Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kultura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 września 2009

Bękarty Hollywoodu.


Tarantino swoim filmem złożył reżyserski trybut na rzecz władców Hollywoodu.

No to se obejrzałem „Bękarty wojny” („Inglourious Basterds”), Quentina Tarantino. Trochę ciężko pisać w poważnym tonie o jego filmie, łatwo bowiem narazić się na zarzut „drewniactwa” – że nie kuma się konwencji, nie łapie pastiszowego dystansu, nie docenia góry cytatów na pograniczu hołdu i kpiny, którymi przepełnione są jego filmy.

Jakby co, odpowiadam – lubię i jak najbardziej „chwytam” zarówno filmy jak i ogólną konwencję w której porusza się reżyser. Chętnie wracam do „Wściekłych psów”, „Pulp Fiction”, czy „Kill Billa”.

I gdyby jego najnowsza produkcja ograniczała się, jak do tej pory, do pomysłowej żonglerki kinowymi motywami, podlanymi skondensowaną dawką przemocy i okrutnego humoru, podsycającą perwersyjny urok kolejnej krwawej opowieści, nie miałbym powodów do narzekań, tudzież doszukiwania się drugiego dna.

Tak, niestety, nie jest.

Fałsz ekranu.

Co zatem mam za złe panu Tarantino?

Przede wszystkim to, że najwyraźniej dał ciała. Nad jego dziełem unosi się smrodek politycznej poprawności. Cały film, od początku do końca, trąci mi podskórnym fałszem.

Twórca wpisał się w dominujący ostatnimi czasy nurt relatywizacji wojny – „Upadek”, „Walkiria” i wreszcie, chyba najbardziej – „Defiance”. Do tego ostatniego tytułu film odwołuje się bodaj najmocniej. Oczywiście, nie tyle w sferze wizualnej, cytatów itp., ile w sferze tzw. wymowy ogólnej. Najwyraźniej w tej chwili jest zapotrzebowanie na zerwanie ze schematem biernego Żyda - bezwolnego barana pędzonego na rzeź. Zapotrzebowanie bieżące domaga się obstalowania wizerunku Żyda – bohatera, mściciela, który z bronią w ręku bierze odwet na prześladowcach – bohatersko, sam przeciw całemu światu. Współczesna „prawda ekranu” ma przedstawiać wyrzynające Niemców semickie komando i francusko – żydowską mścicielkę, która do spółki z czarnym kamerzystą pali żywcem nazistowską wierchuszkę. Tak ma być i już. Wszystko co temu służy, co pozwala powyższy obraz wdrukować w podświadomość widza, nawet jeżeli jest to tarantinowski, przegięty, krwawy absurdalizm – jest dobre.

Przypomnę dla porządku, że amerykańscy Żydzi nie kiwnęli palcem, by ratować swych europejskich pobratymców. Hollywoodzcy Żydzi tym bardziej. Do 22.06.1941 Hollywood przeżarty sowiecką agenturą spod znaku Komunistycznej Partii Ameryki głosił kult sprzymierzonego z III Rzeszą ZSRR i wspierał propagandowo izolacjonistów. Do wojny zaczął nawoływać, wciąż pod dyktando Kremla, dopiero po uprzedzającym o kilkanaście dni sowiecką inwazję ataku Hitlera. Te błędy należy zatuszować.

Kiedyś Marlon Brando stwierdził, że Hollywoodem rządzą Żydzi. Posypały się gromy, jak to bywa często, gdy ktoś powie coś o czym wszyscy wiedzą, ale czego głośno mówić z jakichś względów nie wypada. Mam brzydkie podejrzenie, że Tarantino swoim filmem złożył swoisty hołd lenny, opowiadając się po „właściwej” stronie propagandowej batalii o historię. Taki reżyserski trybut na rzecz władców Hollywoodu.

Dobrzy Francuzi i anonimowi naziści.

Niejako przy okazji, film spełnia zapotrzebowanie innych możnych tego świata – Francuzów i Niemców na wybielenie własnej historii. Francuzi, którzy zasłynęli z czołgów posiadających tylko wsteczny bieg, zaś pod okupacją systemowo wyłapywali „swoich” Żydów i odstawiali do transportów (i to nie tylko pod reżimem Vichy), są sprowadzeni do postaci szlachetnego farmera, który łamie się pod wpływem psychologicznej rozgrywki oficera SS. Doprawdy straszne, zwłaszcza gdy skonfrontować to z realiami okupowanej Polski, gdzie, mimo kary śmierci za ukrywanie Żydów grożącej wszystkim domownikom, Żydów uratowano najwięcej. Ale o tym ani Tarantino, ani zachodni widz wiedzieć nie musi.

Niemcy również mogą filmem poczuć się usatysfakcjonowani. Hitler i spółka zostali przedstawieni w sposób tak karykaturalny, przerysowany i groteskowy, że nie sposób się ich bać. Są to postaci rodem z „Upadku”. Na widok tych komiksowych pajaców można jedynie wzruszyć ramionami – już więcej psychopatycznej grozy ma plejada szwarccharakterów z cyklu o „Batmanie”.

No i wreszcie naziści. Ci p*** naziści. W całym filmie w odniesieniu do nich bodaj ani razu nie pada słowo „Niemcy”. Zawsze są to „naziści”. Ci „naziści” wprawdzie szwargocą w jakby znanym dialekcie, pochodzą a to z Bawarii, a to z innych okolic między Renem a Królewcem, ale o ich narodowości – ani słowa. Bardzo subtelny zabieg, wpisujący się w lansowaną tezę, iż dobrzy Niemcy zostali podbici przez złych „nazistów” (którzy też nie wszyscy i nie ze szczętem byli źli) z czego jakoś tak wynikło całe to wojenne zamieszanie i związane z nim nieprzyjemności…

Nie wiem, czy przeciętny połykacz medialnej papki skojarzy, iż skoro filmowi „naziści” mówią po niemiecku, to pewnie byli Niemcami. Masowe zidiocenie sięgnęło takiego pułapu, że mam poważne wątpliwości.

Doprawdy, gdyby do galerii filmowych typów Tarantino dopchnął jeszcze kolanem szlachetnego Rosjanina w stylu niezapomnianego Stirlitza, byłby komplet. Zresztą, gdyby obejrzał „17 mgnień wiosny”, pewnie by to zrobił.

***

Tarantino pograł koniunkturalnie. Doszlusował (oby na chwilę) do grona fałszujących historię hollywoodzkich bękartów. Zrobił to w swoim stylu, z przymrużeniem oka, charakterystycznym dla niego sadystycznym humorem i wdziękiem, ale niesmak pozostaje.

Cóż, wypada tylko mieć nadzieję, że reżyser odrobił polit – poprawną pańszczyznę i w kolejnych filmach powróci do tego, co lubię u niego najbardziej – bezpretensjonalnej orgii przemocy, pieszczącej zmysły widza perfekcyjnym montażem, idealnie dobraną muzyką, zapadającymi w pamięć, „cytowalnymi” dialogami i koncertową grą aktorów. Najlepiej, żeby to był zapowiadany w „Grindhouse” jako fikcyjny trailer „Machete”. I żeby zrobili to we dwóch z Rodriguezem. Takiego Tarantino – mistrza krwawej groteski chcę oglądać.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

wtorek, 22 września 2009

O rosyjskiej duszy.


Epatowanie pojęciem „rosyjska dusza” to zręczna demagogia mająca skryć pozłacane „kulturnym” blichtrem barbarzyństwo.

Jak napisałem w poprzednim tekście („Wielkoruska dusza” www.niepoprawni.pl/blog/287/wielkoruska-dusza ), pojęcie „rosyjskiej duszy” zostało zmitologizowane do granic obłędu. Jest to, dodam, mitologizacja bardzo wygodna, stosowana zamiennie z ględzeniem o „rosyjskiej wrażliwości”, tudzież „rosyjskiej specyfice”.

Zabili? Rosyjska dusza. Ugościli samogonem i słoniną? Rosyjska dusza. Zachlali mordę? Wytrzeźwieli? Też rosyjska dusza. Rozjechali czołgami? Zgwałcili więzienną modą „w kolejarza”, przykutego do transportera Czeczeńca? Taka, widać, dusza. Darowali zdrowiem? Cytowali godzinami Puszkina i Lermontowa? Wszystko - rosyjska dusza. Malowali pejzaże? Komponowali, pisali, grali, wystawili balet, śpiewali? Dusza. Doprowadzili na przestrzeni wieków własny i przy okazji wiele innych narodów na skraj biologicznej zagłady?

Wszystko to dusza. Rosyjska. Szeroka. Rozpostarta.

Zaprawdę - ja drugoj takoj duszy nie znaju.

Użyteczność rosyjskiej duszy.

Tymczasem, epatowanie pojęciem „rosyjska dusza” to zręczna demagogia mająca skryć cienko pozłocone „kulturnym” blichtrem barbarzyństwo. Osłonić przepaść cywilizacyjną między łacińskim Zachodem a rosyjskim zmongolizowanym bizantynizmem. Jest to zarazem wygodna wymówka – zarówno dla samych Rosjan, jak i dla rozsianych licznie u nas i w świecie przedstawicieli „partii Rosji”, czyli mówiąc wprost – agentów wpływu.

Tak więc, wszelka krytyka poczynań Rosji to „godzenie w rosyjską wrażliwość”. Polityczne mordy, bezprzykładne tłamszenie swoich i sąsiadów, rozpanoszone mafijne bezprawie, dyktat pieniądza i pięści – to tylko „rosyjska specyfika”, którą należy „zrozumieć”. Bo jak nie, to Rosjanie się obrażą. Proszę zwrócić uwagę – rosyjska dusza jest nader wrażliwa i skłonna do chowania uraz – szczególnie wobec wypominania niewygodnych faktów.

Mówicie, że mordujemy? Że panuje nędza? Że rządzą nami czekiści? Po pierwsze, nieprawda, po drugie, nawet jeśli prawda, to ranicie naszą duszę. A w ogóle, to skąd i kto wy jesteście? I jakim prawem śmiecie pouczać nasz wielki naród? Czekajcie no, my wam jeszcze pokażemy…

I pokazują. A to eksterminując Czeczenię, a to najeżdżając Gruzję, a to przykręcając gazowy kurek…

Po przegraniu globalnej rywalizacji w czasach „zimnej wojny”, Rosja wciąż wygraża światu, niczym Wilk z radzieckiej kreskówki „Wilk i Zając”. Tak – to właśnie ów złorzeczący, żulikowaty Wilk jest kwintesencją mentalności wiecznie sfrustrowanego Rosjanina – wytrychem do rosyjskiej duszy.

Doprawdy, „rosyjska dusza” jest wielce użytecznym i poręcznym narzędziem. Niczego nie wyjaśniając, tłumaczy najdziksze bestialstwa dokonywane na przestrzeni dziejów z iście mongolskim rozmachem. I, na wszelki wypadek, rości sobie prawa do kolejnych.

A zafascynowany świat pozwala się terroryzować, bowiem „rozumie”, iż „rosyjska dusza” czuje się zraniona, upokorzona… Należy zatem ją dopieścić i zadbać o dobre samopoczucie. W podobny sposób wyrozumiały psychiatra pochyla się nad pacjentem. W tym przypadku jednak pacjent jest przebiegłym psychopatą, zręcznie maskującym swe cele poprzez wywlekanie sprokurowanego na zewnętrzny użytek obrazu dusznych boleści.

Kulturnyj narod.

Przyparci do muru Rosjanie i ich akolici zwykli zasłaniać się swym dorobkiem kulturalnym. Schemat owej argumentacji jest następujący: jak możecie nam wytykać barbarzyństwo? Czy barbarzyńcy dali by światu tych wszystkich pisarzy, poetów, kompozytorów, malarzy?

Owszem, daliby. Wysoka kultura jest bowiem w stanie rozwijać się mimo tyrańskiego systemu rządów i barbarzyńskich stosunków wewnątrzspołecznych. Jest to charakterystyczne dla wielu cywilizacji Wschodu. Takie Chiny czy Japonia wydały z siebie bogatą kulturę, mimo tego, że większość poddanych gniła w upokorzeniu, ucisku i nędzy nieporównywalnej nawet do zdemonizowanego europejskiego Średniowiecza. Rosja nie jest żadnym wyjątkiem – stanowi wręcz kontynuację pewnego modelu, lekko zmodyfikowanego przez zachodnie wpływy. To po pierwsze. Po drugie: Rosyjski dorobek kulturalny nie jest niczym nadzwyczajnym na tle innych narodów. Wielkich artystów w porównywalnej, jeśli nie większej liczbie, wydały wszystkie co większe europejskie nacje – tak Polska, jak i np. Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania czy Wlk. Brytania…

Perwersja.


Śmiem twierdzić, że nabożny stosunek świata do Rosji i jej kultury bierze się z trzech podstawowych przyczyn:

1) Posmak obcości i wschodniej egzotyki. Takie deformujące rzeczywistość okulary – zaburzający percepcję gadżet, który ewidentne barbarzyństwo ubiera w szatę nieodgadnionej tajemniczości. Bo obok tego barbarzyństwa tworzona jest również kultura…

2) Zauroczenie rozmiarami (taki kulturowy freudyzm). Skoro Rosjanie są tak wielkim narodem, a ich państwo zajmuje tyle miejsca na globusie, to siłą rzeczy stworzona przez nich kultura również musi być wielka i fascynująca… Tajemnicza. A że spora część twórców była i jest nieprzytomnymi imperialistami? O tym „nie trzeba głośno mówić”.

3) Zaczadzenie sowietyzmem, przełożone przez stado „użytecznych idiotów” vel „gównojadów” na dzisiejszą Rosję. Ten wątek scharakteryzowałem w notce „Pokolenie gównojadów”. www.niepoprawni.pl/blog/287/pokolenie-gownojadow%E2%80%A6

Jest coś perwersyjnego w fascynacji tą charakterystyczną dla Rosji mieszanką wysokiej kultury i codziennego, ordynarnego, chamskiego gwałtu. I kwitowania owego gwałtu zdaniami typu: „Cóż, najwyraźniej mają swoje powody. Któż przeniknie tajemnice rosyjskiej duszy?”. Taki zachodni sadomasochizm z nutką zoofilii. Śmieszno – straszny seks z tygrysem, tudzież innym niedźwiedziem.

Rosja jest niczym władca ze słynnej baśni Andersena, przybrany w szaty „tajemniczej rosyjskiej duszy”. Z tą różnicą, że w baśni okrzyk dziecka „król jest nagi” zdemaskował hucpę. We współczesnym świecie, tego typu okrzyki giną we wrzaskach zarówno samego króla, jak i jego dworu, tudzież nader licznie rozsianych wśród tłumu klakierów.

Gadający Grzyb
pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.niepoprawni.pl/blog/287/wielkoruska-dusza

www.niepoprawni.pl/blog/287/refleksje-rusofoba%E2%80%A6

www.niepoprawni.pl/blog/287/pokolenie-gownojadow%E2%80%A6

środa, 8 lipca 2009

Kabareciarskie seanse nienawiści.


O ile za PRL-u śmiano się z tematów zabronionych, o tyle w III RP ludziska śmieją się z tematów dozwolonych.



Krótki rzut oka na kabaretową publikę.


W tekście „Kabaret wg Kiepskich” ( href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/kabaret-wg-kiepskich ) przejechałem się po współczesnych kabaretach. Ale, do ciężkiej, ktoś na te kabarety chodzi, ktoś płaci za bilety i koniec końców, ktoś również nabija tele - oglądalność tej konformistycznej żenadzie, serwowanej nam przez Front Jedności Kabareciarzy.

Tym kimś jest publiczność. I to o niej chciałbym dziś co nieco poprzynudzać.

Seans nienawiści Marcina Dańca.

Lata temu byłem na kabarecie Marcina Dańca w warszawskim Teatrze Komedia (jako osoba towarzysząca – firma mojej lubej zafundowała „bileta” z funduszu socjalnego). Publika zarykiwała się ze śmiechu . Ja uśmiechnąłem się może ze dwa razy i, dalibóg, nie pamiętam już z jakiego powodu. Pamiętam za to, jak Wielce Zabawny Marcin Daniec, w ramach swego żenującego monologu wyjechał z filipiką wymierzoną w… Gustawa Herlinga – Grudzińskiego, który wtedy zaprotestował przeciw uhonorowaniu literackim Noblem włoskiego lewaka – Dario Fo.

Ta tragikomiczna chwila jakoś najbardziej wryła mi się w pamięć. „- A czy on czytał cokolwiek Dario Fo?!” – wykrzykiwał niby-to-zabawnie pan Daniec ze sceny. Publika rżała w niebogłosy.

Nie czytałem nic Dario Fo. Swojego czasu przez ekrany telewizorni przewinęło się tyle prop – dokumentów gęsto przeplatanych fragmentami inscenizacji jego sztuk, że wystarczyło mi tego chłamu do końca świata. Takie są pożytki z telewizji – czasem, gdy, wbrew intencjom autorów, właściwie zreinterpretujesz komunikat, nie musisz później zaprzątać sobie głowy szajsem.

Publika też nie czytała nic Dario Fo. Daniec? Może „czytnął” jakieś wypisy i doznał obowiązkowego stanu intelektualnego zachwycenia.

Ale nie to jest ważne. Ważne jest to, iż zindoktrynowany frajer wciska zindoktrynowany bajer, zaś zindoktrynowana publika rechocze do rozpuku z tego, z czego rechotać akurat wypada. Taki kabareciarski seans nienawiści a rebours, którego kolejne odsłony obserwujemy w wykonaniu Frontu Jedności Kabareciarzy. Mistrzynią tego sceniczno – telewizyjnego podgatunku była w latach 90-tych Olga Lipińska, waląc „bezkompromisowo” na odlew, zawsze w tych co trzeba. Dziś pseudo – satyryczne seanse nienawiści kontynuuje Szymon Majewski i szereg innych, których nie chce mi się nawet wymieniać.

Konformistyczna autoindoktrynacja.


Gdzie jest publiczność, która potrafiła się śmiać na „Egidzie”, „Dudku”. „Teyu”? Oddać się humorystyczno - nostalgicznej refleksji oglądając „Kabaret Starszych Panów”? Do jasnej ciasnej, przecież w latach ’80, jako dzieciak zasłuchiwałem się w kabaretach przegrywanych na zasadzie „jeden od drugiego”. Taśmy magnetofonowe krążyły po ludziach dając nadzieję, że jednak można. Potem dołączyły kasety wideo. Tak zobaczyłem po raz pierwszy Jana Pietrzaka i plejadę znakomitości, które u niego występowały. (np. fenomenalny Piotr Fronczewski w monologu o ucieczkach za granicę - „bociana za nogi”; „na Tempelhof”; „ostatni zgasi światło”).

Tej publiczności już nie ma. Kabaret w wolnym kraju dusi się pod presją medialno-towarzyskiego konformizmu. Co więcej, gdy wyskoczysz z dowcipem spoza obowiązującego kanonu, widownia zareaguje konsternującą, głuchą ciszą. Dezorientacją. Widziałem to, oglądając jakiś czas temu występ Jana Pietrzaka (jakimś cudem puściła to TVP Polonia). Ilekroć z czymś wyskoczył „ponad normę”, publika „nie chwytała”. Bo to, panie, czy wypada śmiać się z Senyszyn, albo z Tuska? Jazdy kamery po widowni znakomicie (choć, zapewne, mimowolnie) wychwytywały tę pozamózgową dezorientację malującą się na twarzach.

Satyryczny „zniewolony umysł”.


Oto, co znaczy „urobiona publiczność” (nie mylić z „wyrobioną” publicznością). Mięśnie twarzowe same układają się do śmiechu, gdy podchwycą znajomą frazę. Gdy napotykają na frazę obcą, tężeją, zaś oczy poczynają latać na boki, do sąsiada – „powiedz mi pan, czy to jest śmieszne? Czy wypada parsknąć/ryknąć/ tudzież, z przeproszeniem, pierdnąć pod siebie, czy też lepiej się wstrzymać?

20 lat panowania III RP i rodzimej wersji political correctness przerobiło ludzkie umysły skuteczniej, niż 45 lat PRL-u. Wdrukowało mentalną autocenzurę, skuteczniejszą od nieświętej pamięci urzędu z Mysiej. Jeżeli przyjąć, że kabaret jest zwierciadłem swoich czasów (co z tego, że krzywym), to wychodzi, iż jako społeczeństwo mamy zbiorowo zniewolony umysł do tego stopnia, że nawet śmiać potrafimy się „wybiórczo”, w zależności od tego, czy dowcipy są należycie poprawne.

Podsumowując, o ile za PRL-u śmiano się z tematów zabronionych, o tyle w III RP ludziska śmieją się z tematów dozwolonych - tak w telegraficznym skrócie, opisałbym różnicę poziomów dawnej i obecnej publiczności.

Pseudosatyryczna propaganda święci potem triumf, gdy ci, którym chce się ruszyć cztery litery, udają się do urn. I to już zupełnie nie jest śmieszne.

Gadający Grzyb

Uprowadzenie pytajnika - (?).


Wypisy z Epoki Miłości.

Wielkie dobrodziejstwo się wydarzyło. Dobrodziejstwo niesłychane. Otóż, ktoś, niechybnie jakiś samotny, szlachetny bojownik, kierowany altruistycznym porywem, uprowadził pytajnik.

Nie ma pytajnika w książkach i wszelakich innych publikacjach. Pytajnika nie ma ludzkich duszach. Pozbawiony pytajnika w duszy osobnik, nawet gdy zobaczy znak zapytania (?), dajmy na to w, tfu, Internecie, przechodzi nad nim do porządku dziennego, albowiem nie ma go do czego odnieść. Gdy chce zadać pytanie, język mu kołowacieje, serce zaś okrywa się lodem. W efekcie, z pytań wychodzą zdania twierdzące i to też nie każde, albowiem brak pytajnika w duszach nie dopuszcza żadnych wątpliwości, jeno bezrefleksyjną akceptację.

Wygląda to mniej więcej tak:

– Ukradł mi Pan dwadzieścia złotych.

– Tak, ukradłem.

– Nie jest to zabronione.

– Nie, nie jest.

I obaj obywatele rozchodzą się w spokoju. Bez karczemnych burd, wyzwisk i zamieszek.
O ileż prostsze stało się dzięki temu życie w naszych szczęśliwych czasach!

***

Z pacyfikującego efektu braku pytajnika rychło zdały sobie sprawę władze, tudzież Mediodajnie (gdyż od momentu uprowadzenia nikt już nie wątpił w ich przekaz.) i, wychodząc na przeciw społecznemu oczekiwaniu, opodatkowały wszystkie pozostałe znaki przestankowe, następnie zaś powołały komisję złożoną z Niekwestionowanych Autorytetów (bo też nikt nie mógł ich zakwestionować, skoro z dusz, świadomości i języka zarówno potocznego, jak i literackiego wyparował pytajnik – siewca wątpliwości.). Tedy, obywatele, pozbawieni, ku swemu szczęściu, wątpliwości, ochoczo zatwierdzili werdykt Autorytetów, który po konsultacji z Władzami (Ministrem Propagandy Finansowej w szczególności), brzmiał:

- Brak jakichkolwiek poważnych, naukowych ustaleń, by domniemany znak przestankowy kiedykolwiek istniał;

- Kwestia przydatności domniemanego znaku przestankowego, znanego pod umowną nazwą „pytajnik”, w kontekście wydajności gospodarczej jest nieistotna;

- Generalnie, interpunkcja jest zbędnym luksusem w warunkach ogólnoświatowego kryzysu finansowego, z którym to kryzysem nasz Umiłowany Rząd radzi sobie nieustannie coraz lepiej.

- A zatem, My, Bezstronne Autorytety, pozostające w Porozumieniu z Władzą Miłości oraz wiodącymi, niezmiennie obiektywnymi Mediodajniami; wychodząc na przeciw społecznym oczekiwaniom co do używania znaków przestankowych, postanawiamy wprowadzić nowy znak przestankowy – jednostajnik ___, który, w przeciwieństwie do innych znaków, opodatkowanych od tej chwili na 22%, będzie opodatkowany jedynie na 7%.

***

Nazajutrz zrobiono Konferencję Prasową, jakiej tubylcze bydło jeszcze nie widziało.

- Gołym okiem widać, iż obywatele odniosą z tej ustawy same korzyści – prawił Minister Finansowej Propagandy, wspierany przez intelektualne zaplecze złożone z Bezstronnych Autorytetów, podzielonych na odpowiednie Chóry.

Chór Pierwszy składał się z Autorytetów Pierwszoplanowych (występujących solo), Chór Drugi zaś z Autorytetów Wtórujących (dających głos gromadnie).

- Dzięki temu rozwiązaniu pozbędziemy się plagi dysfunkcjonalności interpunkcyjnej w naszych szkołach! – entuzjazmowała się Minister Edukacyjnej Propagandy.

- Do tego – dodał moderujący konferencję rzecznik – dla nieprzystosowanych wprowadzimy roczny okres przejściowy i odpowiednie kursokonferencje jak zastępować wszelakie znaki przestankowe jednostajnikiem. Przypominam wygląd znaku (tu rzecznik, niemiłosiernie skrzypiąc kredą, z namaszczeniem nagryzmolił na tablicy grubą krechę).

Krecha wyglądała tak: ___

Gdy przeciągnął wzrokiem po sali i upewnił się, iż wszyscy są pod należytym wrażeniem, dodał:

- Co więcej, planujemy rozszerzenie opodatkowania na deklinację, konkretnie - na wołacz.

- Ach, jak cudownie! – rozmarzyła się Minister Edukacyjnej Propagandy.

Jak na zawołanie, uaktywnił się Solowy Chór Autorytetów Pierwszoplanowych.

- Na co komu wołacz. Ten beznadziejny siódmy przypadek. Tylko wprowadza zbędne bogoojczyźniane, inwokacyjne zaśpiewy do naszej laickiej mowy –wyjaśniał Bezstronny Autorytet Pierwszoplanowy nr 1. – Te wszystkie, uczciwszy uszy – „Mój Boże!”, czy (tu Autorytet aż się zaczerwienił od tłumionej pasji) – „Jezus, Maria!”.

- Używanie wołacza zdradza nacechowanie emocjonalne, które w kulturalnym towarzystwie nie uchodzi – wyburczał zza brody Autorytet Pierwszoplanowy nr 2.

- Neutralny światopoglądowo jednostajnik ___ jest przyszłością języka tubylczego – uznał za stosowne stwierdzić Autorytet Pierwszoplanowy nr 3.

W tym miejscu Chór Autorytetów Wtórujących chciał już wydać uwielbieńczy okrzyk, lecz napotkał zmarszczenie brwi Autorytetu Pierwszoplanowego nr 1 i wszystkie Autorytety Wtórujące, tak jakoś jednocześnie, zorientowały się, iż wykrzykniki, zdradzające mentalne powiązania z wołaczem w tzw. międzyczasie stały się passe. Ochłonęli zatem i przemówili jak należy, miarowo i jednostajnie:

- Panie i Panowie – rzeźbimy przyszłość. Od tej pory staramy się głosić nasze blaskomiotne mądrości używając możliwie bezosobowego tembru głosu.

- Oooo taak, tak mi dobrze, róbcie mi tak dalej... Odcinamy interpunkcję grubą linią... – publiczny odlot Ministerki od Edukacyjnej Propagandy wprawił w zażenowanie nawet najbardziej postępowych dziennikarzy płci obojga.

***

Ale, zażenowanie mija. Rasowy dziennikarz zmywa z siebie dyskomfort przez ocieranie się o podobnych sobie, którzy mówią mu – jesteś świetny. Zwłaszcza, gdy ich dusze zostały pozbawione pytajnika.

Konferencję zakończono.

Dziennikarze zmyli się do swych mediodajni smarować tyleż sążniste, co bezosobowe komentarze.

Przepisy weszły w życie.

***

Wszystkie Wiodące Mediodajnie podchwyciły i rozpropagowały w odpowiednim naświetleniu plan rządowy. Szczególnie ukontentowani byli Mediodajniani Bonzowie, w których duszach zbędnych pytajników i tak nie było, gdyż już w młodości zauważyli, że pytajnik szkodzi karierze. Wyskrobali go zatem skrupulatnie ze swych sumień, zastępując zawczasu jednostajnikiem ___. Można rzec, że ich pieczołowicie, latami hodowany konformizm osiągnął perfekcję, gdyż był w stanie antycypować mające dopiero nadejść, nieprzewidywalne wydarzenia.

Zresztą, wołacz też nigdy nie był trendy . Kto zbyt często używał tego przypadku, na ogół wylatywał z pracy.

Rządowa inicjatywa, przy wsparciu Niekwestionowanych Autorytetów wychodziła, jak raz, na przeciw ich, bonzo-medialnym, społecznym oczekiwaniom. Wskaźniki bezrefleksyjnej oglądalności sięgały sufitu. Biznes się kręcił jak ta lala, bowiem wszystkie reklamowane produkty schodziły na pniu.

Zagraniczni przywódcy chwalili postęp i rozwój, rozdając przyjacielskie klepnięcia po ramieniu (chadecy), tudzież po zadkach (postępowi socjaliści, nieustannie sprawdzający, czy aby negatywna reakcja na klepnięcie w tylną część ciała nie da im pretekstu do oskarżenia klepanego osobnika o homofobię).

Społeczeństwo wygrzewało się w blasku odbitym od pośladków władzy, niczym w solarium…

***

Powstała również nowa ___wyzbyta emocjonalnego nacechowania literatura___ obłożona zaledwie siedmioprocentowym podatkiem od jednostajnika ___

Wyglądała tak:

Nogi szeroko___ oznajmił On___

___ O tak___ głęboko ___ mocno___ kocham cię___ oznajmiła Ona___



Nikt tego nie czytał, ale każdy bezwątpliwościowo kupował, ponieważ Mediodajnie mówiły mu, iż jest to dobre. Wskutek tego, pozbawieni samokrytycznego pytajnika Artyści płodzili co im wpadło do głowy i wychwalali modernizacyjne prądy, gdyż dzięki bezpytajnikowemu odbiorowi publiki, żyli jak pączki w maśle.

Klasyków przystosowano. A jeżeli z którymś się nie dało, cóż – tym gorzej dla niereformowalnego klasyka.

Litwa___ ojczyzna moja___ ty jesteś jak zdrowie___



***


Szczęście zapanowało wszechogarniające. Obywatele spożywali szczęście na śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację. Oddychali szczęściem, szczęście trawili i szczęściem srali. Niekiedy nawet pod siebie. Szczęście wylewało się z ich oczodołów. Łykając szczęście ściekające po policzkach, czuli się jeszcze bardziej uszczęśliwieni – sami w sobie. Brak pytajnika, wołacza i serce skuwane lodem przy każdej próbie wyartykułowania wątpliwości, gwarantowały powszechny spokój.

Władza rządziła, a lud szczęśliwiał.

Dzień po dniu. Nieustannie.

Zapanował Raj na Ziemi.



Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: "http://www.niepoprawni.pl">

wtorek, 30 czerwca 2009

Kabaret wg Kiepskich.


Ostatnimi czasy (przestrzeń minionych kilku miesięcy) postanowiłem przyjrzeć się nieco kabaretom, których występy serwują nam tele-mediodajnie zarówno publicznego, jak i prywatnego chowu.

Nie dotrwałem do końca występów żadnego z nich. Ręka sama sięgała po pilota, by zmienić kanał na cokolwiek. Mogły być nawet reklamy. Powiem więcej. Z trudem wytrzymywałem do końca pojedynczego skeczu.

Refleksje są zatrważające. Wymienię je w kilku punktach:

1) Małpy w cyrku Monty Pythona.


Z kabaretowych scen serwowane jest nam żenujące małpowanie Monty Pythona, sprowadzające się do przebierania w babskie ciuchy i gadania piskliwymi głosami. Na tym, z grubsza, kończy się finezja. „Humor” robiony jest pod widownię „Świata wg Kiepskich”, który małpuje z kolei, świetny skądinąd serial „Love and Marriage” (znany u nas jako „Świat według Bundych” – co na to John Irwing?). W efekcie, zamiast Monty Pythona, wychodzi nędzna podróbka Benny’ego Hill’a. Tyle, że pozbawiona jego prostackiego, niewyszukanego wdzięku.

2) Między kolonijnym skeczem a oczepinami.

Grepsy utrzymanie są na poziomie i w poetyce skeczy kolonijnych. (gdy w latach ’80 jeździłem na kolonie, obowiązkowo robiło się wieczorki kulturalne, gdzie musieliśmy robić jakieś pokazy „do śmiechu”). Na jednym z wyjazdów nabawiłem się wszy (nie wiem, czy ma to związek z poziomem humorystycznych atrakcji, ale – metafizycznie - wszystko jest możliwe). Ach, byłbym zapomniał - skecze oscylują również wokół maniery oczepinowych „konkursów” na weselach. Kto choć raz był świadkiem, lub, co gorsza, podmiotem owych atrakcji, ten wie, o czym mowa. HA HA. Ale beka.

3) Front Jedności Kabareciarzy.

To, co wyczuwałem na podstawie teleobserwacji, znalazło potwierdzenie w wypowiedzi satyryka Ryszarda Makowskiego w jednej z weekendowych audycji TV Puls, który wyliczał nieformalne zasady obowiązujące w środowisku kabareciarzy. Otóż, przyjęte jest wyśmiewanie się z: - Kaczyńskich, Radia Maryja, „moherów”, Rydzyka.

Innymi słowy, numerus clausus dopuszczalnych tematów. Poza tym, zostaje tylko odlot w totalny absurdalizm, a i to pod warunkiem, iż „prywatnie” opowiesz się po właściwej stronie.

Istnieje zatem (nieformalnie, oczywiście) zjawisko, które można by określić mianem Polit - ideologicznego Frontu Jedności Kabareciarzy.Ostatni raz było tak chyba za Bieruta.

4) Próba rozgryzienia kabareciarskich motywacji.

Kto wie, gdyby ich spytać to, być może, kabareciarze by nam wmawiali, iż pod prostactwem formy, kryje się jakaś bezdenna głębia przekazu. Że tępią „polskie przywary” i komentują rzeczywistość.

Dupa kwas.

Komentują, co najwyżej, fobie zasuflowane im przez codzienne prasówki słusznych tytułów i środowisko, w którym się obracają. Trawestując język speców od pijaru - kontynuują i wzmagają „narrację”, która urodziła się poza nimi i którą bezwolnie nasiąknęli. I, co więcej, szczerze wierzą, iż jest to ich narracja. Oto FJK (Front Jedności Kabareciarzy) w pełnej krasie.

Co gorsza, podobną narracją nasiąknięta jest rozrechotana do bólu brzucha publika.

Ach, może jeszcze wyjechali by nam z Gombrowiczem… tak jak to nieustannie czynią dawne, komunistyczne, artystyczne dziwki, brylujące dziś w Salonie i osłaniające Gombrowiczem własne sk…wienie. Te podstarzałe lafiryndy pełnią dziś funkcję salonowych parnasiarzy i to one nadają ton, tworząc narrację, przetwarzaną następnie na naszych, pożal się Boże, kabaretowych scenach.

A mnie przyszedł do głowy taki oto wierszyk:

Gombrowicz jest dobry na wszystko:

na skurwienie się,

na dupy śliskość.

Gombrowicz już pomógł tak wielu

sukinsyństwo osłonić,

w burdelu…


Rada na zakończenie.

Podsumowując, jeżeli ktoś chciałby odnieść sukces w sztuce kabaretowej, polecam następujące menu:

- mohery na łeb włóż;

- torebki pod pachy;

- piskliwym głosem jedź po najbardziej prymitywnych stereotypach;

- rób scenki obyczajowe – w PRL-u też pozwalano śmiać się z kelnerów;

- jakbyś nie wiedział z czego i z kogo aktualnie wypada się nabijać, sięgnij po „Wyborczą”;

- w razie czyichś pretensji co do przekazu, powołuj się na Gombrowicza. Mało kto go tak naprawdę czyta, więc wyjdziesz na intelektualistę.

I najważniejsze: Miej poczucie Misji – jakbyś właśnie dokonywał absurdalno-obyczajowego przełomu na skalę Monty Pythona.

Rechot publiki i występy w telewizorniach masz zapewnione. Jako bonus – dożywotni status satyryka i z czasem, kto wie, może dochrapiesz się roli rezydenta w TVN-owskim „szkle kontaktowym”…

Gadający Grzyb

http://niepoprawni.pl/blog/287/noworoczna-szopka-grozy

niedziela, 11 stycznia 2009

Prowokator za miliony.

Michael Moore

Jakiś czas temu natrafiłem w dodatku telewizyjnym pewnej (he, he) gazety na omówienie kolejnego wykwitu twórczości Michaela Moore’a. W tekście tym pan recenzent (pominę litościwym milczeniem jego personalia, zresztą nie o osobę mi chodzi, tylko o zjawisko) raczył określić amerykańskiego reżysera mianem „prowokatora”.

Niby nic nowego – „prowokator”, „nonkonformista”, „kontestator” – takich nobilitujących słówek używa się wobec Moore’a nagminnie, powinienem więc się przyzwyczaić. No właśnie – powinienem, ale jakoś za cholerę nie mogę.

Rzecz w tym, że M.M. to nie żaden prowokator czy nonkonformista. Jego twórczość doskonale wpisuje się w dominujący w mediach nurt politycznej poprawności, z obsesyjnym antyamerykanizmem jako obowiązkowym składnikiem tej świeckiej religii naszych czasów. Moore nie jest również dokumentalistą (jak z uporem godnym lepszej sprawy go się prezentuje) – równie dobrze dokumentalistami można by nazwać Goebbelsa, czy Żdanowa. Bohater tego tekstu jest po prostu cynicznym manipulatorem i propagandystą, którego od innych różni jedynie wyższy poziom warsztatowej biegłości, połączonej z wyjątkową, nawet wśród lewaków, bezczelnością i tupeciarstwem. Światowe salony potrafią docenić takie indywidua, toteż nasz „prowokator” żyje sobie jak pączek w maśle, opływając w rozliczne nagrody, wyróżnienia, tudzież zaszczyty, zarówno artystyczne, jak i finansowe („wart robotnik zapłaty swojej”). Ale cóż, medialnym pożytecznym idiotom nie przeszkadza to klepać bezmyślnie andronów o rzekomym nonkonformizmie, czy kontrowersyjności jego filmów. Zwróćmy uwagę – jakież to „kontrowersje” towarzyszą kolejnym premierom kinowym? Gigantyczna klaka urządzana przez przekaziory i zagłuszanie nielicznych głosów sprzeciwu? Owszem, czasami, dla zachowania pozorów, zaprosi się do dyskusji jakiegoś ostrożnego sceptyka, który nieśmiało zasugeruje, że z przekazem wiekopomnego dzieła pana Michaela może nie wszystko do końca jest w porządku, może nieco przejaskrawia, ale w gruncie rzeczy przesłanie jest słuszne i na czasie… poza tym, zresztą, ta warsztatowa biegłość… och, ach, cmok, cmok…

Rzygać się chce.

Chciałbym na zakończenie napisać, że z niecierpliwością czekam na kolejne „dokumenty” Moore’a, tym razem „demaskujące” ohydę USA pod rządami jaśnie oświeconego Barracka Obamy, ale jestem jakoś dziwnie spokojny, że się nie doczekam – a jeżeli już, to co najwyżej obnażające jakiś kolejny aspekt wstecznictwa Amerykanów, który należy w imię postępu wypalić rozżarzonym żelazem. Do czego, jak tuszę, nowemu prezydentowi nie zbraknie ni sił, ni ochoty…

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 11.11.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/prowokator-za-miliony