i podążający za nimi widz.

II. Podróż po piekle

Co ciekawe, dzięki losom głównych bohaterów możemy wejść w tamte dni niejako w dwóch różnych rolach – zarówno żołnierza jak i cywila. Główny bohater, Stefan, opiekujący się młodszym, kilkuletnim bratem i histeryczną matką, wdową po polskim oficerze, do konspiracji zostaje wciągnięty właściwie przypadkiem. Po wybuchu walk, gdy zostaje ranny, zwyczajnie dezerteruje i ucieka z powrotem do rodziny, której jednak w zdewastowanym mieszkaniu nie zastaje. Rankiem, z okna opustoszałej kamienicy widzi egzekucję jej mieszkańców – w tym matki i brata. To, połączone z odniesioną raną i szokiem pola walki powoduje, że pogrąża się w stuporze. W ślad za nim oddział opuszcza zakochana w Stefanie druga główna postać filmu - „Biedronka” i wyrusza na poszukiwanie chłopaka. Przez długi czas zatem oglądamy Powstanie oczyma nie tylko cywilów, ale wręcz dezerterów, którzy powstańcze opaski bądź to chowają, bądź wyciągają, w zależności od tego, co jest bardziej przydatne w przedzieraniu się przez kolejne dzielnice. To wtedy widzimy krwawy deszcz szczątków ludzkich po wybuchu czołgu-pułapki na ulicy Kilińskiego, wtedy również przechodzimy horror wędrówki kanałami ze Starówki do Śródmieścia (genialna scena z atakiem klaustrofobii), którymi „Biedronka” holuje pogrążonego w odrętwieniu Stefana. Mało tu wojennego heroizmu, za to dużo prawdy o ludzkiej kondycji i poświęceniu dla drugiego człowieka.

Na wojenny heroizm przyjdzie zresztą czas, gdy Stefan wraca do oddziału, by uczestniczyć już do końca w jego gehennie, aż do końcowych scen walk na Czerniakowie. Jedna uwaga – skoro pokazano desant berlingowców, zresztą zgodnie z historyczną prawdą przedstawiając ich jako ludzkie mięso rzucone na rzeź bez elementarnego przeszkolenia w walce miejskiej, to aż prosiło się, by z drugiej strony przypomnieć choćby fragmentarycznie alianckie zrzuty i widok płonącego miasta z punktu widzenia kołującego nad Warszawą „Liberatora”. Z relacji lotników – nie nowicjuszy przecież - wiadomo, że był to iście apokaliptyczny pejzaż, nieusuwalny do końca życia z pamięci. Ten ujęty całościowo ogrom zniszczeń widzimy dopiero w ostatniej scenie, gdy Stefan po wybiciu jego oddziału i ucieczce z Czerniakowa obserwuje z wiślanej łachy konającą w płomieniach Warszawę, następnie zaś widok przechodzi płynnie w perspektywę współczesnej stolicy, rozjarzonej blaskiem latarń, neonów, biurowców, samochodów – zgrabna klamra przypominająca nam o niezłomnym mieście, które nie pozwoliło się zabić.

W całym filmie reżyser nie szczędzi nam licznych obrazów okrucieństw i zniszczenia, tragedii powstańczych szpitali, piwnic ze zdesperowanymi mieszkańcami, nie pozostawiając zarazem wątpliwości co do bestialstwa Niemców. Godne zauważenia w dobie zamazywania win, odpowiedzialności, przetrącania proporcji i zrzucania zbrodni na anonimowych „nazistów”. Tu Niemcy są Niemcami, Polacy Polakami, Żydzi – Żydami (jeden z uwolnionych Żydów dołącza do oddziału „Kobry” w którym walczy Stefan i do końca zachowuje opaskę z gwiazdą Dawida) - bez relatywizowania i niedomówień. W sam raz do sprzedania Niemcom w rewanżu za „Nasze matki, naszych ojców”. No i może polskie ambasady będą miały co wyświetlać w miejsce „Pokłosia”. „Miasto 44” to produkt eksportowy w najlepszym gatunku.

III. Trans obrazu

Nie sposób nie odnotować oszałamiającej warstwy wizualnej dzieła Komasy. W końcu doczekaliśmy się reżysera sprawnie poruszającego się w nowoczesnych technikach narracji. Poetyka niektórych scen przypomina dokonania choćby Zacka Snydera („Watchmen”, „300”). Warto zwrócić uwagę zarówno na odrealnione, poetycko ujęte sceny miłosne, jak i na obronę kamienicy na Czerniakowie zrealizowaną w konwencji gry typu First-person shooter (mnie skojarzyła się np. z sekwencjami stalingradzkimi z pierwszej części „Call of Duty” – zwłaszcza z obroną Domu Pawłowa, kto grał, ten wie, kto nie grał... niech zagra :). A jeśli ktoś narzeka na zbyt „teledyskową” formułę filmu, niech sobie przypomni chociażby przeraźliwie drętwą, nudną „piłę”, jaką był „Katyń” Wajdy, który swym filmem najprawdopodobniej „zamordował” temat sowieckiej zbrodni na lata. Albo nawet – jak to mawiają zawodowi krytycy filmowi - „akademickiego” „Pianistę” Romana Polańskiego. Ja wybieram Komasę. Czy film będzie podobał się wszystkim? Z pewnością nie i to z różnych względów. Jednym będzie brakowało patriotycznego patosu, drugich porazi okrucieństwo, jeszcze innych odrzuci „matrixowa” estetyka. Niemniej Komasa dokonał istotnego przełomu w sposobie opowiadania o historii – moim zdaniem uczynił w kinie rzecz porównywalną z tym, co zrobiło Muzeum Powstania Warszawskiego w polskim muzealnictwie, gdzie do niedawna królowały wyfroterowane parkiety i kapcie. To popkultura kształtuje dziś masowe postawy – rozumieli to twórcy MPW, rozumie i Komasa.

No i – wreszcie mamy polski film, w którym efekty specjalne nie wywołują swą pokracznością śmiechu, bądź uczucia zażenowania. Niezależnie od dużego jak polskie warunki budżetu, Komasa po prostu wie jak nimi operować i do czego służą. Czuć tu różnicę pokoleniową i odpowiedni warsztat. Zaletą są również „nieopatrzone” twarze aktorów i brak wpadek obsadowych, czego nie ustrzegł się np. Jerzy Hoffman w swej „Bitwie Warszawskiej” - Natasza Urbańska za ckm-em i wszystko jasne...

Powrócę na koniec do wspomnianych wcześniej FPS-owych scen z Czerniakowa. Teraz czekam na porządną grę komputerową o Powstaniu. To aż niewiarygodne, że notująca niebagatelne osiągnięcia polska branża gier do tej pory nie wypuściła porządnego shootera w powstańczych realiach (pominę litościwym milczeniem projekt „Uprising 44”). Jeśli nawet „branża” ideologicznie jest skolonizowana przez narrację „Wyborczej”, to argumentem powinny być choćby pieniądze jakie na takiej grze można zarobić. Nie wierzę, że można zrobić grę o Dzikim Zachodzie („Call of Juarez”), a o Powstaniu Warszawskim się nie da. Tak więc powtórzę – czekam!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (29.09-05.10.2014)

 

czwartek, 20 czerwca 2013

„Nasze matki, nasi ojcowie” jako test zderzeniowy

Musimy uświadomić sobie, że ten film jest dla Niemców między innymi testem zderzeniowym: na ile mogą sobie z Polską pozwolić.

I. Postkolonialny kulturkampf

Oglądam sobie trzeci odcinek dzieła niemieckiej propagandy historycznej „Nasze matki, nasi ojcowie” emitowany w ramach postkolonialnego kulturkampfu w państwowej Telewizji Polskiej i nachodzi mnie refleksja, że jednego Niemcom nie można odmówić: konsekwencji mianowicie. Już kanclerz Gerhard Schroeder stwierdził, iż „okres niemieckiej pokuty dobiegł końca” i ta linia jest realizowana niezależnie od politycznych konfiguracji w Berlinie. To znaczy, kierunek został zadekretowany znacznie wcześniej – jątrzące plotki powiadają, że zbitka „polskie obozy koncentracyjne” została wprowadzona na łamy prasy przez specsłużby RFN, rekrutujące się często spośród byłych hitlerowców – Schroeder jedynie to oficjalnie zalegalizował. Immanentnym składnikiem owej linii propagandowej jest przemodelowanie wizerunku Niemców ze sprawców we współofiary hitleryzmu i II Wojny Światowej. Wojny, którą wywołali oczywiście jacyś bezosobowi „naziści”, zmuszając spokojnych Teutonów do brania udziału we wszystkich tych okrucieństwach.

Aby ów obrazek zyskał cechy pozoru wiarygodności, należy dodatkowo wtłoczyć do głów masowej publiczności dwa elementy: wojna tak naprawdę zaczęła się dopiero 22 czerwca 1941 roku, wraz z atakiem na ZSRS (i tu mamy – proszę zauważyć – idealną zbieżność z sowiecką, i postsowiecką polityką historyczną), a w zagładzie Żydów brali czynny udział z gruntu antysemiccy Polacy. Natomiast jeżeli jakichś zbrodni dokonywali sami Niemcy, to po pierwsze – wynikało to z logiki wojny, po drugie zaś – czynili to wbrew sobie i z najwyższą niechęcią. O ataku na Polskę przeprowadzonym wspólnie i w porozumieniu z Sowietami na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, oraz ludobójstwie dokonywanym na Polakach po prostu nie mówimy. Ten element należy wyrugować ze świadomości urabianych odbiorców.

II. Kwintesencja propagandy historycznej

Proszę o wybaczenie, że prawię te oczywistości, ale jakoś muszę odreagować, że oglądam tę kłamliwą szmirę, zamiast przełączyć kanał na Puchar Konfederacji. Ciekaw byłem, czy w medialnych doniesieniach na temat niemieckiego serialu nie było histerii i przesady, jak co niektórzy próbowali wmówić nam przed emisją. No i nie było. Wszystkie wymienione powyżej elementy historycznej propagandy znalazły pełne odbicie. Mamy poczciwych „zwykłych Niemców” wmanipulowanych jakimś okrutnym zrządzeniem historii w ten cały „nazizm” i popędzonych ni z tego, ni z owego na front wschodni. Nie dowiadujemy się, jak to się stało, że nagle III Rzesza miała wspólną granicę z ZSRS. Mamy rozterki moralne przedstawicieli wrażliwego i kulturalnego narodu towarzyszące zbrodniom wojennym, zwieńczone martyrologiczną śmiercią jednego z głównych bohaterów, który ruszył samotnie pod kule sowieckiego cekaemu. No i mamy oczywiście zezwierzęconych antysemitów w szeregach AK oraz wśród miejscowego chłopstwa, przedstawionych w duchu idealnej zgodności z majaczeniami Jana Tomasza Grossa.

A wszystko to, drodzy Państwo, jak nas poinformowano, zostało już sprzedane do 60 krajów całego świata. I nie ma siły, żeby to odkłamać. Nawet jeśli pofilmową debatę będzie reemitować ZDF. Gdy wystukuję te słowa lecą właśnie reklamy, a za chwilę zaproszeni eksperci uraczą nas porcją swych mądrości. Ponoć pojawi się między innymi ta baba z Die Tageszeitung – wiecie, o kogo mi chodzi – to ta ponura Niemra, która wszędzie gdzie zostanie zaproszona poucza nadwiślańskich autochtonów o europejskich standardach, tolerancji i innych takich, z misjonarskim zacięciem godnym samego starego Fryca cywilizującego „Irokezów”. O, już wyguglałem - Gabriele Lesser. Tak, to ona właśnie.

No i co z tym wszystkim zrobić? Procesować się? Produkować własne filmy i dystrybuować w świecie? Dobre sobie. Polskie władze prędzej ugryzą się w tyłek, niż podskoczą swym niemieckim patronom, a filmów nawet jeśli by powstały nikt od nas nie kupi, gdyż nikt nie jest zainteresowany odkłamywaniem historii w interesie Polaków. Dla świata Polak-antysemita jest zwyczajnie wygodny – bo z Niemcami warto robić interesy i generalnie żyć z nimi dobrze, a jeśli wiąże się z tym przyjęcie ich optyki na różne historyczne zaszłości – to czemu nie?

III. TVP jako gadzinówka

No i teraz leci sobie ta dyskusja. Jednak tej baby z Tageszeitung nie ma, za to jakiś niemiecki doktor ględzi o wielowątkowości i wielowymiarowości filmowych wątków i postaci, oraz apeluje, byśmy nie dali się skłócić. I tak to jest, proszę Państwa - „polskie obozy” to zaledwie wpadki redakcyjne, Centrum Wypędzonych ma pojednać wszystkich ze wszystkimi i generalnie wszystko będzie dobrze, jeśli tylko nie będziemy się głupio upierać przy jakichś tam faktach historycznych i zaakceptujemy kres niemieckiej pokuty za II WŚ. Mnie już nawet nie chce się oburzać na bezczelność i butę tego doktora Webera w studiu TVP i tego profesora-konsultanta filmu, którzy wmawiają nam, że pokazano wszystkie „blaski i cienie” AK. Oni mają po prostu taką pracę i konkretne zadania do wypełnienia w ramach aparatu niemieckiej propagandy – podobnie jak stacja ZDF. Nadmienię tylko, że ten profesor-konsultant jest niemieckim Żydem, co prowokuje do ciekawych rozważań na temat zbieżności obecnej żydowskiej i niemieckiej polityki historycznej, ze szczególnym uwzględnieniem podziału win i odpowiedzialności, w czego tle widnieją kwestie konkretnych finansowych uroszczeń Przedsiębiorstwa Holocaust.

Oczywiście, zgodnie z moimi przewidywaniami z poprzedniej notki, do studia nie zaproszono prof. Bogdana Musiała, który miał być konsultantem serialu ze strony polskiej i którego fundamentalne zastrzeżenia ostentacyjnie zignorowano. Nie wspomniano nawet, że taka sytuacja miała miejsce, co również jest symptomatyczne. Mamy prof. Szarotę i Szewacha Weissa, którzy próbują się jakoś przebić z argumentami do zaproszonych Niemców, podobnie jak Piotr Semka, co oczywiście nie odniesie żadnego skutku, jako że cele tej całej debaty są zupełnie inne – ma ona wyłącznie „zalegalizować” pozorami obiektywizmu emisję tej propagandówki w polskiej telewizji.

Czy stało się dobrze, że ten film jednak w TVP pokazano – w czołowym kanale i w primie timie? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy uświadomić sobie, że ten film jest dla Niemców między innymi testem zderzeniowym: na ile mogą sobie z Polską pozwolić. I już sam fakt emisji z dyskusją w charakterze listka figowego pokazuje, że Niemcy mogą sobie pozwolić na o wiele więcej, niż jeszcze niedawno byliśmy skłonni przypuszczać. Ja oczywiście nie wiem, jakie naciski poszły, ale musiały być odpowiednio wysoko umocowane, bo przecież chyba nikt nie sądzi, że Juliusz Braun samodzielnie zadecydował o zamienieniu na trzy kolejne wieczory TVP1 w szkopską gadzinówkę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf-ii

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf

wtorek, 29 września 2009

Bękarty Hollywoodu.


Tarantino swoim filmem złożył reżyserski trybut na rzecz władców Hollywoodu.

No to se obejrzałem „Bękarty wojny” („Inglourious Basterds”), Quentina Tarantino. Trochę ciężko pisać w poważnym tonie o jego filmie, łatwo bowiem narazić się na zarzut „drewniactwa” – że nie kuma się konwencji, nie łapie pastiszowego dystansu, nie docenia góry cytatów na pograniczu hołdu i kpiny, którymi przepełnione są jego filmy.

Jakby co, odpowiadam – lubię i jak najbardziej „chwytam” zarówno filmy jak i ogólną konwencję w której porusza się reżyser. Chętnie wracam do „Wściekłych psów”, „Pulp Fiction”, czy „Kill Billa”.

I gdyby jego najnowsza produkcja ograniczała się, jak do tej pory, do pomysłowej żonglerki kinowymi motywami, podlanymi skondensowaną dawką przemocy i okrutnego humoru, podsycającą perwersyjny urok kolejnej krwawej opowieści, nie miałbym powodów do narzekań, tudzież doszukiwania się drugiego dna.

Tak, niestety, nie jest.

Fałsz ekranu.

Co zatem mam za złe panu Tarantino?

Przede wszystkim to, że najwyraźniej dał ciała. Nad jego dziełem unosi się smrodek politycznej poprawności. Cały film, od początku do końca, trąci mi podskórnym fałszem.

Twórca wpisał się w dominujący ostatnimi czasy nurt relatywizacji wojny – „Upadek”, „Walkiria” i wreszcie, chyba najbardziej – „Defiance”. Do tego ostatniego tytułu film odwołuje się bodaj najmocniej. Oczywiście, nie tyle w sferze wizualnej, cytatów itp., ile w sferze tzw. wymowy ogólnej. Najwyraźniej w tej chwili jest zapotrzebowanie na zerwanie ze schematem biernego Żyda - bezwolnego barana pędzonego na rzeź. Zapotrzebowanie bieżące domaga się obstalowania wizerunku Żyda – bohatera, mściciela, który z bronią w ręku bierze odwet na prześladowcach – bohatersko, sam przeciw całemu światu. Współczesna „prawda ekranu” ma przedstawiać wyrzynające Niemców semickie komando i francusko – żydowską mścicielkę, która do spółki z czarnym kamerzystą pali żywcem nazistowską wierchuszkę. Tak ma być i już. Wszystko co temu służy, co pozwala powyższy obraz wdrukować w podświadomość widza, nawet jeżeli jest to tarantinowski, przegięty, krwawy absurdalizm – jest dobre.

Przypomnę dla porządku, że amerykańscy Żydzi nie kiwnęli palcem, by ratować swych europejskich pobratymców. Hollywoodzcy Żydzi tym bardziej. Do 22.06.1941 Hollywood przeżarty sowiecką agenturą spod znaku Komunistycznej Partii Ameryki głosił kult sprzymierzonego z III Rzeszą ZSRR i wspierał propagandowo izolacjonistów. Do wojny zaczął nawoływać, wciąż pod dyktando Kremla, dopiero po uprzedzającym o kilkanaście dni sowiecką inwazję ataku Hitlera. Te błędy należy zatuszować.

Kiedyś Marlon Brando stwierdził, że Hollywoodem rządzą Żydzi. Posypały się gromy, jak to bywa często, gdy ktoś powie coś o czym wszyscy wiedzą, ale czego głośno mówić z jakichś względów nie wypada. Mam brzydkie podejrzenie, że Tarantino swoim filmem złożył swoisty hołd lenny, opowiadając się po „właściwej” stronie propagandowej batalii o historię. Taki reżyserski trybut na rzecz władców Hollywoodu.

Dobrzy Francuzi i anonimowi naziści.

Niejako przy okazji, film spełnia zapotrzebowanie innych możnych tego świata – Francuzów i Niemców na wybielenie własnej historii. Francuzi, którzy zasłynęli z czołgów posiadających tylko wsteczny bieg, zaś pod okupacją systemowo wyłapywali „swoich” Żydów i odstawiali do transportów (i to nie tylko pod reżimem Vichy), są sprowadzeni do postaci szlachetnego farmera, który łamie się pod wpływem psychologicznej rozgrywki oficera SS. Doprawdy straszne, zwłaszcza gdy skonfrontować to z realiami okupowanej Polski, gdzie, mimo kary śmierci za ukrywanie Żydów grożącej wszystkim domownikom, Żydów uratowano najwięcej. Ale o tym ani Tarantino, ani zachodni widz wiedzieć nie musi.

Niemcy również mogą filmem poczuć się usatysfakcjonowani. Hitler i spółka zostali przedstawieni w sposób tak karykaturalny, przerysowany i groteskowy, że nie sposób się ich bać. Są to postaci rodem z „Upadku”. Na widok tych komiksowych pajaców można jedynie wzruszyć ramionami – już więcej psychopatycznej grozy ma plejada szwarccharakterów z cyklu o „Batmanie”.

No i wreszcie naziści. Ci p*** naziści. W całym filmie w odniesieniu do nich bodaj ani razu nie pada słowo „Niemcy”. Zawsze są to „naziści”. Ci „naziści” wprawdzie szwargocą w jakby znanym dialekcie, pochodzą a to z Bawarii, a to z innych okolic między Renem a Królewcem, ale o ich narodowości – ani słowa. Bardzo subtelny zabieg, wpisujący się w lansowaną tezę, iż dobrzy Niemcy zostali podbici przez złych „nazistów” (którzy też nie wszyscy i nie ze szczętem byli źli) z czego jakoś tak wynikło całe to wojenne zamieszanie i związane z nim nieprzyjemności…

Nie wiem, czy przeciętny połykacz medialnej papki skojarzy, iż skoro filmowi „naziści” mówią po niemiecku, to pewnie byli Niemcami. Masowe zidiocenie sięgnęło takiego pułapu, że mam poważne wątpliwości.

Doprawdy, gdyby do galerii filmowych typów Tarantino dopchnął jeszcze kolanem szlachetnego Rosjanina w stylu niezapomnianego Stirlitza, byłby komplet. Zresztą, gdyby obejrzał „17 mgnień wiosny”, pewnie by to zrobił.

***

Tarantino pograł koniunkturalnie. Doszlusował (oby na chwilę) do grona fałszujących historię hollywoodzkich bękartów. Zrobił to w swoim stylu, z przymrużeniem oka, charakterystycznym dla niego sadystycznym humorem i wdziękiem, ale niesmak pozostaje.

Cóż, wypada tylko mieć nadzieję, że reżyser odrobił polit – poprawną pańszczyznę i w kolejnych filmach powróci do tego, co lubię u niego najbardziej – bezpretensjonalnej orgii przemocy, pieszczącej zmysły widza perfekcyjnym montażem, idealnie dobraną muzyką, zapadającymi w pamięć, „cytowalnymi” dialogami i koncertową grą aktorów. Najlepiej, żeby to był zapowiadany w „Grindhouse” jako fikcyjny trailer „Machete”. I żeby zrobili to we dwóch z Rodriguezem. Takiego Tarantino – mistrza krwawej groteski chcę oglądać.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 2 września 2009

Medialni frajerzy.


Obchody na Westerplatte zmieniły się w medialny festiwal na cześć Putina.

Ależ koncertowo rozegrali naszą mediorzeczywistość towarzysze czekiści. Nie ma co, pierwsza klasa. Wstępnym etapem rozgrywki był festiwal historycznych oszczerstw, produkowanych na zamówienie i pod egidą Kremla. Nagłośnionych następnie, zgodnie z moskiewskimi przewidywaniami, przez nasze mediodajnie.

Kolejna faza, to przemowa do priwislańskiego narodu wygłoszona przez Putina na łamach, mówiąc Brixenem, „wiodącego tytułu prasowego”, gdzie fałsz mieszał się z prawdą w iście żdanowowskich proporcjach. Oczywiście, carska oracja na tle zapierającej dech w piersiach orgii fałszerstw i pomówień została gremialnie odebrana jako przejaw „rozsądku” i „umiarkowania” Przywódcy.

A potem nastąpił Wielki Przylot.

Doprawdy, żal było patrzeć na gnojków z Walterowni, którzy na okoliczność przybycia Cara, aż zachłystywali się z zachwytu: a to, że wynajął cały Grand Hotel, to znów, że przyjechała grubo ponad stuosobowa świta… jaki gest, jaki rozmach… od razu widać, że to prawdziwy Imperator Trzeciego Rzymu… nie to, co jakaś tam Merkelowa. Co zje Putin? Czy wypowie łaskawe słowo a propos polskiej kuchni? Brakowało tylko pytania, czym się podetrze…

I tak jakoś, niepostrzeżenie, obchody 70 – tej rocznicy wybuchu ludobójczej wojny, zamieniły się w medialny festiwal na cześć Putina. Że zechciał przyjechać. Że nie nakłamał za wiele i zamiast pluć w twarz, napluł pod nogi, strzykając, jakby od niechcenia, śliną swoich wypowiedzi. Że, między kłamstwami, wycedził kilka słów prawdy, które zostały z miejsca podchwycone jako dowód dobrej woli i przyjaznych intencji.

Wielka feta. Car raczył zawitać do priwislańskiej guberni. Odezwał się słowem łaskawym. Tak zwyczajnie, po ludzku – jakby nie on. Dobre panisko.

Jak nie omieszkali donieść rozemocjonowani, tfu, dziennikarze, jego wieliczestwu ponoć tylko raz stężała mina – gdy niesubordynowany prezydent Kaczyński w trakcie przemówienia poczynił aluzję do zeszłorocznej rosyjskiej agresji na Gruzję (ach, jak mógł, co za nietakt…). Cóż, szczerze mówiąc, dziwnie mało mnie obchodzi, co tam Władimirowi Władimirowiczowi stężało i w jakich okolicznościach, ale dziennikarskiemu stadku gratuluję pilności we wpatrywaniu się w dostojne oblicze.

Cel rozgrywki został osiągnięty. Putin wrócił do siebie, urobiwszy swą łaskawością szereg kolejnych medialnych agentów wpływu, rozanielonych tym, jaki on konstruktywny, spokojny, wyważony… a że interpretuje nieco inaczej historię? Cóż, trzeba zrozumieć, Rosjanie też chcą być z czegoś dumni – czy nam osądzać, co tam gra w niezmierzonych otchłaniach szerokiej, czekistowskiej duszy? A że, w tym samym czasie w Moskwie kręcił się w najlepsze festiwal kalumnii… To też należy zrozumieć – taka specyfika.

Oczywiście, propagandowo – medialna tragifarsa nie skończy się wraz z powrotem Cara. Jeszcze przez jakiś czas będziemy ze Wschodu raczeni kolejnymi rewelacjami. Po to, by od nadmiaru putinowskiej dobroci Polaczkom przypadkiem we łbach się nie poprzewracało… Ale to nic. To tylko deszcz pada.

***

Na zakończenie mała anegdotka:

W zeszłym tygodniu jakiś reporter z TVN 24, odpytując jakiegoś polityka na okoliczność amerykańskiej absencji na Westerplatte, użył sformułowania „świętować rocznicę wybuchu wojny”. Powtórzę to jeszcze raz, głośno, wyraźnie i wielkimi literami: ŚWIĘTOWAĆ.

Jak rany, skąd oni biorą tych idiotów? Po chwili namysłu, stwierdzam, że biorą ich z Nienacka. Jak sądzę, Nienack, to taka miejscowość w Polsce, gdzie rodzą się odmóżdżeni kretyni, obdarzeni silnym parciem na szkło. Wieść gminna niesie, iż od powicia do emerytury dzierżą w garściach mikrofony, zapełniając medialno-sejmowe korytarze i produkując „newsy”.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 29 sierpnia 2009

Posłuchanie u ambasadora.


(Inwigilator - agent 0-700, nadaje…czyli porządek będzie na Westerplatte.)

Mimo późnej pory, najprzystojniejszy z ministrów wciąż nie spał. Przewracał się w pościeli, jakby nie mógł się zdecydować, czy miąć prześcieradło, gryźć poduszkę, czy skopywać kołdrę. Dręczyła go niepewność, toteż od czasu do czasu popierdywał cienko i żałośnie. Ponieważ zakonspirowałem się w sienniku, łatwo zgadnąć, iż objawy ministerialnej żałości wkrótce poczęły dawać mi się we znaki. Zniecierpliwiony, postanowiłem pójść na całość i zaryzykowałem prowokację.

- Uuuu, huuu, Radosłaaawieee…

- Kto tu?! – najprzystojniejszy minister poderwał się, wpadając (sądząc po odgłosach) na stolik z dyżurną porcją whisky i oprawionym w przeszkloną ramkę dyplomem Oksfordu.

- To jaaa, Radosłaaawieee… Duch twojej karieeeryyy…

- Mojej kariery! Jezu Chryste!

Stuknęły drzwi łazienki, po chwili zaś dał się słyszeć szum wody. Wykorzystałem moment, by za pomocą mojej super-duper-komórki wydobyć się z siennika, zminiaturyzować (paskudne uczucie) i schować w kieszeń ministerialnego garnituru. Widok na zewnątrz zapewnił mi dyskretny peryskop.

Po chwili najprzystojniejszy minister wrócił. Na resztkach pośpiesznie oskrobanego zarostu wykwitały ślady zacięć. W okolicach lewego ucha jaśniała przeoczona resztka pianki do golenia.

- Duchu… - zaczął minister, po czym chlusnął na twarz wysokoprocentową wodę po goleniu i bezgłośnie zawył.

Milczałem.

- Duchu! – krzyknął chrapliwiej niż zwykle. Potoczył wokół przekrwionym od niewyspania wzrokiem i szarpnął w desperacji grzywkę.

– Co powie Putin pierwszego września na Westerplatte?! Na wszystko, zaklinam cię, mów!

- Raadoosłaawiee… Jedź do ambasadoooraaa…

- Jasne! – najprzystojniejszy minister klepnął się z rozmachem w czoło i w ekspresowym tempie wskoczył w służbowy gajerek.

***

Jakoś nawet nie musiałem się wysilać, by podpowiadać najprzystojniejszemu z ministrów, do którego konkretnie ambasadora ma się udać. Co oksfordzka głowa, to oksfordzka głowa. Kierowca limuzyny, choć kształcony w zupełnie innych szkołach, na komendę „do ambasadora”, również zareagował prawidłowo.Depnął dziarsko po pedałach i wystartował z piskiem opon.

Ja natomiast, za pomocą wspomnianej wcześniej, wielofunkcyjnej super-duper-komórki, teleportowałem się do kolejnego miejsca akcji.

***

- C… co jest? A, to ty, Sierioża…

- Jedzie, waszyje błagorodie – kamerdyner zgiął się w przesadnym ukłonie.

- Sieriożka, nie błaznuj, kto jedzie? - rozbudzony ambasador nie był w nastroju do żartów.

- Najprzystojniejszy z niedoszłych sekretarzy NATO – kamerdynera nie opuszczał dobry humor.

- Masz ci los… Jeszcze jeden Polaczek…W jakiej formie?

- Roztrzęsiony, jak zwykle.

- Eech – Władimir Michajłowicz Grinin westchnął przeciągle i leniwie naciągnął szlafrok.

- Mam wyjść? – sekretarka łypnęła czujnie ślepkami znad atłasowej kołderki.

- Aaa, tak, lepiej idź – ambasador przeklął w myślach psią służbę. Suka pewnie ma swoje podległości, podobnie jak jego anioł stróż, zasrany kierowco - kamerdyner, będący w istocie „nawigatorem” siatki wojskowego wywiadu. Ambasadorzy się zmieniają, kierowca zostaje. Kto zwraca uwagę na kierowcę? Albo na sekretarkę? Tylko my. Bladź jedna.

Ale głośno powiedział:

- Wyjdź, wyjdź – i klepnął sekretarkę po krągłym tyłeczku. Ta, zapanowała nad odruchem i nie zmrużyła oczu. Nie skręciła gadowi karku, choć mogła. Troszeczkę tylko zwęziła źrenice. Była lesbijką i serdecznie nienawidziła wszystkich tych obleśnych, podstarzałych, nasiąkniętych wódą samców, z którymi musiała się służbowo pierdolić. I jeżeli któryś z nich choć na włos odstąpił od wytycznych, jeżeli tylko dał cień powodu do podejrzeń, z rozkoszą smarowała raport do Kontroli – służby nad służbami. Za to ją ceniono.

Ale dziś nici z raportu. Ten Polaczek jest na tyle spanikowany, że Władimir Michajłowicz poradzi sobie z nim w kwadrans.

- Przetrzymajcie go ździebko w korytarzu. – zaordynował ambasador.

- W tym bez krzeseł? – uśmiechnął się domyślnie kamerdyner.

***

Otworzyły się drzwi. Wyczekujący w przedpokoju najprzystojniejszy minister oderwał się od ściany i ignorując poczucie upodlenia, postarał się przybrać w miarę godną postawę.

Wniesiono stolik. Na nim postawiono karafkę wódki i dwa stakany. Następnie przyniesiono fotel. Jeden.

Wkrótce potem wszedł dziarskim, rozłożystym krokiem sam ambasador Federacji Rosyjskiej, Władimir Michajłowicz Grinin we własnej osobie. Poły szlafroka powiewały, odsłaniając nagi tors i staroświeckie ineksprymable (część odziedziczonych, rodzinnych łupów z pańskiej polszy). Na ten widok najprzystojniejszy z ministrów, boleśnie uświadomił sobie, że jest pozacinany od pośpiesznego golenia i, nie wiedzieć czemu, odkrył niestosowność swego markowego garnituru. Resztek pianki za lewym uchem nie uświadomił sobie do końca spotkania.

- No, i co tam, drogi Radosławie? – zagaił łaskawie Grinin, sadowiąc się wygodnie w fotelu i własnoręcznie polewając wódkę.

- Panie ambasadorze… Tuż przed rocznicą…takie despekty… te artykuły w waszej prasie… te filmy… Proszę zrozumieć… przecież wykazujemy dobrą wolę… polityka historyczna to anachronizm… dobrosąsiedzkie stosunki…

Ambasador bez słowa podał ministrowi stakan. Minister rozpaczliwie poszukał wzrokiem popitki, lub chociaż zagrychy i, oczywiście, nie znalazł. Przełknął płyn, powstrzymując rozpaczliwe skurcze zwrotne żołądka.

Ambasador polał ponownie.

- Ludzie się burzą… - minister spoglądał rozpaczliwie na kolejny stakan wódki i starał się odwlec choć przez chwilę moment kolejnego milczącego toastu. – Są media… jeszcze nie nad wszystkimi tak do końca panujemy…

- Dlaczego? – spytał sucho ambasador.

- Zrozumcie… to nie to, co u was – medialny porządek czasem wyłamuje się spod kontroli…

- Waszej kontroli, nie naszej – uściślił beznamiętnie dyplomata i podał stakan ministrowi, który nagle odczuł, że jest prawie czwarta nad ranem, a on pije na czczo.

Przemógł się. Wypił. Nie rzygnął.

Ambasador polał ponownie.

- Macie z gruntu fałszywe pojęcie o wolności. Wolność, to uświadomiony porządek. A wy co? Nawet Internetu nie potraficie wziąć za mordę. No, napijmy się jeszcze… To najlepsza wódka na świecie. Na specjalne okazje…

Wypili. Najprzystojniejszy z ministrów musiał oprzeć się o stolik.

- Miała być Polska Rzeczpospolita Internetowa, a tu co? – kontynuował Władimir Michajłowicz. – Prace nad ustawą zawieszone. Miał być nowy kontrakt gazowy…

- Zgodziliśmy się na dziesięć miliardów metrów sześciennych rocznie do 2035 roku! – zaprotestował minister.

- Ale nie zgodziliście się jeszcze na przejęcie kontroli nad EuRoPolGazem – wyliczał ambasador. Toteż nie zdziwcie się, gdy nasz premier, Władimir Władimirowicz powie na Westerplatte to i owo… albo to i owo przemilczy…

Obłęd zajrzał w oczy ministra. Alkohol mroczył zmysły. Przypomniał sobie Afganistan. No, teraz to temu Ruskiem wygarnie…

- Nie zapominajcie, że my również mamy swoje argumenty – wyrąbał… i momentalnie wytrzeźwiał skuty czujnym i zimnym jak sopel lodu spojrzeniem ambasadora. Na rozognione lico najprzystojniejszego ministra wypełzła trupia bladość, gdy uświadomił sobie, jakiego nietaktu się dopuścił. Wszak, polemizować z ambasadorem, to tak, jakby polemizować z całym zaprzyjaźnionym mocarstwem, którego nie należy bezproduktywnie drażnić, gdyż zaszkodziłoby to dialogowi, o karierze własnej nie wspominając. Lecz, skoro już powiedział, brnął dalej:

– Możemy na Westerplatte przypomnieć, jak było. Wobec całego świata. I co wtedy?

Ambasador podniósł brew. Najprzystojniejszy minister zmartwiał.

Ale, jego ekscelencja ambasador Władimir Michajłowicz Grinin, postanowił nie krzyczeć.

- Pijar wam opadnie do samej podłogi – wyjaśnił dobrotliwie.

- D… do podłogi? – wyjąkał najprzystojniejszy z ministrów. Po czole pociekła mu strużka potu.

- Ano, do podłogi. I słupki też. A świat was oleje.

- S… słupki? – minister wyraźnie zachwiał się na nogach.

Po chwili zebrał się na odwagę i wydukał:

- Wł… Władimirze Michajłowiczu, pozwolicie, że usiądę?

- Ależ owszem, owszem – ambasador zakreślił szeroki gest. – Siadajcie, gdzie chcecie.

- Kiedy nie mam na czym! Nie podano mi nawet fotela! – minister tracił samokontrolę i jął histeryzować. – To jakiś skandal!

- Jak to w życiu – Grinin westchnął filozoficznie. – Widzicie, jest tak: dziś nie macie na czym usiąść tutaj, jutro, gdy popłyną wytyczne do mediów, nie będziecie mieli na czym usiąść w Polsce. O fotelach w mieżdunarodnych strukturach też będziecie mogli zapomnieć. Na wasze miejsce znajdą się inni. Przemyślcie to sobie. Czekam, uroczy Radosławie…

Najprzystojniejszy z ministrów, przemyślał sobie bardzo szybko. Przestąpił dwa razy z nogi na nogę, machinalnie wychylił nalaną mu międzyczasie wódkę i zaczął z innej beczki:

- Ale, jak wszystko pójdzie dobrze, to następnym razem, gdy zwolni się jakaś posadka, szepniecie za mną słówko w NATO, albo w eurokomisji?

- Noo – wydawało się, że ziewnięcie wywichnie Władimirowi Michajłowiczowi szczękę. – Jeżeli wszystko pójdzie dobrze… czemu nie… Szepniemy, szepniemy…

Przyjacielsko poklepał ministra po policzku. Ten, w odpowiedzi, nie omieszkał obowiązkowo załzawić się ze szczęścia.

Ambasador wstał. Posłuchanie było zakończone.

Wychodząc, rzucił od niechcenia:

- A, i zakomunikujcie temu waszemu niedorobionemu piłkarzykowi, co zostało postanowione. Tylko jakoś oględnie. Zresztą – jak nie wy, to urobią go inni. Nie jesteście jedyni.

***

Zarówno kamerdyner-kierowca, sekretarka, jak i sam ambasador, jeszcze tego poranka wysłali do swych central zaszyfrowane depesze. Treść wszystkich trzech, spłodzonych niezależnie od siebie komunikatów, była identyczna: „Porządek będzie na Westerplatte”.

Nie miałem dłużej czego szukać w ambasadorskich komnatach. Za pomocą mojej super-duper-komórki teleportowałem się do innych zadań. Czego byłem świadkiem, raportuję.

Inwigilator (agent 0-700)

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl
Linki:

www.rp.pl/artykul/2,352863__Polska_sprzymierzyla_sie_z_Hitlerem_.html

www.niepoprawni.pl/blog/287/refleksje-rusofoba%E2%80%A6

www.niepoprawni.pl/blog/287/prowokacja-geopolityczna

www.niepoprawni.pl/blog/287/obiecanki-i-odloty

www.niepoprawni.pl/blogs/gadajacy-grzyb

www.niepoprawni.pl/blog/287/dlaczego-radoslaw-sikorski-nie-zostanie-szefem-nato

www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-dokarmimy-rosje