Pokazywanie postów oznaczonych etykietą geopolityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą geopolityka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2020

Sanacja 2019

Podsumujmy to sobie. Regionalna mocarstwowość od morza do morza. Wiara w „strategiczne sojusze” i „gwarancje”, w które inwestujemy cały nasz byt państwowy nawet nie próbując jakiejkolwiek dywersyfikacji ryzyka. Boże, jak to wszystko się powtarza. Całe szczęście, że nikt nie wymaga od nas „kapitału krwi”. Na razie.

I. Legenda sanacji

Grzegorz Braun w sejmowym wystąpieniu określił PiS mianem „żoliborskiej grupy rekonstrukcyjnej sanacji”, powtarzając tym samym swój znany bon mot. Reakcja członków partii rządzącej była nader znamienna – potraktowali bowiem słowa posła Konfederacji jako komplement. I to jest wielce charakterystyczna różnica spojrzeń – nie tylko na naszą historię, ale przede wszystkim na teraźniejszość i sposób myślenia o państwie. Dlaczego coś, co dla jednych jest surową krytyką, dla innych brzmi niczym hymn pochwalny? Otóż Braun, mówiąc o sanacji, miał na myśli tę przedwojenną formację taką, jaka ona w istocie była, szczególnie pod koniec życia Piłsudskiego i po jego śmierci. A była to w swej masie banda tępych dzierżymordów, upojonych władzą. mocarstwową pychą i z każdym rokiem osuwających kraj coraz głębiej w model groteskowej dyktatury rodem z wojskowych reżimów znanych z krajów latynoamerykańskich. Owszem, znalazło się w tej formacji kilka wybitnych i prawych jednostek, pokroju Walerego Sławka (który jednak w końcu popełnił samobójstwo – akurat dziwnym trafem tuż po przyjęciu przez Becka brytyjskich gwarancji, które ostatecznie wciągnęły nas do wojny) czy gen. Kazimierza Sosnkowskiego (cierpiącego wszakże na chroniczny deficyt decyzyjności) – ale tych kilka jasnych postaci nie zmienia ogólnego obrazu ówczesnego obozu władzy, celnie sportretowanego przez Dołęgę-Mostowicza w „Karierze Nikodema Dyzmy”. Była to formacja rządząca się we własnych szeregach logiką sitwy („nasz - nie nasz”), a do tego skrajnie niekompetentna, co błyskawicznie znajdowało przełożenie na sposób zawiadywania państwem, sprawiając iż ówczesna Polska była tworem do cna zbiurokratyzowanym, etatystycznym i niewydolnym, bodaj czy nie najbardziej w ówczesnej Europie – przynajmniej wśród państw dużych, aspirujących do odgrywania jakiejś politycznej roli na kontynencie. Powyższemu towarzyszyło postępujące odrealnienie i zaczadzenie własną propagandą, powodujące, iż ówczesne elity nie były w stanie prawidłowo oszacować własnych sił i możliwości – a także, co równie tragiczne, sił i możliwości (oraz prawdziwych intencji) naszych wrogów i sojuszników. Skończyło się to hekatombą września 1939 i zagładą państwa. Co gorsza, ów patologiczny model przejęli również oponenci, co z pełną mocą uwidoczniło się w praktyce funkcjonowania emigracyjnych rządów kliki Sikorskiego (słynne: „Iziu, Iziu, nareszcie u władzy! Ależ my tym skurwysynom teraz pokażemy!”).

Z kolei PiS, słysząc hasło „sanacja” ma przed oczami wyidealizowaną legendę II RP – kraju „wstającego z kolan”, rządzonego przez patriotów, budującego Gdynię i COP, ze stabilną walutą, zdolnego do wychowania wspaniałego pokolenia młodzieży i stworzenia przepojonej bojowym duchem armii. I w zasadzie to wszystko również jest prawdą – z zastrzeżeniem, że finalnie nic to nam nie dało. Patriotyczna młodzież, ukształtowana w kulcie romantycznych porywów, została rzucona na stos na którym spłonęła, bojowa armia złożywszy daninę krwi na bitewnych polach została bez ceregieli kopnięta przez naszych aliantów w cztery litery, a wykrwawiony do granic biologicznej zagłady Kraj oddany pod kuratelę Stalinowi. I to również jest dziedzictwo II RP i sanacji – kompletnie apolityczne myślenie, że jeśli zaświadczymy czynami, iż zasługujemy na niepodległość, to świat w imię głoszonych przez siebie zasad nam tę niepodległość zwróci. Musimy jedynie udowodnić swą lojalność, by Zachód wiedział, że można na nas liczyć i z tym „kapitałem krwi” dowodzącym sojuszniczej wiarygodności przystąpimy do formułowania i negocjowania naszych moralnie słusznych postulatów i oczekiwań. Stąd seria nieprzytomnych posunięć, począwszy od marszałka Rydza-Śmigłego i jego „z Sowietami nie walczyć” (bo tego oczekiwały od nas Francja i Anglia liczące na wciągnięcie Stalina do wojny po swojej stronie, co w końcu się udało) – w efekcie, mimo ewidentnej agresji formalnie nie byliśmy z ZSRR w stanie wojny, uwiarygadniając tym samym sowiecką narrację o „wkroczeniu” i ułatwiając aliantom późniejsze konszachty ze Stalinem. Podobnie z akcją „Burza”, której jedynym skutkiem było ułatwienie marszu Armii Czerwonej na zachód i przyśpieszenie zajęcia przez nią Polski. O Powstaniu Warszawskim i zagładzie stolicy aż żal pisać, lecz trzeba odnotować inny, zbrodniczy rozkaz nakazujący jednostkom Armii Krajowej ujawnianie się przed Sowietami „w roli gospodarzy” (na szczęście, nie wszyscy dowódcy się podporządkowali temu szaleństwu), co skończyło się błyskawiczną likwidacją polskich oddziałów, rozstrzeliwaniami i wywózkami na Sybir. Owo „ujawnianie” miało być w zamyśle „politycznym gestem”, mającym dowieść na arenie międzynarodowej naszych „praw” do niepodległej Polski. I nikomu nie przyszło do głowy, że Zachód już dawno położył na nas krzyżyk, w związku z czym należy myśleć o minimalizacji strat, zamiast je eskalować w imię jakichś, niechby i szczytnych, ideałów i urojeń. Bodaj jedyną siłą, która wykazała się trzeźwą oceną sytuacji były Narodowe Siły Zbrojne, czego symbolem stała się Brygada Świętokrzyska. Uznawszy, iż wojna jest rozstrzygnięta, a jedynym skutkiem walki z Niemcami będzie przyśpieszenie sowietyzacji kraju, dogadała się z władzami okupacyjnymi i przeszła przez front, łącząc się z wojskami amerykańskimi – za co zresztą po dziś dzień szczerze jej nienawidzą ideowi pogrobowcy stalinowskich oprawców, nie mogący ścierpieć myśli, że tylu „faszystów” wymknęło im się z rąk.

Reasumując tę część rozważań – o ile legenda II RP była pożyteczna w czasach komuny, krzepiąc dusze i stanowiąc patriotyczny punkt odniesienia, o tyle obecnie ślepe mitologizowanie dwudziestolecia międzywojennego, ze szczególnym uwzględnieniem okresu po 1935 r., kiedy to sanacyjny reżim pogrążał się w politycznej demencji i „kulcie jednostki” (bo warto zwrócić uwagę, iż kult Józefa Piłsudskiego dla sanatorów był w znacznej mierze instrumentem mającym uwiarygodnić kult jego następcy – Rydza-Śmigłego) może przynieść opłakane konsekwencje. A coś takiego właśnie przerabiamy.


II. „Optymizm nie zastąpi nam Polski”

W poprzednim numerze „Polski Niepodległej” pisałem o Władysławie Studnickim – niewysłuchanym przez współczesnych mistrzu geopolitycznej analizy, któremu sekundowała jedynie garstka podobnych mu, acz zepchniętych na margines realistów, z najwybitniejszym uczniem, Stanisławem Catem-Mackiewiczem na czele. W wydanej niedawno po raz drugi pracy „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” Studnicki przewidział, iż dla Wielkiej Brytanii jedynym pożądanym sojusznikiem jest Rosja – nawet ta komunistyczna. Z tej perspektywy patrząc, jesteśmy jedynie narzędziem, poręcznym mięsem armatnim, które należy wciągnąć do wojny, by to przeciw nam obróciło się uderzenie III Rzeszy. ZSRR w takiej sytuacji rzecz jasna nie pozostanie bierny i zajmie nasze ziemie wschodnie, zyskując tym samym wspólną granicę z Niemcami, co z kolei sprawi, iż wojna niemiecko-sowiecka stanie się nieunikniona - a wtedy droga do antyniemieckiego sojuszu brytyjsko-rosyjskiego stanie otworem. Ceną za sojusz będzie Polska i przyzwolenie na jej sowietyzację – i tę cenę Londyn ochoczo zapłaci. Słowem, przyjęcie gwarancji brytyjskich skazuje nas na zagładę, bo wskutek różnicy potencjałów militarnych i gospodarczych wojna z Niemcami musi się skończyć naszą klęską.

Reakcją sanatorów na diagnozy i apele Studnickiego było żądanie premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego, by niewczesnego proroka zamknąć w Berezie Kartuskiej (na szczęście do tego nie doszło – w odruchu przyzwoitości zaprotestował Rydz-Śmigły, dzięki czemu Studnicki nie trafił pod sadystyczne skrzydła Kostka-Biernackiego, której to opieki niemłody już myśliciel – rówieśnik Piłsudskiego - mógłby nie przeżyć), natomiast cały nakład „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” został skonfiskowany jeszcze w drukarni. Książka bezlitośnie obnażająca nicość bombastycznej, mocarstwowej propagandy wedle której mieliśmy nie oddać ani guzika i pogonić Hitlerowi kota, nie miała prawa ujrzeć światła dziennego. Wedle ówczesnych elit, takie gadanie było z gruntu antypaństwowe – osłabiało bojowego ducha, podważało zaufanie do politycznej linii władzy wedle której jedyną bezcenną rzeczą w życiu narodu jest honor, burzyło dobre samopoczucie rządzących przypominaniem o liczbie niemieckich czołgów i samolotów oraz straszeniem sowiecką Rosją, która – wedle szczerego przekonania sanatorów – nie była zdolna do jakichkolwiek działań zaczepnych, a ponadto miała w pamięci rok 1920. No i godziło w sojusze. Doprawdy, takiego defetystę tylko wsadzić do Berezy... Swoją drogą, za podobne herezje do Berezy wsadzono wspomnianego przed chwilą Stanisława Cata-Mackiewicza – bo ośmielił się zaapelować o dozbrojenie armii, podczas gdy wedle oficjalnej propagandy nasza armia była silna-zwarta-gotowa i uzbrojona po zęby, w przeciwieństwie do Hitlera z jego „tekturowymi czołgami”.

Jak łatwo zauważyć, Studnicki nie zajmował się „krzepieniem ducha”, tylko chłodną, pozbawioną złudzeń oceną politycznej rzeczywistości, niejako antycypując późniejszą myśl innego wielkiego realisty, Józefa Mackiewicza, iż „optymizm nie zastąpi nam Polski”. Przypominam to wszystko, bo obserwując naszą współczesną politykę zagraniczną odnoszę nieodparte wrażenie deja vu.


III. Cudze gwarancje i własne urojenia

Dziś, podobnie jak wtedy, cały nasz państwowy byt i drogę do wielkości oparliśmy na jednym, „bezalternatywnym” sojuszu – tyle, że z USA. Innymi słowy, budujemy swą regionalną mocarstwowość na cudzych gwarancjach i własnych urojeniach. Najlepiej widać to na przykładzie relacji z Ukrainą, o czym już na tych łamach niejednokrotnie pisałem, lecz sądzę, że warto to pokrótce zrekapitulować, bowiem trudno o bardziej dobitny przykład polityki będącej żałosną komedią omyłek, hołdowania mitom i fantasmagoriom. Pierwsze z brzegu urojenie, to przekonanie, że Polska jest dla Ukrainy sojusznikiem i to strategicznym. I że Ukraina w gruncie rzeczy podziela nasze giedroyciowsko-prometejskie wizje o Międzymorzu pod polskim przywództwem, w związku z czym należy na ów sojusz chuchać i dmuchać. Tłumaczymy sobie, że wspólny, antyrosyjski front przecież obiektywnie leży w interesie Kijowa i tamtejsi przywódcy nie mogą tego nie zauważać, dlatego wszelkie zadrażnienia między nami, choćby na tle historycznym, to drugorzędne nieporozumienia, które należy cierpliwie wyjaśniać, a ich rozdmuchiwanie to robota „ruskiej agentury”.

Od blisko trzydziestu lat karmimy się powyższymi mrzonkami, uporczywie nie chcąc przyjąć do wiadomości, że dla Ukrainy sojusznikiem są Niemcy (zawsze były, jeszcze przed I wojną światową) oraz USA - i to na nich orientowała się tamtejsza oligarchia organizując zadymę na Majdanie. My tu nie mieliśmy i nie mamy nic do gadania, wszystko od samego początku rozgrywało się i wciąż rozgrywa dwa piętra ponad naszymi głowami, a wszelkie decyzje zapadają w trójkącie Moskwa-Berlin-Waszyngton. Przypomnijmy, iż obecny konflikt na wschodzie zaczął się od tego, że Angela Merkel, będąca wówczas u szczytu potęgi, zapragnęła poszerzyć Mitteleuropę poza granice UE wchodząc na „kanoniczne” terytorium Putina i podbechtując do rokoszu przeciw prorosyjskiemu Janukowyczowi część ukraińskiej oligarchii, która uznała, że z Zachodem można kręcić lepsze (i bezpieczniejsze) lody, niż dotąd z Rosją. Majdan i późniejsze paroksyzmy były prostą konsekwencją powyższego - wojną zastępczą między cesarzową Angelą a carem Władimirem toczoną rękoma Ukraińców, w którą szybko jeszcze wmieszała się Ameryka wracająca z „długiej podróży” resetu, w obawie, że zostanie całkiem wykolegowana z wpływów w tej części Europy. Co nam do tego? Gdzie tu nasz interes? Żeby odepchnąć na wschód Rosję? OK, dobrze by było, ale to w najmniejszym stopniu nie zależy od naszego zaangażowania (bądź nie) w ukraińską awanturę. Poszliśmy na nią nie dość że za bezdurno, to jeszcze dopłacając – linią kredytową na wieczne nieoddanie i otwarciem granic na ukraińskie płody rolne. To jest właśnie ta polityka urojeniowa - nie poparta żadną kalkulacją, literalnie niczym, poza mesjanistycznym chciejstwem - którą tak zwalczał w swym politycznym pisarstwie i publicznej działalności Studnicki.


IV. Między Rusem, Prusem, a Jankesem

Generalnie, od trzech dekad obijamy się w zaklętym kręgu między Rusem, Prusem, a Jankesem – w zależności od tego, która z zewnętrznych potencji akurat bierze górę. Mały rzut oka na kilka ostatnich lat: za PO, gdy po „resecie” Obamy i wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z naszego regionu kuratelę nad nami przejęły Niemcy, Tusk zrobił własny „resecik” z Putinem – na smoleńskich trumnach i przypieczętowany kontraktem gazowym Pawlaka. Stało się to na ewidentne żądanie Angeli Merkel, dążącej do zbliżenia z Moskwą i wyrugowania USA z Europy. Potem, gdy cesarzowa pożarła się z Putinem o strefy wpływów na Ukrainie, również na żądanie Niemiec z dnia na dzień ekipa PO zmieniła kurs o 180 stopni na antyrosyjski - bo tak kazała cesarzowa. A po kolejnej chwili, wraz z powrotem Waszyngtonu do czynnej polityki w regionie, wrócił do władzy PiS (cóż za zbieg okoliczności...) i wszedł w te same buty, zmieniając jedynie patronat na amerykański. Z trzech opcji, Waszyngton jest zapewne najmniejszym złem. Ale to wciąż jest relacja wasalna - i to oparta nie na rachunku korzyści lecz na chciejstwie i wierze w „przyjaźń”, mającą nam gwarantować mocarstwową pozycję w regionie. Przecież to jakieś horrendum, kompletny sen wariata, w którym realia zastępowane są rojeniami i typowym „myśleniem magicznym”. Fakt, zależność od USA to może i mniejsze zło - ale nawet najmniejsze zło wciąż nie jest dobrem.

No i wreszcie, perła w koronie obecnej neo-sanacji, czyli Trójmorze. Inicjatywa w założeniach znakomita, pozwalająca poprzez połączenie potencjałów państw Europy Środkowej na zajęcie w miarę podmiotowej pozycji w relacjach z Niemcami. Do tego mocny, amerykański patronat, bo Waszyngton chce mieć przyjazną sobie przestrzeń w Europie. Problem w tym, że w całym Trójmorzu tylko my stawiamy na „bezalternatywny” sojusz z USA – cała reszta w mniejszym lub większym stopniu lawiruje, czego mistrzem jest Victor Orban. A tymczasem, swój akces do Trójmorza, niczym lis do kurnika, zgłosiły już Niemcy – przy amerykańskiej bierności. Co to oznacza? Ano to, że Trójmorze jest jedynie kolejną kartą przetargową w rozgrywce Waszyngtonu z Berlinem i może zostać z dnia na dzień skasowane – a my zostaniemy jak Himilsbach z angielskim.

Płacimy za te wszystkie miraże słono i będziemy płacić jeszcze więcej. W obozie neo-sanacji popularne jest przekonanie, że gdy Amerykanie wejdą tu ze swoimi koncernami, to we własnym interesie będą nas bronić. I, niczym przed 80 laty, nikt nie rozważa wariantu, że USA mogą się z Niemcami czy Rosją porozumieć na zasadzie – bierzcie Polskę pod kuratelę, tylko zostawcie w spokoju nasze biznesy. I Niemcy z Rosją na to ochoczą pójdą, tortu wystarczy dla wszystkich. Nikt wśród neo-sanacji nie przyjmuje do wiadomości, że amerykańskie zaangażowanie w Polsce jest jedynie wtórną konsekwencją rozgrywki z Rosją i Niemcami – i zniknie, gdy tylko jakoś się między sobą dogadają (a w końcu dogadają się, choćby ze strachu przed Chinami). Póki co, godzimy się na rolę amerykańskiej skarbonki – kupując gaz, broń, zwalniając z podatków amerykańskie korporacje, może wkrótce dojdzie 447... łudząc się, że ten rekiet zapewni nam bezpieczeństwo. Wszystko okraszone tromtadracką retoryką i gromami ciskanymi na „defetystów” zwracających uwagę na słabość takiej, pożal się Boże, polityki. Gdzie nie spojrzysz, tam urojenia, chciejstwo, fantasmagorie i gromkie, napuszone deklaracje, zastępujące skrzętną, codzienną dbałość o zwykle, przyziemne interesy.

Podsumujmy to sobie. Regionalna mocarstwowość od morza do morza. Wiara w „strategiczne sojusze” i „gwarancje”, w które inwestujemy cały nasz byt państwowy nawet nie próbując jakiejkolwiek dywersyfikacji ryzyka. Boże, jak to wszystko się powtarza. Całe szczęście, że nikt nie wymaga od nas „kapitału krwi”. Na razie.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Władysław Studnicki – szkoła politycznego myślenia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 01.2020

niedziela, 8 grudnia 2019

Władysław Studnicki – szkoła politycznego myślenia

Istotą spuścizny Studnickiego nie jest proniemieckość, która była wyborem podyktowanym ówczesnymi uwarunkowaniami, lecz szkoła twardej, beznamiętnej i pozbawionej złudzeń politycznej kalkulacji.

I. Właściwe wzorce

Są różne wzorce na różne czasy. Przykładowo, Józef Piłsudski ze swą nieugiętością może być znakomitym wzorem na czasy niewoli i zamętu, a jego mit zwycięskiego przywódcy i Naczelnika, który wywalczył, a następnie obronił niepodległość przed bolszewicką nawałą znakomicie sprawdził się w czasach komuny, krzepiąc serca polskich antykomunistycznych patriotów. Ale tenże Piłsudski – zwłaszcza z okresu po 1926 r., kiedy to z biegiem lat stawał się coraz bardziej zamordystycznym, ponurym satrapą – słabo nadaje się na wzorzec czasów pokoju i niepodległości. W takich czasach „krzepiące serca” mity dobrze jest odsunąć nieco na bok (nie odrzucić czy zapomnieć, ale właśnie nieco przesunąć z dotychczasowej, centralnej pozycji), a to z prostego powodu – o ile w niewoli idealistyczne opowieści pełnią funkcje terapeutyczne, podtrzymując naród na duchu i motywując do walki, o tyle w warunkach wolności, gdy musimy zadbać o rozwój odzyskanego państwa, ta sama mitologia uporczywie wtłaczana do głów, może nam zaciemniać osąd sytuacji i prowadzić do rozmaitych, czasem tragicznych, błędów. A zatem, niepodległości winno towarzyszyć przewartościowanie pewnych paradygmatów w sposobie myślenia, a główną potrzebą staje się umiejętność trzeźwej kalkulacji, opierającej się na zimnym szacowaniu sił, realnych możliwości oraz rozumowaniu w kategoriach rachunku interesów, strat i korzyści.

I tutaj, jako wzorzec na obecne czasy, proponowałbym postać Władysława Studnickiego – nie w sensie niewolniczego kopiowania wszystkich jego koncepcji w skali 1:1, do czego często miewają predylekcję rozmaici samozwańczy epigoni wybitnych postaci (z Dmowskim i jego naśladowcami bywa podobnie), ale w sensie przyjęcia jego realistycznej, pozbawionej złudzeń metody politycznego myślenia i wyciągania racjonalnych wniosków. Chłodne analizy bywają przykre i często równie przykro się ich słucha – ale są niezbędne, by wyzwolić się z potencjalnie zabójczych fantazmatów i urojeń. A mistrzem takich analiz był właśnie Władysław Studnicki – niewysłuchany prorok, którego usiłowano zepchnąć na margines i zamilczeć, gdyż burzył samozadowolenie i zatęchły, psychiczny komforcik sanacyjnych elit. Jak się okazuje, jest niewygodny również i dzisiaj – i śmiem twierdzić, że z bardzo zbliżonych powodów.


II. Wiecznie niewygodny prorok

Powyższe refleksje naszły mnie po awanturze związanej z tegoroczną edycją konkursu „Książka Historyczna Roku” z którego wskutek ingerencji trojga fundatorów (TVP, Polskiego Radia i Narodowego Centrum Kultury z pominięciem czwartego fundatora, czyli IPN) w atmosferze skandalu usunięto prowadzącą w plebiscycie czytelników książkę Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony” (o tym było głośno) i właśnie książkę Władysława Studnickiego „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” (o czym było znacznie ciszej), co finalnie skończyło się unieważnieniem całej imprezy. Pracy Studnickiego, startującej w kategorii „Wydawnictwo źródłowe” postawiono kuriozalny zarzut „antysemityzmu” - a dokładnie nie tyle samej pracy, bo stawianie tego typu zarzutu archiwalnemu materiałowi byłoby kompromitacją oskarżycieli, ile wydawcy (wyd. „Universitas”) i redaktorowi opracowania oraz przedmowy, Janowi Sadkiewiczowi. Jego grzechem było to, że we wstępie nie odciął się i nie potępił wszetecznych poglądów autora.

Poszło konkretnie o drugi, zaledwie dziesięciostronicowy rozdział („Żydzi a wojna”), poświęcony nastawieniu Żydów do nadchodzącego starcia. Wedle autora, narastający antysemityzm III Rzeszy i restrykcyjne ustawodawstwo powoduje, iż „światowe żydostwo” (powszechnie stosowany wówczas termin publicystyczny) używa wszelkich swych wpływów w świecie polityki, finansów i prasy by popchnąć kraje Zachodu (w szczególności Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię) do wojny z Niemcami, obiecując sobie po niej ponadto szereg dodatkowych korzyści. Spójrzmy: Nowa wojna światowa rozstrzygnie los Żydów. Gdy inne narody mają dużo do stracenia, to Żydzi dużo do wygrania, lecz ich wygranie to klęska tych narodów, w których porach siedzą. Niech Francja wyludni się przez nową wojnę, będzie tam więcej miejsca dla Żydów, niech ochotnicza służba przetrzebi inteligencję Anglii, tym łatwiej Żydzi zajmą wpływowe stanowiska, niech przez Polskę przejdzie zniszczenie wojenne lub okupacja ogołacająca ze wszystkich zasobów, niepotrzebna będzie Palestyna. Polska stanie się tą Palestyną, a Polacy nie tymi Arabami, którzy napadają na Żydów i ich niszczą, ale tymi, którzy pracować będą pod ich kierownictwem. Niech Stany Zjednoczone zapanują nad światem, będzie to panowanie Żydów, gdyż oni stają się czynnikiem decydującym w Stanach Zjednoczonych”.

Coś, co dziś może brzmieć kontrowersyjnie, wówczas stanowiło pogląd jak najbardziej dopuszczalny w szerokiej debacie publicznej – i Studnicki nie widział powodu, by się cenzurować (zresztą nie cenzurował się co do zasady, zawsze pisząc „między oczy”, bez względu na konsekwencje, co jest kolejnym walorem jego dorobku). Jednak podczas obrad jury uznano, iż takie treści, pozbawione odpowiedniego, odredakcyjnego komentarza wywołają „międzynarodową awanturę”. W efekcie, Studnickiego wycofano – z przyczyn jawnie politycznych, zupełnie jak 80 lat temu, za sanacji. Na marginesie – ależ musiało naszym decydentom utkwić w pamięci pokazowe przeczołganie przez środowiska żydowskie, Izrael i USA po nowelizacji ustawy o IPN (wtedy też zrejterowali), skoro dziś na samą myśl o potencjalnej reakcji „strategicznych partnerów” chowają się ze strachu we własne buty...


III. Wołanie na puszczy

Ale mniejsza o Żydów, wróćmy do Studnickiego i jego książki. Otóż „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” jest pozycją unikalną, choć niewielkich rozmiarów, właściwie nieco większą broszurą. Autor pisał ją wiosną 1939 r. w reakcji na przyjęcie brytyjskich „gwarancji” i w zamyśle stanowiła ona rozpaczliwy głos, mający przemówić do rozsądku rządzących, ślepo popychających Polskę do samobójczej wojny. Książkę poprzedził list wysłany 13 kwietnia do ministra Józefa Becka, który dopiero co odtrąbił jako sukces świeżo zawarty sojusz z Wielką Brytanią. W piśmie Studnicki przestrzegał, iż wojna zakończy się dla Polski katastrofą, a Beck „zapisze się w historii” jeśli jej zapobiegnie. Wkrótce potem (5 maja) rozesłał memoriał do wszystkich ministrów (poza premierem Sławojem-Składkowskim, którego premierostwo uważał za „poniżenie dla narodu”), w którym podnosił, iż Polska nie jest zdolna do obrony przed Niemcami, chociażby ze względu na kształt granic i różnice potencjałów przemysłowych i militarnych. Jedyną reakcją był wniosek Składkowskiego na posiedzeniu rządu, by Studnickiego zamknąć w Berezie Kartuskiej. Nie doszło do tego tylko wskutek sprzeciwu Rydza-Śmigłego, który pamiętał Władysława Studnickiego z patriotycznej działalności w Galicji podczas I wojny światowej. Wreszcie, zdecydował się napisać i opublikować własnym sumptem „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”, by wobec głuchoty politycznych elit (a prócz pisania rozmawiał także z wieloma politykami) przedrzeć się ze swymi racjami do szerszej opinii publicznej. Nic z tego nie wyszło, bowiem cały nakład skonfiskowano jeszcze w drukarni. Istnym cudem ocalało kilka egzemplarzy wysłanych uprzednio do korekty – i tylko dzięki temu możemy dziś tę książkę przeczytać. Jest to tak naprawdę jej pierwsza edycja od 1939 r. - i, jak widać, również dziś zawiera treści na tyle obrazoburcze, że lepiej o niej zbyt głośno nie wspominać.

Autor dokonuje w niej wszechstronnej analizy (dziś powiedzielibyśmy „geopolitycznej”) porównując sytuację polityczną, gospodarczą i militarną poszczególnych graczy przyszłego starcia i prognozując przebieg nadchodzącej wojny. I mimo że zdarzało mu się pomylić w drugorzędnych kwestiach, to zasadniczy trzon jego pracy, w szczególności odnoszący się do losów Polski, uderza proroczą wręcz celnością przewidywań. Ale nie ma to nic wspólnego z nadnaturalnymi, profetycznymi zdolnościami. Przenikliwa trafność wniosków wypływa wprost z chłodnego osądu rzeczywistości, nie zaciemnionego „chciejstwem” i mrzonkami. Studnicki pisze bez ogródek, że jedynym celem Wielkiej Brytanii jest popchnięcie nas do wojny, tak by to przeciw Polsce, jako najsłabszemu ogniwu „sojuszu”, obrócił się pierwszy impet niemieckiego uderzenia, dzięki czemu Anglia zyska na czasie. Jednoznacznie stwierdza, iż Polska stoi tu na z góry przegranej pozycji – chociażby ze względu na przewagę przemysłu i uzbrojenia III Rzeszy. Uważa za nieuchronne, że w przypadku niemieckiego ataku do agresji włączy się również ZSRR, zajmując nasze wschodnie tereny (przypominam, było to na trzy miesiące przed paktem Ribbentrop-Mołotow!). Co więcej, jest pewien, że zachodnim „aliantom” w gruncie rzeczy chodzi o pozyskanie do antyniemieckiego sojuszu sowieckiej Rosji – po naszym trupie, rzecz jasna. Biorąc to pod uwagę, z punktu widzenia Wielkiej Brytanii jesteśmy tymczasowym „sojuszniczkiem” rzuconym na pożarcie i w jej interesie wręcz leży, byśmy zostali pożarci – bo dzięki temu Niemcy i ZSRR będą miały bezpośrednią, wspólną granicę, co musi się zakończyć niemiecko-rosyjską wojną, a wtedy droga do koalicji Wielkiej Brytanii z Sowietami stanie otworem. Ceną za ten sojusz, którą Londyn ochoczo zapłaci, będzie rzecz jasna Polska. Jak wiemy, właśnie tak się stało, co zostało ostatecznie przyklepane na konferencjach w Teheranie i Jałcie.

Powtarzam, wszystkie te przewidywania nie wynikały z jakichś mistycznych objawień, lecz zimnych praw polityki, którymi kierował się w swych analizach Studnicki. Ciekawostka – przewidział nawet, iż generał Władysław Sikorski, jako „agent francuskiej propagandy”, może za swą służbę i przychylne stanowisko prezentowane wobec Sowietów zostać przez Francję wynagrodzony w przyszłej wojnie funkcją naczelnego dowódcy – i tak też się stało po wrześniowej klęsce, kiedy to Sikorski pod naciskiem Francji został premierem i głównodowodzącym polskich sił zbrojnych na Zachodzie.

Co Studnicki proponował w zamian? Przekierowanie niemieckiej agresji na zachód, na Francję – postulował, błagał wręcz, byśmy wystąpili wobec Niemiec z propozycją naszej „zbrojnej neutralności”. Inaczej mówiąc, pozostając na uboczu wojny, chronilibyśmy Niemcom tyłek od wschodu, stanowiąc zaporę przed ewentualnym ciosem w plecy ze strony Sowietów – co stanowiłoby podstawę do przyszłego, antyrosyjskiego sojuszu. Racjonalne? I to jeszcze jak. Co więcej, w innych okolicznościach (przed przyjęciem gwarancji brytyjskich) Niemcy może nawet by i na to poszli. Studnicki nie wziął jednak pod uwagę dwóch okoliczności – po pierwsze, że na czele III Rzeszy stoi nieobliczalny szaleniec, który po przyjęciu przez nas gwarancji „zapisał nam śmierć w duszy”; po drugie – że Polską rządzi banda zadufanych w sobie, nadętych mocarstwowymi urojeniami półgłówków, wierzących ponadto w pomoc, która obiektywnie rzecz biorąc nie mogła nadejść. Na tym polegał fatalizm sytuacji: jak w antycznej tragedii, to nie mogło się dobrze skończyć, a Studnickiemu przypadł los Kasandry, która za swe przepowiednie omal nie trafiła do Berezy.


IV. Racjonalny germanofil

Na koniec sprawa bodaj najbardziej kontrowersyjna. To wlokąca się za nim po dziś dzień słynna „germanofilia” z powodu której spotkały go oskarżenia o zdradę i późniejsza, gorzka izolacja na emigracji (choć trzeba oddać, że swych łamów użyczyły mu londyńskie „Wiadomości”, na łamach których w serii artykułów opisał swe przedwojenne założenia i działalność w okupowanej Polsce). Owszem, Studnicki wręcz sam przedstawiał się jako germanofil („Mówię z podniesionem czołem: »Jestem germanofilem polskim«. Czy znajdzie się polityk, który będąc moskalofilem, powie to o sobie?”). Wynika to m.in. z doświadczeń kilkuletniego zesłania syberyjskiego za działalność niepodległościową, kiedy to napatrzył się na azjatyckie zdziczenie moskiewskiej barbarii i pozbył się jakichkolwiek złudzeń co do permanentnie agresywnego charakteru rosyjskiego imperium („Zaborczość Rosji pozostaje niezmienną, zmienia się tylko ideologia zaborów”). To skłoniło go do poszukiwania oparcia w Austrii, a później w Niemczech, w których widział m.in. cywilizacyjną zaporę przed rosyjskim zagrożeniem, co poróżniło go z Dmowskim i środowiskiem endeckim. Studnicki zresztą nigdzie nie pasował – przed zesłaniem był niepodległościowym socjalistą, potem endekiem, następnie w Galicji współpracował z piłsudczykami, później jeszcze (1916 r.) był współarchitektem Aktu 5 Listopada i członkiem Tymczasowej Rady Stanu – zalążka polskiej państwowości pod kuratelą okupacyjnych władz niemieckich, by po odzyskaniu niepodległości trafić na margines polityki za swe proniemieckie sympatie.

Tyle, że znów – jego proniemiecka orientacja nie wynikała z jakichś tanich, parweniuszowskich fascynacji „wyższą kulturą” i „zachodem”, lecz z beznamiętnej kalkulacji. O ochronie przed Rosją wspominałem. Kolejny motyw był natury geopolitycznej - Studnicki uważał, że potencjały Europy Środkowej i Niemiec w naturalny sposób się dopełniają, a niemiecka technologia i zaawansowany przemysł potrzebują surowcowego i żywnościowego zaplecza w postaci naszego regionu. Toteż był zwolennikiem sojuszu państw Europy Środkowej (z wiodącą rolą Polski) pod patronatem Berlina, uważając, iż w przymierzu z Niemcami wyrośnie siła Polski jako regionalnego lidera. Coś nam to przypomina? Toż to wypisz-wymaluj obecnie realizowana inicjatywa Trójmorza – z tą różnicą, że dziś zamiast Niemiec wybraliśmy sobie na protektora Stany Zjednoczone, cała reszta w zasadniczym zrębie pozostaje bez zmian.

Ta postawa zaowocowała podczas okupacji. Jeszcze przed wojną, w 1936 r. jako członek polskiej delegacji zaproszonej na parteitag NSDAP (m.in. wraz ze Stanisławem Catem-Mackiewiczem) Studnicki poznał osobiście czołowe postaci III Rzeszy, z Hitlerem, Ribbentropem i Goebbelsem. Pozwoliło mu to później skutecznie interweniować na rzecz zwolnienia z Pawiaka czy Oświęcimia szeregu osadzonych Polaków, a także docierać do władz niemieckich z memoriałami wskazującymi na konieczność przywrócenia jakiejś formy polskiej państwowości i sił zbrojnych w obliczu nieuchronnej wojny z ZSRR (i to zanim jeszcze Hitler w ogóle pomyślał o wojnie z Sowietami) oraz zaniechania okrucieństw nieludzkiej polityki okupacyjnej. Cóż, szybko zorientował się jednak, że III Rzesza to nie wilhelmińskie Niemcy z czasów I wojny, kiedy to od biedy szło się z Niemcami dogadać - a w końcu sam trafił na ponad rok na Pawiak... Zmarł w 1953 r. w Londynie, spoczywa na cmentarzu St. Mary's w Kensal Green.


V. Spuścizna

Co pozostało po Studnickim? Jak wspomniałem na początku, istotą jego spuścizny nie jest proniemieckość (tak jak w przypadku Dmowskiego nie jest nią orientacja prorosyjska), która była wyborem podyktowanym ówczesnymi uwarunkowaniami, lecz szkoła twardej, beznamiętnej i pozbawionej złudzeń politycznej kalkulacji. W relacjach międzynarodowych nie ma wiecznych sojuszy (sam Studnicki, liczący początkowo na Austro-Węgry, po klęskach CiK armii bez sentymentów postawił na Niemcy) – nie funkcjonują w nich takie pojęcia jak lojalność, przyjaźń czy honor. Jest siła bądź słabość, interes bądź jego brak, korzyść bądź strata. I stosownie do tego poszukuje się partnerów – by, jeśli zajdzie potrzeba, znaleźć sobie innych, gdy tylko z punktu widzenia interesów państwa i narodu będzie to konieczne.

Niestety, ówczesne sanacyjne elity kierowały się w swej polityce zaprzeczeniem tych zasad, uprawiając politykę irracjonalną, urojeniową wręcz, nie popartą kalkulacjami lecz z gruntu infantylnym chciejstwem, biorąc swe mocarstwowe pragnienia za rzeczywistość i koniec końców doprowadzając kraj do zagłady. Warto (co ja mówię – trzeba!) z tej lekcji wyciągnąć wnioski i zaaplikować sobie kurację trzeźwego myślenia, a Studnicki na lekarza nadaje się jak mało kto. Inaczej, gdy tylko odwróci się koniunktura, znów przegramy Polskę – lecz tym razem, wobec ogromu zagrożeń współczesnego świata, możemy już nigdy jej nie odzyskać.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Granda historyczna roku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 13 (Grudzień 2019)

czwartek, 21 marca 2019

Sojusznik czy lokaj?

W relacjach z USA zachowujemy się jak Ignacy Rzecki z „Lalki” ślepo wierzący w bonapartyzm – z tym, że to, co u starego subiekta było nieszkodliwym dziwactwem, my podnieśliśmy do rangi racji stanu.

I. Katastrofa

Trzeba powiedzieć sobie jasno: konferencja bliskowschodnia, która odbyła się 13-14 lutego w Warszawie okazała się z naszego punktu widzenia katastrofą. Zaczęło się już od zaanonsowania imprezy – przypomnijmy, że zrobił to, urągając jakimkolwiek standardom, amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo podczas swojego tournée po krajach Bliskiego Wschodu. Wizytując Egipt oznajmił 11 stycznia w wywiadzie dla Fox News, iż „Stany Zjednoczone zorganizują międzynarodowy szczyt poświęcony sytuacji na Bliskim Wschodzie, w tym w szczególności roli, jaką pełni w regionie Iran”. Naszemu MSZ zostało tylko potwierdzenie tej informacji, a wspólne oficjalne stanowisko rządów USA i Polski ukazało się dopiero dwa dni później – ewidentnie podyktowane chęcią zatuszowania faux pas. Tak więc, zostaliśmy już na starcie ustawieni w dziwacznej roli „gospodarza” szczytu, którego organizatorem był kto inny. Potem zaczęło się gorączkowe zabieganie o udział gości i szczebel dyplomatyczny, jaki będą reprezentowali. Skutki były do przewidzenia – Europa, tocząca pod niemiecko-francuskim przywództwem zimną wojnę z Waszyngtonem, przysłała swój drugi garnitur, co nie dziwi, zważywszy, że kraje UE są za podtrzymaniem zerwanego przez Trumpa porozumienia nuklearnego z Iranem.

Na reakcję Iranu nie trzeba było długo czekać. Szef tamtejszego MSZ Javad Zarif wypomniał nam schronienie, udzielone przez jego kraj 150 tys. polskich uchodźców z ZSRR podczas II wojny światowej i napiętnował „antyirański cyrk”. W podobnym tonie wypowiadał się ambasador Iranu w Polsce, zaś nasz charge d'affaires w Teheranie został wezwany na dywanik, by wysłuchać ostrego protestu, w którym padły sformułowania o „akcie wrogości wobec Iranu” i możliwości „działań odwetowych”. W ten prosty sposób zrobiliśmy sobie wroga z kraju, z którym mieliśmy dotąd co najmniej poprawne stosunki. Polska dyplomacja podjęła wprawdzie rozpaczliwą akcję przekonywania, że szczyt nie będzie miał wydźwięku antyirańskiego, ale było to jedynie zaklinanie rzeczywistości – tym bardziej, że jak się szybko okazało, nie mieliśmy jako nominalny „gospodarz” najmniejszego wpływu na agendę podejmowanych tematów oraz brzmienie składanych podczas spotkania deklaracji.


II. Festiwal poniżenia

To było jednak tylko preludium do prawdziwej wizerunkowo-politycznej klęski, do jakiej doszło na samym szczycie. Aż wstyd to przypominać – jednak trzeba, bo takiego natężenia impertynencji nie przerabialiśmy od czasu sprawy nowelizacji ustawy o IPN. Najpierw dziennikarka stacji MSNBC Andrea Mitchell, zapowiadając wizytę wiceprezydenta Mike'a Pence'a pod pomnikiem Bohaterów Getta obwieściła amerykańskim widzom, że powstańcy w getcie walczyli przeciw „polskiemu i nazistowskiemu reżimowi”. Niby logiczne – skoro obozy koncentracyjne były „polskie”, a podczas wojny „Polacy mordowali Żydów”, to musiał nad tym wszystkim sprawować pieczę jakiś „polski reżim”. Dodajmy, że Andrea Mitchell to nie jest jakaś pierwsza lepsza dziennikareczka, lecz osoba, która zjadła zęby na obsłudze medialnej amerykańskiej administracji. Prywatnie ma tzw. „słuszne” korzenie i jest żoną samego Alana Greenspana, byłego potężnego szefa FED – czyli funkcjonuje w ścisłym amerykańskim establishmencie. Trudno sądzić, żeby nie wiedziała co mówi – dlatego też nie sposób potraktować poważnie jej wymuszonych przeprosin, bo do ilu widzów one dotarły? Przekaz o „polskim reżimie” poszedł w świat. Oczywiście, pani Mitchell nie została wydalona jako persona non grata. Przełknęliśmy przeprosiny i uznaliśmy, że nic się nie stało.

Jakby tego było mało, swoje do pieca dołożył sekretarz stanu Mike Pompeo, podając nam za wzór do naśladowania zmarłego niedawno stalinowskiego zbrodniarza i ubeka Franka Blajchmana – podczas wojny członka „partyzanckiej” bandy rabunkowej walczącej z AK, a po wojnie nadzorcę komunistycznych obozów i więzień w kieleckim WUBP. Blajchman w 1951 r. wyemigrował do USA, gdzie został deweloperem, a w 2009 r. opublikował kłamliwe pamiętniki szkalujące Polaków i Armię Krajową. Tu już ze strony amerykańskiej nie doczekaliśmy się nawet sprostowania i zdawkowych przeprosin. Na tej samej konferencji Pompeo zażądał od nas uchwalenia ustawy zaspokajającej żydowskie żądania majątkowe, ignorując fakt, że kwestia ta została uregulowana umową indemnizacyjną z 1960 r., na mocy której wszelkie roszczenia wziął na siebie rząd USA w zamian za wypłacone przez PRL „ryczałtem” 40 mln. dolarów. Stojący obok minister Czaputowicz nie zareagował nawet słowem. Z kolei wiceprezydent Pence poruszał się po Warszawie limuzyną przyozdobioną polską flagą z godłem i złotą obwódką – wbrew ustawie o barwach narodowych, bo wersja flagi z godłem przysługuje jedynie polskim instytucjom.

Skoro można – to można. Z okazji skorzystał izraelski premier Benjamin Netanjahu, mówiąc w wywiadzie dla „Jeruzalem Post”: „Jestem tutaj i mówię, że Polacy kolaborowali z nazistami. Znam historię i niczego nie wybielam. Podnoszę tę kwestię. Po tych słowach zaczęła się istna tragifarsa – Netanjahu odesłał dopytujących go dziennikarzy do rzecznika prasowego, po czym nastąpiły korowody kolejnych „wyjaśnień” i „sprostowań”. Dowiedzieliśmy się, że „Jeruzalem Post” „zmanipulował” wypowiedź (gazeta zaprzeczyła, choć słowo „kolaboracja” „złagodziła” na „kooperacja”), aż w końcu stanęło na oświadczeniu ambasady Izraela, że ich premierowi chodziło o „Polaków”, a nie o polskie państwo czy polski naród. Strona polska po początkowych wahaniach zareagowała obniżeniem rangi delegacji na mający się odbyć w Izraelu szczyt Grupy Wyszehradzkiej (zamiast premiera Morawieckiego polecieć miał min. Czaputowicz). Trzeba było dopiero kolejnych wypowiedzi p.o. szefa izraelskiego MSZ Israela Kaca (m.in. o wysysaniu przez Polaków antysemityzmu z mlekiem matki), by premier Morawiecki odwołał udział Polski w szczycie V4, co ostatecznie doprowadziło do anulowania całej imprezy.

Krótko mówiąc, zostaliśmy przeczołgani na wszelkie możliwe sposoby. Amerykanie zaprosili sobie do nas gości, po czym nas skopali i zażądali kasy dla Żydów. Nie byliśmy na tej imprezie nawet nominalnymi gospodarzami – bo gospodarzy traktuje się z szacunkiem. Byliśmy co najwyżej lokajami – spotwarzanymi, obrażanymi i poniewieranymi na każdym kroku. Pozostali goście natomiast w najlepszym razie nas ignorowali, a w najgorszym – jak Netanjahu – dokładali swoją porcję zniewag.


III. Miejsce w szeregu

Rzecz jasna, powyższe nie wynika z jakichś sadystycznych zapędów USA oraz Izraela, a już z pewnością nie z ignorancji sekretarza Mike'a Pompeo czy Andrei Mitchell. Jest to precyzyjne i dosadne pokazanie nam miejsca w szeregu. Benjamin Netanjahu ni mniej, ni więcej, tylko wysadził w powietrze wynegocjowane pod czujnym okiem Mossadu wspólne oświadczenie historyczne premierów Polski i Izraela z czerwca 2018. Takie są skutki naszej rejterady w sprawie nowelizacji Ustawy o IPN. Swoją drogą, w udzielonym jeszcze przed warszawską konferencją wywiadzie dla tygodnika „Sieci” Jarosław Kaczyński polsko-izraelską deklarację nazwał „naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać” - dziś brzmi to, niczym ponury żart.

Z kolei Amerykanie, którzy obecnie mają bodaj najbardziej prożydowską i proizraelską administrację w swojej historii jasno pokazali, że „ustawa 447” (JUST Act) będzie konsekwentnie realizowana. Tak się składa, że ustawa ta nakłada na Sekretarza Stanu obowiązek monitorowania postępów w jej realizacji – i jak widać, Mike Pompeo w pełni się do tego stosuje. To tyle, jeśli chodzi o zapewnienia, że „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”. Nie oszukujmy się – ani zachowanie Pompeo, ani słowa Mitchell nie były przypadkiem. Jest to realizowana na zimno linia poniżania Polski na arenie międzynarodowej, która będzie kontynuowana dopóki nie zaczniemy płacić – zgodnie zresztą z zapowiedzią wygłoszoną przez Israela Singera w 1996 r. na zjeździe Światowego Kongresu Żydów („Jeżeli Polska nie spełni roszczeń Żydów, będzie publicznie atakowana i upokarzana na forum międzynarodowym”). Tak się załatwia wymuszenia rozbójnicze. Na domiar złego, obecny rząd pod naciskiem „holocaust industry” wyrzucił do kosza ustawę reprywatyzacyjną Patryka Jakiego, co musiało zostać odebrane, jako kolejny przejaw naszej słabości.

Cóż, trudno się Amerykanom dziwić, skoro do tej pory nie wykazywaliśmy we wzajemnych relacjach nawet śladu asertywności. Symptomatyczne są tu nasze reakcje na impertynenckie wyskoki ambasador Mosbacher, zachowującej się niczym nadzorca zamorskiej kolonii. Przypomnijmy, że prócz skandalicznego listu do premiera Morawieckiego i obrony TVN-u, pańcia ta zasłynęła agresywnym lobbyingiem na rzecz podatkowego uprzywilejowania amerykańskich firm, dopuszczenia na polski rynek Ubera, wpisania produktów amerykańskich firm farmaceutycznych na listę leków refundowanych, przekazania dokumentów IPN do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie i żądaniem wglądu do interesujących ją projektów ustaw. Wszystko zaś w atmosferze szantażu i pod groźbą „pogorszenia stosunków”. Pompeo poszedł po prostu o krok dalej.


IV. Antyirański cyrk

Wracając do samej konferencji bliskowschodniej. Zgodnie z przewidywaniami, był to faktycznie „antyirański cyrk”, na którym możemy tylko stracić. Padły jednoznacznie agresywne wypowiedzi przedstawicieli USA i Izraela, dla których szczyt stał się okazją do zmontowania antyirańskiej koalicji – i taki też był jego jedyny cel. Wprost mówiono o „konfrontacji” („Nie można osiągnąć stabilności na Bliskim Wschodzie bez skonfrontowania się z Iranem” – M. Pompeo), czy wręcz „wojnie”, wskazując Iran jako jedyną przyczynę „zagrożenia dla pokoju i bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie” (M. Pence, B. Netanjahu). Jako formalny gospodarz nie mieliśmy na tę konfrontacyjną retorykę najmniejszego wpływu. Pod naciskiem znalazły się tu przybyłe kraje regionu (Arabia Saudyjska, Bahrajn, Izrael, Jemen, Jordania, Kuwejt, Maroko, Oman, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt, Tunezja). Fakt, przynajmniej dla części z nich wzrost lokalnej potęgi Iranu rzeczywiście może być niebezpieczny – ale co nam do tego? Po co był nam potrzebny ten antyirański sabat? Jakie mieliśmy z Iranem kwestie sporne, by angażować się w tę hecę? No i najważniejsze pytanie – czy szczyt miał na celu wywarcie jedynie politycznej presji na reżim ajatollahów, czy też obserwowaliśmy przygotowania do wojny? Jeżeli to drugie, wówczas należy powiedzieć jasno – to nie jest nasza wojna i nie nasz interes. Choćby dlatego, że taka wojna jest nie do wygrania – tu zachodzi jednak obawa, że USA i Izraelowi wystarczy tylko rozwalenie Iranu na podobieństwo Iraku. Konsekwencje, w postaci kolejnej wielomilionowej fali migrantów, spadną zaś na Europę – w tym również i na nas.

Na powyższe nakładają się kwestie gospodarcze – wspomniane na wstępie porozumienie nuklearne z Iranem sprowadzało się bowiem do prostego mechanizmu: Iran w zamian za ograniczenie swych atomowych ambicji zyskiwał możliwość handlu ze światem i wyrwania się z międzynarodowej izolacji. Tymczasem Donald Trump zagroził sankcjami państwom, które wbrew USA robiłyby interesy z Iranem, na co Unia Europejska zareagowała zapowiedzią stworzenia alternatywnego systemu rozliczeń międzynarodowych wobec kontrolowanego przez Amerykanów SWIFT (w ubiegłym roku SWIFT pod amerykańskim naciskiem odłączył irańskie banki). Tu warto dodać, że Stany Zjednoczone sankcje te traktują dość wybiórczo i udzielają niektórym krajom (np. Irakowi) swoistych „koncesji” na kupno irańskich surowców. Pytanie retoryczne - czy Polska przy okazji przygotowań do szczytu o taką zgodę w ogóle się starała, czy też przyjęliśmy amerykańską inicjatywę bez zbędnych pytań, zadowalając się poklepywaniem po plecach i możliwością napawania się kolejnym „dyplomatycznym sukcesem”? A tak się składa, że irańska ropa by się nam przydała w kontekście surowcowego uzależnienia od Rosji. Jeśli więc podnoszone jest, że i tak nie mamy na Bliskim Wschodzie poważnych interesów, to odpowiedź na takie dictum brzmi – owszem, ale moglibyśmy mieć.

Dziś oczywiście próżno już o tym marzyć – zgodziliśmy się na firmowanie własną twarzą antyirańskiej hecy za darmo, relacje z Teheranem mamy zabagnione na długie lata i nawet gdyby USA w przypływie wspaniałomyślności zezwoliły nam łaskawie na handel z Iranem, to trudno liczyć na przychylność perskiego rządu. Ot, kolejny interes, który złożyliśmy na ołtarzu „bezalternatywnego sojuszu”.


V. Kartoflana kolonia

No właśnie, na koniec kilka słów o istocie stosunków polsko-amerykańskich. Z pewnością nie jest to sojusz. Jest to relacja lokajsko-wasalna w której zgadzamy się na wszystko, mamieni wizją „Fortu Trump” i budowania pod amerykańskim patronatem potęgi Trójmorza. Dziś można już chyba postawić tezę, że żaden „Fort Trump” w Polsce nie powstanie – bo i po co, skoro Waszyngton i tak dostaje od nas cokolwiek zażąda za darmo? Zwiększenie amerykańskiego kontyngentu próbowała nam obiecać ambasador Mosbacher (bo co jej szkodzi), ale z miejsca spotkała się ze stanowczym dementi Pentagonu. „Fort Trump” to marchewka zawieszona na sznurku (podobnie jak obietnica zniesienia wiz), byśmy bez szemrania szli tam, gdzie nas prowadzą. Natomiast do Trójmorza weszły sobie właśnie w najlepsze Niemcy, stawiając pod znakiem zapytania sens całego przedsięwzięcia. Przecież Stany Zjednoczone nawet nie miały gdzie zorganizować tej swojej konferencji – Europa Zachodnia jest przeciw nim, do Izraela i Waszyngtonu kraje arabskie by nie pojechały – a my, widząc to, nawet nie próbowaliśmy się targować. I tak ze wszystkim - podżyrowujemy w ciemno amerykańską politykę, pozwalamy się traktować czysto instrumentalnie i kupujemy za horrendalne pieniądze jakiś odpalany nam z łaski w śladowych ilościach szmelc bojowy bez transferu technologii i offsetu – z którego na dodatek nie możemy samodzielnie skorzystać, bo Amerykanie trzymają łapę na kodach. Teraz natomiast usłyszeliśmy, że mamy zerwać jakiekolwiek bardziej istotne relacje gospodarcze z Chinami. Jeżeli to ma być strategiczny sojusz, to ja dziękuję... może lepiej nie mieć żadnych sojuszy...

Sami zagnaliśmy się jednowymiarową polityką do kąta. A za „bezalternatywny sojusz” się płaci – i jego cena będzie wciąż rosła. Nie dostrzegamy przy tym, że USA dawno już przestały być państwem obliczalnym, ze stałymi priorytetami – a co za tym idzie, nie są wiarygodnym sojusznikiem, czy „opiekunem”. Dzieje się tak dlatego, że Ameryka słabnie - coraz dotkliwiej odczuwa syndrom „krótkiej kołdry” i zwyczajnie nie jest w stanie kontrolować przestrzeni od Europy do Pacyfiku. W pewnym momencie musi któryś z tych frontów odpuścić, by skoncentrować siły gdzie indziej. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze w momencie amerykańsko-rosyjskiego „resetu” wdrożonego przez tandem Barack Obama – Hillary Clinton, który na lata zepchnął nas do statusu niemiecko-rosyjskiego kondominium. I tak obijamy się w zaklętym trójkącie między „rusem, prusem a jankesem” w zależności od bieżącego układu zewnętrznych sił, wciąż niezdolni do prowadzenia dojrzałej, wielowektorowej polityki i wybicia się na podmiotowość. Póki co, Ameryka potrzebuje nas w charakterze zaplecza dla ukraińskiego frontu oraz do dyscyplinowania Niemiec i Rosji. My zaś nie tylko nie potrafimy tego wykorzystać, ale nie mamy też planu „B” gdy Waszyngton znów „przestawi wajchę”.

Obecnie, w relacjach z USA zachowujemy się jak Ignacy Rzecki z „Lalki” ślepo wierzący w bonapartyzm – z tym, że to, co u starego subiekta było nieszkodliwym dziwactwem, my podnieśliśmy do rangi racji stanu. Skończy się tak, że pójdziemy na wojnę z Iranem, zapłacimy Żydom 300 mld. dolarów – a prezes Kaczyński ogłosi kolejny „wielki sukces”. Na koniec zaś Amerykanie, gdy zmienią im się cele, zrobią kolejny „reset” i zostaniemy sami, niczym w tej chwili Kurdowie po wycofaniu się Waszyngtonu z Syrii. Mówiąc klasykiem – skazaliśmy się na „robienie laski” za mgliste obietnice i mrzonki. Warto tylko pamiętać, że postępując w ten sposób można co najwyżej skończyć w rynsztoku.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Mosbacher – go home!

Sojusznik czy wasal?

Czy Polskę stać na podmiotowość?

Polska-USA: zaufanie traci się tylko raz


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 04 (Marzec 2019)

środa, 20 maja 2015

Projekt „Międzymorze” - strategiczny cel Polski

Międzymorze powinno stanowić stały punkt odniesienia dla wszelkich poczynań Polski i wyznaczać generalny kierunek działania.

I. Długi marsz

Zgodnie z zapowiedzią z tekstu „Długi marsz ku Międzymorzu”(„PN” nr 15 20.04-26.04.2015) powracam do tematyki Międzymorza i propozycji w jaki sposób można urzeczywistnić tę ideę. Na samym wstępie dwa zastrzeżenia. Pierwsze – Międzymorze rozumiane jako konfederacja państw naszego regionu jest dalekosiężnym punktem docelowym. To nie jest plan do zrealizowania przez jedną, czy dwie kadencje, lecz doktryna geopolityczna obliczona na dziesięciolecia – i należy z góry założyć, że po drodze czekają nas liczne meandry. Zawsze jednak ów cel powinien stanowić stały punkt odniesienia dla wszelkich poczynań Polski i wyznaczać generalny kierunek działania. To jak z Mitteleuropą, której koncepcja pojawiła się w Niemczech w 1915 roku, a dopiero teraz, po stu latach, urzeczywistnia się na naszych oczach (i z naszą szkodą). W zdawałoby się zupełnie innych uwarunkowaniach odbywa się bezkrwawa, miękka kolonizacja Europy Środkowej, zaś jedynym punktem zapalnym jest Ukraina, gdzie toczy się walka o zasięg dwóch projektów – niemieckiej Mitteleuropy i rosyjskiej Eurazji.

Zastrzeżenie drugie – z małymi wyjątkami nie będę zajmował się tu problemem reform wewnętrznych Polski, a to z prostego powodu. Wzmocnienie państwa jest warunkiem tak oczywistym, że jak sądzę, nie trzeba go Czytelnikom szerzej uzasadniać. Bez silnej Polski o Międzymorzu próżno marzyć, co więcej – postępy na drodze realizacji naszego celu będą wprost proporcjonalne do wzrostu znaczenia Rzeczypospolitej na różnych polach – gospodarczym, demograficznym, militarnym i kulturowym. Zatem oba kierunki działań – wewnętrzny i zewnętrzny winny być prowadzone równolegle i wzajemnie się stymulować. Efektem strategicznym zaś ma być wbicie klina między Mitteleuropę oraz Eurazję i de facto unieważnienie obu śmiertelnie zagrażających nam inicjatyw. W pojedynkę się tego nie zrobi, stąd konieczność budowy Międzymorza.

II. Regionalna unia energetyczna

Jak z konglomeratu różnych, często skłóconych ze sobą państw uczynić jeden blok? Otóż, do każdego z nich należy wychodzić z osobną, dobrze skalkulowaną ofertą. Oferta ta winna przebijać atrakcyjnością zarówno Moskwę (tanie surowce w zamian za podporządkowanie), jak i Berlin/Brukselę oferujące eurofundusze i korumpujące lokalne elity, by te godziły się na kolonizację swych krajów. Taką ofertą może być na początek współpraca energetyczna krajów regionu. UE niechcący dała nam tu szansę wyrzucając do kosza projekt unii energetycznej – wspólnego negocjowania kupna surowców i reasekuracji w tym żywotnym obszarze. Swoje dołożyły Niemcy realizując projekt Nord Streamu. Powyższe, połączone z obłędem „pakietu klimatycznego” i „dekarbonizacji”, co w bliskiej perspektywie zamorduje gospodarki krajów „nowej Europy”, stało się wielkim dzwonem alarmowym, wołającym „umiesz liczyć, licz na siebie”. Praktyczne konsekwencje wyciągnęła z tego już Litwa budując własny gazoport i zapewniając sobie alternatywne źródła dostaw z perspektywą odsprzedaży innym krajom nadbałtyckim. Tu, zakładając, że uda się w końcu wybudować gazoport w Świnoujściu, powinniśmy wyjść z propozycją „wzajemnego ubezpieczenia” - budowy interkonektorów oraz integracji infrastruktury przesyłowej. To samo tyczy się pozostałych naszych sąsiadów – nawet prorosyjskie Czechy i Słowacja nie powinny pogardzić taką formą dywersyfikacji, zwłaszcza w obliczu rozczarowania cyniczną postawą Brukseli. A ze Słowacji już tylko krok na Węgry – tam również nie będą się wzdragać przed dodatkowym atutem chroniącym przed zbyt głębokim utonięciem w rosyjskich objęciach.

Powyższy schemat warto zastosować także w kwestii energii elektrycznej – projekt mostu energetycznego między Polską a Litwą zarzucony przez rząd PO-PSL powinien wrócić i to w makroskali. Podobne propozycje można złożyć Ukrainie, przekraczając w ten sposób granice UE, co jest niezbędne dla powodzenia operacji „Międzymorze”. Im dłużej Ukraina będzie przetrzymywana w unijnym przedpokoju, a także im bardziej doskwierające stanie się uzależnienie od rosyjskich dostaw, tym bardziej powinna być konstruktywnie nastawiona do naszych propozycji. Polska w tym układzie byłaby z racji swego położenia centrum infrastrukturalnym. To u nas krzyżowałyby się szlaki przesyłowe, powstałyby kluczowe instalacje itd., co dawałoby nam wiodącą pozycję w całym układzie, szczególnie, jeśli zaczęlibyśmy eksploatować wreszcie mityczny już gaz łupkowy. Z czasem, wydarzenia nabrałyby własnej dynamiki a przykład działałby zachęcająco na pozostałe kraje regionu. Docelowo należałoby tworzoną unię energetyczną połączyć z planowanym gazoportem chorwackim na wyspie Krk.

III. Projekt „Exodus”

Jak łatwo zauważyć, scenariusz regionalnej unii energetycznej – swoistego szkieletu Międzymorza, obrastającego z czasem mięsem innych współzależności - byłby realizowany mimo Brukseli i Berlina, a zapewne przy ich cichym sprzeciwie, da nam jednak sporą dozę niezależności wobec tych ośrodków. To podstawa dla ziszczenia jednego z kluczowych etapów na drodze ku naszemu celowi – etapem tym jest opuszczenie Unii Europejskiej. W warunkach unijnego gorsetu będącego narzędziem niemieckiej dominacji Międzymorza nie będziemy w stanie urzeczywistnić. Pisałem już o tym w tekście „EFTA – alternatywa dla Polski?” („PN” nr 12-13 30.03-12.04.2015), więc tu tylko pokrótce. Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu (EFTA), skupiające Szwajcarię, Norwegię, Islandię i Liechtenstein jest tworem niezależnym od UE, lecz współtworzącym z nią Europejski Obszar Gospodarczy (EOG). Projekt „Exodus” jak go nazywam, zakładałby stopniowe wycofywanie się z Unii i przyłączenie się do EFTA – byłoby idealnie, gdybyśmy zdołali to uczynić w większej grupie krajów. W ten sposób pozbylibyśmy się wielu ograniczeń zachowując korzyści płynące z wymiany handlowej z UE. Zwróćmy uwagę, że Islandia ostatecznie zrezygnowała ze starań o członkostwo, Norwegia również do Unii się nie wybiera, kontentując się obecnością w EFTA i EOG. Warto tu przypomnieć, że Polska już jest członkiem EOG – umowę podpisaliśmy w 2003, ratyfikowaliśmy w 2004, weszła w życie w 2005.

Należy sądzić, iż sama emancypacja spod niemieckiej kurateli i wywikłanie się z gospodarczej eksploatacji powinno podziałać zachęcająco na pozostałe kraje – ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy, która w dającej się przewidzieć perspektywie będzie blokowana w europejskim przedsionku, co pogłębi frustrację zarówno polityków, jak i społeczeństwa. Wspólne lobbowanie pod polskim przewodnictwem na rzecz przyjęcia Ukrainy do EFTA związałoby nas razem o wiele mocniej, niż obecne podlizywanie się banderowcom i przymilne chowanie pod sukno historycznych konfliktów. To jak z regionalną unią energetyczną – mając w perspektywie realny interes zamiast czczych gestów i pokrzykiwań, Ukraina stanie się bardziej racjonalna. Nasz „exodus” z unijnego „domu niewoli” łatwo może się przerodzić w efekt domina, takie procesy często nabierają własnego pędu – m.in. dlatego główni gracze starają się za wszelką cenę zatrzymać Grecję w strefie euro.

IV. Blok militarny

W tym momencie docieramy do aspektu militarnego. Ponieważ leżymy między młyńskimi kamieniami, konieczne będzie zacieśnienie współpracy wojskowej, tak by przyszłe Międzymorze stanowiło możliwie zwarty podmiot w ramach NATO. USA i Sojusz to niezbędny parasol ochronny, potrzebny nam w newralgicznym momencie opuszczania Unii. Jeśli coś mamy z tych „atlantyckich więzi” mieć, to właśnie w tego typu momentach. Żeby jednak USA były sprawowaniem takiego parasola zainteresowane, należy wpierw - trochę jak z unią energetyczną – połączyć siły w ramach wzajemnej asekuracji. Oczywiście nie jako proponowane niedawno „europejskie siły zbrojne”, które mają być kolejnym narzędziem niemieckiej supremacji (szerzej pisałem o tym w artykule Euro-bundeswehra, a niemiecka hegemonia w Europie” - „PN” nr 10 16-22.03.2015), lecz na bazie bilateralnych lub multilateralnych umów między poszczególnymi krajami, tworzących np. międzynarodowe oddziały, a w przyszłości – wspólne dowództwo dysponujące własnymi siłami szybkiego reagowania, uzupełniającymi militarnie armie poszczególnych krajów. Stany Zjednoczone chcąc zachować swą pozycję prędzej czy później będą musiały się zwrócić znów ku naszemu regionowi i dobrze byłoby, gdyby Waszyngton miał tu do kogo zadzwonić. Regionalny blok militarny w ramach NATO funkcjonujący między Rosją (Eurazją) a Niemcami (UE), gwarantowałby nam podmiotową pozycję porównywalną z Izraelem bądź Turcją, nie zaś jak teraz – chłopców na posyłki wykorzystywanych w różnych „misjach stabilizacyjnych”, bądź użyczających swego terytorium na więzienia dla amerykańskiej bezpieki.

Obecnie jest dobry moment, by długi marsz ku Międzymorzu wreszcie rozpocząć. Pojawia się szansa na odsunięcie od władzy zdrajców, Rosja i Niemcy rękoma Ukraińców wodzą się za łby w kwestii ustalenia wschodniej rubieży między Eurazją a Mitteleuropą – musimy to wykorzystać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/d%C5%82ugi-marsz-ku-mi%C4%99dzymorzu#.VUpCffBvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/efta-%E2%80%93-alternatywa-dla-polski#.VUpdLvBvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/euro-bundeswehra-niemiecka-hegemonia-w-europie#.VUpi4PBvAmw

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1631-pod-grzybki-3

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 18 (13-19.05.2015)

niedziela, 26 kwietnia 2015

Długi marsz ku Międzymorzu

Bez jakiejś formy urzeczywistnienia sojuszu państw naszego regionu, prędzej czy później czeka nas powtórka z traumatycznej przeszłości.

I. Międzymorze albo śmierć

Idea Międzymorza była bodaj jedynym dwudziestowiecznym pomysłem na Polskę, który zakładał nie tylko jej pełną podmiotowość polityczną, ale wręcz pozycję regionalnego mocarstwa – przywódcy szeregu krajów leżących między Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem (koncepcja „ABC”). Jak pokazała historia, niepowodzenie realizacji tego projektu geopolitycznego oznaczało w konsekwencji upadek polskiej państwowości oraz wtrącenie całej Europy Środkowo-Wschodniej pod jarzmo sowieckiej dominacji. Nie pierwszy raz zresztą geopolityczna słabość okazała się dla nas gwoździem do trumny. Rozkład wewnętrzny pierwszego międzymorza jakim była I Rzeczpospolita zakończył się tragedią rozbiorów i ponad studwudziestoletnią niewolą. Obecnie Międzymorze przywoływane jest raczej w charakterze snu o potędze, wizji snutej ku pokrzepieniu serc i poprawie samopoczucia, niż realnej możliwości, którą przy zaangażowaniu odpowiednich środków można by zrealizować. Ot, taka terapia zbiorowa środowisk patriotycznych – jak to mogliśmy być, panie, silni i znaczący, tylko nam nie dali i wciąż nie dają.

Tymczasem, należy powiedzieć sobie jasno – bez jakiejś formy urzeczywistnienia sojuszu państw naszego regionu prędzej czy później czeka nas powtórka z traumatycznej przeszłości. Niestety, obecne elity polskie sprawiają wrażenie kompletnie wyzutych z poczucia podmiotowości – i dotyczy to w znacznej mierze również tzw. środowisk niepodległościowych. Można czasami odnieść wrażenie, że poszczególne opcje różnią się jedynie rozłożeniem akcentów i sympatiami, a nie generalnym podejściem do zagadnienia suwerennego bytu państwowego. Jak zauważyłem niegdyś w tekście „Czy Polskę stać na podmiotowość?” („Polska Niepodległa” nr 43/2014) cała aktywność międzynarodowa III RP sprowadzała się w zasadzie do zakotwiczenia nas w strukturach euroatlantyckich, które następnie miały już załatwić za nas wszelkie problemy. Taki fukuyamowski „koniec historii” na miarę naszych możliwości. Okazało się to szkodliwą mrzonką, o czym przekonujemy się od jakiegoś czasu, kiedy to zostaliśmy sprowadzeni do roli „obrotowego kondominium” rozgrywanego w trójkącie Niemcy-Rosja-USA. Obecnie zaś realizowana przez Niemcy pod przykrywką „pogłębiania integracji” współczesna wersja Mitteleuropy z jednej strony, oraz coraz bardziej agresywne zakusy imperialne Rosji z drugiej, przy indolencji USA i NATO, dobitnie pokazują, że nasz urlop od historii się skończył – i to już jakiś czas temu.

Dlatego rzecz nie w tym, by obijać się między Rusem, Prusem a Jankesem, będąc wiecznie skazanym na rolę narzędzia realizującego cudzą politykę, lecz by sformułować, a następnie wprowadzać w życie własne założenia strategiczne.

II. Między młyńskimi kamieniami

Jest to zadanie niezwykle trudne, znajdujemy się bowiem między młyńskimi kamieniami. Spójrzmy.

Na jakikolwiek sojusz, czy chociażby wypracowanie normalnych stosunków z Rosją nie ma co liczyć. Rosja może nas zaakceptować tylko w jednym przypadku – jeśli się jej całkowicie podporządkujemy. Z istnieniem Polski suwerennej, prowadzącej podmiotową politykę Rosja nigdy się nie pogodzi – taka Polska zawsze będzie traktowana jako obraza imperialnych ambicji. Nie ma też sensu silić się na jakiekolwiek pojednawcze gesty – takowe zawsze będą traktowane przez zakute, mongolskie łby jako oznaka słabości. Do zakutych, mongolskich łbów może trafić tylko jeden argument, powodując w nich pewne przewartościowania w postrzeganiu rzeczywistości – tym argumentem jest potężny cios w zęby, im mocniejszy, tym lepiej. Bez tego nic się nie zmieni. I takim ciosem powinno być powstanie Międzymorza hamującego raz na zawsze rosyjską ekspansję w regionie. Uprzedzając zarzuty – nie, to nie jest emocjonalna „rusofobia”, tylko realne skonstatowanie nieprzekraczalnych barier polityczno-cywilizacyjnych.

Podobnie rzecz się ma z Niemcami. Nie po to zrobiły sobie z nas własną kolonię w ramach „zjednoczonej Europy”, by teraz godzić się na jakąkolwiek emancypację Polski. Nasza rola jest jasno określona – mamy być gospodarczym dominium, spełniającym funkcję rynku zbytu, rezerwuaru taniej siły roboczej i źródła wyprowadzanych na różne sposoby dochodów. Przemysł ma jedynie dopełniać niemiecki potencjał na zasadzie: montownia pracująca dla Opla, czy fabryka produkująca jakieś podzespoły dla niemieckiego koncernu – owszem, natomiast własne stocznie konkurujące z niemieckimi, czy górnictwo zapewniające energetyczną niezależność – w żadnym wypadku. Politycznie jesteśmy od tego, by wspierać niemiecką hegemonizację kontynentu, czego poglądową lekcję zafundowali nam Tusk z Sikorskim.

Ze Stanami Zjednoczonymi sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, będziemy bowiem potrzebowali ich jako dźwigni na pierwszym etapie odzyskiwania suwerenności, oraz jako sojusznika – nie tylko formalnego, lecz rzeczywistego – w ramach NATO, niemniej i tu należy mieć na uwadze, że póki co jesteśmy dla nich jedynie środkiem uprawiania polityki w regionie, oczywiście pod warunkiem, że akurat są tą częścią świata zainteresowane. W przypadku przeniesienia ciężaru uwagi supermocarstwa gdzie indziej, zostajemy z miejsca pozbawieni jakiegokolwiek wsparcia, co czyni „strategiczny sojusz” fikcją i to kosztowną, a cenę ponosimy każdorazowo w postaci zdominowania przez potężnych sąsiadów ze wszystkimi tego konsekwencjami. Idę o zakład, że np. bez „resetu” Obamy nie byłoby Smoleńska i wszystkich fatalnych następstw zamachu określanych zbiorczym mianem „katastrofy posmoleńskiej”. Zatem, mając na uwadze potencjalne korzyści ze współpracy z USA, musimy przestać mylić sojusz z wasalizacją – a z tym mamy poważny problem i dotyczy on również proamerykańskiej części polskiej prawicy.

III. Region w rozsypce

Nie lepiej rysuje się sytuacja w regionie – czyli wśród państw, które docelowo miałyby Międzymorze współtworzyć. Z Litwą stosunki mamy złe, na co wpływa m.in. szowinistyczna polityka tamtejszych władz wobec polskiej mniejszości, będąca kompletnym przeciwieństwem polityki Polski wobec mniejszości litewskiej. Łotwa, Estonia – tu przynajmniej nie mamy zatargów, jednak „pribałtika” orientuje się coraz mocniej na Skandynawię. Białoruś jest zdominowana przez Moskwę, choć Łukaszenka co jakiś czas puszcza oko w naszą stronę i w miarę możliwości stara się stawiać Putinowi w rozmaitych kwestiach, co potencjalnie jest dla nas do wykorzystania. Ukraina jawnie już promuje kult banderowszczyzny, poza tym totalnie nas lekceważy, uznając nasze poparcie dla swych aspiracji albo za bez znaczenia, albo za coś oczywistego i darmowego. Dziś dla Ukrainy partnerem są Niemcy i potencjalnie USA, a nie Polska. Słowacja i Czechy są prorosyjskie, wspólnie z Austrią tworząc „trójkąt sławkowski”, którego osią jest sprzeciw wobec sankcji wymierzonych w Rosję. Węgry są do odzyskania, zostały w ramiona Rosji wepchnięte przez Zachód i po części Polskę, która zbyła milczeniem propozycję Orbana złożoną na jesieni 2010 roku podczas wizyty w Warszawie, kiedy to postulował regionalny sojusz – czyli coś na kształt Międzymorza właśnie. Rumunia – tu jest potencjał sojuszniczy, Bułgaria – równie prorosyjska jak Czechy czy Słowacja.

Jak z tego konglomeratu zlepić Międzymorze, sojusz zdolny oprzeć się rosyjsko-niemieckim dążeniom do podporządkowania sobie regionu w charakterze labilnej strefy wpływów? Cóż, wszystko jest kwestią odpowiedniej oferty w której muszą zostać skalkulowane takie podstawowe składniki jak atrakcyjność propozycji, potencjalne korzyści płynące z ich przyjęcia i ryzyko jakim są obarczone. Przy czym, należy mieć na uwadze, że dla różnych krajów potrzebne są różne warianty „marchewek” za którymi byłyby skłonne pójść. To, co jest atrakcyjne dla Litwy, niekoniecznie musi interesować Słowację, propozycja dla Ukrainy musi wyglądać inaczej, niż ta złożona Węgrom i tak dalej. To karkołomne zadanie, w dwudziestoleciu międzywojennym się nie powiodło, również z tej przyczyny, że między poszczególnymi państwami występują liczne animozje – np. problem mniejszości węgierskiej zawsze potencjalnie będzie ustawiał Budapeszt na kursie kolizyjnym z Bukaresztem, Bratysławą, czy Kijowem. O bałkańskim kotle nawet nie ma co wspominać, tu widziałbym potencjał głównie w Chorwacji (projekt gazoportu na wyspie Krk).

Jak widać, uwarunkowania startowe są potwornie ciężkie i budowa Międzymorza byłaby zadaniem tytanicznym nawet, gdyby Polska znajdowała się w o wiele lepszej kondycji wewnętrznej niż obecnie. Niemniej, uważam, że sformowanie takiego bloku geopolitycznego w mniej lub bardziej zaawansowanej formie jest realne – przy odpowiedniej determinacji, zręczności politycznej, no i oczywiście pod warunkiem, że historia da nam nieco czasu, którego zabrakło chociażby w międzywojniu. Konkretne propozycje pozytywne, jak przebyć ów długi marsz ku Międzymorzu, startując z miejsca w którym znajdujemy się obecnie, postaram się przedstawić w kolejnym tekście na który już dziś Państwa zapraszam.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.blog-n-roll.pl/pl/efta-%E2%80%93-alternatywa-dla-polski#.VS7lt_BvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-podmiotowo%C5%9B%C4%87#.VS7lkfBvAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 15 (20.04-26.04.2015)