Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Zwiędły Fiutin

Putin? Z perspektywy raptem kilku tygodni widać coraz wyraźniej, jak rozpaczliwe i podszyte impotencją były jego wrzaski. Im głośniej i częściej będzie tak wrzeszczał, tym lepiej dla nas.


I. Wojenka historyczna

Fiutinowi puściły nerwy i postanowił obsmarować Polskę, obarczając nas odpowiedzialnością za II WŚ i holocaust. I tutaj nakłada się kilka spostrzeżeń. Po pierwsze, najwyraźniej w stanie pomroczności jasnej obejrzał »Jak rozpętałem II Wojnę Światową« i pomyślał, że to film dokumentalny (bo czarno-biały). Po drugie, jak to w nerwach bywa, Fiutin niechcący zrobił nam przysługę, bo przypomniał całemu światu o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Do tej pory świadomość tego układu poza naszym regionem była zerowa, teraz usłyszał o nim również Zachód – brawo, dziękujemy, towarzyszu Fiutin i prosimy o jeszcze. Po trzecie, Fiutin postanowił się wpisać w żydowsko-niemiecką politykę historyczną, najwyraźniej obiecując sobie, że dzięki temu »wypucuje się« z różnych zaszłości i zbuduje nowe nici porozumienia ze strategicznymi partnerami. No i po czwarte – skąd nagle na salonach zbliżonych do »Wyborczej« takie oburzenie? Przecież Fiutin idealnie wpisał się w tzw. »nową szkołę historii Holocaustu« - w warstwie »merytorycznej« nie powiedział niczego, czego nie mówiliby luminarze pokroju Grossa, Grabowskiego, Stoli czy Engelking. Czerscy wraz z muzeum »Polin« powinni wręcz ufundować Fiutinowi jakiś medal za rozpropagowanie na cały świat swojego przekazu”.

Powyższe to garść moich pierwszych reakcji na wyczyny „Fiutina”, wyartykułowanych na łamach „Warszawskiej Gazety” w satyrycznych „Pod-Grzybkach”, w której to rubryce dzielę się różnymi zgryźliwościami. Przypomnijmy dla porządku, że pierwszy atak poszedł 19 grudnia 2019 r. na dorocznej konferencji prasowej Władimira Putina dla mediów zagranicznych, podczas której padło pytanie o wrześniową rezolucję Parlamentu Europejskiego z okazji 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej i zawartego w niej potępienia paktu Ribbentrop-Mołotow. W odpowiedzi Putin odpowiedzialnością za rozpętanie wojny obarczył pakt monachijski z 1938 r. sankcjonujący rozbiór Czechosłowacji i rzekomy polski sojusz z Hitlerem. Już następnego dnia, przy okazji szczytu Wspólnoty Niepodległych Państw w Petersburgu, Putin wystąpił z dokumentami, w tym słynnym dziś raportem ambasadora RP w Berlinie, Józefa Lipskiego z passusem o „pomniku dla Hitlera”, gdyby temu udało się wypchnąć Żydów na emigrację. Wreszcie, 24 grudnia Putin wraca do tematu w trakcie posiedzenia rozszerzonego kolegium Ministerstwa Obrony Rosji. To wtedy padają słowa o ambasadorze Lipskim: „swołocz, antysemicka świnia, nie można go inaczej nazwać”.

Co ciekawe, w Polsce temat początkowo niemal nie został zauważony, czemu zapewne sprzyjał okres świąteczno-noworoczny. Bomba wybuchła dopiero 26 grudnia, kiedy to krajowe media przebudziły się ze świątecznego letargu, zapewne pod wpływem zachodniej prasy, która paradoksalnie jako pierwsza odnotowała i dość szeroko komentowała (i to na ogół w krytycznym tonie) wystąpienia rosyjskiego prezydenta. Od tego momentu rozgorzała na dobre wojna dyplomatyczno-medialna, w ramach której strona rosyjska opublikowała kolejne dokumenty, wraz z raportem sowieckiego agenta przerzuconego podczas Powstania Warszawskiego na drugi brzeg Wisły, gdzie z kolei mamy wzmiankę, iż Armia Krajowa rzekomo wymordowała pozostających w Warszawie Żydów i Ukraińców.

Jak wiemy, ten etap starcia zakończył się rezygnacją prezydenta Andrzeja Dudy z udziału w zaplanowanym na 23 stycznia Światowym Forum Holocaustu w Jerozolimie, organizowanym przez Yad Vashem i fundację związanego z Kremlem żydowsko-rosyjskiego oligarchy Wiaczesława Mosze Kantora z okazji 75. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz. Polskiemu prezydentowi odmówiono prawa zabrania głosu i zachodziła obawa, że zostanie sprowadzony do roli biernego obserwatora kolejnych, antypolskich filipik Putina, bez możliwości wyartykułowania swojego stanowiska. Można się jednak spodziewać, że była to dopiero pierwsza odsłona spektaklu – swoista przygrywka przed kolejnymi tegorocznymi wydarzeniami: 80. rocznicą mordu katyńskiego, 10. rocznicą tragedii smoleńskiej, 75. rocznicą zakończenia II Wojny Światowej i wreszcie – 100. rocznicą Bitwy Warszawskiej. Wszystko więc jeszcze przed nami.


II. Cele Putina

O co chodziło Putinowi, co chciał ugrać, wchodząc ku zdumieniu świata w rolę historycznego trolla? Moim zdaniem, mamy tutaj kilka częściowo nakładających się na siebie celów.

Celem pierwszym, najbardziej widocznym, było zrobienie propagandowej „podgotowki” przed wspomnianym Forum Holocaustu, skrojonym ewidentnie pod zapotrzebowanie rosyjskiej polityki historycznej. Na marginesie - główny sponsor wydarzenia, Wiaczesław Mosze Kantor, po tym jak przejął władzę w Europejskim Kongresie Żydów, uczynił tę organizację narzędziem polityki zagranicznej Kremla, konfliktując się przy okazji ze Światowym Kongresem Żydów, którego Europejski Kongres Żydów formalnie jest częścią – to dlatego (co mało kto zauważył) na uroczystości w Jerozolimie nie przybył szef Światowego Kongresu Żydów, Ronald Lauder. W każdym razie, jerozolimska impreza miała ugruntować sojusz rosyjsko-izraelski, z jednej strony pokazując Rosję jako poważnego, światowego gracza współdecydującego o globalnym porządku, z drugiej zaś – dać okazję ściganemu oskarżeniami korupcyjnymi Benjaminowi Netanjahu do zaprezentowania się jako polityk chroniący Izrael przed Iranem i zdolny pozyskać potężnego sprzymierzeńca, czyli Rosję. Zwróćmy uwagę, że ostrze przemówienia Netanjahu skierowane było właśnie przeciw Iranowi, jako państwu zamierzającemu urządzić Żydom drugi holocaust. Nie bez znaczenia jest też obecność licznej i coraz bardziej wpływowej rosyjskiej diaspory w Izraelu, której głosy Netanjahu chciałby przejąć przed zbliżającymi się wyborami. Taki sojusz potrzebuje propagandowego uzasadnienia i Putin owo uzasadnienie zaoferował: ZSRR jako pogromca Hitlera i oswobodziciel europejskich Żydów, piętnujący „antysemicką” Polskę i wpisujący się tym samym w polakożerczą linię izraelsko-żydowskiej polityki historycznej. Do osiągnięcia tego celu potrzebny był atak wyprzedzający i to na tyle porażający swą bezczelną butą, by nikt z uczestników szczytu Putin-Netanjahu (bo do tego sprowadziło jerozolimskie Forum, reszta uczestników była tylko statystami) nie ważył się pisnąć o sowieckich zbrodniach. Więcej – by wszyscy odetchnęli z ulgą, że koniec końców Putin wygłosił wyjątkowo „wyważone” przemówienie.

Cel drugi, to odbudowa pojałtańskiego „porządku moralnego”, uzasadniającego w oczach światowej opinii publicznej międzynarodowe znaczenie Rosji. W myśl tego porządku, Rosja zawsze stała po słusznej stronie, poniosła największe ofiary w walce z III Rzeszą, wzięła na siebie główny ciężar wysiłku zbrojnego i jako głównej pogromczyni faszyzmu należy jej się poczesne miejsce w globalnej układance. W tej narracji nie ma miejsca na półcienie i wątpliwości, a już zwłaszcza na pakt Ribbentrop-Mołotow i sojusz Stalina z Hitlerem, nie wspominając o jakiejkolwiek współodpowiedzialności za rozpętanie II Wojny Światowej. „Nasze dieło prawoje - my pobiedili” - koniec, kropka. Tymczasem, od kilku lat Rosja jest (lub czuje się) z tej zbudowanej na bazie II Wojny Światowej „moralnej hierarchii” wypychana – świat coraz częściej przypomina sobie o jej agresywnym charakterze i historycznych grzechach, co przekłada się na odmawianie Moskwie prawa do własnych stref wpływu (chociażby na Ukrainie i generalnie obszarze postsowieckim), sankcje (najbardziej dotkliwe w kontekście Nord Stream 2) czy wzmacnianie wschodniej flanki NATO wraz ze szczególnie irytującą Kreml amerykańską obecnością w Polsce. To, że Putin w swym przemówieniu oprócz podkreślenia rosyjskich ofiar i przypomnienia, że Słowianie byli następni w kolejce do eksterminacji, zaproponował również spotkanie stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, by wspólnie zastanowić się nad rozwiązaniem różnych konfliktów, nie jest dziełem przypadku. To oferta: zaakceptujcie nas takimi, jakimi jesteśmy, podżyrujcie znów naszą historyczną narrację i siądźcie do „konstruktywnych” rozmów. A Polska i jej historyczne „prawdy”? A ch..j z Polską i jej „prawdami”...

Cel trzeci, to rosyjski rynek wewnętrzny. Mit „wielkiej wojny ojczyźnianej” jest obecnie dla rosyjskiego społeczeństwa jedynym ideowym zwornikiem „państwowotwórczym” i podstawą do myślenia o sobie jako imperium – bo skoro kosztem milionowych ofiar i wyrzeczeń pokonaliśmy Hitlera, to mocarstwowy status, włącznie z wpływami w ościennych krajach „bliskiej zagranicy” nam się należy. Wielka, sprawiedliwa wojna jest jedynym pozytywnym elementem spajającym Rosjan i determinującym postrzeganie samych siebie, jako tych „dobrych” wyzwolicieli. Gdy ten mit runie, z całej rosyjskiej historii zostaje tylko naga, barbarzyńska przemoc – tak wewnętrzna, jak i zewnętrzna. Stąd alergiczne reakcje na wszelkie próby podważenia tej ugruntowanej od czasów sowieckich zbiorowej, historycznej pamięci. I, naturalną koleją rzeczy, Rosjanie od swoich przywódców wymagają aktywnej obrony własnej wersji historii – powtórzę, jedynego powodu do odczuwania narodowej dumy. To oczekiwanie zbiegające się z politycznym zapotrzebowaniem Kremla stało się szczególnie palące w kontekście wspomnianych tu nadchodzących rocznic. „Strana ogromnaja” powstała i pokonała faszyzm, zatem nie możemy pozwolić, by ktokolwiek – czy to wyzwoleni przez nas „niewdzięcznicy” czy wraży „zapad” - „pluł nam do kaszy”. Można wręcz powiedzieć, że za pomocą „wojny ojczyźnianej” Rosjanie przeprowadzają na sobie permanentną psychoterapię z rozlicznych traum i jej obrona jest jedną z podstaw legitymizacji władzy. Warto pamiętać, że epoka Jelcyna jest w Rosji znienawidzona nie tylko ze względu na rozpad ZSRR, chaos i biedę – lecz również dlatego, że wiecznie pijany car pozwalał, by Zachód Rosję „upokarzał” i „poniewierał”. A tego w Rosji się nie wybacza.

No i wreszcie, cel czwarty – czyli „rozpoznanie bojem”. Putin wyprowadzając atak i to właśnie w takiej, skrajnie agresywnej formie, przetestował na ile może sobie pozwolić. I to nie tylko w relacjach z Polską, lecz również z krajami Zachodu. Nas, z oczywistych względów, najbardziej interesowała próba „wmontowania” Polski w holocaust (co było również zgłoszeniem przez Rosję akcesu do żydowsko-niemieckiej polityki historycznej) oraz (tu z kolei mamy wniesione przez Putina aportem novum) rozpętanie wojny i to po stronie Hitlera. Trzeba jednak odnotować, że ze strony rosyjskiej poszły także inne sygnały – przypomnienie układu z Monachium, to wszak prztyczek w nos Zachodu i polityki appeasementu, z kolei Stanom Zjednoczonym rosyjska dyplomacja wypomniała w twitterowej pyskówce futrowanie Hitlera kredytami i umożliwienie mu przejęcia, a następnie ugruntowania władzy. Natomiast już podczas Światowego Forum Holocaustu Putin zahaczył Litwę i Ukrainę, mówiąc o „pomocnikach nazistów”, którzy w okrucieństwie „przewyższali swoich panów”. Charakterystyczne przy tym, że oszczędził innych pomocników, takich jak Węgry i Rumunia. Krótko mówiąc, przesłanie Putina brzmi: „zostawcie nas w spokoju, bo przypomnimy, że i wy macie sporo za uszami”. I taka zagrywka mogła nawet być skuteczna, bo podczas wojny praktycznie wszyscy poza Polską w mniejszym lub większym stopniu się ześwinili.


III. Zwiędły Fiutin

No dobrze, ale czy Putin zarysowane tu cele osiągnął? Co najwyżej połowicznie i doraźnie. Impreza w Jerozolimie wprawdzie się udała, lecz demonstracyjna absencja Andrzeja Dudy pozbawiła Putina okazji do kolejnego uderzenia w Polskę i zmusiła do wygłoszenia złagodzonego wariantu przemówienia. A o tym, że atak był przygotowany może świadczyć film o „antysemityzmie” z kadrami przedstawiającymi spalenie w 2015 r. we Wrocławiu „kukły żyda”, przebitkami z Marszu Niepodległości, czy kłamliwa mapka niemieckich podbojów z zafałszowanymi granicami we wschodniej Europie. Co więcej, nieobecność polskiego prezydenta została zauważona i odnotowana. Z pewnością Putin zaprocentował na opisanym wyżej „rynku wewnętrznym” wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu krajowej opinii publicznej. Ale tutaj lista sukcesów się kończy. Putin nie zyskał najważniejszego – akceptacji świata zachodniego dla lansowanej przez siebie wersji historii. Najprościej rzecz ujmując, przegiął. Zachodnie media w większości przyjęły jego próbę pomniejszenia paktu Ribbentrop-Mołotow z niesmakiem, podobnie jak dyplomacja, zwłaszcza USA. Co więcej, wskutek wywijania przez Putina historyczną kłonicą chyba nigdy wcześniej nie mówiono o sowiecko-nazistowskim sojuszu tak wiele i w tak negatywnym tonie. Propozycja odbudowy pojałtańskiego „porządku moralnego”, tudzież propozycja rozmów „wielkiej piątki” Rady Bezpieczeństwa ONZ została pominięta milczeniem. Po prostu, świat może robić sobie z Rosją interesy, ale wyzbył się co do niej złudzeń.

To dla Putina bardzo zła wiadomość mogąca w jakiejś perspektywie czasowej wręcz zachwiać jego władzą, która i tak od jakiegoś już czasu więdnie. Jego popularność systematycznie spada. Po imperialnej euforii, jaka nastąpiła wskutek aneksji Krymu, nie zostało śladu. Rosjanie coraz boleśniej odczuwają sankcje i spadający poziom życia. Co gorsza, Putin zaczyna się jawić jako polityk nieskuteczny na arenie międzynarodowej, a to Rosjan, wyczulonych na punkcie imperialnego prestiżu, coraz bardziej uwiera. Odwieczna zasada sprawowania rządów w Rosji jest bowiem taka, że naród wybaczy wiele, ale jednego nie daruje – słabości. Rosja musi być mocarstwem, bo inna zwyczajnie być nie potrafi, zaś car jest od tego, by ów status gwarantować – jeśli nie spełnia tego warunku, traci cały autorytet, bo imperializm jest od zarania jedynym sensem funkcjonowania rosyjskiej państwowości.

A na tym polu ostatnio Putinowi idzie jak po grudzie. Ukraina – wcześniej w znacznej mierze prorosyjska – znienawidziła Rosję i by przywrócić ją na łono „matuszki” potrzeba by regularnej wojny i podboju. W Donbasie Rosja ugrzęzła i sytuacja jest w stanie permanentnego zawieszenia. Na Białorusi Łukaszenka coraz ostrzej się stawia i ani myśli „integrować się” pod dyktando Kremla. Nawet sztandarowa inwestycja, czyli Nord Stream2 wskutek amerykańskich sankcji utknęła na ostatniej prostej. W Polsce i krajach nadbałtyckich stacjonują wojska NATO. Słowem, kruszą się dwa filary władzy Putina – względna stabilizacja materialna oparta na zyskach z surowców i sukcesy w odbudowie sowieckiego imperium. Mści się wieloletni modus operandi – wbrew rozpowszechnionemu mitowi o finezji rosyjskiej polityki zagranicznej, Putin zamiast skalpela o wiele częściej używa siekiery. Wypłynął na wojnie w Czeczenii i bezwzględnym ludobójstwie, potem była wojna w Gruzji, agresja na Ukrainę, w międzyczasie ostentacyjne skrytobójstwa popełniane na terytoriach innych państw... Przyzwyczajony latami do bezkarności, szczególnie po „resecie” Obamy, czego widomym znakiem była obojętność świata na tragedię smoleńską (i, dodajmy, ówczesnych polskich władz – pamiętamy „żółwiki” z Tuskiem), uznał, że tak już będzie zawsze. A tu nagle coś się zacięło – oparta na przemocy polityka zabuksowała w miejscu. I w Rosji to widzą.

A co robi rosyjska władza w obliczu problemów? Wywołuje „małą zwycięską wojenkę” - w tym wypadku propagandową. Ale znów – zamiast skalpela, Putin użył siekiery i przeszarżował. Skala kłamstwa, śmieciowa jakość ogłaszanych jako „rewelacje” dokumentów mających uwiarygadniać rosyjskie manipulacje sprawiły, że świat najpierw przetarł z niedowierzaniem oczy, a potem jednoznacznie orzekł kompromitację rosyjskiego przywódcy. Dla nas to znakomita nowina, już dawno nie mieliśmy takiej okazji do przebicia się z własną historyczną narracją – i coraz więcej wskazuje, że wreszcie uczymy się grać w te klocki, bo nasza reakcja na oszczerstwa i pułapkę, jaką zastawiono w Jerozolimie na prezydenta Dudę, była modelowa. Trzeba za wszelką cenę podtrzymać tę passę – a, jak wspomniałem, rocznicowych okazji w tym roku nie zabraknie. Natomiast Putin? Z perspektywy raptem kilku tygodni widać coraz wyraźniej, jak rozpaczliwe i podszyte impotencją były jego wrzaski. Im głośniej i częściej będzie tak wrzeszczał, tym lepiej dla nas.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 02 (luty 2020)

Otworzyć się na Białoruś

Dziś większość handlu morskiego Białorusi zapewniają porty Litwy i Łotwy, co nawiasem mówiąc nie podoba się Rosji, naciskającej by ta przerzuciła się na porty w Obwodzie Kaliningradzkim. Dlaczego i my nie moglibyśmy wejść tu do gry?

Sytuacja pomiędzy Rosją a Białorusią o której wspominałem w ubiegłotygodniowym felietonie wciąż daleka jest od unormowania. Przypomnijmy, że poszło m.in. o ropę – Białoruś domaga się preferencyjnych stawek, co Rosja uzależnia od dalszej integracji obu państw. Na to z kolei nie zamierza zgodzić się Łukaszenka, bowiem przekształcenie ZBiR-u w państwo związkowe oznaczałoby koniec białoruskiej niepodległości i szybką utratę władzy przez obecnego dyktatora z Mińska. Kolejną kością niezgody jest kwestia opłat tranzytowych – tu z kolei Białoruś żąda znaczących podwyżek taryf, odbijając tym samym rosyjskie naciski na podwyższenie cen ropy. Piłka zatem pozostaje w grze – teoretycznie terminem, jaki oba kraje dały sobie na ustalenie warunków finansowych dalszej współpracy jest 15 stycznia, ale w momencie gdy piszę te słowa, raczej się nie zanosi na jego dotrzymanie. Co więcej, Łukaszenka ma tu za sobą przygniatającą większość społeczeństwa. Białorusini bynajmniej nie marzą o powrocie w ramiona Moskwy – zależy im wprawdzie na sojuszu z Rosją i otwartych granicach, ale z zachowaniem suwerenności. Za państwem związkowym opowiada się jedynie 15,6 proc., zaś za wejściem w skład Federacji Rosyjskiej tylko 1,4 proc. Białorusinów.

Łukaszenka dysponuje więc mocną społeczną bazą dla swej rozgrywki z Moskwą i sprawnie balansuje na linie, a w ramach osłabiania rosyjskiej presji wysyła sygnały również w naszym kierunku. Już we wrześniu ubiegłego roku stwierdził, iż najkorzystniejszym alternatywnym źródłem dostaw byłoby sprowadzanie ropy z Gdańska. Natomiast niespełna miesiąc temu tamtejsze Ministerstwo Transportu i Komunikacji zaproponowało stronie polskiej wspólną inwestycję w port rzeczny na Bugu i połączenie go z istniejącą infrastrukturą kolejową, co usprawniłoby wymianę handlową między naszymi krajami.

I w tym miejscu zaczynają się schody – czyli chwiejna i niejednoznaczna postawa władz Polski. Z jednej strony dostrzegamy szansę na pewne zbliżenie i częściowe przeciągnięcie Mińska nieco na zachód, z drugiej jednak wciąż tkwimy w okowach ideologicznego dogmatyzmu. Dobrą ilustracją powyższego jest wypowiedź wiceministra spraw zagranicznych Pawła Jabłońskiego dla „Sygnałów Dnia” radiowej „jedynki”. Stwierdził on mianowicie, że wprawdzie „jesteśmy gotowi do tego, żeby przyciągać Białoruś do orbity państw zachodnich”, ale „nie można legitymizować reżimu Łukaszenki”, a tak w ogóle, to wszystko musi się rozstrzygnąć na poziomie polityki wschodniej Unii Europejskiej. Innymi słowy – „i chciałabym, i boję się”. Ręce opadają.

Generalnie, od samego początku prowadziliśmy wobec Białorusi kretyńską wręcz politykę, kreując się na jakiegoś samozwańczego dywersanta, tudzież inspiratora potencjalnych „demokratycznych przemian” w tym kraju. Przemian których, dodajmy, białoruskie społeczeństwo w swej masie sobie zwyczajnie nie życzy, doceniając „małą stabilizację” zafundowaną mu przez „baćkę” po burzliwym okresie rozpadu Związku Radzieckiego. Obecnie, nawet gdyby przeprowadzono tam w pełni demokratyczne, wolne wybory, to Łukaszenka wygrałby je w cuglach, bez konieczności uciekania się do fałszerstw. My zaś, kompletnie od czapy, a to usiłowaliśmy wspierać garstkę dysydentów z Mińska bez żadnego społecznego poparcia, to znów – co zakrawa wręcz na zbrodnię – próbowaliśmy używać w charakterze zakładników naszej urojeniowej polityki polską mniejszość, podbechtując ją do skazanych na niepowodzenie antyrządowych wystąpień. Na szczęście ten etap mamy już chyba za sobą, ale wciąż nie przyswoiliśmy sobie podstawowej lekcji – należy budować relacje z taką Białorusią, jaka realnie jest, bo innej w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie.

A właśnie nadarza się okazja jak rzadko, bowiem coraz bardziej osaczany przez Rosję Łukaszenka jak powietrza potrzebuje gospodarczych alternatyw – a jeżeli cokolwiek może przynajmniej częściowo zdywersyfikować politykę Mińska, to są to właśnie pieniądze. Szansą o której mówię jest rozpoczęta właśnie budowa przekopu Mierzei Wiślanej mająca m.in. ożywić port w Elblągu – o czym zresztą pisałem już ponad dwa i pół roku temu w felietonie „Przekopać się do Łukaszenki”. Dlaczego nie mielibyśmy „podzielić się” tą strategiczną inwestycją z Białorusią, wydzierżawiając jej (nie za darmo przecież) w elbląskim porcie terminal? Dziś większość handlu morskiego Białorusi zapewniają porty Litwy i Łotwy, co nawiasem mówiąc nie podoba się Rosji, naciskającej by ta przerzuciła się na porty w Obwodzie Kaliningradzkim. Dlaczego i my nie moglibyśmy wejść tu do gry? Dla wzmocnienia powiązań można by dorzucić ofertę wspólnego wybudowania porządnej trasy szybkiego ruchu i połączenia kolejowego – a że strona białoruska mogłaby być zainteresowana świadczy chociażby wspomniana wyżej oferta portu na Bugu. Jeżeli naprawdę myślimy o wyłuskaniu kiedyś Białorusi z rosyjskiej strefy wpływów, to zacząć należy właśnie od takich kroków - a mrzonki o „demokratyzacji” tamtejszej satrapii trzeba odłożyć na później.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 03 (17-23.01.2020)

wtorek, 29 października 2019

Pod-Grzybki 183

Na początek dobra wiadomość. Jak wiadomo, „globalne ocieplenie” oznacza tyle, że gdzieś od XIX w. wychodzimy pomału z trwającej od schyłku średniowiecza tzw. małej epoki lodowej i wkraczamy w okres kolejnego optimum klimatycznego, zmierzając do temperatur jakie panowały mniej więcej tysiąc lat temu. Ma to jednak swoje konsekwencje – otóż na Syberii zaczyna się roztapiać wieczna zmarzlina. To zaś powoduje, iż zagrożone jest wszystko, co na owej zmarzlinie wybudowano – domy, drogi, instalacje wydobywcze ropy i gazu, cała infrastruktura... Jak wyczytałem, dotychczasowy obszar wiecznej zmarzliny obejmuje jakieś 60 proc. terytorium Rosji. Tak więc, drodzy Państwo, niedługo Rosja przestanie być problemem – po prostu utonie w bagnie.


*

Maja Ostaszewska level hard. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” wystrzeliła ze spostrzeżeniem, że „świnie mruczą swoim dzieciom jakby kołysanki”, ponadto wyznała, iż ze względu na jej popularność, nie podzielenie się swymi przemyśleniami w internecie byłoby „marnotrawstwem potencjału”. Cóż, mam nadzieję, że zanim PiS odbierze Mai Ostaszewskiej internet, zdąży jeszcze zademonstrować jakąś piosenkę, której nauczyła się podpatrując zwyczaje trzody chlewnej – bardzo chciałbym usłyszeć w jej wykonaniu jakąś, ehem, świńską kołysankę...

*

Olga Tokarczuk się rozkręca, pokazując oblicze fanatycznej eko-weganki. Podczas spotkania z czytelnikami we Wrocławiu stwierdziła, że „za 50 lat będziemy wstydzili się, że jedliśmy mięso. Jestem pewna, że tak się stanie. Myślę, że mięso będzie obłożone ogromną akcyzą i tylko najbogatsi ludzie będą sobie mogli na to pozwolić”. Oczywiście Olga Tokarczuk sama tego nie wymyśliła – przymusowe odejście od mięsa to bowiem pomysł krążący już od dawna wśród zielonych totalitarystów na Zachodzie. Taka Tokarczuk czy Sylwia Spurek jedynie przeszczepiają te importowane koncepcje na nasz grunt. Konsekwencją, czego noblistka zresztą nie ukrywa, będzie powrót do czasów, gdy możliwość jedzenia mięsa była wyznacznikiem statusu społecznego – cała reszta ludzkości zostanie wtrącona w odgórnie zaplanowaną nędzę. Osobiście sądzę jednak, że opodatkowanie mięsa nie wystarczy – trzeba wprowadzić kartki i karę śmierci za nielegalny ubój. W ten sposób będziemy mieli stan wojenny i okupację w jednym. Niech żyje „Nowy Zielony Ład”!


*

Z powyborczych remanentów. Wiecie Państwo jak zagłosowała Polonia? Otóż PiS wygrało jedynie w USA. W Europie Zachodniej natomiast bezapelacyjnie zwyciężyła Koalicja Obywatelska – od Wielkiej Brytanii po Niemcy – na co zdecydowany wpływ mieli masowi migranci zarobkowi z lat 2007-2015. I to jest zagadka, bowiem wychodzi na to, że Polacy z zagranicy zagłosowali na tych, którzy podczas swych rządów wypchnęli ich na emigrację. Są wdzięczni, że mogą tyrać na niemieckich budowach i zmywać gary w londyńskich knajpach?


*

Ale są i wieści weselsze. Do Sejmu nie dostał się Stanisław Piotrowicz – postać jak mało która obciążająca wizerunkowo obóz „dobrej zmiany”. Do dziś nie potrafię pojąć, jak można było uczynić PRL-owskiego prokuratora twarzą reformy sądownictwa. Naczalstwo PiS-u jednak brnie dalej i jak wieść niesie namawia posłów, którzy wyprzedzili Piotrowicza na Podkarpaciu, by zrezygnowali z mandatu. Jak rany, mam nadzieję, że nikt się jednak nie ugnie – wystarczy, że do Sejmu dostał się Czarzasty.


*

Kolejna dobra wiadomość – nie pomogła słynna przedwyborcza herbatka z Jarosławem Kaczyńskim i do Sejmu nie wszedł również naczelny wegetariański eko-oszołom „dobrej zmiany”, czyli Krzysztof Czabański. Może teraz będzie miał więcej czasu, żeby zająć się repolonizacją mediów, zamiast rujnować branżę hodowli zwierząt futerkowych pomysłami rodem z głowy Sylwii Spurek i Olgi Tokarczuk? Jako poseł jak nic ochoczo zgłosiłby 100-proc. akcyzę na mięso, a wyborcy za 500+ mogliby kupić sobie co najwyżej szczaw i mirabelki.


*

Schetyna wygrał wybory! Konkretnie – zmiażdżył rywali w obu wrocławskich więzieniach i w areszcie śledczym. Na 1360 oddanych głosów zgarnął aż 427, a Koalicja Obywatelska łącznie dostała 671 głosów – czyli ponad 49 proc. W tym kontekście zupełnie nie rozumiem, dlaczego PO tak obawia się ewentualnego wdrożenia programu „Cela+”. Przecież za kratkami będą się czuli jak w domu, wśród swojaków.


*

Tymczasem w obozie Zjednoczonej Prawicy rozpoczynają się jakieś dziwne powyborcze harce - gowinowcy i ziobryści tak się wbili w dumę z tytułu tego, że udało im się wprowadzić po 18 posłów, że zaczynają stawiać Kaczyńskiemu jakieś warunki. Panowie, ci wasi posłowie wjechali na plecach PiS, a wyborcy nie kojarzą nawet nazw tych waszych partyjek. Gdybyście poszli samodzielnie, mielibyście guzik z pętelką, więc może trochę wyluzujcie, dobra?


*

Na Krystynę Jandę zawsze można liczyć. Tysiąc osób – nawet po stronie lewicowo-liberalnej - może mówić jej, żeby wreszcie się zamknęła, bo obrażanie wyborców PiS i mieszkańców prowincji tylko dodatkowo utwierdza ich w niechęci do PO i lewicy, ale nie – ta obsesja jest od niej silniejsza. Jak wiemy, po wyborach zamieściła na Facebooku grafikę z wyliczeniem, za ile złotych w przeliczeniu na dobę PiS „kupił” sobie wyborców różnymi programami socjalnymi (wyszło 8 zł. 75 gr.), porównując tę kwotę z ceną, jaką w Warszawie należy zapłacić za noc z prostytutką (ponoć 2256 zł.). Wyszło, że wyborcy PiS to tanie dziwki. Żeby było śmieszniej, okazało się, że grafika pochodzi od zaprzysięgłego wolnorynkowca i zwolennika... Konfederacji. Janda ma prawo czuć się zniesmaczona, bo jej teatrzyki tylko od 2005 do 2017 r. otrzymały łącznie 15 mln. zł. dotacji, z czego w samym 2017 r. było to 2 mln. 450 tys. - a więc 6 712 zł. dziennie. No i wszystko jasne – trudno, by tak luksusowa kurtyzana nie czuła odrazy do jakichś tanich ulicznic. Tylko zaniżają stawki i psują jej interes.


*

Na zakończenie – PiS musiałby upaść na głowę, by zgodnie z obawami Mai Ostaszewskiej zabierać celebrytom internet. Przecież nikt nie napędza im skuteczniej wyborców. Są w tym lepsi niż Wałęsa.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (25-31.10.2019)

niedziela, 14 lipca 2019

Sojusz z USA – plusy dodatnie i plusy ujemne

W swej polityce Stany Zjednoczone kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku.

I. Polska w „klubie F-35”

Czerwcową wizytę prezydenta Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych, a w szczególności jej fragment waszyngtoński i spotkanie z Donaldem Trumpem (12.06.2019) należy ocenić pozytywnie – przynajmniej biorąc pod uwagę obecny etap wzajemnych relacji (o czym szerzej za chwilę). Ukoronowaniem podróży było oczywiście podpisanie wspólnej deklaracji o zacieśnianiu współpracy obronnej, na mocy której zostanie zwiększona stała, rotacyjna obecność sił amerykańskich w Polsce o kolejne 1000 żołnierzy oraz kontrakt na zakup gazu skroplonego LNG (2 mld m3 o wartości 8 mld. USD). Wspomnieć należy również o podpisaniu memorandum o współpracy ws. wykorzystania energii jądrowej do celów cywilnych (czyli znów powraca nieśmiertelny temat polskiej elektrowni atomowej), a także o porozumieniu ws. zapobiegania i zwalczania poważnej przestępczości, co z kolei jest jednym z warunków zniesienia wiz dla Polaków. No i wisienka na torcie – polska deklaracja o gotowości zakupu 32 sztuk samolotów piątej generacji F-35, oficjalnie przyjęta przez stronę amerykańską, co wcale nie było tak oczywiste, jak mogłoby się to na pozór wydawać.

I może zaczniemy właśnie od tej ostatniej sprawy, wywołała ona bowiem szereg kontrowersji i chyba najbardziej rozgrzała emocje komentatorów. O właściwościach technicznych i bojowych F-35 nie będę się rozpisywał, znakomicie bowiem zrobił to w poprzednim numerze „Polski Niepodległej” red. Michał Fiszer. Generalnie można powiedzieć jedno – poza Amerykanami nikt obecnie nie dysponuje maszyną o takim stopniu zaawansowania (próbują ich gonić Chińczycy ze swoim Chengdu J-20, lecz zakup sprzętu bojowego z tego kraju skutkowałby automatycznym zamrożeniem relacji wojskowych z Waszyngtonem). Więcej – USA bynajmniej nie kwapią się do sprzedaży swego najnowocześniejszego produktu na prawo i lewo. By zostać włączonym do grona kupujących trzeba być w oczach Amerykanów lojalnym sojusznikiem na którym można polegać, o czym zupełnie niedawno boleśnie przekonała się Turcja. Związane jest to m.in. z sięgającą lat '90 historią budowy F-35 w ramach międzynarodowego projektu „Joint Strike Fighter”. Prócz Stanów Zjednoczonych, pokrywających 90 proc. kosztów projektu, od początku lat dwutysięcznych uczestniczy w nim jeszcze kilka państw podzielonych w zależności od stopnia zaangażowania finansowego i technicznego na trzy poziomy: poziom I to USA i Wlk. Brytania; poziom II to Włochy i Holandia; poziom III to Turcja, Australia, Norwegia, Dania, Kanada. Prócz tego, do programu i możliwości zakupu samolotów dopuszczono Izrael, Singapur, Japonię i Koreę Płd. Słowem, państwa postrzegane jako amerykańscy sojusznicy, położone w tych punktach świata, gdzie Stany Zjednoczone lokują swoje interesy.

Wejście Polski jako swoistego reprezentanta krajów Europy Środkowej do grona kupujących trzeba w tym kontekście uznać za sukces. Stało się tak, ponieważ udało nam się wykorzystać nadarzającą się okazję, jaką było faktyczne odsunięcie przez USA od projektu Turcji. Ta bowiem zakupiła od Rosji rakiety przeciwlotnicze S-400 Triumf, planując zintegrowanie ich z F-35, co automatycznie dałoby Rosjanom pełen wgląd w konstrukcję amerykańskich samolotów. Kontrakt ten w połączeniu z wcześniejszymi konszachtami Turcji z Rosją wyczerpał cierpliwość USA. wskutek czego na początku czerwca Amerykanie odsunęli od szkoleń na F-35 tureckich pilotów i zamrozili możliwość sprzedaży samolotów reżimowi Erdogana. I właśnie w tę „turecką” pulę obejmującą 100 maszyn „wstrzeliła” się Polska. Nasz MON błyskawicznie wystosował do Waszyngtonu „letter of request”, otwierający formalnie procedurę zakupu, potwierdzony podczas wizyty prezydenta Dudy – słynny „air show” z udziałem F-35 przed Białym Domem naprawdę nie był gestem czczej kurtuazji, tym bardziej, że równolegle trwała czterodniowa wizyta min. Mariusza Błaszczaka w bazie lotniczej Eglin, stanowiącej główne centrum szkoleniowe dla pilotów F-35. Warto dodać, że prócz Polski rozmowy toczą, bądź finalizują również Belgia i Finlandia.


II. Wymowne reakcje

Do myślenia daje reakcja rodzimych tub propagandowych – jest ona nader charakterystyczna i dziwnym trafem zgodna ze stanowiskiem Kremla i rosyjskiego pasa transmisyjnego na Polskę, czyli portalu „Sputnik”. Zasypani zostaliśmy „analizami” mającymi wykazać, że F-35 nie są nam potrzebne, że to niefunkcjonalne, zawodne „nieloty”, że za drogo, że kosztowne w utrzymaniu, że Polski nie stać, że lepiej kupić więcej F-16... Prym wiódł tu wspomniany „Sputnik” wyrażający wzruszającą troskę o stan polskich sił zbrojnych i finansów publicznych. „Zaniepokojenia” rozwojem polsko-amerykańskiej współpracy nie omieszkała wyrazić Moskwa ustami rzecznika Pieskowa. Cóż, jak już tu kiedyś pisałem, Rosja zawsze czuje się „zaniepokojona”, a wręcz „zagrożona”, kiedy nie może kogoś bezkarnie napaść. Życzyłbym sobie utrzymania owego jaskółczego niepokoju kremlowskich satrapów w kolejnych dziesięcioleciach. Natomiast co do zasadności zakupu F-35 – przypominam sobie analogiczną debatę z czasów, gdy ważyły się losy kupna F-16. Wówczas myśliwiec również miał być kosztowny, zawodny i „przestarzały”. Krótko mówiąc – nielot. Dziś okazuje się, że lepiej, gdybyśmy kupili więcej owych „nielotów”, byle tylko Polska nie miała F-35. Swoisty rekord pobił były już na szczęście dyplomata Ryszard Schnepf, który w programie Moniki Olejnik reklamował nam na podstawie wzmiankowanego „Sputnika” rosyjskie Su-57 (one zapewne się nie psują – choćby dlatego, że pozostają w fazie prototypów). Tenże Schnepf raczył się także wyjęzyczyć, że zwiększenie obecności US Army w Polsce powinniśmy wpierw „konsultować” z Niemcami, co w przełożeniu na ludzki język oznacza, że winniśmy pytać Berlin o pozwolenie. I pomyśleć, że ten człowiek był do niedawna naszym ambasadorem w USA, a inni mu podobni osobnicy o kolonialnej mentalności kreowali naszą dyplomację i politykę zagraniczną... Ale cóż tam Schnepf – gorzej, że w podobnym duchu wypowiadało się szereg prominentnych wojskowych, choć dziś już na szczęście odsuniętych od bezpośredniego wpływu na polską armię.

Wymowny był również odzew niemieckich mediów, które tradycyjnie służą do przekazywania tego, czego nie wypada oficjalnie powiedzieć tamtejszym politykom. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” skwitował efekty wizyty Andrzeja Duda słowami, iż jest to „nagroda dla Polski i kara dla Niemiec” (za niewypełnianie zobowiązań NATO w sferze wydatków na obronność), nadmieniając przy okazji o interesach gazowych USA konkurencyjnych wobec Nord Stream. Tutaj warto przytoczyć opinię Donalda Trumpa, który stwierdził, że z jednej strony Niemcy uchylają się od finansowania swoich sił zbrojnych, a z drugiej – ładują miliardy w rosyjski gaz, sponsorując zbrojenia Putina, przed którym to z kolei mają ich bronić Stany Zjednoczone... Inna gazeta („Die Zeit”) wyraziła schadenfreude, że mimo polskiej „czołobitności” nie powstanie u nas „Fort Trump” i skończyło się na powiększeniu amerykańskiego kontyngentu wojskowego. Tu jednak trzeba dodać, że owe 1000 żołnierzy (nota bene – przesuniętych z Niemiec) to dalece nie wszystko – zgodnie z waszyngtońską deklaracją powstać ma bowiem również Wysunięte Dowództwo Dywizyjne USA, polsko-amerykańskie Centrum Szkolenia Bojowego, baza dronów oraz szereg inwestycji infrastrukturalnych i logistycznych.

Oczywiście, to wszystko wiąże się z kosztami. Myśliwce F-35 nie są tanie (ok. 100 mln. USD za sztukę), swoje kosztuje również ich eksploatacja, uzbrojenie, wyszkolenie pilotów i dostosowanie infrastruktury. Mówi się o łącznej wartości kontraktu rzędu 17 mld. dolarów. Tyle, że w najbliższych latach, zgodnie z umową Pentagonu z koncernem Lockheed Martin cena ma spadać poniżej 80 mln. USD, podobnie z kosztem godziny lotu – a wszak samoloty trafią do Polski nie jutro czy pojutrze, lecz właśnie dopiero za kilka lat (podawane są wstępne, orientacyjne daty 2024 i 2026). Teraz natomiast ładujemy pieniądze w eksploatowanie i serwisowanie sowieckich MiG-29 i Su-22. Jeśli chodzi o inwestycje w infrastrukturę – tego typu koszty ponosi każde państwo kupujące najnowocześniejszy sprzęt. Również my tak czy inaczej musimy to zrobić (i robimy), jeśli chcemy, by polskie lotniska i bazy wojskowe były kompatybilne z NATO-wskimi standardami i mogły przyjmować najnowsze maszyny. Innymi słowy, mówimy o kosztach, które i tak ponosimy, bądź będziemy musieli ponieść w najbliższej przyszłości. W zamian mamy wciąż rosnącą obecność wojskową sił NATO, w tym głównie wojsk USA – dziś jest to 13,5 tys. żołnierzy, w tym blisko 6,8 tys. wojsk amerykańskich, do czego wkrótce dojdzie kolejny tysiąc, a w przyszłości – wraz z napływaniem F-35 – zapewne jeszcze więcej. Płacona cena zatem ma swój ekwiwalent w postaci wzmocnienia „wschodniej flanki NATO”, co dla państwa w naszym położeniu (i dla całego regionu) ma pierwszorzędne znaczenie.

Po opisanych tu reakcjach widać wyraźnie, że zacieśnianie polsko-amerykańskiej współpracy jest wyjątkowo nie na rękę zarówno Rosji, jak i Niemcom – oraz, ma się rozumieć, ich lokalnym wyrobnikom, którzy na wysługiwaniu się ościennym potęgom budowali dotąd swoje kariery. Dlatego właśnie obecność Amerykanów jest dziś i w najbliższej przyszłości konieczna – chroni nas bowiem przynajmniej w jakimś zakresie przed powtórnym osunięciem się do roli niemiecko-rosyjskiego kondominium.


III. Cena sojuszu

Zresztą, spójrzmy na to wszystko bez złudzeń – i tu, mówiąc klasykiem, przechodzimy do „plusów ujemnych” naszego układu z Wielkim Bratem. W polityce międzynarodowej nie obowiązują takie kategorie jak „honor”, „przyjaźń”, „lojalność” czy inne sentymenty. Decydującymi kryteriami są siła i interes – i tyczy się to również relacji z naszym obecnym hegemonem zza oceanu. W swej polityce Stany Zjednoczone (a zwłaszcza za prezydentury Trumpa) kierują się prostą zasadą: chcesz mieć z nami dobre stosunki – kupuj od nas i nie kombinuj na boku (przypominam o opisanym wyżej przypadku Turcji). Jest to taka bardziej cywilizowana forma rekietu – swoistego haraczu za ochronę, z tą różnicą, że jednak otrzymujemy coś w zamian (sprzęt wojskowy, obecność amerykańskich żołnierzy, gaz łupkowy pozwalający zdywersyfikować dostawy z Rosji). Ponadto, jak widzimy, ta specyfika kontaktów nie dotyczy jedynie naszego kraju. Rzecz jasna, nie ma tu mowy o sojuszu w rozumieniu równoprawnych stosunków – bardziej przypomina to zależność od Imperium Rzymskiego różnych barbarzyńskich państewek (formalnie zwanych „przyjaciółmi” lub „sojusznikami”), ewentualnie relacje wasalne.

Z tego typu układem wiążą się określone niebezpieczeństwa, o których już pisywałem, ale dla porządku pokrótce powtórzę. Podstawowe zagrożenie jest takie, że nasz opiekun w pewnym momencie może zwinąć bez ostrzeżenia swój parasol ochronny, zostawiając nas na lodzie – tak stało się w 2009 r., kiedy to Obama (a właściwie Hillary Clinton, która była wówczas główną animatorką polityki zagranicznej Białego Domu) zrobił „reset” z Rosją, wycofując się z aktywnej polityki w naszym regionie. Mam zresztą swoją teorię spiskową, że smoleńska tragedia była właśnie pokłosiem owego „resetu”. Moim zdaniem, Putin widząc amerykańską obojętność uznał, że może sobie pozwolić na likwidację polskich niepodległościowych elit, na czele z prezydentem Lechem Kaczyńskim, któremu po udaremnieniu rosyjskiej agresji na Gruzję zapisał „śmierć w duszy” - i skorzystał z okazji. Musimy brać pod uwagę, że Stany Zjednoczone przestały być państwem w pełni obliczalnym i mogą wykonywać najróżniejsze wolty. Tym bardziej, że mimo ciągłej dominacji nie są już tak wszechpotężnym światowym hegemonem jak niegdyś i zaczynają odczuwać „syndrom krótkiej kołdry” - zwyczajnie nie są w stanie w pełni kontrolować przestrzeni od Atlantyku po Pacyfik i zawsze trzeba liczyć się z możliwością, że „odpuszczą” jeden z teatrów na rzecz mocniejszego zaangażowania się w innym zakątku świata. Właśnie dlatego wątpię w powstanie u nas „Fortu Trump” w rozumieniu klasycznej, stałej bazy w rodzaju tych wciąż utrzymywanych w Europie Zachodniej. Znacznie wygodniej i elastyczniej jest dla USA oddelegować do Europy Środkowej mobilne siły z elementami infrastruktury, które w razie nagłej potrzeby będzie można przerzucić gdzie indziej.

Takie są realia, dobrze więc byłoby, gdyby nasi rządzący pilnowali, by koszta w pewnym momencie nie przeważyły korzyści, pamiętając o naczelnej zasadzie: nie ma strategicznych sojuszy dla słabych! Jest to o tyle istotne, że elity okołopisowskie zdają się momentami zatracać w entuzjastycznym pro-amerykanizmie wszelkie proporcje, sprawiając wrażenie, że dla podtrzymania „transatlantyckiego partnerstwa” gotowe są poświęcić wszystko inne. Tyczy się to chociażby roszczeń żydowskich i polityki historycznej (sprawa rejterady z nowelizacji ustawy o IPN) – widać było wyraźnie, że PiS za dogmat uznał, iż droga do Waszyngtonu wiedzie przez Tel-Aviv i w imię tej z gruntu błędnej doktryny gotów był inwestować bez końca w fikcję „sojuszu” i „przyjaźni” z Izraelem, nie przyjmując do wiadomości, że środowiska żydowskie i państwo izraelskie są co najwyżej „sojusznikiem naszego sojusznika” - i nic ponadto. Na szczęście okazało się, że Amerykanie potrafią liczyć i gotowi są sprzedawać nam gaz i broń niezależnie od naszych napiętych stosunków z Żydami, o czym dobitnie świadczy wizyta Andrzeja Dudy – wbrew apelom niektórych politycznych środowisk w USA, by zaangażowanie amerykańskie w Polsce uzależnić od spełnienia przez nas ustawy 447. Jak ujęła to trafnie dr Ewa Kurek w kontekście ekshumacji w Jedwabnem – Ameryka nie poświęci swych interesów dla kilku żydowskich kości. Zwróćmy uwagę, że nawet ambasador Mosbacher od niedawna jakby przystopowała swą aktywność. Pozostaje mieć nadzieję, że wydarzenia ostatnich miesięcy, w tym postawa państwa żydowskiego, otrzeźwiły kilka głów i od tej pory zaczniemy się wykazywać większą asertywnością – tym bardziej, że temat roszczeń niechybnie powróci jesienią.

Kolejna rzecz – Stany Zjednoczone zainteresowane są obecnością w Trójmorzu, widząc w nim „swoją” przestrzeń równoważącą niemiecką dominację na kontynencie i główny rynek zbytu dla swojego gazu łupkowego. To wielka szansa dla nas – możemy stać się bowiem „hubem” dla amerykańskiego surowca, tak jak Niemcy dla rosyjskiego. I właśnie to może USA związać z nami silniej, niż jakikolwiek „Fort Trump” (który, nawiasem, jeżeli powstanie, to właśnie dla ochrony amerykańskich szlaków handlowych i infrastruktury przesyłowej na linii północ-południe). Jeżeli uda się to osiągnąć za cenę kupna F-35, to z góry można powiedzieć, że było warto. Przy okazji – prezydentowi Dudzie towarzyszyła w Waszyngtonie prezes Banku Gospodarstwa Krajowego, współtworzącego od niedawna Fundusz Trójmorza, mający realizować inwestycje infrastrukturalne.


IV. Niełatwy bilans

Jak zatem ocenić bilans naszego sojuszu? Nie ma tu łatwej odpowiedzi – daleki jestem zarówno od bezkrytycznego entuzjazmu, jak i katastrofizmu wieszczącego zagładę Polski, w których lubują się miłośnicy stawiania uproszczonych, radykalnych tez. Wbrew pozorom, wiele zależy tu od nas samych – czy będziemy w stanie prowadzić racjonalną politykę, wyciągając z naszego położenia maksimum korzyści i nie oddając więcej, niż jest to absolutne konieczne – chociażby nie pozwalając wplątać Polski w wiszącą na włosku wojnę z Iranem, co będzie dla nas testem podmiotowości równie ważnym, jak kwestia żydowskich roszczeń. Zagrożenia niezmiennie pozostają dwa: Rosja i Niemcy dążące do sfederalizowania Europy oraz powołania współczesnego Waffen-SS pod pozorem „europejskiej armii”. Dopóki USA tutaj są – jesteśmy chronieni. Rzecz w tym, że ochrona ta nie jest dana na zawsze i nie możemy na niej poprzestawać. Naszym zadaniem na najbliższe lata jest wykorzystanie sprzyjającej koniunktury do wzmocnienia własnego potencjału, tak byśmy byli zdolni ochronić się sami, gdy Ameryka zechce się z jakichś powodów wycofać – a to, jak uczy historia, również ta najnowsza, prędzej czy później nastąpi.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy lokaj?

Sojusznik czy wasal?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 08 (Lipiec 2019)

niedziela, 12 maja 2019

Dywersant Sakiewicz

Sakiewicz bardzo się starał, ale przedobrzył – malując rozpaczliwy obraz stanu Polski, mimowolnie uderzył w rząd Prawa i Sprawiedliwości.

I. Majaczenia szefa „Zony Wolnego Słowa”

Coś dziwnego dzieje się ze stanem umysłu szefa „Zony Wolnego Słowa”. Tomasz Sakiewicz opublikował już drugi kuriozalny tekst – wcześniej imputował Konfederacji KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy działanie „w służbie lewactwa”, teraz natomiast nakreślił przed swoimi czytelnikami „scenariusz przyszłej wojny. Spójrzmy.

Wszystko zaczyna się od bójki z udziałem Polaków i Rosjan na dworcu w Suwałkach. Okazuje się, że Rosjanie mają broń i rozbrajają interweniujących policjantów, a następnie ogłaszają okupację dworca. Na pomoc im ruszają z Obwodu Kaliningradzkiego „zielone ludziki” na motocyklach, wyposażeni w lekką broń. Pacyfikują Straż Graniczną, atakują komisariaty i wdają się w utarczki z nielicznymi oddziałami wojska, zaś w międzyczasie cyberatak paraliżuje łączność w całym kraju i uniemożliwia mobilizację polskiej armii. Nie działa kolej, na autostradach tworzą się korki po wypadkach cystern z benzyną i chemikaliami (też w wyniku cyberataku?).

Rodzimym „czarnym ludem” w tekście Sakiewicza są narodowcy (zwani „moczarowcami”), którzy w proteście przeciw „ustawie 447” i mieszaniu się Izraela w polskie sprawy organizują antysemickie ekscesy i podpalają „budynki sakralne” (z kontekstu wynika, że chodzi o synagogi). USA reagują wstrzymaniem pomocy wojskowej dla Polski. Część ministrów rządu podaje się do dymisji, rządząca koalicja traci większość, Sejm pogrąża się w bezwładzie. Z Rosji nadciągają konwoje humanitarne i dalsze oddziały „ludzików”. W Przemyślu ukraińscy nacjonaliści atakują budynki miejscowych władz – Moskwa deklaruje pomoc i powstają polsko-rosyjskie oddziały samoobrony wspierane przez rosyjskich ochotników z Suwałk (ot, tak sobie, przedarli się z Suwałk do Przemyśla?). Kraj popada w totalny chaos. Ujawnia się „słowiańskie odrodzenie narodu” złożone z „sił ultranarodowych”, emerytowanych generałów i byłych funkcjonariuszy PZPR, które przejmuje władzę. Wzywa na pomoc Moskwę. USA z powodu aktów antysemityzmu wycofują wojska z Polski, a na ich miejsce instaluje się wojsko rosyjskie. Kurtyna.


II. Finis Poloniae?

No dobrze, a teraz weźmy głęboki oddech i spróbujmy przez moment potraktować te majaczenia poważnie. Co z nich wynika? Ano to, że Tomasz Sakiewicz rysuje nam obraz „państwa teoretycznego”, które przewraca się z hukiem od byle ruchawki. Cytując klasyka - „ch... d... i kamieni kupa”. I to po niemal czterech latach rządów „dobrej zmiany”. To ci dopiero nowina! Wedle skrzydlatej wizji pana redaktora, do załatwienia Polski wystarczy garstka ruskich bojowców wyposażonych w lekką broń i jakieś śladowe grupki prorosyjskich popłuczyn po Moczarze, PAX-ie czy Zjednoczeniu Patriotycznym „Grunwald”. Coś niesamowitego, zważywszy iż ci „moczarowcy” stanowią dziś margines marginesu (również w środowiskach narodowych) i składają się przeważnie z jakichś stojących nad grobem dziadków, a ich guru Albin Siwak miesiąc temu pożegnał się z tym światem. Jedyną rusofilską siłą dającą się zauważyć w ostatnich latach była partia „Zmiana”, która dziś jest już bytem wirtualnym, a jej lider Mateusz Piskorski od trzech lat siedzi w areszcie. I oni mieliby dokonać przewrotu – niechby i przy wsparciu kilku emerytowanych PRL-owskich trepów? Ale nie – wg Sakiewicza stanowią egzystencjalne zagrożenie dla polskiego państwa. Całe wojsko modernizowane wielkim nakładem kosztów, Straż Graniczna, Policja, różne służby „tajne, widne i dwupłciowe” - wszystko to nic nie znaczy w konfrontacji z kilkunastoma tysiącami „zielonych ludzików” i grupką krzykaczy. A gdzie Wojska Obrony Terytorialnej? Rozpłynęły się w powietrzu? Zdezerterowały? I co, ruscy „motocykliści” mogą sobie hulać swobodnie, przemierzając całą wschodnią Polskę z północy na południe? Ciekawe, co na to Antoni Macierewicz...

Kolejny ciekawy wątek, to siła naszych sojuszy. Okazuje się, że wystarczy kilku wrzaskliwych antysemitów, by Stany Zjednoczone i NATO miały pretekst do wycofania się z Polski i pozostawienia nas sam na sam z Moskwą. Dobrze wiedzieć. Wniosek z tego, że USA są państwem skrajnie irracjonalnym i histerycznym, skoro podejmują strategiczne decyzje pod wpływem ekscesów paru prowokatorów. A jak to świadczy o polskich władzach, które zainwestowały wszystko w sojusz z tak nieobliczalnym partnerem? Wszystko to wynika przecież logicznie z artykułu Sakiewicza.

No i wreszcie kwestia walk w Przemyślu z ukraińskimi nacjonalistami. Tutaj mamy iście kopernikański przełom, bowiem do tej pory z kręgów „Zony Wolnego Słowa” słyszeliśmy zgoła odmienną narrację. Otóż neobanderyzm miał występować na Ukrainie rzekomo w śladowych ilościach i mieć jedynie antyrosyjskie oblicze, zaś każdy kto podważał powyższe i alarmował o potencjalnym zagrożeniu dla Polski (włącznie z groźbą roszczeń terytorialnych) – ten godził w sojusze i najpewniej był „ruskim agentem”. A tu proszę – banderowcy w Przemyślu! I to, jak wynika z tekstu, uzbrojeni i zorganizowani... A kto, przepraszam, ściągał w ostatnich latach masowo do Polski ukraińskich pracowników i studentów, futrując ich dodatkowo stypendiami? Takich pytań red. Sakiewicz nie zadaje – u niego „ukraińscy nacjonaliści” najwyraźniej spadli nagle z Księżyca.

Krótko mówiąc, z przytoczonego artykułu wyłania się Polska bezsilna, przegniła, infiltrowana bezkarnie przez obce agentury, niezdolna do obrony – gorzej niż Ukraina, bo wg Sakiewicza Rosja może nas połknąć za pomocą kilkunastu tysięcy motocyklistów z kałachami.


III. Dywersant Sakiewicz

Oczywiście, ten tekst sprawiający wrażenie pisanego w stanie ciężkiego nerwowego rozstroju, nie powstał przypadkiem. Jest to reakcja na rosnące poparcie dla Konfederacji, która wedle nieoficjalnych przecieków z wewnętrznych sondaży ma już kilka procent ponad progiem wyborczym. Stąd też, jak ujawnił Robert Winnicki, z kierownictwa PiS wyszedł rozkaz: „walić w Konfederację czym się da!”. To właśnie Konfederaci w tym sterowanym odgórnie przekazie mają być owymi mitycznymi „moczarowcami”, którymi straszy Sakiewicz. Kilka tygodni temu pisałem o różnicy między medium tożsamościowym, a medium partyjnym – i artykuł Tomasza Sakiewicza jest doskonałą ilustracją tej różnicy. Najwyraźniej z centrali na Nowogrodzkiej przyszło polecenie „do wykonu” i naczelny „Gazety Polskiej” wziął się do roboty – tylko finezji nieco zabrakło, bo do uprawiania skutecznej propagandy też trzeba mieć talent. Walenie obuchem, tak jak w przypadku omawianego artykułu, może być tylko przeciwskuteczne. Sakiewicz bardzo się starał, ale przedobrzył – malując rozpaczliwy obraz stanu Polski, mimowolnie uderzył w rząd Prawa i Sprawiedliwości. Na miejscu szefostwa rządzącej partii, zmyłbym mu solidnie głowę za taką wizerunkową dywersję. Naczelny „Gazety Polskiej” lubi się przedstawiać jako „partyzant wolnego słowa” - tyle, że ten „partyzant” wskutek lizusowskiej nadgorliwości niepostrzeżenie stał się dywersantem szkodzącym tym, którym służy.

Nie bez znaczenia jest również wątek medialno-rynkowej pozycji mediów zarządzanych przez „dywersanta”, których sprzedaż notuje rekordowe spadki. Stąd nieprzytomne ataki na „Warszawską Gazetę”, uparcie nazywaną przez Sakiewicza „Gazetą Warszawską” - by niezorientowany odbiorca powiązał nas z rynsztokowym portalem o tej nazwie. Ostatni taki atak miał miejsce w liście rozesłanym do Klubów „Gazety Polskiej”, w którym „dywersant” nieudolnie przypisuje nam współpracę z Romanem Giertychem („DJ Koń” musiałby się nieźle zdziwić), a także polityczne zaangażowanie na rzecz Konfederacji, dyscyplinując przy okazji klubowiczów na okoliczność różnych „myślozbrodni”. Cóż, sugerując nam partyjne zaangażowanie, Sakiewicz po prostu mierzy własną miarą: najwyraźniej nie może mu się pomieścić w głowie, że można pisać to, co się naprawdę myśli i nade wszystko – nie traktować swoich czytelników jak idiotów. Natomiast fakt, że ten list do nas trafił wyraźnie świadczy, że nawet najwierniejsi akolici „Gazety Polskiej” nie dają się już nabierać na te toporne banialuki.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Warszawska Gazeta – medium tożsamościowe

Prasa – ofiara politycznej wojny

Dlaczego nie kupuję „niepokornych” gazet


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (10-16.05.2019)

wtorek, 26 lutego 2019

Niemcy – największy sponsor Putina

Niemcy napędzają rosyjskie zbrojenia i stają się fundatorami kolejnych agresji Kremla. Dobrze byłoby serdecznie podziękować frau Merkel, kiedy Rosja znów zechce kogoś napaść za niemieckie pieniądze.

W nocy z 12 na 13 lutego Parlament Europejski, Komisja Europejska i Rada UE (przedstawiciele krajów członkowskich) osiągnęły wstępne porozumienie w sprawie nowelizacji dyrektywy gazowej dotyczącej Nord Stream 2. Dobra wiadomość jest taka, że Niemcy nie zdołały zebrać mniejszości blokującej, która odesłałaby dyrektywę do kosza, o co zabiegały niemal do ostatniej chwili, wcześniej do spółki z Austrią na wszelkie sposoby sabotując prace nad nowymi regulacjami. Wiadomość gorsza, to kształt proponowanych przepisów. Pierwotnie miały one zakładać stosowanie unijnej dyrektywy na całym odcinku morskim gazociągu, jednak pod wpływem nacisku Niemiec i Francji ostatecznie ograniczono zakres jej obowiązywania do wód terytorialnych ostatniego państwa członkowskiego leżącego na jego trasie – czyli Niemiec. Oznacza to, że Niemcy będą musiały wynegocjować z Rosją dwustronną umowę dla pozostałej części gazociągu – jednak pod kontrolą Komisji Europejskiej, która ma badać jej zgodność z unijnym prawem. Rodzi to od razu pytanie, czy zważywszy na niemieckie wpływy w Brukseli, nadzór KE nie będzie jedynie formalnością, sprowadzającą się do podżyrowania niemiecko-rosyjskich ustaleń. Natomiast Rosja obawia się spadku rentowności przedsięwzięcia, a w tamtejszych mediach pojawiły się spekulacje odnośnie budowy drugiej nitki TurkStream, pozwalającej ominąć unijne obostrzenia. Teoretycznie bowiem UE mogłaby ograniczyć Gazpromowi prawo korzystania z Nord Stream 2 do połowy jego przepustowości. Dodatkową niewiadomą jest brak zgody Danii na budowę – może to spowodować konieczność położenia części rury na alternatywnej trasie, a to z kolei opóźniłoby uruchomienie gazociągu przynajmniej o rok (obecnie finalizacja budowy przewidziana jest na koniec 2019).

Tradycyjnie przeciwni budowie gazociągu są Amerykanie, czemu niedawno dał wyraz podczas monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa wiceprezydent Mike Pence. Wcześniej ambasador USA w Niemczech Richard Grenell bombardował przedstawicieli niemieckiego biznesu i decydentów gniewnymi listami, grożąc amerykańskimi sankcjami firmom zaangażowanym w inwestycję. Zasłużył sobie tym samym na serdeczną nienawiść tamtejszego establishmentu, co jako żywo przypomina znaną aż nazbyt dobrze w Polsce aktywność Georgette Mosbacher – z tą różnicą, że Niemcy nie pozwalają sobie dmuchać w kaszę i działania Grenella konsekwentnie oprotestowywały. Amerykanie podnoszą, rzecz jasna, kwestie bezpieczeństwa, wskazując na postępujące uzależnienie Europy od rosyjskiego surowca, oraz niebezpieczeństwo marginalizacji Ukrainy jako kraju tranzytowego, co może mieć dla tego kraju opłakane skutki i ponownie wepchnąć go w orbitę rosyjskich wpływów. „Nie możemy zagwarantować obrony Zachodu, jeśli nasi sojusznicy uzależniają się od Wschodu” - stwierdził w Monachium Pence. Z kolei Grenell w liście, który w styczniu br. „wyciekł” do niemieckich mediów przestrzegał szefów niemieckich koncernów, iż „firmy angażujące się w rosyjskim sektorze eksportu energii biorą udział w czymś, co mogłoby pociągnąć za sobą poważne ryzyko sankcji”, wskazując na wzrost ryzyka rosyjskich interwencji na Ukrainie i podsumowując: „w efekcie, niemieckie firmy, wspierające budowę gazociągu, aktywnie torpedują bezpieczeństwo Ukrainy i Europy”. W innej wypowiedzi, nawiązując do obecności US Army w Niemczech stwierdził: „Nie można finansować rosyjskiej agresji i równocześnie prosić Amerykanów o ochronę przed rosyjską agresją. to sprawia wrażenie hipokryzji”. Oczywiście, jest prócz tego jeszcze jeden wątek, którego Waszyngton nie akcentuje – wzrost importu gazu z Rosji ogranicza szanse amerykańskiego gazu skroplonego na europejskich rynkach.

Niemniej, nie da się ukryć, że budowa Nord Stream 2, niezależnie od jego ostatecznego kształtu prawnego, stanowi sukces strategicznej współpracy Niemiec i Rosji. Dla Niemiec gazociąg jest przypieczętowaniem sojuszu mającego zdominować przestrzeń „od Lizbony po Władywostok”. Mantra powtarzana przez kanclerz Merkel, że Nord Stream 2 jest wyłącznie przedsięwzięciem biznesowym to zwykłe mydlenie oczu. Dla Rosji z kolei, surowce zawsze były narzędziem polityki i wojny na równi z konwencjonalnym potencjałem militarnym, a nawet bronią jądrową. Uzależniając od siebie Europę, zyskuje swobodę manewru na innych polach, bo przyssany niczym narkoman do rosyjskiej rury Zachód zwyczajnie nie będzie miał woli stanowczo przeciwstawić się agresywnym poczynaniom Kremla. Już teraz UE importuje ok. 200 mld. m3 rosyjskiego gazu, a Nord Stream 2 to kolejne 55 mld. m3 przepustowości. Niemcy są rzecz jasna największym klientem (tylko w 2017 kupiły 53 mld m3 za ponad 10 mld. dol.) – a co za tym idzie, również kluczowym sponsorem reżimu Putina. Tym samym, napędzają rosyjskie zbrojenia i stają się fundatorami kolejnych rosyjskich agresji. Dobrze byłoby to odpowiednio zaakcentować na forum międzynarodowym i serdecznie podziękować frau Merkel, kiedy Rosja znów zechce kogoś napaść za niemieckie pieniądze.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 08 (22-28.02.2019)

niedziela, 7 października 2018

Trójmorze na niemieckiej smyczy

Pod pozorem oferty współpracy, niemiecki minister Heiko Maas ogłosił w istocie dyktat i wezwanie do bezwarunkowej kapitulacji Trójmorza.

I. Blitzkrieg Heiko Maasa

Wygląda na to, że inicjatywa Trójmorza zaczyna ewoluować w skrajnie niekorzystnym kierunku. Jak pamiętamy, na tegoroczny szczyt w Bukareszcie została zaproszona (a w zasadzie – wprosiła się) niemiecka delegacja pod przewodnictwem ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa. Tego samego, który dosłownie chwilę wcześniej na łamach „Handelsblatt” ogłosił swoisty manifest prezentujący ideę „suwerennej Europy”, czyli superpaństwa pod niemieckim kierownictwem, ustawionego w kontrze do Stanów Zjednoczonych (i przychylnego Rosji w ramach „wielobiegunowego światowego porządku”). Dodajmy, że równolegle Angela Merkel lobbuje za powierzeniem funkcji szefa Komisji Europejskiej niemieckiemu politykowi, co oznacza zerwanie z obecną grą pozorów - w miejsce zakulisowego pociągania za sznurki marionetek pokroju Junckera czy Tuska, Europa przejdzie bezpośrednio na ręczne sterowanie Berlina (pisałem niedawno o tym w artykułach: „Niemiecka Europa” i „Trójmorze czy Mitteleuropa?”). Udział Heiko Maasa w szczycie w Bukareszcie był rzecz jasna elementem tej samej politycznej ofensywy, bowiem jeśli przywództwo Berlina w Europie ma być trwałe, potrzebuje fundamentu w postaci Mitteleuropy, czyli środkowoeuropejskich pół-kolonii na różne sposoby wzmacniających potencjał Niemiec. Zaplecze w postaci rynków zbytu, rezerwuaru taniej siły roboczej dla zlokalizowanych w regionie niemieckich montowni i generalnie, podwykonawcy niemieckiej gospodarki jest absolutnie kluczowym elementem układanki – tym bardziej, że uzależnienie gospodarcze przekłada się na polityczną wasalizację. Już teraz nasz region jest dla Berlina jednym z głównych partnerów handlowych, zatem Niemcy zwyczajnie nie mogą sobie pozwolić na to, byśmy wyślizgnęli im się z rąk. A taką właśnie, coraz bardziej realną groźbę, stanowi Trójmorze z rysującymi się wspólnymi przedsięwzięciami infrastrukturalnymi – na dodatek pod amerykańskim patronatem.

Toteż Heiko Maas, zgodnie z tradycją blitzkriegu, na szczycie Trójmorza natychmiast przeszedł do szturmu i dyplomatycznych manewrów oskrzydlających. Ogłosił mianowicie plan „nowej polityki wschodniej” - ma się rozumieć, z wiodącą rolą Niemiec. Przede wszystkim, zgłosił akces Niemiec do Trójmorza – już nie w charakterze doraźnie zaproszonego gościa lub obserwatora, lecz regularnego, pełnoprawnego członka. „Chcemy wykorzystać to forum, także w przyszłości, by mocniej zaangażować się w dyskusje prowadzone przez naszych wschodnioeuropejskich sąsiadów” - stwierdził, dodając, iż „Niemcy pasują do inicjatywy Trójmorza nie tylko ze względu na geograficzne położenie nad Bałtykiem, ale i także ze względów historycznych, politycznych i gospodarczych”. Niemiecką rolę w Trójmorzu określił następująco: „Niemcy chcą być budowniczym mostów i pośrednikiem w duchu europejskiej jedności”.


II. Berliński dyktat

Przekładając powyższe na normalny język, słowa szefa niemieckiego MSZ oznaczają: 1) żadnego uprawiania polityki za plecami Berlina; 2) żadna inicjatywa w ramach Unii Europejskiej nie może zaistnieć bez udziału Niemiec; 3) obszar Mitteleuropy stanowi od wieków niemiecką strefę wpływów i nie pozwolimy na budowanie jakiejkolwiek przeciwwagi dla naszej dominacji; a zatem 4) kładziemy na Trójmorzu łapę i nawet nie próbujcie wierzgać – tym bardziej orientując się na Stany Zjednoczone, bo Waszyngton jest daleko, a Berlin blisko.

Krótko mówiąc, pod pozorem oferty współpracy, niemiecki minister ogłosił w istocie dyktat i wezwanie do bezwarunkowej kapitulacji. Temu służyć miało również znaczące przypomnienie, że to Niemcy i nikt inny są wiodącym partnerem gospodarczym dla każdego z krajów Trójmorza. Widać zatem wyraźnie, że Berlin, który początkowo sądził, iż Trójmorze będzie mało znaczącą efemerydą, radykalnie zmienił swoje podejście. Konkretyzujące się projekty współpracy na polu komunikacyjnym czy energetycznym zabrzmiały jak dzwonek alarmowy. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałyby Niemcy, byłoby urzeczywistnienie inwestycji w rodzaju Via Carpatia bądź gazociągów na linii północ-południe, z ominięciem terytorium naszego zachodniego sąsiada. Taka alternatywna siatka połączeń siłą rzeczy stanowiłaby czynnik emancypujący kraje Europy Środkowej – również w kontekście zależności od poddanego Niemcom brukselskiego centrum decyzyjnego. A jeśli dodać, że twardym jądrem Trójmorza jest Grupa Wyszehradzka, która swą obecną polityczną tożsamość wypracowała na gruncie sprzeciwu wobec polityki imigracyjnej Angeli Merkel, to sytuacja z punktu widzenia Niemiec zaczęła się robić naprawdę niepokojąca i w jakiejś perspektywie czasowej mogłaby wręcz doprowadzić do zanegowania ich europejskiego przywództwa. Warto pamiętać, że państwa Trójmorza obejmują jedną trzecią terytorium i jedną piątą liczby ludności Unii Europejskiej. Taki potencjał bezwarunkowo należy utrzymać pod kontrolą.

Interes niemiecki jest jasny: 1) trzymamy Europę w garści opierając się na sojuszu z Francją; 2) w szerszym, geopolitycznym kontekście, stawiamy na maksymalne zbliżenie z Kremlem dla którego będziemy kluczowym odbiorcą gazu, rozprowadzającym rosyjski surowiec na resztę kontynentu; 3) opierając się na tych dwóch filarach dążymy do wyeliminowania wpływów amerykańskich; 4) w efekcie, stajemy się samodzielnym, globalnym graczem, zawodnikiem wagi ciężkiej, używając podporządkowanej nam Europy jako dźwigni potęgującej naszą siłę.


III. Trójmorze na smyczy

Oczywistością jest, że bezpośrednia obecność Niemiec w Trójmorzu oznacza koniec samodzielności tej inicjatywy i marzeń o stworzeniu „wielobiegunowej” Europy. Mówiąc brutalnie, Trójmorze zostanie zdominowane, okiełznane i zaprzęgnięte do rydwanu interesów Berlina. W tej postaci Mitteleuropa stanie się instytucjonalną emanacją hegemonii „Wielkiego Brata” - narzędziem służącym systemowemu utrwalaniu niemieckiej dominacji, wyrażanej w formule „suwerennej Europy” (ubieranie własnych interesów w kostium „europejskości” to stara sztuczka niemieckiej polityki, sięgająca średniowiecza i koncepcji Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego). A tam, gdzie są Niemcy, prędzej czy później wkracza też Rosja upominając się o swój kawałek tortu. Już teraz Kreml jawi się części państw Trójmorza jako atrakcyjny kierunek dywersyfikacji kontaktów gospodarczych – furtkę chcą uchylać m.in. Węgry, Słowacja czy Czechy. Po ostatecznym przejęciu inicjatywy przez Niemcy owa furtka zamieniłaby się w autostradę.

Znamienne jest tu forsowanie metodą faktów dokonanych gazociągu Nord Stream 2. Po sfinalizowaniu inwestycji Niemcy zostaną nierozerwalnie związane z Rosją – i tego właśnie chcą, widząc w takim strategicznym sojuszu gwarancję rozbudowy własnego potencjału. W kontaktach bilateralnych obie strony otwarcie mówią o „euroazjatyckim obszarze od Lizbony do Władywostoku” (ostatnio podczas wrześniowej wizyty Ławrowa w Berlinie). Dla takich korzyści warto pociągnąć Putinowi rurę. Nie dziwi więc, że na forum unijnym Berlin od miesięcy blokuje nowelizację dyrektywy o Nord Stream 2, mającą w zamyśle poddać podwodną część gazociągu przepisom europejskiego trzeciego pakietu energetycznego, co drastycznie ugodziłoby w rentowność przedsięwzięcia.

Niestety, w kwestii niemieckiej „oferty” Trójmorze dalekie jest od jednomyślności – propozycję Heiko Maasa zdążył już poprzeć gospodarz tegorocznego szczytu, rumuński prezydent Klaus Iohannis. Na szczęście, premier Morawiecki podczas swojego wystąpienia pominął niemiecki wniosek wymownym milczeniem. Trzeba jednak pamiętać o chwiejnej postawie prezydenta Andrzeja Dudy, który wyraził zgodę na przyjazd do Bukaresztu niemieckiej delegacji, co entuzjastycznie poparł prezydencki minister Krzysztof Szczerski. Pozostaje mieć nadzieję, że wśród 12 członków inicjatywy (by przyjąć Niemcy, musi być jednomyślność) przeważy instynkt samozachowawczy – inaczej wkrótce obudzimy się w Trójmorzu uwiązanym na niemiecko-rosyjskiej smyczy i nasz sen o podmiotowej pozycji w Europie pryśnie jak mydlana bańka.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Trójmorze czy Mitteleuropa?

Niemiecka Europa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (05-11.10.2018)