Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Międzymorze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Międzymorze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 października 2018

Trójmorze na niemieckiej smyczy

Pod pozorem oferty współpracy, niemiecki minister Heiko Maas ogłosił w istocie dyktat i wezwanie do bezwarunkowej kapitulacji Trójmorza.

I. Blitzkrieg Heiko Maasa

Wygląda na to, że inicjatywa Trójmorza zaczyna ewoluować w skrajnie niekorzystnym kierunku. Jak pamiętamy, na tegoroczny szczyt w Bukareszcie została zaproszona (a w zasadzie – wprosiła się) niemiecka delegacja pod przewodnictwem ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa. Tego samego, który dosłownie chwilę wcześniej na łamach „Handelsblatt” ogłosił swoisty manifest prezentujący ideę „suwerennej Europy”, czyli superpaństwa pod niemieckim kierownictwem, ustawionego w kontrze do Stanów Zjednoczonych (i przychylnego Rosji w ramach „wielobiegunowego światowego porządku”). Dodajmy, że równolegle Angela Merkel lobbuje za powierzeniem funkcji szefa Komisji Europejskiej niemieckiemu politykowi, co oznacza zerwanie z obecną grą pozorów - w miejsce zakulisowego pociągania za sznurki marionetek pokroju Junckera czy Tuska, Europa przejdzie bezpośrednio na ręczne sterowanie Berlina (pisałem niedawno o tym w artykułach: „Niemiecka Europa” i „Trójmorze czy Mitteleuropa?”). Udział Heiko Maasa w szczycie w Bukareszcie był rzecz jasna elementem tej samej politycznej ofensywy, bowiem jeśli przywództwo Berlina w Europie ma być trwałe, potrzebuje fundamentu w postaci Mitteleuropy, czyli środkowoeuropejskich pół-kolonii na różne sposoby wzmacniających potencjał Niemiec. Zaplecze w postaci rynków zbytu, rezerwuaru taniej siły roboczej dla zlokalizowanych w regionie niemieckich montowni i generalnie, podwykonawcy niemieckiej gospodarki jest absolutnie kluczowym elementem układanki – tym bardziej, że uzależnienie gospodarcze przekłada się na polityczną wasalizację. Już teraz nasz region jest dla Berlina jednym z głównych partnerów handlowych, zatem Niemcy zwyczajnie nie mogą sobie pozwolić na to, byśmy wyślizgnęli im się z rąk. A taką właśnie, coraz bardziej realną groźbę, stanowi Trójmorze z rysującymi się wspólnymi przedsięwzięciami infrastrukturalnymi – na dodatek pod amerykańskim patronatem.

Toteż Heiko Maas, zgodnie z tradycją blitzkriegu, na szczycie Trójmorza natychmiast przeszedł do szturmu i dyplomatycznych manewrów oskrzydlających. Ogłosił mianowicie plan „nowej polityki wschodniej” - ma się rozumieć, z wiodącą rolą Niemiec. Przede wszystkim, zgłosił akces Niemiec do Trójmorza – już nie w charakterze doraźnie zaproszonego gościa lub obserwatora, lecz regularnego, pełnoprawnego członka. „Chcemy wykorzystać to forum, także w przyszłości, by mocniej zaangażować się w dyskusje prowadzone przez naszych wschodnioeuropejskich sąsiadów” - stwierdził, dodając, iż „Niemcy pasują do inicjatywy Trójmorza nie tylko ze względu na geograficzne położenie nad Bałtykiem, ale i także ze względów historycznych, politycznych i gospodarczych”. Niemiecką rolę w Trójmorzu określił następująco: „Niemcy chcą być budowniczym mostów i pośrednikiem w duchu europejskiej jedności”.


II. Berliński dyktat

Przekładając powyższe na normalny język, słowa szefa niemieckiego MSZ oznaczają: 1) żadnego uprawiania polityki za plecami Berlina; 2) żadna inicjatywa w ramach Unii Europejskiej nie może zaistnieć bez udziału Niemiec; 3) obszar Mitteleuropy stanowi od wieków niemiecką strefę wpływów i nie pozwolimy na budowanie jakiejkolwiek przeciwwagi dla naszej dominacji; a zatem 4) kładziemy na Trójmorzu łapę i nawet nie próbujcie wierzgać – tym bardziej orientując się na Stany Zjednoczone, bo Waszyngton jest daleko, a Berlin blisko.

Krótko mówiąc, pod pozorem oferty współpracy, niemiecki minister ogłosił w istocie dyktat i wezwanie do bezwarunkowej kapitulacji. Temu służyć miało również znaczące przypomnienie, że to Niemcy i nikt inny są wiodącym partnerem gospodarczym dla każdego z krajów Trójmorza. Widać zatem wyraźnie, że Berlin, który początkowo sądził, iż Trójmorze będzie mało znaczącą efemerydą, radykalnie zmienił swoje podejście. Konkretyzujące się projekty współpracy na polu komunikacyjnym czy energetycznym zabrzmiały jak dzwonek alarmowy. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałyby Niemcy, byłoby urzeczywistnienie inwestycji w rodzaju Via Carpatia bądź gazociągów na linii północ-południe, z ominięciem terytorium naszego zachodniego sąsiada. Taka alternatywna siatka połączeń siłą rzeczy stanowiłaby czynnik emancypujący kraje Europy Środkowej – również w kontekście zależności od poddanego Niemcom brukselskiego centrum decyzyjnego. A jeśli dodać, że twardym jądrem Trójmorza jest Grupa Wyszehradzka, która swą obecną polityczną tożsamość wypracowała na gruncie sprzeciwu wobec polityki imigracyjnej Angeli Merkel, to sytuacja z punktu widzenia Niemiec zaczęła się robić naprawdę niepokojąca i w jakiejś perspektywie czasowej mogłaby wręcz doprowadzić do zanegowania ich europejskiego przywództwa. Warto pamiętać, że państwa Trójmorza obejmują jedną trzecią terytorium i jedną piątą liczby ludności Unii Europejskiej. Taki potencjał bezwarunkowo należy utrzymać pod kontrolą.

Interes niemiecki jest jasny: 1) trzymamy Europę w garści opierając się na sojuszu z Francją; 2) w szerszym, geopolitycznym kontekście, stawiamy na maksymalne zbliżenie z Kremlem dla którego będziemy kluczowym odbiorcą gazu, rozprowadzającym rosyjski surowiec na resztę kontynentu; 3) opierając się na tych dwóch filarach dążymy do wyeliminowania wpływów amerykańskich; 4) w efekcie, stajemy się samodzielnym, globalnym graczem, zawodnikiem wagi ciężkiej, używając podporządkowanej nam Europy jako dźwigni potęgującej naszą siłę.


III. Trójmorze na smyczy

Oczywistością jest, że bezpośrednia obecność Niemiec w Trójmorzu oznacza koniec samodzielności tej inicjatywy i marzeń o stworzeniu „wielobiegunowej” Europy. Mówiąc brutalnie, Trójmorze zostanie zdominowane, okiełznane i zaprzęgnięte do rydwanu interesów Berlina. W tej postaci Mitteleuropa stanie się instytucjonalną emanacją hegemonii „Wielkiego Brata” - narzędziem służącym systemowemu utrwalaniu niemieckiej dominacji, wyrażanej w formule „suwerennej Europy” (ubieranie własnych interesów w kostium „europejskości” to stara sztuczka niemieckiej polityki, sięgająca średniowiecza i koncepcji Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego). A tam, gdzie są Niemcy, prędzej czy później wkracza też Rosja upominając się o swój kawałek tortu. Już teraz Kreml jawi się części państw Trójmorza jako atrakcyjny kierunek dywersyfikacji kontaktów gospodarczych – furtkę chcą uchylać m.in. Węgry, Słowacja czy Czechy. Po ostatecznym przejęciu inicjatywy przez Niemcy owa furtka zamieniłaby się w autostradę.

Znamienne jest tu forsowanie metodą faktów dokonanych gazociągu Nord Stream 2. Po sfinalizowaniu inwestycji Niemcy zostaną nierozerwalnie związane z Rosją – i tego właśnie chcą, widząc w takim strategicznym sojuszu gwarancję rozbudowy własnego potencjału. W kontaktach bilateralnych obie strony otwarcie mówią o „euroazjatyckim obszarze od Lizbony do Władywostoku” (ostatnio podczas wrześniowej wizyty Ławrowa w Berlinie). Dla takich korzyści warto pociągnąć Putinowi rurę. Nie dziwi więc, że na forum unijnym Berlin od miesięcy blokuje nowelizację dyrektywy o Nord Stream 2, mającą w zamyśle poddać podwodną część gazociągu przepisom europejskiego trzeciego pakietu energetycznego, co drastycznie ugodziłoby w rentowność przedsięwzięcia.

Niestety, w kwestii niemieckiej „oferty” Trójmorze dalekie jest od jednomyślności – propozycję Heiko Maasa zdążył już poprzeć gospodarz tegorocznego szczytu, rumuński prezydent Klaus Iohannis. Na szczęście, premier Morawiecki podczas swojego wystąpienia pominął niemiecki wniosek wymownym milczeniem. Trzeba jednak pamiętać o chwiejnej postawie prezydenta Andrzeja Dudy, który wyraził zgodę na przyjazd do Bukaresztu niemieckiej delegacji, co entuzjastycznie poparł prezydencki minister Krzysztof Szczerski. Pozostaje mieć nadzieję, że wśród 12 członków inicjatywy (by przyjąć Niemcy, musi być jednomyślność) przeważy instynkt samozachowawczy – inaczej wkrótce obudzimy się w Trójmorzu uwiązanym na niemiecko-rosyjskiej smyczy i nasz sen o podmiotowej pozycji w Europie pryśnie jak mydlana bańka.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Trójmorze czy Mitteleuropa?

Niemiecka Europa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (05-11.10.2018)

niedziela, 9 lipca 2017

Trump w Warszawie – patron Trójmorza?

Widać wyraźnie, jak bardzo wizyta Donalda Trumpa jest nie na rękę unijnym decydentom oraz ich tutejszym poputczykom.


I. Lewacka histeria

Państwo czytając te słowa będą ode mnie mądrzejsi o wiedzę na temat efektów wizyty Donalda Trumpa w Warszawie, jednak jeżeli wziąć pod uwagę natężenie histerii lewackich mediów można by dojść do wniosku, że Polskę na jej skutek czeka jakiś potworny kataklizm. Tu jednak na wstępie małe zastrzeżenie – nieco irytuje mnie również ton ośrodków prorządowych, którym udzielił się nastrój podniosłego wyczekiwania, niczym nie przymierzając, przed pielgrzymką papieża. Przylot amerykańskiego prezydenta jest każdorazowo istotnym wydarzeniem, owszem, ale przesada w demonstrowaniu entuzjazmu trąci klientelizmem. To jednak w sumie drobiazg, jeśli spojrzymy na reakcje drugiej strony – uderza zarówno zajadłość z jaką rzucono się krytykować samą wizytę, jak i prorokowanie przez obóz liberalno-lewicowy fatalnych następstw, które jakoby ma za sobą pociągnąć. Już samo to świadczy o wadze obecności Donalda Trumpa na szczycie państw Trójmorza (wymieńmy dla porządku tę „dwunastkę”: Polska, Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry).

Gdyby brać na serio ton tytułów związanych z „totalną opozycją” (i na ogół równie mocno – z Berlinem i Brukselą) można by mniemać, że do Polski przybywa jakiś parias światowej polityki, z którym nikt nie chce mieć do czynienia – ktoś w rodzaju Kim Dzong Una (bo już nie Putina, zważywszy na to z jaką czołobitnością te same redakcje witały go w 2009 r. - nie zapomnę rozentuzjazmowanej reporterki TVN-u, która raczyła wówczas palnąć, że na Westerplatte przywódcy będą ŚWIĘTOWAĆ rocznicę wybuchu II Wojny Światowej). Intencja jest ewidentna – ogłosić zawczasu, że szczyt z udziałem akurat Donalda Trumpa, zaproszonego przez ten konkretny rząd i tego polskiego prezydenta jest z definicji obciachowym, mało znaczącym propagandowym cyrkiem, który na dodatek jeszcze głębiej poróżni nas z „Europą”. W ferworze uprzedzającego dyskredytowania jakoś im umyka, że z prezydentem USA spotkają się przedstawiciele 12 krajów Unii Europejskiej – no, ale to jest ta „mniej ważna” Europa, bo jakaś taka za bardzo lokalna...


II. Niemiecki strach

Z tego wszystkiego przebija strach. Widać wyraźnie, jak bardzo wizyta Donalda Trumpa jest nie na rękę unijnym decydentom oraz ich tutejszym poputczykom. Sygnał do szturmu dała jak zwykle niezawodna prasa niemiecka, która ma to do siebie, że jeśli idzie o interes Berlina, zawsze prezentuje pryncypialnie jednolity front wyrażający stanowisko tamtejszego establishmentu. Już rok temu, po szczycie „dwunastki” w Dubrowniku rozgłośnia „Deutschlandfunk” alarmowała, że Trójmorze mogłoby w przyszłości „zastąpić struktury Unii Europejskiej w regionie” - czytaj, wyprowadzić Mitteleuropę spod wpływów Niemiec. Obecnie „Sueddeutsche Zeitung” wprost określa Międzymorze mianem „międzynarodówki autokratów”, widząc w wizycie Trumpa w przeddzień szczytu G-20 w Hamburgu wyraźny konfrontacyjny sygnał wysłany pod adresem „polityków wprowadzających ład w czasach postpopulizmu”. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z kolei zastanawia się, czy „Trump podzieli Europę”, a ponadto – powołując się na „polskich ekspertów” - straszy wzmocnieniem Międzymorza, bowiem Kaczyńskiego z Trumpem „łączą autorytarne skłonności i ksenofobia”, wskutek czego „nowa Europa może nasypać piasku w tryby starej Europie”. Myśl tę kontynuuje „Die Zeit” podnosząc (cyt. za wPolityce.pl), iż Gdy w Berlinie i Brukseli narasta świadomość wyemancypowania się od USA, rząd w Warszawie demonstracyjnie szuka bliskości z Trumpem”.

Uderzająco zgodny chór, nieprawdaż? Widać jak na dłoni obawę przed wyemancypowaniem się Europy Środkowej spod berlińskiej kurateli, do czego wydatnie może się przyczynić amerykański patronat nad regionem, o czym zresztą nadmieniałem niedawno w tekście „Exit Wyszehradu?”. Tego samego lęka się Bartosz T. Wieliński z „Wyborczej” i jej były niemiecki korespondent, słynący z tego, że we wszystkich kwestiach spornych nieodmiennie bierze stronę Berlina. Podstawia mikrofon „analitykowi” Marcinowi Zaborowskiemu, by ten mógł stwierdzić, iż „Polska zostanie wykorzystana” i że w Europie przypną nam łatkę „konia trojańskiego”, lub wręcz „klienta Donalda Trumpa” - wcześniej zaś własnym piórem na łamach „New York Timesa” bije w dzwon, że „Trump przyjedzie do Polski pełnej niepokoju” oraz rytualnie już ostrzega przed „podzieleniem Europy”, przy okazji rysując obraz naszego kraju jako państwa autorytarnego i wzywając Trumpa, by ten skrytykował „erozję demokracji w Polsce”. Zaiste, sukces szczytu Trójmorza przypieczętowany zacieśnieniem relacji z USA w połączeniu z widmem osłabienia niemiecko-brukselskich wpływów w Polsce, musi „totalnej opozycji” spędzać sen z powiek. Widomym tego znakiem jest niezborna miotanina Platformy, która nie mogła się zdecydować, czy wizytę Trumpa ma zbojkotować, czy się na nią wprosić.


III. Dorosłe sprawy

Tymczasem, przechodząc od zarysowanego powyżej amoku do poważniejszych tematów, materiału do rozmów na linii Europa Środkowa – USA jest tyle, że wystarczyłoby na tydzień solidnego debatowania. Zbliżenie ze Stanami jest nam bowiem potrzebne choćby po to, by osłabić sojusz niemiecko-rosyjski realizowany obecnie (mimo sankcji) chociażby za pomocą projektu Nord Stream 2. Interes Rosji jest jasny: maksymalnie uzależnić od dostaw gazu Europę, co automatycznie przełoży się na wpływy polityczne Kremla. Surowce to dla Rosji nie tylko główne źródło utrzymania, ale nade wszystko narzędzie prowadzenia neoimperialnej polityki – dlatego lobbuje na wszelkie sposoby, by wywalczyć sobie wyłączenie spod zasad pakietu energetycznego rozdzielającego rolę dostawcy od operatora gazociągów. Interes Niemiec natomiast leży w tym, by to właśnie one stały się europejskim „hubem gazowym” rozprowadzającym rosyjski surowiec na kontynencie – w tym również, ma się rozumieć, do krajów naszego regionu, trwale je od siebie uzależniając.

Nasz interes jest z gruntu odmienny – musimy za wszelką cenę zdywersyfikować źródła dostaw, przestawiając przy tym kierunek ich transportu (ale też szlaków komunikacyjnych i handlowych) z osi wschód-zachód na północ-południe. To dlatego istotną częścią rozmów w gronie państw Trójmorza jest kwestia budowy interkonektorów, gazociągów, gazoportów – słowem, energetycznej niezależności. Dlatego również Polska sygnalizuje, że nie będzie przedłużać obecnej umowy gazowej z Rosja, przymierza się do budowy drugiego gazoportu i nakłania do tego typu strategicznych inwestycji infrastrukturalnych inne kraje regionu – docelowo bowiem ma zostać stworzona sieć powiązań uwalniających nas spod rosyjsko-niemieckiego dyktatu.

Interes USA polega zaś na tym, że chcą wrócić do czynnej gry w Europie i sprzedawać swój gaz LNG – i m.in. właśnie w charakterze akwizytora amerykańskiego gazu będzie występował w Warszawie Trump. Ameryka potrzebuje sojuszników i pragnie osłabić wpływy zarówno Niemiec, jak i Rosji, czego daje ostatnimi czasy znaczące przykłady. Pierwsze transporty amerykańskiego gazu do Świnoujścia to nie przypadek, podobnie jak nie są przypadkiem niedawne sankcje uderzające m.in. w firmy zaangażowane w Nord Stream 2, co wywołało prawdziwą furię Niemiec. Do tego Ameryka potrzebuje realnych członków NATO, czyli takich, którzy będą łożyli na siły zbrojne ustalone na szczycie w Newport min. 2 proc. PKB – a najlepiej, gdyby sprzęt kupowały właśnie w USA. My z kolei jesteśmy zainteresowani chroniącą nas przed Rosją obecnością militarną Waszyngtonu w regionie. Słowem, jest tyle nakładających się i wzajemnie uzupełniających interesów – i to dalece wykraczających poza bilateralne relacje polsko-amerykańskie - że na pewno będzie o czym rozmawiać. Proszę porównać sobie geostrategiczną wagę zarysowanych tu problemów z towarzyszącym wizycie medialnym kociokwikiem spod znaku „zły Trump przylatuje do złego Kaczyńskiego”. Można by rzec sprzedajnym gryzipiórkom – morda w kubeł, gdy dorośli rozmawiają o dorosłych sprawach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Exit Wyszehradu?

Media w Niemczech – na służbie władzy


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (07-13.07.2017)

piątek, 17 czerwca 2016

Ukraińska bezczelność i polska bezradność

Ukraina skutecznie dyktuje nam przestrzeń oficjalnej, państwowej pamięci historycznej.

I. Pojednanie, czy dyktat?

Ech, ledwie dwa tygodnie temu napisałem dla „PN” tekst „Międzymorze bez Ukrainy”, w którym m.in. odniosłem się do aroganckiego apelu przewodniczącego ukraińskiego parlamentu, Andrija Parubija, by nie zajmować się tematami historycznymi, bo to nas „dzieli” a poza tym jest na rękę Rosji - a tu, niestety, trzeba będzie do tematu powrócić - i to zarówno z powodu polityki ukraińskich władz, jak i kompletnie nieadekwatnych reakcji polskiego rządu. Otóż, wystąpienie Parubija podczas spotkania z delegacją polskich parlamentarzystów nie było, czego się zresztą można było spodziewać, indywidualnym wyskokiem pojedynczego polityka, lecz częścią szerszej strategii wpisującej się w ukraińską politykę historyczną oraz elementem kampanii przed zbliżającą się kolejną rocznicą Krwawej Niedzieli. Potwierdza to opublikowany 2 czerwca list przedstawicieli ukraińskich elit skierowany do Polaków i polskich władz państwowych. Pod dokumentem podpisy złożyli m.in. byli prezydenci Leonid Krawczuk i Wiktor Juszczenko, głowy kościołów prawosławnego i greckokatolickiego – patriarcha Filaret oraz abp. Światosław Szewczuk, a także naukowcy, intelektualiści i działacze społeczni. Czyżby nastąpił przełom i strona ukraińska dojrzała do uznania ludobójstwa na Kresach, jakiejś formy ekspiacji? Nic z tych rzeczy. Pismo jedynie pozornie utrzymane jest w duchu pojednania (przywołano nawet symbolicznie hasło z historycznego listu polskich biskupów „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”). W rzeczywistości, odrzuca pokrętną retoryką, próbą relatywizowania historycznej prawdy – a wszystko podszyte lekko tylko zawoalowanym szantażem.

`Sygnatariusze w pierwszych słowach nie ukrywają, że motywem skłaniającym ich do wystosowania odezwy jest zbliżająca się rocznica kresowej tragedii Polaków. Tyle, że piszą ogólnikowo o „tragedii Wołynia”, nazywając ją „epizodem” i usiłując wpisać w jakiś szerszy kontekst „polsko-ukraińskiego konfliktu”. (Epizodem szczególnie bolesnym i dla Ukrainy, i dla Polski pozostaje tragedia Wołynia i polsko-ukraińskiego konfliktu z lat II wojny światowej, w wyniku którego zginęły tysiące niewinnych braci i sióstr”). Za chwilę autorzy „proszą o przebaczenie”, by jednak zaraz potem dodać: „tak samo przebaczamy zbrodnie i krzywdy uczynione nam”. Widzimy więc budowanie fałszywej symetrii, dobrze znanej z wystąpień oficjalnych, choćby szefa ukraińskiego IPN Wołodymyra Wiatrowycza, twierdzącego, że podczas II wojny światowej mieliśmy do czynienia z „wojną polsko-ukraińską”. Nie pada w tekście ani razu określenie „ludobójstwo”, „czystka etniczna”, „eksterminacja”. Próżno też szukać nazw „OUN”, „UPA”, czy nazwisk „Bandera”, „Szuchewycz”. Ot, z jakichś niezbadanych przyczyn Polacy i Ukraińcy rzucili się nagle na siebie z siekierami... Mowa jest o „zabijaniu niewinnych ludzi” - lecz bez wskazania kto, kogo i dlaczego mordował. Zawężenie obszaru wydarzeń jedynie do Wołynia również jest symptomatyczne. No, przyznajmy, że strona ukraińska poczuwa się do pewnych niedociągnięć - „państwo ukraińskie stoi jeszcze przed zadaniem pełnego sformułowania swego całościowego i godnego stosunku do doświadczeń, jakie przeszliśmy, ich przyczyn, a także własnej odpowiedzialności za przeszłość i przyszłość”.

II. Lista żądań i pouczeń

Ale to tyle „pojednawczego” tonu, dalej już bowiem pojawia się lista ukraińskich oczekiwań i zaleceń pod adresem strony polskiej, żeby przypadkiem od tej dobrej woli nam się w głowach nie poprzewracało. „Polska myśl winna w pełni uznać samodzielność ukraińskiej tradycji narodowej jako sprawiedliwej i godnej szacunku walki o własną państwowość i niepodległość”. Jest to rzecz jasna eufemizm nakazujący nam pogodzenie się z państwowym kultem spuścizny banderowskiej. Dalej jest jeszcze ciekawiej, pada bowiem ostrzeżenie pod adresem „polityków obu krajów przed mową nienawiści i wrogości”; „wykorzystywanie wspólnego bólu do politycznych rozrachunków doprowadzi do niekończących się oskarżeń. Krzywda jest bowiem zawsze obustronna (...)” (znów ta fałszywa symetria). No i wreszcie pada zasadniczy powód spłodzenia owego kuriozum:wzywamy naszych sojuszników, polskie władze państwowe i parlamentarzystów, aby nie przyjmowali jakichkolwiek niewyważonych deklaracji politycznych, które nie ukoją bólu, lecz jedynie przysporzą korzyści naszym wspólnym wrogom”. Krótko mówiąc, mamy milczeć, bądź produkować beztreściowe farmazony o „trudnej przeszłości” i „pojednaniu” bez nazywania rzeczy po imieniu. Całość wieńczy apel: „W przeddzień uroczystości rocznicowych (czego to ma być rocznica nie napisano - PL), które w lipcu odbędą się w obu państwach, wzywamy do powrotu do tradycji wspólnych apeli parlamentarnych - nie dzieliły nas one, ale łączyły w pokucie i wybaczeniu. Kierując się duchem braterstwa, wzywamy razem do ustanowienia wspólnego Dnia Pamięci Ofiar Naszej Przeszłości i Wiary w Niepowtórzenie się Zła”.

Powyższe w międzyczasie przeplatane jest szantażem wedle metody „na Moskala”: skoro Ukraina walczy teraz z Rosją „w obronie wolnego świata”, to należy milczeć i nie antagonizować. Bardzo wygodne podejście, zdejmuje bowiem ze strony ukraińskiej obowiązek jakiegokolwiek rozliczenia się z przeszłością i umożliwia dalsze zakłamywanie historii. Nie oszukujmy się – jeśli Ukraina przetrwa i okrzepnie, tym bardziej nie będzie skora do żadnych rozmów – bo niby z jakiej przyczyny? Kult banderowców zdąży zakorzenić się na dobre i wszelkie podważanie go stanie się psychologicznie i politycznie niemożliwe. Co niby władze w Kijowie powiedzą obywatelom, których wcześniej z pełną premedytacją kłamliwie indoktrynowały? „Wiecie, z tym Szuchewyczem, to jednak nie była tak do końca czysta sprawa, bo z jego rozkazu nasi rodzice i dziadkowie wymordowali 150 tysięcy Polaków”? Wolne żarty.

Warto podkreślić jeszcze jeden aspekt. Ukraina jest państwem upadłym. To protektorat – zależnie od okoliczności międzynarodowych - albo rosyjski, albo zachodni. Kraj jest zanarchizowany, rozdrapywany przez mafię i oligarchów, ubezwłasnowolniony politycznie i gospodarczo, reformy i skład rządu wprost dyktowane są przez Niemcy, USA i światowe organizacje finansowe. I to na wpół zdechłe „coś” skutecznie dyktuje nam przestrzeń oficjalnej, państwowej pamięci historycznej, uprawia jakieś emocjonalne szantaże i formułuje zalecenia „do wykonu”. To przecież jakiś obłęd.

III. Polska bezradność

Nie mniej obłędna jest polska polityka w tej materii. Przy czym, o ile po poprzedniej ekipie niczego nie można było się spodziewać, o tyle objęcie władzy przez Prawo i Sprawiedliwość budziło nadzieję – nie tylko środowisk Kresowian, lecz każdego, komu leży na sercu polska szeroko rozumiana podmiotowość. A tej podmiotowości nie będziemy mieli, jeśli de facto abdykujemy w wymiarze państwowym z historycznej pamięci o kresowym ludobójstwie. Tymczasem PiS wycofuje się rakiem z ustanowienia 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian - dzień ten ma zostać przeniesiony na 17 września. Intencja jest jasna: „rozmyć” ukraińskie ludobójstwo w szerszym kontekście zbrodni sowieckich – tyle, że co ma piernik do wiatraka? Co łączy „operację polską” NKWD z lat 1937-38 z rzeziami banderowców z lat 1943-44 poza chęcią „ukrycia” właśnie tej konkretnej, „drażliwej” daty – 11 lipca? Na dodatek, przedstawiciele PiS przyznają, że stało się tak na skutek nacisków strony ukraińskiej, do których doszło m.in. podczas przywołanego na wstępie spotkania polskich posłów w Kijowie, w którym brał udział także czołowy wołyński negacjonista Wołodymyr Wiatrowycz. Może dla osłody 11 lipca będzie jakaś okolicznościowa uchwała Sejmu... a może nie, bo wszak w omówionym tu liście Ukraińcy wyraźnie nam tego zabronili.

Portal Kresy.pl nazywa takie postępowanie zdradą wobec Kresowian. Ja powiedziałbym raczej, iż jest to wynik nie tyle złej woli, ile kunktatorstwa wynikającego z błędnych przesłanek. Z jednej strony jest to efekt zaczadzenia polityczną mitologią Giedroycia reprodukującą się w kolejnych pokoleniach elit, której składnikiem są ustępstwa i polityka „dobrej woli” bez żadnych warunków brzegowych, aby broń Boże nadwrażliwych Ukraińców nie zrazić (na czym oni błyskawicznie nauczyli się grać naszym kosztem). Druga strona polega na założeniu (a inaczej nie potrafię sobie racjonalnie zrekonstruować motywacji PiS-u), że tylko Polska mająca dobre relacje z Ukrainą jest cokolwiek warta dla USA, które rozgrywają na Ukrainie swoją partię szachów z Putinem – dwa piętra ponad naszymi głowami. Innymi słowy, jeśli będziemy grzeczni dla Kijowa, to zarazem będziemy użyteczni w regionie dla Waszyngtonu, więc Ameryka będzie nas wspierać i bronić przed Rosją – przynajmniej do kolejnego „resetu”. Efekt jest taki, że Ukraina czuje się władna dyktować nam z pozycji siły nasze narodowe rocznice. A u nas każdy, kto odważy się głośno o tym powiedzieć, mianowany jest przez dyżurnych patriotów „ruskim agentem” i „V kolumną Putina”. Ręce opadają.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Międzymorze bez Ukrainy”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (08-14.06.2016)

czwartek, 9 czerwca 2016

Międzymorze bez Ukrainy

Nie tylko Ukraina leży nad Morzem Czarnym. Zatem w tej chwili powinniśmy skoncentrować się na budowaniu sojuszu państw Europy Środkowej.

I. Wołyń pod dywan!

16 maja PAP doniosła o kuriozalnej odezwie przewodniczącego ukraińskiego parlamentu, Andrija Parubija, który podczas spotkania z posłami Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej Sejmu RP zaapelował, by „odroczyć dyskusję na tematy historyczne”, a także „odrzucić to, co dzieli dwa narody, i poszukiwać wydarzeń historycznych, które łączą Polaków i Ukraińców”. Oczywiście w tle musiał wybrzmieć rosyjski szantaż, ponieważ „dyskusje historyczne dzielące Polaków i Ukraińców” „są na rękę przeciwnikom dobrych relacji dwustronnych”, a tak w ogóle „przeszłość nie powinna strzelać w przyszłość, szczególnie w czasach oporu przed nawałą”. Innymi słowy, Ukraina nie zamierza korygować nawet o milimetr swej polityki historycznej, zasłaniając się konfliktem z Rosją – a ponieważ konflikt ten jest w fazie permanentnej i w dającej się przewidzieć przyszłości będzie się na zmianę to tlił, to rozniecał, więc przesłanie jest jasne: nigdy nie będzie dobrego momentu by mówić o ludobójstwie na Kresach i lepiej zamieść z powrotem sprawę pod dywan. Dobrze, że szef sejmowej delegacji, Michał Dworczyk (PiS), prócz zapowiedzi różnych „jednoczących” inicjatyw, trzeźwo zauważył, iż „źle rozumiana poprawność polityczna w relacjach dwustronnych niczego dobrego nie przyniesie”, oraz że gdyby sprawę załatwiono 20 lat temu „ta trudna lekcja byłaby już odrobiona”. Inna sprawa, że powiedział to polskim dziennikarzom obsługującym wizytę – ciekawe, czy podobnie twarde stanowisko zaprezentował również bezpośrednio Parubijowi.

Z polskiego punktu widzenia właśnie teraz jest najlepszy moment, by mocno akcentować w dwustronnych relacjach kwestię rozliczeń historycznych. Ukraina jest bankrutem poddanym pod międzynarodową kuratelę, a państwo znajduje się na skraju rozpadu. Jeżeli obecnie nie jest gotowa pójść na żadne ustępstwa, to tym bardziej nie będzie do nich skłonna, gdy sytuacja - zarówno wewnętrzna, jak i na rosyjskim froncie - zostanie jako tako opanowana. Dlatego należy dociskać, bowiem teoretycznie właśnie dziś Ukrainie powinno zależeć na dobrych kontaktach z Polską. Jeżeli nie ustąpi, będzie to sygnałem, że nie zależy jej na dobrych stosunkach z nami w ogóle. A skoro tak, to nie ma co zawracać sobie głowy.

II. Mit założycielski „samostijnej”

Na Ukrainie mamy do czynienia z osobliwą sytuacją: neo-banderowcy oficjalnie stanowią ułamek społeczeństwa, ugrupowania polityczne odnoszące się bezpośrednio do tej spuścizny znajdują się na marginesie, a tymczasem właśnie dziedzictwo OUN-UPA stało się mitem założycielskim „samostijnej”, post-majdanowej Ukrainy. I to właśnie ta polityka jest forsowana w charakterze spoiwa narodowego i fundamentu tożsamości. Jest to w oczywisty sposób nie do pogodzenia z polską pamięcią, o prawdzie historycznej już nie wspominając. Z jakichś względów dla współczesnej Ukrainy taki Petlura (którego współpracy z Piłsudskim poświęcona zostanie anonsowana przez Dworczyka dwujęzyczna wystawa w polskim sejmie) okazał się nie dość „sexy”. Bandera i Szuchewycz są atrakcyjniejsi – a skoro tak, to oficjalne ukraińskie czynniki mogą już tylko kłamać i iść w zaparte. My zaś mamy do wyboru – przełknąć ich kłamstwa udając, że szafa gra i nic się nie stało, bo „wybieramy przyszłość”, albo zacząć stanowczo upominać się o swoje, przechodząc do porządku dziennego nad ukraińskimi fochami.

Nie możemy również pozwolić się szantażować straszakiem rosyjskim, a to z prostego powodu – ten szantaż opiera się na blefie. Ukraina, na nasze szczęście, wpędziła się w trwały, wyniszczający konflikt z Rosją. Pisałem już o tym kiedyś – wojna rosyjsko-ukraińska jest dla nas błogosławieństwem, wikłając obie strony w wyczerpujący klincz. Nie ma mowy, by Ukraina poszła w rosyjskie ramiona, a już na pewno nie z tego powodu, że obraziła się na nas za podnoszenie tematu rzezi na Kresach. Wojna na wschodzie Ukrainy jest zarazem najlepszym gwarantem, że obszar tego kraju będzie stanowił dla nas strefę buforową – Ukraińcy zwyczajnie nie mają wyjścia, walczą o przetrwanie. Własny koncert rozgrywają tam, dwa piętra ponad naszymi głowami, także geopolityczni zawodnicy wagi ciężkiej i międzynarodowe grupy interesu, zatem i my powinniśmy z tego uszczknąć coś dla siebie, choćby w sferze polityki historycznej, skoro na więcej nas nie stać, zamiast niczym frajerzy stać w nieskończoność z wyciągniętą do zgody ręką.

III. Giedroyciowski przesąd

I tu dochodzimy do kwestii Międzymorza. Otóż, zniewolone intelektualnie giedroyciowską mitologią polityczną nasze elity wciąż w znacznej części nie wyobrażają sobie Międzymorza i obszaru „ABC” (Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne) bez Ukrainy. Pora odrzucić ten przesąd. Nie tylko Ukraina leży nad Morzem Czarnym. Zatem w tej chwili, przynajmniej do momentu, gdy Ukraina się nie ogarnie i nie dotrze do niej, że sama sobie szkodzi, powinniśmy skoncentrować się na budowaniu sojuszu państw Europy Środkowej. To samo tyczy się również Litwy, prowadzącej jawnie wrogą i szowinistyczną politykę wobec polskiej mniejszości. Czas pokazać „naszym strategicznym partnerom”, że ich działania skazują je na marginalizację w regionie, a dla giedroyciowskiej doktryny ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś) istnieje realna alternatywa, choćby w postaci rozszerzonej wersji Grupy Wyszehradzkiej (np. o Rumunię, w dalszej perspektywie – o Chorwację). Ukraina zaś, powtarzam, chcąc nie chcąc będzie osłaniała ten układ od wschodu - przynajmniej dopóki Berlinowi i Waszyngtonowi będzie zależało na zastępczej wojence z Putinem.

Zresztą, z kim mamy wchodzić tu w alians? Mało kto wie (ja sam dowiedziałem się niedawno za sprawą artykułu na portalu obserwatorfinansowy.pl), że poszczególne organy ukraińskiego „państwa” są odrębnymi osobami prawnymi – Rada Najwyższa, organy władzy wykonawczej, sądy – to wszystko osobne byty prawne, niczym spółki! Na dodatek, państwo ukraińskie nie odpowiada za zobowiązania własnych organów - „osób prawnych”, te zaś z kolei nie odpowiadają za zobowiązania państwa. To jest, przepraszam, jakiś bajzel na kółkach...

Tak nawiasem mówiąc – renesans idei Międzymorza na serio (i z przytupem) rozpoczął się w styczniu 2015 r. od analizy amerykańskiej prywatnej wywiadowni Stratfor poświęconej właśnie temu zagadnieniu, obudowanej odpowiednią medialną kampanią (choćby w „Rzeczpospolitej”) i entuzjastycznymi wywiadami George'a Friedmana dla polskich mediów (ten zresztą zwolennikiem tej koncepcji był „od zawsze”). Była to zarazem jaskółka zwiastująca odsunięcie od władzy opcji proniemieckiej z PO i rosyjskiej zogniskowanej wokół prezydenta Komorowskiego, do robienia Międzymorza pod amerykańskim patronatem nadawało się bowiem wyłącznie PiS, Polska zaś jest potrzebna jako zaplecze ukraińskiego frontu. Swoją drogą, ciekawe, czy ktoś z Polski pofatygował się do Amerykanów z pytaniem, ile są gotowi nam zapłacić za podjęcie się realizacji tego zadania? To się okaże po warszawskim szczycie NATO.

IV. „Wyszehrad plus”

Powyższe nie oznacza jednak, że mamy się stać biernymi wykonawcami poleceń płynących zza Wielkiej Wody, jak to bywało wcześniej, gdy mamieni iluzją umacniania sojuszu zabraliśmy się z Amerykanami na krwawe wycieczki do Afganistanu i Iraku. Teraz gra idzie o realne gwarancje bezpieczeństwa z których USA nie będą mogły się z dnia na dzień wycofać – tak, abyśmy w przypadku kolejnego „resetu” nie zostali na lodzie, jak miało to miejsce po 17 września 2009 r. A chwila (ile Obama rozeźlony porażką „resetu” serio chce szachować Putina od zachodu), by takie gwarancje na Stanach Zjednoczonych wydębić (stała baza NATO to absolutne minimum) jest dosłownie ostatnia. Za moment w Stanach wybory prezydenckie, a z naszej perspektywy różnica między Hillary Clinton a Donaldem Trumpem jest żadna. Pierwsza była architektem polityki „resetu”, drugi zaś jest izolacjonistą i już obiecuje, że się z Putinem „dogada”. Możemy się domyślać na czym owo „dogadywanie się” będzie polegało – w pierwszym rzędzie na „odpuszczeniu” Europy Środkowo-Wschodniej, bo przecież nie Bliskiego Wschodu.

Tym bardziej więc należy w budowaniu sojuszy spoglądać na południe i wyszehradzką czwórkę, miast za bezdurno wspierać wrogie nam Ukrainę, czy Litwę – po pierwsze dlatego, że taki kierunek nie naraża nas na bezpośrednią konfrontację z Rosją; po drugie – osłonięci walczącą o przetrwanie Ukrainą zyskujemy czas, by się wzmocnić w ramach naszego regionu; po trzecie zaś – bo daje nam to lepszą pozycję w konflikcie z Berlinem i Brukselą, a w perspektywie szansę na rozmontowanie niemieckiej Mitteleuropy. Od Amerykanów natomiast prócz wspomnianej bazy musimy uzyskać solenne zapewnienie, że nie będą nas usiłowały wciągać w bezpośrednie zaangażowanie w ukraińską awanturę, co swoją drogą jest kolejnym powodem umacniania Międzymorza w wersji „Wyszehrad plus” - tak się składa, że Węgry, Czechy i Słowacja nie pałają do USA (a tym bardziej do Ukrainy) różnymi dziecinnymi sentymentami i także w tej sprawie będziemy mogli spodziewać się ich wsparcia.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2016/02/cichociemni-uwieraja-ukraine.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2016/02/ukrainski-koncert-mocarstw.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2015/12/miedzymorze-20-czyli-dywersyfikacja.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2015/10/budujmy-polska-soft-power-na-ukrainie.html

http://blog-n-roll.pl/pl/ukraina-czyli-pok%C3%B3j-gorszy-od-wojny

http://blog-n-roll.pl/pl/piel%C4%99gnowa%C4%87-wojn%C4%99#.VNtPOCyNAmw

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->https://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (25-31.05.2016)

czwartek, 21 stycznia 2016

Bratankowie z Niedzicy

Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli, regionalny sojusz jest senną zmorą.

I. Orban odczarowany

A więc w końcu góra i Mahomet się zeszli – wygląda na to, że spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Victora Orbana do którego doszło w Niedzicy w święto Trzech Króli kończy etap absurdalnych dąsów na linii PiS – FIDESZ. Warto tu przypomnieć ubiegłoroczną, oficjalną wizytę węgierskiego premiera w Polsce (pisałem o tym w tekstach „Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie” - „PN”nr 8 (78) 02-08.03.2015 oraz „Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy” - „PN” nr 9 (79) 09-15.2015), kiedy to Orban stał się obiektem zmasowanej nagonki polskich mediów oraz świata polityki – i to od lewa do prawa. Cóż, obowiązywała wówczas proukraińska histeria, której przywódca bratanków się nie podporządkował, dogadując się z Putinem w kwestiach energetycznych i upominając się o Węgrów zakarpackich. Jakoś nikomu wtedy nie chciało przejść przez gardło, że po pierwsze - premier Węgier poparł antyrosyjskie sankcje na forum UE, po drugie zaś – deale z Rosją zaczął przeprowadzać dopiero po tym, jak skutecznie zneutralizował trzęsące węgierską energetyką zagraniczne koncerny, w tym również wykupując akcje strategicznego przedsiębiorstwa MOL zajmującego się przetwórstwem ropy i gazu od rosyjskiego Surgutniefietgazu (2011 r.). Szef węgierskiego MSZ, Janos Martonyi, stwierdził wówczas:„Węgry zdołały przeszkodzić Rosjanom w uzyskaniu silnych wpływów ekonomicznych w Środkowej Europie”. Krótko mówiąc, Victor Orban mógł sobie pozwolić na rozmowy z Putinem z podmiotowej pozycji i wynegocjował korzystne warunki – porównajmy to chociażby z nieszczęsnym kontraktem gazowym Waldemara Pawlaka, kiedy na finiszu rozmów musiała interweniować Komisja Europejska, przestraszona rozmiarami tortu, który strona polska chciała ofiarować Moskwie. Poza wszystkim – Orban w relacjach z Rosją nie robił niczego, czego nie robiłyby inne kraje UE.

Wszystko to nie przeszkodziło jednak „obozowi patriotyczno-niepodległościowemu” wieszać psów na potencjalnie jedynym europejskim sojuszniku Polski, który, nawiasem mówiąc, już w 2010 roku, podczas swojej pierwszej zagranicznej wizyty (to w dyplomacji znaczący symbol) proponował nam w Warszawie regionalny sojusz i wspólną politykę wschodnią, nie ukrywając, że widzi w Polsce środkowoeuropejskiego lidera. Został wtedy odprawiony z kwitkiem, podobnie jak w roku ubiegłym – i to nie tylko przez chodzący na niemieckiej smyczy rząd Tuska, a później Kopacz, lecz również przez prawicową opozycję. Innymi słowy, Orban do flirtowania z Putinem został wręcz zmuszony, zarówno wrogością Zachodu, jak i nieżyczliwą obojętnością głównych sił politycznych Polski. Symptomatyczne były tu medialne występy Mariusza Błaszczaka oskarżającego Węgry o łamanie „europejskiej solidarności”, czym idealnie wpasował się w propagandową narrację gabinetu Ewy Kopacz. Odmowa spotkania ze strony ówczesnego lidera opozycji Jarosława Kaczyńskiego była kolejnym „samobójem”, który mógł jedynie utwierdzić Orbana w przekonaniu, że niezależnie od wyników wyborów, nie będzie miał w Polsce z kim rozmawiać. Późniejsze dementi otoczenia węgierskiego premiera, jakoby spotkanie z przywódcą PiS nie było w ogóle planowane, wyglądało jedynie na skrojoną post factum próbę zbagatelizowania afrontu.

II. Budapeszt-Warszawa, wspólna sprawa

Przypominam te wszystkie zaszłości, by zobrazować wagę rozmów w Niedzicy. Na marginesie, samo miejsce spotkania było znaczące, położona na Spiszu Niedzica to bowiem dawne polsko-węgierskie pogranicze. Dwa zamki – węgierska Niedzica i polski Czorsztyn przyglądają się sobie od stuleci przedzielone jedynie doliną, dziś zalaną przez sztuczne jezioro spiętrzone na Dunajcu. Grunt do przełamania – no, może nie tyle lodowej tafli, ile gęstej kry – przygotowała ofensywa dyplomatyczna prezydenta Andrzeja Dudy, z mini-szczytem regionalnych członków NATO w Bukareszcie i wspólnym sprzeciwem wobec projektu Nord Stream 2. Można powiedzieć, że zbliżenie wymusiła sama sytuacja międzynarodowa. Polska po objęciu rządów przez „niesłuszną” opcję znalazła się pod analogicznym ostrzałem zachodnich mediów i polityków orkiestrowanym z Berlina, co orbanowskie Węgry. Dodatkowo, rząd PiS musi się borykać z wewnętrzną opozycją jawnie wyczekującą na jakąś formę zagranicznej interwencji – zupełnie jak węgierscy postkomuniści i liberałowie sponsorowani hojną ręką przez George'a Sorosa. Tu Orban ma nad nami ponad pięć lat przewagi w „zaprowadzaniu faszyzmu” i „niszczeniu demokracji”, albo, mówiąc normalnym językiem – przywracaniu państwa narodowi i windowaniu go na niezawisłość.

Niezależnie jednak od krajowych zgryzot, z pewnością nie zabrakło również i innych wspólnych tematów do omówienia, o czym świadczy chociażby absolutnie ponadnormatywny, sześciogodzinny wymiar czasowy spotkania. Węgry poszukują ewidentnie sposobu na wyjście z politycznej izolacji i pilnie potrzebują sojuszników – przypomnijmy sobie wrześniowe spotkanie Orbana z premierem Bawarii i szefem CSU Horstem Seehoferem podczas którego jednomyślnie krytykowali politykę imigracyjną firmowaną przez Angelę Merkel. Wizyta w Polsce wpisuje się zatem w pewien szerszy trend, potwierdzany przez węgierskie media – montowania sojuszu niezadowolonych z berlińskiego dyktatu, co daje nam sposobność do zaczerpnięcia głębszego oddechu na arenie międzynarodowej. W przeciwieństwie do wielu „dobrze poinformowanych” nie będę udawał, że wiem o czym rozmawiali obaj przywódcy, spróbuję jednak ułożyć katalog spraw do załatwienia.

Z pewnością główną osią porozumienia jest opozycja wobec niemieckiej hegemoni. Europa Środkowa jest dla Berlina, co niejednokrotnie podnosiłem, przestrzenią kolonialnej ekspansji zarówno politycznej, jak i gospodarczej – współczesną odsłoną Mitteleuropy realizowaną pod unijnymi sztandarami. Dlatego, w kontekście zbliżającego się szczytu NATO w Warszawie, należy utwierdzić wspólne stanowisko w kwestii wzmocnienia wschodniej flanki Sojuszu, również poprzez zainstalowanie w naszym regionie stałych baz wojskowych. Następna rzecz, to przeciwdziałanie wszelkimi dostępnymi środkami budowie Nord Stream 2, skazującego nas na marginalizację jako obszaru tranzytowego. W dalszej perspektywie winniśmy zaktywizować starania w kierunku powstania południkowego systemu połączeń gazociągowych, docelowo od Świnoujścia aż po mający powstać terminal na chorwackiej wyspie Krk. Kolejnym tematem jest wymiana doświadczeń w gospodarczej dekolonizacji i polityce prospołecznej, wyrwanie się spod dominacji międzynarodowego kapitału i globalnych instytucji finansowych w rodzaju Międzynarodowego Funduszu Walutowego. No i wreszcie – wspólne stanowisko przeciw obłąkańczej polityce imigracyjnej Niemiec, w szczególności zaś, wobec przymusowego mechanizmu „relokacji” uchodźców.

Aspektem bardziej ogólnym, acz o potencjalnie najbardziej dalekosiężnych konsekwencjach, mogłoby być powstanie osi Warszawa-Budapeszt przyciągającej ku sobie pozostałe państwa regionu. Inaczej mówiąc, widziałbym tu zalążek Międzymorza, którego twardym jądrem byłyby kraje Grupy Wyszehradzkiej plus Rumunia, zaś „jądrem w jądrze” - sojusz polsko-węgierski. Warto również zastanowić się nad ewentualnością opuszczenia struktur unijnych w jakiejś perspektywie czasowej – zwłaszcza po wygaśnięciu obecnego budżetu i związanym z tym radykalnym obcięciem euro-funduszy. Przejście do EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu – Norwegia, Islandia, Liechtenstein, Szwajcaria), współtworzącego z UE Europejski Obszar Gospodarczy pozostawiłoby nam korzyści płynące z wymiany handlowej, za to zdjęłoby polityczno-biurokratyczną „czapę” Brukseli. W tym kontekście dobrze byłoby wspólnie wysondować, czy Stany Zjednoczone byłyby skłonne (i na jakich warunkach) sprawować geopolityczny patronat nad ewentualnym „exitem” naszego regionu, tak by zminimalizować ryzyko jakichś poważniejszych turbulencji.

III. Unia warczy...

Na zakończenie warto odnotować reakcje na spotkanie obu przywódców. Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli przymierzających się do „dyscyplinowania” Polski, regionalny sojusz jest senną zmorą. „Orban pewnie powiedział Kaczyńskiemu, że Unia warczy, ale nie gryzie” - to zdanko z komentarza „Sueddeutsche Zeitung” mówi w zasadzie wszystko, tym bardziej, że Orban już zapowiedział, iż Węgry nie poprą żadnych europejskich restrykcji wobec Polski. „Bratnia pomoc” zatem oddala się, ku nieskrywanemu żalowi armii renegatów liczących na to, że „sankcje” i codzienny nacisk zagranicy skorelowany z lokalnymi kryteriami ulicznymi doprowadzą do obalenia rządu PiS. A że Niemcy pogrążają się w coraz większym imigracyjnym chaosie, to wychodzi, że mamy niepowtarzalną szansę by wybić się na podmiotowość nie zważając na bezsilne ujadania – trzeba tylko zręczności i determinacji.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Orban na linie”

„Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie”

„Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 2 (13-19.01.2016)

czwartek, 24 grudnia 2015

Międzymorze 2.0, czyli dywersyfikacja

Obserwujemy właśnie tworzenie podwalin do realnego zaistnienia jakiejś formy Międzymorza.

I. Polityka na protezach

Wygląda na to, że PiS w obecnej odsłonie swych rządów wyciągnął wnioski z przeszłości nie tylko w sferze wewnętrznej, lecz również na polu międzynarodowym. W skrócie, pierwsze posunięcia zarówno rządu jak i prezydenta wskazują, że nowa władza postanowiła postawić na większą „dywersyfikację” polskiej polityki zagranicznej. Do tej pory bowiem naszym przekleństwem było obstawianie przez kolejne rządy jednego konia, co sprowadzało się do obijania w trójkącie, jak to kiedyś określiłem, „między Rusem, Prusem, a Jankesem”. W efekcie, polska polityka była wypadkową regionalnych wpływów trojga wymienionych hegemonów. A to podpisywaliśmy kolejne kontrakty gazowe pogłębiające nasze uzależnienie od Kremla, to znów w imię „umacniania sojuszy” szliśmy na wyprawy do Afganistanu i Iraku, nie mówiąc już o kompromitujących „robótkach” w rodzaju więzienia CIA w Starych Kiejkutach za łapówkę 15 mln USD dla „abewiaków” - za co Obama podziękował nam „resetem” wskutek którego obudziliśmy się z dnia na dzień w niemiecko-rosyjskim kondominium. Ukoronowaniem tego tańca do cudzej muzyki był „hołd pruski” Sikorskiego w którym oficjalnie zrzekliśmy się podmiotowości i jakichkolwiek aspiracji na rzecz wypełniania poleceń płynących z Berlina (uległość wobec Rosji także była w to wliczona, bo cesarzowa Angela nie życzyła sobie żadnych kwasów w regionie), na skutek czego Polska definitywnie została włączona do imperialnej przestrzeni niemieckiej Mitteleuropy. Tak kończy się polityka uprawiana za pomocą geopolitycznych protez.

Do powyższego dochodziło kurczowe przywiązanie tutejszych polityczno-intelektualnych elit do „doktryny Giedroycia”, czyli stawianie na „ULB” (Ukraina, Litwa, Białoruś) – zupełnie jakby na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci nic się nie zmieniło. Na domiar złego, owa koncepcja realizowana była w skrajnie infantylny i szkodliwy dla nas sposób. W relacjach ze wschodnimi sąsiadami postawiliśmy mianowicie na zabójczą mieszankę – kokieterii i dogmatycznego pryncypializmu. Kokieteria przejawiała się w skrupulatnym unikaniu nawet najdrobniejszych zadrażnień – tak historycznych jak i współczesnych, czego przykładem było wieloletnie chowanie pod sukno kwestii ludobójstwa na Kresach, czy ograniczania praw polskiej mniejszości, połączone z milczącym przełykaniem różnych czynionych nam afrontów. Doktrynerski pryncypializm z kolei rezerwowaliśmy dla Białorusi, zamiast pragmatycznie próbować rozwijać współpracę tam gdzie jest to możliwe, wykorzystując dążenie Łukaszenki do zachowania jakiegoś marginesu swobody w relacjach z Rosją. Naiwne to i dziecinne – o ile pobłażliwość dla ULB można było zrozumieć w czasach rozpadu Związku Sowieckiego, gdy kraje te wybijały się na niepodległość, o tyle podobne postępowanie z niezależnymi bytami państwowymi w ramach normalnej polityki zagranicznej zwyczajnie nie mogło być skuteczne – i nie było. Domyślam się, że takie było życzenie Stanów Zjednoczonych, które (podobnie jak wspomniane wyżej Niemcy) chciały mieć w Europie Środkowo-Wschodniej spokój, by tym efektywniej używać naszego regionu do szachowania Putina, gdy akurat wymagały tego okoliczności. Wychodzi więc na to, że „robiliśmy laskę” Amerykanom również i w tym obszarze, a jedynym wymiernym efektem był chwilowy triumf w Tbilisi – łabędzi śpiew „polityki jagiellońskiej”. Ile było to warte w dłuższej perspektywie, przekonaliśmy się 17 września 2009 roku, a chwilę potem – w Smoleńsku.

II. Bunt w Mitteleuropie

Przypominam to wszystko nie dlatego, by się masochizować nieudacznictwem, lecz po to, byśmy zyskali należytą perspektywę w ocenie zmian, które właśnie się rysują. A zmiany – poważne i wielokierunkowe – zaznaczają się wyraźnie i w iście ekspresowym tempie. Przede wszystkim, mamy do czynienia z próbą regionalnej emancypacji spod kurateli Berlina – swoisty bunt w Mitteleuropie, na który Niemcy reagują bezprzykładną wściekłością, co samo w sobie świadczy o ich zamiarach i planach wobec naszego obszaru kontynentu. Na zdrowy rozum, nie ma powodów do aż tak gwałtownych reakcji – wszak państwa „nowej Europy” nie są w stanie zerwać rozlicznych ekonomicznych powiązań z Niemcami bez poważnych reperkusji dla własnych gospodarek, a już z pewnością nie z dnia na dzień. Mogą co najwyżej sprawić, by niemieckie koncerny w większym stopniu partycypowały w lokalnym rozwoju – choćby poprzez utrudnienie wyprowadzania pieniędzy, czy zwiększenie efektywności w ściąganiu podatków. Sprawa sprzeciwu wobec przyjmowania migrantów też sama w sobie nie jest powodem do histerii. Rzecz tkwi w czym innym – otóż Europa Środkowa miała dopełniać i wzmacniać politykę Merkel w UE i być jednym z narzędzi hegemonizowania kontynentu. Niemcy potrzebują grupy państw głosujących na forum unijnym zgodnie z ich potrzebami i wspierających ich politykę. Rola Polski jako „perły w koronie” Mitteleuropy jest tu absolutnie kluczowa. To stąd bierze się owo potępieńcze wycie pod adresem Warszawy – Niemcy widzą, że wskutek usamodzielnienia się naszej polityki ich potencjał może się niebezpiecznie skurczyć.

Kolejnym przejawem mogącym niekorzystnie odbić na pozycji Niemiec – tym razem w relacjach z Rosją – jest podnoszony solidarnie postulat wzmocnienia wschodniej flanki NATO, m.in. poprzez ulokowanie stałych baz Sojuszu. Niedawny mini-szczyt w Bukareszcie, który zaowocował wspólną deklaracją w tej sprawie, oraz oczekiwaniem, by na przyszłorocznym szczycie NATO w Warszawie zapadły wiążące decyzje, jest kolejnym policzkiem dla mocarstwowych uroszczeń Berlina. No i w końcu, nie bez znaczenia jest wspólny list Polski, Bułgarii, Czech, Grecji, Estonii, Litwy, Łotwy, Słowacji, Rumunii i Węgier do Komisji Europejskiej w sprawie budowy Nord Stream 2 (choć, jak podają media, tu część krajów zaczyna się wykruszać, co pokazuje ile jeszcze pracy nad budową długofalowego regionalnego porozumienia). W liście sygnatariusze postulują debatę poświęconą tej inwestycji, a KE miałaby się przyjrzeć zgodności projektu z unijnymi przepisami.

III. Międzymorze 2.0

Na Niemczech jednak emancypacyjny zwrot się nie kończy. Wiele wskazuje, iż postanowiliśmy przybrać – chciałoby się powiedzieć: nareszcie – bardziej asertywny kurs również wobec Stanów Zjednoczonych. Taką jaskółką może być wspomniane „solidarnościowe” spotkanie w Bukareszcie, co niekoniecznie musi być Waszyngtonowi na rękę, do tej pory bowiem preferował raczej rywalizację poszczególnych państw o swoje względy. Ściślejsza współpraca regionalna w ramach NATO siłą rzeczy podnosi nasze znaczenie, także w kontekście sytuacji na Ukrainie i amerykańskich planów co do tego kraju oraz układania sobie stosunków z Rosją. Kolejnym sygnałem jest sprzeciw – na razie tylko ministra rolnictwa – wobec negocjowanej umowy TTIP. Owo porozumienie, zakładające chociażby nielimitowany napływ amerykańskiej żywności, może potencjalnie okazać się zabójcze dla polskiego rolnictwa i przemysłu spożywczego. Atmosfery nie poprawia stopień utajnienia negocjacji – kraje członkowskie, takie jak Polska w znacznej mierze nie wiedzą, co tak naprawdę Bruksela negocjuje w naszym imieniu i ponad naszymi głowami.

Powyższe może oznaczać, że jeżeli USA spodziewały się, iż w Warszawie rządzić będą tzw. „nasze sukinsyny” podżyrowujące bezwarunkowo amerykańską politykę, to mogą się srodze zawieść. Oby opisane tu sygnały były oznaką, że czas darmowego poparcia dla „strategicznego sojusznika”, bez zapewnienia realnych gwarancji bezpieczeństwa, dobiegał końca.

Koniecznie należy wspomnieć o niedawnym szczycie Chiny – Europa Środkowa (16+1), gdzie Polska traktowana jako lider środkowoeuropejskiego „podkontynentu” czynnie weszła do gry przy tworzeniu Jedwabnego Szlaku 2.0, co podnosi pozycję zarówno naszą, jak i naszego regionu.

Podsumowując, obserwujemy właśnie tworzenie podwalin do realnego zaistnienia jakiejś formy Międzymorza, może nawet przeorientowania strategii z osi wschód-zachód na północ-południe. To oczywiście nie jest projekt na jedną kadencję, do przezwyciężenia jest wiele sprzecznych interesów, ale wreszcie możemy zaobserwować początki jakiejś spójnej, perspektywicznej polityki obliczonej na realizację polskiej racji stanu. Co równie istotne, okazuje się, że w budowie Międzymorza możemy oprzeć się na partnerach mniej chimerycznych i nie obciążonych antypolskimi kompleksami (Grupa Wyszehradzka plus Rumunia). Innymi słowy – wreszcie przestajemy się niewolniczo oglądać na Ukrainę czy Litwę i po prostu robimy swoje. Na koniec postulat: przydałoby się jeszcze otwarcie „dyplomatycznego frontu” w relacjach z Białorusią - mam nadzieję, że i tego doczekamy. Mamy szansę stać się krajem z którym będą się liczyli zarówno sąsiedzi, jak i różni „wielcy bracia”. Póki co, początki są obiecujące.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/d%C5%82ugi-marsz-ku-mi%C4%99dzymorzu

http://blog-n-roll.pl/en/projekt-%E2%80%9Emi%C4%99dzymorze%E2%80%9D-strategiczny-cel-polski

http://blog-n-roll.pl/pl/co-z-t%C4%85-bia%C5%82orusi%C4%85

http://blog-n-roll.pl/pl/opu%C5%9Bci%C4%87-euroko%C5%82choz#.VipU9G5vAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-podmiotowo%C5%9B%C4%87

http://niepoprawni.pl/blog/346/w-petach-giedroycia

http://niepoprawni.pl/blog/287/post-giedroyciowska-dziecinada

http://blog-n-roll.pl/pl/efta-%E2%80%93-alternatywa-dla-polski

http://blog-n-roll.pl/pl/piel%C4%99gnowa%C4%87-wojn%C4%99

http://blog-n-roll.pl/pl/ukraina-czyli-pok%C3%B3j-gorszy-od-wojny

http://blog-n-roll.pl/pl/po%C5%BCegnanie-z-giedroyciem

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3022-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 48 (09-15.12.2015)

środa, 20 maja 2015

Projekt „Międzymorze” - strategiczny cel Polski

Międzymorze powinno stanowić stały punkt odniesienia dla wszelkich poczynań Polski i wyznaczać generalny kierunek działania.

I. Długi marsz

Zgodnie z zapowiedzią z tekstu „Długi marsz ku Międzymorzu”(„PN” nr 15 20.04-26.04.2015) powracam do tematyki Międzymorza i propozycji w jaki sposób można urzeczywistnić tę ideę. Na samym wstępie dwa zastrzeżenia. Pierwsze – Międzymorze rozumiane jako konfederacja państw naszego regionu jest dalekosiężnym punktem docelowym. To nie jest plan do zrealizowania przez jedną, czy dwie kadencje, lecz doktryna geopolityczna obliczona na dziesięciolecia – i należy z góry założyć, że po drodze czekają nas liczne meandry. Zawsze jednak ów cel powinien stanowić stały punkt odniesienia dla wszelkich poczynań Polski i wyznaczać generalny kierunek działania. To jak z Mitteleuropą, której koncepcja pojawiła się w Niemczech w 1915 roku, a dopiero teraz, po stu latach, urzeczywistnia się na naszych oczach (i z naszą szkodą). W zdawałoby się zupełnie innych uwarunkowaniach odbywa się bezkrwawa, miękka kolonizacja Europy Środkowej, zaś jedynym punktem zapalnym jest Ukraina, gdzie toczy się walka o zasięg dwóch projektów – niemieckiej Mitteleuropy i rosyjskiej Eurazji.

Zastrzeżenie drugie – z małymi wyjątkami nie będę zajmował się tu problemem reform wewnętrznych Polski, a to z prostego powodu. Wzmocnienie państwa jest warunkiem tak oczywistym, że jak sądzę, nie trzeba go Czytelnikom szerzej uzasadniać. Bez silnej Polski o Międzymorzu próżno marzyć, co więcej – postępy na drodze realizacji naszego celu będą wprost proporcjonalne do wzrostu znaczenia Rzeczypospolitej na różnych polach – gospodarczym, demograficznym, militarnym i kulturowym. Zatem oba kierunki działań – wewnętrzny i zewnętrzny winny być prowadzone równolegle i wzajemnie się stymulować. Efektem strategicznym zaś ma być wbicie klina między Mitteleuropę oraz Eurazję i de facto unieważnienie obu śmiertelnie zagrażających nam inicjatyw. W pojedynkę się tego nie zrobi, stąd konieczność budowy Międzymorza.

II. Regionalna unia energetyczna

Jak z konglomeratu różnych, często skłóconych ze sobą państw uczynić jeden blok? Otóż, do każdego z nich należy wychodzić z osobną, dobrze skalkulowaną ofertą. Oferta ta winna przebijać atrakcyjnością zarówno Moskwę (tanie surowce w zamian za podporządkowanie), jak i Berlin/Brukselę oferujące eurofundusze i korumpujące lokalne elity, by te godziły się na kolonizację swych krajów. Taką ofertą może być na początek współpraca energetyczna krajów regionu. UE niechcący dała nam tu szansę wyrzucając do kosza projekt unii energetycznej – wspólnego negocjowania kupna surowców i reasekuracji w tym żywotnym obszarze. Swoje dołożyły Niemcy realizując projekt Nord Streamu. Powyższe, połączone z obłędem „pakietu klimatycznego” i „dekarbonizacji”, co w bliskiej perspektywie zamorduje gospodarki krajów „nowej Europy”, stało się wielkim dzwonem alarmowym, wołającym „umiesz liczyć, licz na siebie”. Praktyczne konsekwencje wyciągnęła z tego już Litwa budując własny gazoport i zapewniając sobie alternatywne źródła dostaw z perspektywą odsprzedaży innym krajom nadbałtyckim. Tu, zakładając, że uda się w końcu wybudować gazoport w Świnoujściu, powinniśmy wyjść z propozycją „wzajemnego ubezpieczenia” - budowy interkonektorów oraz integracji infrastruktury przesyłowej. To samo tyczy się pozostałych naszych sąsiadów – nawet prorosyjskie Czechy i Słowacja nie powinny pogardzić taką formą dywersyfikacji, zwłaszcza w obliczu rozczarowania cyniczną postawą Brukseli. A ze Słowacji już tylko krok na Węgry – tam również nie będą się wzdragać przed dodatkowym atutem chroniącym przed zbyt głębokim utonięciem w rosyjskich objęciach.

Powyższy schemat warto zastosować także w kwestii energii elektrycznej – projekt mostu energetycznego między Polską a Litwą zarzucony przez rząd PO-PSL powinien wrócić i to w makroskali. Podobne propozycje można złożyć Ukrainie, przekraczając w ten sposób granice UE, co jest niezbędne dla powodzenia operacji „Międzymorze”. Im dłużej Ukraina będzie przetrzymywana w unijnym przedpokoju, a także im bardziej doskwierające stanie się uzależnienie od rosyjskich dostaw, tym bardziej powinna być konstruktywnie nastawiona do naszych propozycji. Polska w tym układzie byłaby z racji swego położenia centrum infrastrukturalnym. To u nas krzyżowałyby się szlaki przesyłowe, powstałyby kluczowe instalacje itd., co dawałoby nam wiodącą pozycję w całym układzie, szczególnie, jeśli zaczęlibyśmy eksploatować wreszcie mityczny już gaz łupkowy. Z czasem, wydarzenia nabrałyby własnej dynamiki a przykład działałby zachęcająco na pozostałe kraje regionu. Docelowo należałoby tworzoną unię energetyczną połączyć z planowanym gazoportem chorwackim na wyspie Krk.

III. Projekt „Exodus”

Jak łatwo zauważyć, scenariusz regionalnej unii energetycznej – swoistego szkieletu Międzymorza, obrastającego z czasem mięsem innych współzależności - byłby realizowany mimo Brukseli i Berlina, a zapewne przy ich cichym sprzeciwie, da nam jednak sporą dozę niezależności wobec tych ośrodków. To podstawa dla ziszczenia jednego z kluczowych etapów na drodze ku naszemu celowi – etapem tym jest opuszczenie Unii Europejskiej. W warunkach unijnego gorsetu będącego narzędziem niemieckiej dominacji Międzymorza nie będziemy w stanie urzeczywistnić. Pisałem już o tym w tekście „EFTA – alternatywa dla Polski?” („PN” nr 12-13 30.03-12.04.2015), więc tu tylko pokrótce. Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu (EFTA), skupiające Szwajcarię, Norwegię, Islandię i Liechtenstein jest tworem niezależnym od UE, lecz współtworzącym z nią Europejski Obszar Gospodarczy (EOG). Projekt „Exodus” jak go nazywam, zakładałby stopniowe wycofywanie się z Unii i przyłączenie się do EFTA – byłoby idealnie, gdybyśmy zdołali to uczynić w większej grupie krajów. W ten sposób pozbylibyśmy się wielu ograniczeń zachowując korzyści płynące z wymiany handlowej z UE. Zwróćmy uwagę, że Islandia ostatecznie zrezygnowała ze starań o członkostwo, Norwegia również do Unii się nie wybiera, kontentując się obecnością w EFTA i EOG. Warto tu przypomnieć, że Polska już jest członkiem EOG – umowę podpisaliśmy w 2003, ratyfikowaliśmy w 2004, weszła w życie w 2005.

Należy sądzić, iż sama emancypacja spod niemieckiej kurateli i wywikłanie się z gospodarczej eksploatacji powinno podziałać zachęcająco na pozostałe kraje – ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy, która w dającej się przewidzieć perspektywie będzie blokowana w europejskim przedsionku, co pogłębi frustrację zarówno polityków, jak i społeczeństwa. Wspólne lobbowanie pod polskim przewodnictwem na rzecz przyjęcia Ukrainy do EFTA związałoby nas razem o wiele mocniej, niż obecne podlizywanie się banderowcom i przymilne chowanie pod sukno historycznych konfliktów. To jak z regionalną unią energetyczną – mając w perspektywie realny interes zamiast czczych gestów i pokrzykiwań, Ukraina stanie się bardziej racjonalna. Nasz „exodus” z unijnego „domu niewoli” łatwo może się przerodzić w efekt domina, takie procesy często nabierają własnego pędu – m.in. dlatego główni gracze starają się za wszelką cenę zatrzymać Grecję w strefie euro.

IV. Blok militarny

W tym momencie docieramy do aspektu militarnego. Ponieważ leżymy między młyńskimi kamieniami, konieczne będzie zacieśnienie współpracy wojskowej, tak by przyszłe Międzymorze stanowiło możliwie zwarty podmiot w ramach NATO. USA i Sojusz to niezbędny parasol ochronny, potrzebny nam w newralgicznym momencie opuszczania Unii. Jeśli coś mamy z tych „atlantyckich więzi” mieć, to właśnie w tego typu momentach. Żeby jednak USA były sprawowaniem takiego parasola zainteresowane, należy wpierw - trochę jak z unią energetyczną – połączyć siły w ramach wzajemnej asekuracji. Oczywiście nie jako proponowane niedawno „europejskie siły zbrojne”, które mają być kolejnym narzędziem niemieckiej supremacji (szerzej pisałem o tym w artykule Euro-bundeswehra, a niemiecka hegemonia w Europie” - „PN” nr 10 16-22.03.2015), lecz na bazie bilateralnych lub multilateralnych umów między poszczególnymi krajami, tworzących np. międzynarodowe oddziały, a w przyszłości – wspólne dowództwo dysponujące własnymi siłami szybkiego reagowania, uzupełniającymi militarnie armie poszczególnych krajów. Stany Zjednoczone chcąc zachować swą pozycję prędzej czy później będą musiały się zwrócić znów ku naszemu regionowi i dobrze byłoby, gdyby Waszyngton miał tu do kogo zadzwonić. Regionalny blok militarny w ramach NATO funkcjonujący między Rosją (Eurazją) a Niemcami (UE), gwarantowałby nam podmiotową pozycję porównywalną z Izraelem bądź Turcją, nie zaś jak teraz – chłopców na posyłki wykorzystywanych w różnych „misjach stabilizacyjnych”, bądź użyczających swego terytorium na więzienia dla amerykańskiej bezpieki.

Obecnie jest dobry moment, by długi marsz ku Międzymorzu wreszcie rozpocząć. Pojawia się szansa na odsunięcie od władzy zdrajców, Rosja i Niemcy rękoma Ukraińców wodzą się za łby w kwestii ustalenia wschodniej rubieży między Eurazją a Mitteleuropą – musimy to wykorzystać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/d%C5%82ugi-marsz-ku-mi%C4%99dzymorzu#.VUpCffBvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/efta-%E2%80%93-alternatywa-dla-polski#.VUpdLvBvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/euro-bundeswehra-niemiecka-hegemonia-w-europie#.VUpi4PBvAmw

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1631-pod-grzybki-3

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 18 (13-19.05.2015)