Pokazywanie postów oznaczonych etykietą suwerenność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą suwerenność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2020

TSUE na bambus!

Toczy się tu rozgrywka nie o konkretny sposób wyłaniania sędziów czy obsadę Sądu Najwyższego, lecz o państwową suwerenność, którą brukselska biurokracja usiłuje ograniczać metodą faktów dokonanych.

I. Legalizacja sędziowskiej anarchii

Okazało się, że koronawirus nie zatrzymał luksemburskich młynów sprawiedliwości. Oto Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) wydał „postanowienie o zabezpieczeniu” w sprawie wytoczonej Polsce przez Komisję Europejską odnośnie reformy wymiaru sprawiedliwości (sprawa C-791/19). Chodzi konkretnie o model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, w tym przede wszystkim funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Zgodnie z orzeczonymi 8 kwietnia „środkami tymczasowymi” Polska powinna zawiesić działalność Izby Dyscyplinarnej i powstrzymać się od kierowania spraw dyscyplinarnych do rozpoznania przez składy orzekające, które „nie spełniają wymogów niezależności”. Ponadto polski rząd ma w ciągu miesiąca powiadomić TSUE o podjętych działaniach mających na celu urzeczywistnienie wymaganych środków tymczasowych. Obowiązywać mają one do czasu wydania przez TSUE ostatecznego wyroku, który spodziewany jest w drugiej połowie 2020 r. W praktyce oznacza to kilkumiesięczny paraliż sądownictwa dyscyplinarnego.

Kolejną konsekwencją będzie pogłębienie chaosu wokół wyboru nowego I prezesa SN (kadencja Małgorzaty Gersdorf upływa 30 kwietnia), tym bardziej, że ze względów epidemiologicznych Sąd Najwyższy jest obecnie „wyłączony”. Na powyższe nakłada się jeszcze kuriozalna uchwała „lojalnych” wobec Gersdorf izb SN z 23 stycznia 2020 r. wyłączająca od orzekania w Sądzie Najwyższym wszystkich sędziów wyłonionych przez nową KRS (a więc również sędziów Izby Dyscyplinarnej) oraz unieważniająca wszystkie przeszłe i przyszłe orzeczenia Izby Dyscyplinarnej. Postanowienie TSUE zatem poniekąd „legalizuje” na poziomie europejskim sędziowską anarchię i antypaństwowy rokosz „nadzwyczajnej kasty”, co stanowi twórcze rozwinięcie myśli objawionej przez prezesa Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato podczas „marszu tysiąca tóg”: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”. To nic innego, jak próba uprawomocnienia post factum, za pomocą pseudoprawnego bełkotu i mętnych frazesów, sędziowskiego puczu i alternatywnej wobec pozostałych władz „sądokracji” pod dożywotnim przewodnictwem Małgorzaty Gersdorf.


II. Brukselscy uzurpatorzy

Jak na takie dictum ma zareagować strona polska? Jedynym rozwiązaniem jest ogłoszenie wszem i wobec, że Polska nie uznaje uprawnień TSUE w zakresie orzekania o kwestiach ustrojowych państw członkowskich – co, nawiasem mówiąc, powinniśmy byli zrobić już na samym starcie tej farsy i odmówić udziału w postępowaniu przed luksemburskim trybunałem. Należy podkreślić z całą mocą – organizacja wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą państwa, sprawą ustrojową, podobnie jak analogiczne zagadnienia dotyczące funkcjonowania władzy ustawodawczej czy wykonawczej. Natomiast organy Unii Europejskiej - niezależnie od tego czy to jest Komisja Europejska, czy TSUE – usiłując mieszać się w nasze wewnętrzne sprawy uzurpują sobie nienależne im, kompletnie pozatraktatowe kompetencje. W istocie bowiem toczy się tu rozgrywka nie o konkretny sposób wyłaniania sędziów czy obsadę Sądu Najwyższego, lecz o państwową suwerenność, którą brukselska biurokracja usiłuje ograniczać metodą faktów dokonanych, zawłaszczając prawem kaduka kolejne obszary władzy. Podobnie rzecz ma się z TSUE – gdyby unijny trybunał faktycznie stał na gruncie traktatów, powinien z miejsca oddalić skargę Komisji Europejskiej, stwierdzając swą niewłaściwość do rozstrzygania tego typu spraw. Jednak, podobnie jak KE, również TSUE dostrzegł w sporze o „polską praworządność” znakomitą okazję do uzurpatorskiego poszerzenia zakresu swojego orzecznictwa. „Mułłowie w togach” są wszędzie tacy sami – czy to w Warszawie, czy w Luksemburgu.

Nie da się ukryć, że polski rząd popełnił na samym starcie błąd w ogóle godząc się na uczestnictwo w tej hucpie. Należało już na wstępie jasno zanegować uroszczenia brukselskich mandarynów, zamiast naiwnie wchodzić w tę grę, licząc, że uda się coś wynegocjować, wyjaśnić... Po pierwsze – po tamtej stronie nikt nie zamierzał nas słuchać, postępowanie Brukseli od początku nacechowane było skrajnie złą wolą polityczną i zmierzało do destabilizacji wewnętrznej sytuacji w Polsce, docelowo zaś obalenia obecnego, niewygodnego rządu. Po drugie – podejmując brukselską grę znaczonymi kartami, składając wyjaśnienia, nieledwie tłumacząc się niczym przed zwierzchnikami, sprawiliśmy wrażenie, że milcząco akceptujemy kompetencyjne uzurpacje unijnej biurokracji, co w przyszłości z całą pewnością odbije się jeszcze nie raz czkawką. Po trzecie wreszcie – otworzyliśmy w ten sposób drzwi do dalszych tego typu bezprawnych ingerencji. Idę o zakład, że KE i TSUE nie przepuszczą chociażby takiej okazji, jak kontrowersje wokół zbliżających się wyborów prezydenckich – tym bardziej, że mają na swe usługi tutejszą „totalną targowicę”, która z pewnością narobi w Europie rabanu. I co, nasi przedstawiciele znów będą się tłumaczyć na forum Parlamentu Europejskiego przed różnymi Verhofstadtami, a ministrowie jeździć z wyjaśnieniami do eurokomisarz Jourovej?

A pierwsze sygnały już się pojawiły – Vera Jourova zdążyła wyrazić „zaniepokojenie” wyborami w Polsce. Tylko patrzeć, jak na jej wniosek Komisja Europejska zechce wdrożyć napisaną ad hoc procedurę „kontroli demokratycznych standardów” i skieruje sprawę do TSUE. A że bezprawnie? A kogo to, skoro w ten sposób unijni mandaryni zyskają możliwość kontroli procedur wyborczych w krajach członkowskich, a Trybunał w Luksemburgu ochoczo to „klepnie” ustawiając się w roli samozwańczego „rewizora” od którego będzie zależała ostateczna prawomocność wyborów? To zbyt łakomy kąsek, by z niego rezygnować. Zresztą spójrzmy – w sprawie Izby Dyscyplinarnej TSUE wyraził obiekcje co do „niezawisłości” sędziów, bo zostali oni nominowani przez KRS, która z kolei została wybrana przez Sejm. Jeżeli, przy naszej bierności, bądź wręcz milczącej zgodzie, Komisja Europejska i TSUE roztrząsają takie szczegóły ustawiając nas w charakterze tłumaczących się petentów, to co stoi na przeszkodzie, by podobnie drobiazgowo nie wzięły się za analizowanie wyborów, uznaniowo „zatwierdzając” je, albo „unieważniając”?


III. Bojkot TSUE!

To wszystko, powtarzam, jest pokłosiem „grzechu pierworodnego”, jakim była nasza zgoda na narzucenie nam groteskowej brukselskiej „procedury”. Na szczęście, nie jest jeszcze za późno, by z tego się wymiksować, trzeba tylko minimum asertywności i woli politycznej. Trzeba, krótko mówiąc, wysłać ten cały operetkowy trybunalik z jego uroszczeniami na bambus. Należy, jak nadmieniłem wcześniej, jasno i dobitnie, w sposób nie pozostawiający miejsca na jakiekolwiek niedomówienia i wątpliwości stwierdzić, iż TSUE nie ma żadnych uprawnień do orzekania w sprawach organizacji polskiego wymiaru sprawiedliwości (ani żadnych innych kwestiach ustrojowych), zaś prawem nadrzędnym w Polsce jest Konstytucja, a nie widzimisię unijnych czynowników, tudzież samozwańczych „ajatollahów prawa” z Luksemburga. Co za tym idzie, strona Polska nie uznaje orzeczonego „środka zabezpieczającego” - ani tym bardziej przyszłego „ostatecznego wyroku” TSUE. Izba Dyscyplinarna ma procedować normalnie, a TSUE należy od tej pory konsekwentnie bojkotować, ogłaszając ponadto, iż Polska nie przyjmuje do wiadomości żadnych ewentualnych „kar” za niezastosowanie się do samowolnych i bezprawnych „orzeczeń”. W ostateczności, jak już tu niegdyś sugerowałem, należy zagrozić Brukseli wstrzymaniem naszej składki członkowskiej. Idę o zakład, że spanikowani kryzysem wokół koronawirusa unijni dygnitarze nie będą chcieli sobie dokładać kolejnego bólu głowy – trochę powrzeszczą i przestaną. Jeżeli zaś ulegniemy, jedynie zachęcimy ich do eskalacji kolejnych żądań, grzęznąc w tym biurokratyczno-sądowym bagnie na dobre i oddając po kawałku kolejne obszary naszej suwerenności. To jest ostatni dzwonek – my albo oni, tertium non datur.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Z Brukselą trzeba twardo

Sędziowska anarchia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (17-23.04.2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Z Brukselą trzeba twardo

Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie.

I. Zasada domniemania kompetencji

Przed Polską dwie powiązane ze sobą unijne batalie – spór o praworządność, przeniesiony obecnie na forum Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu oraz walka o możliwie korzystny dla nas europejski budżet na lata 2021-2027. W momencie gdy piszę te słowa, w Brukseli trwa szczyt Rady Europejskiej podczas którego szefowie państw członkowskich wśród uśmiechów i spijanych w międzyczasie tłustych rosołów wyrywają sobie nawzajem z gardeł różne ochłapy. Z kolei na 9 marca przewidziane jest wysłuchanie strony polskiej przed TSUE w sprawie wniosku Komisji Europejskiej o zawieszenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. I może zacznę od tego drugiego wątku.

Otóż źle się stało, że polski rząd w ogóle wszedł w tę potencjalnie bardzo niebezpieczną dla nas rozgrywkę Komisji Europejskiej – i to na jej warunkach. Przypomnijmy, iż KE wnioskuje o tymczasowe zawieszenie Izby Dyscyplinarnej – do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy przez TSUE. Trzeba tu z całą mocą podkreślić – ani Komisja, ani jakikolwiek inny organ wspólnotowy, włącznie z TSUE, nie ma żadnych traktatowych umocowań do mieszania się w systemy sądownicze krajów członkowskich. Kształtowanie wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą poszczególnych państw – jest to bowiem kwestia o charakterze ustrojowym, regulowana Konstytucją i ustawami. Generalnie, w Unii obowiązuje zasada, że organy wspólnotowe mają tyle kompetencji, ile państwa członkowskie zgodziły się delegować w traktatach – i nic ponadto. A rebours – jeżeli coś nie zostało wyraźnie ujęte w traktatach jako zakres działalności organów unijnych, to oznacza, że leży to w gestii państw członkowskich – jest to tzw. „zasada domniemania kompetencji”. A o sposobach urządzenia sądownictwa w Traktacie Lizbońskim nie ma ani słowa. „Praworządność” i „unijne standardy” dotyczyć mogą co najwyżej elementarnych praw obywatelskich – np. czy dane państwo gwarantuje swoim obywatelom rzetelny i bezstronny proces, a nie tego w jaki sposób i przez jakie ciała bądź organy powoływani są sędziowie, nie mówiąc już o tym, z ilu i jakich izb składać się winien Sąd Najwyższy czy też jak powinna wyglądać odpowiedzialność dyscyplinarna sędziów.

Jak wiemy, poszczególne państwa regulują te sprawy w najrozmaitszy sposób. W Niemczech sędziów sądów powszechnych powołują landowi ministrowie sprawiedliwości przy udziale przedstawicieli lokalnych parlamentów i samorządu sędziowskiego. Z kolei do sądów federalnych wybiera sędziów specjalna 32-osobowa komisja obradująca pod przewodnictwem właściwego ze względu na specyfikę danego sądu ministra. W skład komisji wchodzi 16 ministrów landowych oraz 16 przedstawicieli Bundestagu z zachowaniem parytetu poszczególnych ugrupowań politycznych. Głosowanie nad kandydaturami jest tajne. Super „przejrzysty” i „apolityczny” układ, nieprawdaż? We Francji obowiązuje system zbliżony do naszego sprzed ostatnich reform, podobnie w Hiszpanii. Ale już w Czechach sędziów mianuje prezydent na wniosek ministra sprawiedliwości. Żeby nie przedłużać – generalnie, są kraje w których funkcjonują gremia zbliżone do naszej KRS (z różnymi proporcjami między przedstawicielami sądów i parlamentów), są takie, które obywają się bez nich, a w jeszcze innych (np. w Austrii) kandydatów przedstawia ministrowi sprawiedliwości prezydium sądu w którym są wakaty. Rzecz zatem nie w technicznym sposobie wybierania sędziów, a w tym, by już powołani sędziowie mieli gwarancję niezawisłości i niezależności w orzekaniu – tak, by na orzecznictwo nie mogła wpływać np. władza wykonawcza lub by sędzia nie był szykanowany za „nieprawomyślny” wyrok.


II. Brukselskie bezprawie

Wszystkie te warunki w przypadku Polski są spełnione, zatem „szczególna troska” z jaką pochyla się nad nami Komisja Europejska jest wyłącznie efektem woli politycznej. Złej woli, dodajmy i realizowanej w bezprawny sposób, za pomocą pozatraktatowych, wymyślonych pseudo-procedur. Już w 2014 r. Służba Prawna Rady Unii Europejskiej sporządziła opinię, w której podważa legalność procedury „kontroli praworządności” - czyli tego, czym przez lata molestował nas Frans Timmermans. Wg tejże opinii Komisja Europejska nie ma prawa wszczynać sama z siebie, po uważaniu, żadnych „kontroli” wobec krajów członkowskich – zatem to, co zastosowała wobec nas KE jest czystą uzurpacją i pozostaje tylko zgadywać, dlaczego rząd wszedł w tę prawniczą ciuciubabkę, zamiast od początku zanegować prawomocność działań Komisji. Po co były te wszystkie „wyjaśnienia”, pertraktacje, ustępstwa? Na co liczono? Że strona unijna zrozumie nasze argumenty i się wycofa, przyznając się tym samym do błędu? Że po tamtej stronie istnieje jakaś dobra wola, a cała sprawa jest jedynie wynikiem nieporozumienia? Że Timmermans, a obecnie Jourova zorientowawszy się, że padli ofiarą manipulacji ze strony opozycji i przedstawicieli polskiego środowiska sędziowskiego przeproszą nas i zostawią w spokoju?

Jeżeli nawet początkowo stronie polskiej towarzyszyły podobne rachuby, to najdalej po kilku pierwszych wymianach „uprzejmości” - kiedy to okazało się, że nasza argumentacja odbija się od ściany, zaś rozzuchwalona naszą uległością Bruksela jedynie usztywnia swoje stanowisko - należało te złudzenia porzucić i oficjalnie ogłosić (a potem gromko powtarzać przy każdej okazji), że Polska nie uznaje żadnej „zwierzchniej kontroli”, sądy to nasza wewnętrzna sprawa, a działania KE i jej „rewizorów” są uzurpacją i bezprawiem nie mającym pokrycia w traktatach. Tymczasem my w swej naiwności podjęliśmy tę grę, daliśmy się w nią wciągnąć jak dzieci, stwarzając tym samym wrażenie, że akceptujemy uroszczenia Brukseli do mieszania się w nasze sprawy. Poniekąd przyczyniliśmy się do „zalegalizowania” metodą faktów dokonanych władczych uroszczeń unijnych mandarynów. To niezwykle groźny precedens, który w przyszłości będzie się na nas mścił na szereg różnych sposobów. Już zresztą się mści, o czym za chwilę.

Jak wspomniałem, organizacja wymiaru sprawiedliwości to kwestia ustrojowa. Dając Brukseli prawo do negowania zmian w tej materii, otwieramy furtkę do mieszania się również w inne elementy konstytucyjnego porządku państwa. Pomyślmy tylko – skoro Komisja Europejska wywalczyła sobie prawem kaduka kompetencje do recenzowania kształtu sądownictwa, to dlaczego za chwilę nie miałaby zaingerować w kształt władzy ustawodawczej? Jeżeli, dajmy na to, będziemy kiedyś chcieli zmienić konstytucję i zlikwidować Senat (swoją drogą, postulat PO z czasów Tuska), to spokojnie mogę sobie wyobrazić, że i tutaj jakiś brukselski bubek zacznie „badać”, czy aby taka zmiana jest zgodna z „europejskimi standardami” - chociażby pod pretekstem, że jednoizbowy parlament nie daje należytej gwarancji właściwego i demokratycznego stanowienia prawa. Podkładka pod nową „procedurę badania stanu demokracji” jak znalazł. Pójdźmy dalej – co stoi na przeszkodzie, by unijne władze i trybunały nie uznały pewnego dnia za obowiązującą słynną wykładnię prof. Wojciecha Popiołka, iż W demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”? A pierwszą jaskółkę już mieliśmy podczas „marszu tysiąca tóg”, kiedy to zaproszony na imprezę pani przedszkolanki Gersdorf prezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato ogłosił: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”.

Takie stanowisko oznacza wprost zanegowanie uprawnień władzy ustawodawczej i co za tym idzie, poddanie wybierających ją obywateli dyktaturze sędziów – sądokracji, kierującej się własnymi „objawieniami” i uznaniowo decydującej co jest „praworządne”, a co nie. Prawo w tym ujęciu stanie się dla „nadzwyczajnej kasty” zbiorem luźnych sugestii z których można sobie „wyinterpretowywać” co się żywnie podoba, decydując tym samym, jakie ustawy będzie stosować i w jaki sposób. Na takiej zasadzie będzie można śmiało i z błogosławieństwem Brukseli zanegować np. każde referendum, jeśli w odczuciu „ajatollahów prawa” okaże się ono „niepraworządne”. Bo skoro suwerenem nie są wyborcy-obywatele... Pamiętajmy, że już teraz z inspiracji TSUE forsowana jest „wykładnia” wedle której polscy sędziowie są zarazem „sędziami europejskimi” - a zatem, podlegają polskiemu państwu i prawu tylko o tyle, o ile...

Powtarzam – sami otworzyliśmy swą uległością tę puszkę Pandory i wręczyliśmy Brukseli narzędzie do okrawania po plasterku naszej suwerenności metodą kolejnych „twórczych interpretacji” unijnego prawa. Dalekosiężne konsekwencje prowadzą albo do kompletnego zwasalizowania Polski i przekształcenia jej w unijny „land”, albo... do Polexitu – rzecz jasna, pod warunkiem, że do ludzi w porę dotrze w jakie zabrnęliśmy bagno.


III. Uzurpatorzy z TSUE

Jak wiadomo, Komisja Europejska postanowiła ostatecznie załatwić „kwestię polską” rękoma TSUE. Luksemburskiemu trybunałowi tylko w to graj, bo to dla niego szansa samowolnego poszerzenia zakresu orzecznictwa o samo jądro wewnętrznych prerogatyw państw członkowskich. Dotąd bowiem orzekał w kwestiach czysto technicznych – czy kraje unijne prawidłowo implementują dyrektywy i takie tam – przy czym, obecnie mamy jakieś 50 wyroków, które zostały przez różne państwa po prostu zignorowane. Przykładowo, Francja została ukarana za odstępstwa od dyrektywy dotyczącej rozmiarów dopuszczanych do sprzedaży ryb, a Włochy i Hiszpania za to, że nie wybudowały na czas odpowiedniej liczby oczyszczalni ścieków. W porównaniu z rybami i ściekami taka sprawa jak polskie sądownictwo jest dla TSUE ogromną szansą na skok jakościowy – nic dziwnego więc, że unijny trybunał już przebiera nogami, by w ten sposób przydać sobie znaczenia. Widomym znakiem był tu wyrok z listopada 2019 r. w którym odpowiadając na „pytania prejudycjalne” Sądu Najwyższego, TSUE przyznał SN „prawo” do oceny wg nakreślonych odgórnie kryteriów, czy Izba Dyscyplinarna jest „sądem w rozumieniu prawa unijnego”. Efektem była słynna uchwała SN stwierdzająca, iż Izba Dyscyplinarna takowym sądem nie jest, a KRS „nie daje rękojmi” niezależności. Na dalszym etapie zaś tenże Sąd Najwyższy wziął się za wyrokowanie którzy sędziowie i w jakich okolicznościach mogą zostać dopuszczeni do orzekania. Widzimy więc nader harmonijną współpracę między unijnymi i tutejszymi „mułłami w togach” na znanej piłkarskiej zasadzie „ty do mnie, ja do ciebie”. Jedni drugim podrzucają orzeczenia i zawarte w nich interpretacyjne sugestie, na które potem nawzajem się powołują. Idę o zakład, że TSUE w swoim wyroku powoła się z kolei na wspomniane orzeczenia Sądu Najwyższego wydane z inspiracji tegoż TSUE. Tak to działa.

Dlatego należy przeciąć to błędne koło wzajemnie napędzających się uroszczeń i jasno formułować stanowisko, iż TSUE powinno stwierdzić swą niewłaściwość w kwestii ustroju polskiego sądownictwa, ponieważ – podobnie jak Komisja Europejska – nie ma żadnych traktatowych umocowań do orzekania w tego typu sprawach. Rola TSUE to orzecznictwo w kwestii stosowania dyrektyw i odpowiadanie na pytania prejudycjalne odnośnie tychże (tak jak odpowiedział na zapytanie polskiego sądu w głośnej sprawie „frankowiczów” w kontekście unijnej dyrektywy konsumenckiej) – ale nic poza tym. Ponadto, w Polsce prawem nadrzędnym (również wobec prawa UE) jest Konstytucja (art.8 p.1:Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej”), co zostało dodatkowo potwierdzone orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w wyroku dotyczącym traktatu akcesyjnego. Na dobrą sprawę, należałoby wygłosić przed TSUE tego typu oświadczenie, podkreślając, że w razie dalszego zawłaszczania przez Trybunał nienależnych uprawnień Polska zastrzega sobie prawo do nierespektowania ewentualnego wyroku – i na tym zakończyć udział w tej szopce.


IV. Suwerenność, głupcy!

Jednak KE i TSUE to dalece nie wszystko. Jak bowiem wspomniałem na wstępie, toczy się również batalia o przyszły budżet UE w którym wypłata funduszy ma być powiązana z „przestrzeganiem praworządności”. Komisja Europejska chce, by wszczęcie odpowiednich „procedur dyscyplinujących” następowało, jeśli nie zablokuje ich większość kwalifikowana w Radzie UE (55 proc. krajów obejmujących 65 proc. ludności unii). Natomiast przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel optuje za odwrotnością – by „procedury” wszczynano tylko gdy owa kwalifikowana większość się zgodzi, co jest opcją łagodniejszą.

Otóż nie może być zgody ani na jedno, ani na drugie. Te zapędy należy, mówiąc brutalnie, uwalić u samej d...y. Z prostego powodu: powiązanie funduszy z praworządnością nie ma żadnego odzwierciedlenia w traktatach i jest – znów powtórzę to słowo – uzurpacją, podobnie jak omówione wyżej uroszczenia Komisji Europejskiej i TSUE. To kolejna próba ingerencji w wewnętrzne sprawy państw członkowskich i okrawania suwerenności. Jeżeli otworzy się tę drzwi, nie będzie już odwrotu – za chwilę okaże się, że fundusze będzie można powiązać z czymkolwiek. Poza wszystkim – unijne fundusze to nie jest jakaś zakichana nagroda za dobre sprawowanie! To rekompensata za otwarcie naszego rynku na nieograniczoną konkurencję i to na długo przed akcesją. Rekompensata zresztą nader mizerna. Unijne pieniądze stanowią nieco ponad 2 proc. naszego PKB, podczas gdy zyski wyprowadzane z Polski na Zachód – 5,8 proc. PKB. Ładny interes – szkoda, że nie dla nas.

Jeszcze trzy ciekawostki obrazujące w co wdepnęliśmy, godząc się na „badanie” naszej „praworządności”. Pierwsza – Komisja Europejska zamierza wnieść do TSUE pozew w sprawie przekopu Mierzei Wiślanej. Powód? Polskie państwo ponoć nie gwarantuje protestującym „ekologom” należytego dostępu do sądów... Druga – lewackie organizacje przy wsparciu „swoich” eurodeputowanych zaczynają lobbying, by samorządy, które przyjęły uchwały przeciw ideologii LGBT były pozbawione środków unijnych. I trzecia – w głowach eurokratów zrodził się pomysł, by „techniczne” procedury podziału funduszy ustawić tak, aby w razie potrzeby (tj. „zagrożenia praworządności”) kierować je bezpośrednio do samorządów, z pominięciem władz centralnych „nieprawomyślnego” kraju. Jak łatwo zauważyć, oznacza to de facto „wyłuskanie” samorządów spod zwierzchnictwa państwa i swoiste rozbicie dzielnicowe, kompletne poszatkowanie suwerenności.

To nie są żarty. To już nie jest nawet kwestia Izby Dyscyplinarnej czy takiego lub innego sposobu powoływania sędziów. To jest sprawa samego bytu państwowego. Dlatego teraz jest ostatnia chwila, by ten proces powstrzymać. Oczekuję zatem od polskiego rządu, co następuje: żadnej zgody na powiązanie funduszy unijnych z praworządnością. Jeśli będzie trzeba – zawetować budżet, choćby w pojedynkę. W razie konieczności zagrozić, że Polska wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej i przekieruje ją bezpośrednio na cele, które miały być współfinansowane z środków unijnych. Stanowczo zanegować prawo jakichkolwiek unijnych instytucji i organów do mieszania się w nasze wewnętrzne sprawy pod pozorem „kontroli praworządności”. Równie stanowczo odrzucić ewentualny wyrok TSUE, podkreślając brak uprawnień tego organu do orzekania w sprawie ustroju polskich sądów.

To niezbędne minimum asertywności, na które powinniśmy byli się zdobyć na samym początku tej awantury, zamiast brnąć w bezsensowne i bezproduktywne „dialogi”, zachęcając Brukselę do eskalacji swych uroszczeń. Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie. Tam nie ma dobrej woli. Tam jest czysta nienawiść do obecnego rządu, chęć doprowadzenia do jego kompromitacji i w rezultacie obalenia rękami samych Polaków – tym bardziej, że brukselskie lewactwo ma na podorędziu tutejszą targowicę, która aż się pali do objęcia roli namiestników oraz ogłupiałą, zakompleksioną bądź mentalnie wynarodowioną i podszytą ojkofobią część społeczeństwa. Dalej cofnąć się zwyczajnie nie da, bo za nami jest już tylko przepaść.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 3 (marzec 2020)

niedziela, 19 maja 2019

Między brexitem, a polexitem

Mocny, eurosceptyczny głos jest nam w tej chwili niezwykle potrzebny – bez tego istnieje realna groźba, że zanim dojdzie do społecznego przebudzenia Unia ugotuje nas jak żabę.


I. Brexitowe paroksyzmy

Jak wiemy, sprawa brexitu utknęła w martwym punkcie, wskutek czego przywódcy pozostałych państw Unii Europejskiej zdecydowali 10 kwietnia 2019 r. o przełożeniu daty opuszczenia przez Wlk. Brytanię struktur europejskich do 31 października 2019 r. Oznacza to, że Brytyjczycy będą musieli przeprowadzić eurowybory i wprowadzą swoich deputowanych do Parlamentu Europejskiego – przynajmniej na kilka miesięcy, co samo w sobie jest dość groteskowe. No chyba (bo w tej sprawie od początku nic nie jest pewne), że wcześniej dogadają się między sobą na jakich zasadach chcą wyjść z Unii – a Unia tę propozycję zaakceptuje. W tej chwili możliwe są tak naprawdę wszystkie opcje: brytyjski parlament akceptuje umowę wynegocjowaną przez Theresę May; przegłosowana zostaje któraś z kilku opcji alternatywnych leżących na stole – począwszy od „twardego brexitu”, poprzez różne warianty pośrednie, aż po zorganizowanie powtórnego referendum; parlament nie dochodzi do porozumienia i 31 października Wielka Brytania wychodzi z UE bez umowy; Theresa May prosi o kolejne odłożenie „deadline'u”, a UE się zgadza; no i wreszcie – brytyjski rząd podkula ogon i wycofuje wniosek brexitowy. Tę ostatnią możliwość poddał wyspiarzom w charakterze ewidentnie motywowanego politycznie orzeczenia Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Orzekł mianowicie, że wystarczy jednostronne wycofanie wniosku przez Wlk. Brytanię i wszystko zostaje po staremu, bez konieczności zgody organów unijnych i reszty członków UE. Jednak to „koło ratunkowe” (za którym optuje Donald Tusk, który kilkukrotnie podkreślił, że Wlk. Brytania zawsze może zmienić zdanie), jest w istocie zatrutym podarunkiem – skorzystanie z niego oznaczałoby bowiem bezprzykładne upokorzenie i polityczną klęskę Londynu. W strukturach unijnych Brytyjczycy mieliby status pariasów i nie przepuszczono by żadnej okazji do zemsty za próbę buntu mogącego zapoczątkować demontaż unijnego projektu. Niemniej, jak pokazała niedawna historia, niczego wykluczyć nie można.

Ze strony brukselskiej biurokracji i naczelnych unijnych mandarynów gra jest natomiast jasna: jeżeli nawet brexitu nie da się powstrzymać, to trzeba przynajmniej maksymalnie go utrudnić i przeczołgać rebeliantów. Podsycać wewnętrzne spory i podziały, organizować medialną histerię, straszyć konsekwencjami i generalnie „męczyć temat”, tak by sami Anglicy mieli go w końcu powyżej uszu. Piszę „Anglicy”, bo to oni przeważają wśród eurosceptyków na Wyspach, a np. Szkoci głosowali w większości za pozostaniem w Unii Europejskiej – po referendum z 23 czerwca 2016 r. grożono wręcz secesją Szkocji ze Zjednoczonego Królestwa, co mogłoby mieć o tyle zabawny skutek, że mieszkaniec Londynu aby udać się do Glasgow czy Edynburga potrzebowałby wizy... Cichą nadzieją europejskich elit jest powtórne referendum, w myśl zasady „głosowania aż do skutku”, co przerobiono przy okazji ratyfikowania przez Irlandię Traktatu Lizbońskiego. W szerszym aspekcie natomiast, brexitowe paroksyzmy mają odnieść skutek wychowawczy i odstraszyć potencjalnych następców. Reszta Europy ma widzieć, że opuszczenie eurostruktur to droga przez mękę, skutkująca rozlicznymi konfliktami, również wewnętrznymi, dla kraju opuszczającego UE, groźba zapaści gospodarczej (na razie nie wiadomo na ile realna, lecz wystarczy o tym mówić, by wywołać negatywny odzew na rynkach), destabilizacji waluty itp. Przesłanie tej lekcji brzmi: nawet o tym nie myślcie.


II. Czego chce Londyn?

Inna sprawa, że również polityczne elity Wielkiej Brytanii, delikatnie mówiąc, się nie popisały – i to począwszy od mimowolnego ojca brexitu, premiera Davida Camerona. Samemu będąc przeciwnikiem brexitu, użył obietnicy przeprowadzenia referendum czysto instrumentalnie – by ugruntować swoją pozycję w szeregach Torysów, spacyfikować opcję antyeuropejską w partii i odebrać polityczny tlen ugrupowaniom eurosceptycznym w rodzaju Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) Nigela Farage'a. Prognozy przedwyborcze wskazywały, że będzie musiał rządzić w koalicji z proeuropejskimi Liberalnymi Demokratami, więc – jak wówczas kalkulował – obiecując referendum niczym nie ryzykuje, bo na jego przeprowadzenie nie zgodzi się koalicjant. Okazało się, że przedobrzył – Partia Konserwatywna wygrała samodzielną większością, na co najprawdopodobniej miała wpływ właśnie referendalna obietnica. Cameron nie miał wyjścia – wbrew sobie musiał rozpisać referendum, do ostatniej chwili agitując za pozostaniem w Unii, spraszając na gościnne występy Angelę Merkel, Donalda Tuska, a nawet schodzącego ze sceny Baracka Obamę, który zagroził, że w razie wyjścia z UE Wielka Brytania spadnie na szary koniec krajów mogących się ubiegać o ekskluzywne stosunki z Waszyngtonem. Efekt był odwrotny do zamierzeń – Anglicy odebrali tę nachalną propagandę jako próbę mieszania się obcych w ich wewnętrzne sprawy i zagłosowali za wyjściem. Formalnie referendum nie jest wprawdzie dla rządu wiążące, ale cała tradycja brytyjskiej demokracji sprawiła, że tego głosu nie można było zignorować – każda siła polityczna, która by się odważyła na taki krok byłaby skończona. Wynik referendum był dla klasy politycznej na Wyspach szokiem – Cameron podał się do dymisji i przekazał pałeczkę (oraz bałagan do posprzątania) Theresie May (która, nawiasem, również prywatnie jest przeciwniczką brexitu), więcej – nawet gardłujący wcześniej za brexitem politycy, jakby wystraszyli się konsekwencji i przycichli. Boris Johnson, który wydawał się logicznym kandydatem na „brexitowego” premiera podziękował za zaszczyt, a szef UKIP Nigel Farage nagle ogłosił, że wycofuje się z życia politycznego, bowiem „wypełnił już swą misję” - teraz wprawdzie wrócił na czele Partii Brexitu, ale o tym za chwilę.

Słowem, istna komedia pomyłek. Na tym jednak nie koniec, szybko bowiem okazało się, że brytyjskie elity polityczne nie mają cienia pomysłu na to, jak przeprowadzić rozwód z Brukselą, nie wspominając już o jakiejkolwiek spójnej koncepcji, czy przygotowanym zawczasu planie na taką okoliczność. Najwyraźniej brexit uznawano za poręczne hasło w walce o głosy wyborców, ale nikt tak naprawdę nie brał takiej możliwości na poważnie. Efektem była rozpaczliwa improwizacja, strategię wymyślano w biegu, przez co Theresa May przystąpiła do negocjacji kompletnie nieprzygotowana, czego negocjatorzy unijni nie omieszkali skrzętnie wykorzystać. Symbolem porażki jest tzw. irlandzki backstop, zakładający brak granicy między Republiką Irlandii a Irlandią Północną do czasu wynegocjowania stosownej umowy – to trochę tak, jakby w przypadku polexitu Polska musiała zaakceptować częściowe pozostanie w UE Pomorza Zachodniego, albo Ziemi Lubuskiej, czy Śląska, ze względu na ekonomiczne związki tych regionów z Niemcami.

Skutkiem powyższego jest obecny stan zawieszenia – Wielka Brytania niby wychodzi, ale jakby jedną nogą, nie będąc w stanie ostatecznie sfinalizować brexitu. Patrząc na rozgrywki w tamtejszym parlamencie i kolejne głosowania, nie sposób nie zadać sobie pytania: o co chodzi brytyjskiej klasie politycznej? Czego tak naprawdę chce? Zjeść ciastko i mieć ciastko? Prawdopodobnie znaczna część wyspiarskich elit żyła do tej pory imperialnymi mitami wyobrażając sobie, że rozwód będzie bezbolesny i na ich warunkach – a teraz nie może dojść do siebie po tym, jak rzeczywistość boleśnie skorygowała te wyższościowe urojenia. Zachodzi też podejrzenie swoistej gry pozorów – będziemy tak długo prezentować nieprzejednaną postawę, aż koniec końców... z brexitu nic nie wyjdzie. Może społeczeństwo zmęczy się przedłużającą się awanturą i machnie ręką: „no to już zostańmy”? W grę może wchodzić również chęć odegrania się na Brukseli: ani nie wyjdziemy, ani nie zostaniemy – i co nam zrobicie? Odrzucenie bodaj ośmiu (!) wariantów brexitu sprawia wrażenie celowej obstrukcji. I pomyśleć, że przywykliśmy sądzić, że to polska klasa polityczna nie może ze sobą dojść do ładu... Tymczasem jednak nastroje społeczne buzują – nowa Partia Brexitu Nigela Farage'a, który znów wyczuł polityczną krew, przoduje w sondażach przed wyborami do Parlamentu Europejskiego (27 proc., o 5 pkt. proc. więcej, niż następna Partia Pracy), a i sama UE może stracić cierpliwość i skończy się „twardym” brexitem po 31 października – czyli Wlk. Brytania de facto zostanie z Unii wyrzucona, co oznacza, że będzie musiała od zera żmudnie negocjować przyszłe relacje z kontynentem.


III. Do czego powinna dążyć Polska?

Opisuję tak szczegółowo ten ponury spektakl, bo jest to wielka lekcja również dla nas. Skoro takie problemy ma Wielka Brytania – co by nie mówić, państwo silniejsze, lepiej poukładane i z mocniejszą pozycją międzynarodową niż Polska – to jak by to wszystko wyglądało w naszym przypadku? Jak wiadomo, najlepiej (i najtaniej) jest uczyć się na cudzych błędach, dlatego z brexitowej telenoweli należy wyciągnąć konstruktywne wnioski. Po pierwsze – konstruktywnym rozwiązaniem nie jest tani radykalizm spod znaku „opuszczamy eurokołchoz bez względu na wszystko i natychmiast”, w czym celuje część gorącokrwistych narodowców. Szybko bowiem może się okazać, iż odzyskana w ten sposób „niepodległość” jest mocno iluzoryczna (o skutkach ekonomicznych zamkniętych granic nie wspominając – czy nam się to podoba, czy nie, jesteśmy obecnie przyspawani „na sztywno” do niemieckiej gospodarki). Tym bardziej, że te same kręgi na jednym oddechu żądają wycofania z Polski – i tak symbolicznych - wojsk amerykańskich. To recepta na pozostanie sam na sam z Rosją – bez militarnego parasola NATO i instytucjonalnego ze strony UE. Rosja wprawdzie dzięki temu być może wreszcie przestałaby się „czuć zagrożona” - tyle, że Rosja „czuje się zagrożona” zawsze wtedy, gdy nie może kogoś bezkarnie napaść. W scenariuszu radykalnym wreszcie by mogła.

Z drugiej strony – konstruktywnym podejściem nie jest również zarzekanie się, że dla naszej obecności w UE „nie ma alternatywy” - jak głosi z uporem godnym lepszej sprawy PiS, sterroryzowany medialnie wrzaskami „totalnej opozycji” o polexicie. W ten sposób sami ustawiamy się w pozycji petenta i skazujemy na przegraną w kolejnych sporach z Brukselą. Uprawianie polityki „bezalternatywnej” - i co gorsza, obnoszenie się z tym – nigdy nie jest korzystne. Co do opcji uprawianej przez rodzimą Targowicę, to rzecz jasna nie ma o czym mówić – popieranie federalizacji Unii i przystąpienie do strefy euro w oczywisty sposób prowadzi do utraty nie tylko formalnej niepodległości, ale również resztek jakiejkolwiek podmiotowości i oznacza ostateczne zredukowanie Polski do roli niemieckiej kolonii w ramach Mitteleuropy.

Co zatem pozostaje? Przede wszystkim musimy wiedzieć, czego chcemy i co leży w naszym realnym interesie. Wg mnie, w pierwszym rzędzie musimy sprzeciwiać się przekształcaniu Europy w „superpaństwo”, jakieś nowe „Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego” i dążyć do zwrotu ku źródłom – czyli Unii Europejskiej rozumianej jako „Europa Ojczyzn”. A tak się składa, że zaczęły na tym odcinku wiać sprzyjające wiatry. W całej Europie rosną w siłę partie i ruchy tożsamościowe – od Włoch po Finlandię (w Finlandii niedawno drugie miejsce zajęła antyimigrancka Partia Finów, przegrywając o ułamek procenta z socjaldemokratami). Włoski wicepremier i lider Ligi Matteo Salvini montuje międzynarodowy sojusz pod kątem zbudowania największej frakcji w nowym europarlamencie – detronizacja zdominowanej przez Niemców pseudo-chadeckiej EPL, byłaby naprawdę osiągnięciem mogącym zapoczątkować stopniowy odwrót od obecnego, federalistycznego kierunku UE, spuentowanego przez Angelę Merkel słynną frazą o tym, iż „państwa narodowe muszą być gotowe do zrzeczenia się swej suwerenności”. I tu niestety, PiS daje ciała. Jak donoszą niemieckie media, PiS nie zamierza być w jednej frakcji z Salvinim - „bo Putin”. Tym samym, składa ofiarę z politycznej skuteczności na rzecz czystości ideologicznej. Wszystko wskazuje na to, że rządząca Polską partia pozostanie w kieszonkowej frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów razem z będącymi „na wylocie” z Unii Torysami – i będzie miała tak samo guzik do powiedzenia, jak obecnie. Na dodatek, może się przyczynić do zachowania pozycji przez nieformalny sojusz chadeków i socjalliberałów, nie mówiąc już o tym, że zostając na marginesie PiS wystawia Polskę na grillowanie, bo frakcja Salviniego nie będzie miała interesu, żeby nas bronić przed różnymi Timmermansami. Zgroza, oni chyba nigdy się nie nauczą...

Ale, prócz rozgrywek wewnątrzunijnych, nie powinniśmy zapominać o opcji polexitu, traktując ją wprawdzie jako ostateczność, lecz ostateczność jak najbardziej realną i wyobrażalną. Apeluję o to od lat i będę powtarzał przy każdej okazji: Polska musi mieć przygotowany plan ewentualnościowy, mapę drogową, na wypadek konieczności wyjścia z Unii – m.in. po to, by nie znaleźć się w obecnej sytuacji Wlk. Brytanii i nie powielać jej błędów. Owa mapa drogowa, prócz strategii negocjacyjnych, powinna zawierać takie elementy, jak określenie, w jakich okolicznościach nasza dalsza obecność w UE stanie się nieakceptowalna z punktu widzenia państwowych i narodowych interesów oraz do uzyskania jakiego statusu w relacjach z UE powinniśmy dążyć. Jest też element trzeci – jak oswajać Polaków z perspektywą polexitu. Póki co bowiem, nasi rodacy wciąż w dużej mierze traktują Unię z mieszaniną podszytego kompleksami podziwu i nabożnego lęku – jedyne wahnięcie w tych nastrojach nastąpiło podczas kryzysu migracyjnego, co jest jakąś wskazówką. Należy mówić, że członkostwo to kwestia kalkulacji i w pewnych okolicznościach może się zwyczajnie nie opłacać – politycznie, gdy postępująca federalizacja pozbawi nas prawa do samostanowienia i ekonomicznie – gdy suma zysków i strat zacznie grać na naszą niekorzyść (a to może stać się już wkrótce, wraz z nową, chudszą dla nas, perspektywą budżetową). Okrojenie budżetu może mieć zresztą dla nas ozdrowieńcze skutki, gdyż źródłem uwielbienia Polaków dla UE są dwie rzeczy: strefa Schengen i kasa, dlatego jak ognia boją się sporów z Brukselą, bo jeszcze Unia się zdenerwuje, zamknie granice i odbierze pieniądze. Jako państwo i społeczeństwo uzależniliśmy się od finansowej szprycy, niczym ćpun, któremu diler zrobił promocję – odwyk zatem z pewnością nam nie zaszkodzi. Powrót z krainy ułudy do twardej rzeczywistości może sprawić, że Polacy zaczną zwracać uwagę również na inne aspekty naszego członkostwa – jak chociażby okrawanie metodą salami suwerenności państwowej.

No i wreszcie – jaki miałby być finał ewentualnego polexitu? Na pewno nie leży w naszym interesie twardy exit. Ideałem byłoby wystąpienie z polityczno-biurokratycznych struktur przy pozostaniu w strefie Schengen i Europejskim Obszarze Gospodarczym (EOG), uzyskując status zbliżony do Norwegii i państw EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu). Co ciekawe, podczas marcowych głosowań w parlamencie brytyjskim zgłoszono właśnie taki postulat, co pokazuje, że nie jest to jakaś kompletna egzotyka. Dałoby nam to większą swobodę manewru (również w polityce wewnętrznej, co staje się palącym zagadnieniem po doświadczeniach z Timmermansem i szytymi na polityczne zamówienie wyrokami TSUE) przy zachowaniu korzyści płynących z wymiany handlowej.

Wspominałem tu o PiS-ie, ale warto też zwrócić uwagę na zyskującą w sondażach Konfederację grupującą różne siły antysystemowe. Ugrupowanie to może mieć zbawienny, dyscyplinujący wpływ na partię rządzącą – zarówno w europarlamencie, jak i w przyszłym Sejmie, również w kontekście debaty o UE. Mocny, eurosceptyczny głos jest nam w tej chwili niezwykle potrzebny – bez tego istnieje realna groźba, że zanim dojdzie do społecznego przebudzenia, będzie już po wszystkim, a Unia przy nieudolności PiS-u ugotuje nas jak żabę. Tak czy inaczej, najbliższe eurowybory w odróżnieniu od wszystkich poprzednich są naprawdę wyjątkowe – to one zadecydują, czy znajdziemy się w Europie suwerennych państw, czy też trzeba będzie ewakuować się na niepewną szalupę polexitu.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polexit – czas na debatę

Niemiecka strefa euro

EFTA – alternatywa dla Polski?

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Żegnaj Brukselo!

Exit Wyszehradu?

Porozmawiajmy o Polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!

Polexit coraz bliżej?

Niemiecka Europa

Śmierć eurokomunie!

Brexit – lekcja na 2019 rok

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

Euro-jurgielt


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 06 (Maj 2019)

sobota, 11 czerwca 2016

Ta uciążliwa suwerenność

Jak wyobrażamy sobie dalsze funkcjonowanie w Unii pod nieustanną presją brukselskiego szantażu?

Mało kiedy można spotkać tak otwartą autodemaskację, jak ta, która miała miejsce podczas sejmowej debaty nad uchwałą o obronie suwerenności. Posłanka Agnieszka Pomaska drąca na mównicy projekt uchwały już na stałe wpisze się w polski krajobraz polityczny jako symbol stosunku establishmentu III RP do kwestii podmiotowości własnego kraju („tego kraju” w nomenklaturze tzw. „Polski jasnej”). Przy tym, posłanka Pomaska, szczera w swej głupocie, objawiła jedynie publicznie to, co w jej środowisku formułowane jest po cichu. W ich języku nie istnieje słowo „zdrada” - bo też i nie istnieje dla nich pojęcie ojczyzny, którą mieliby zdradzić. Obszar Rzeczypospolitej jest dla nich jedynie terytorium zamieszkałym przez jakichś bliżej niesprecyzowanych autochtonów, żywioł, któremu trzeba się raz na jakiś czas podlizać, by wydębić głosy wyborcze, ale którym jednocześnie się pogardza do samych trzewi – tym bardziej, że samemu się spośród owego „żywiołu” wyszło. „Odseparowujesz się od tego folkloru, od tego syfu” - słowa Jacka Krawca z rozmowy z Pawłem Grasiem o brukselskiej karierze Tuska są doskonałym podsumowaniem tego podejścia oraz aspiracji napędzających całe środowisko.

Skoro zatem Polska jawi się w ich oczach jako bantustan do drenowania, żerowisko przynależne im – o czym są głęboko przekonani – z racji przynależności do „lepszego towarzystwa”, to nic dziwnego, że każda wzmianka o suwerenności wywołuje ich drwiący uśmieszek (kiedy są u wpływów i władzy), bądź wściekłość i agresję (gdy zostali odsunięci od koryta). Dzieje się tak dlatego, że z ich punktu widzenia suwerenna Polska jest zagrożeniem dla ich żywotnych interesów. Są kastą kompradorską, postkolonialną elitą zastępczą, osobiste kariery tej warstwy są uzależnione od przychylności zagranicznych ośrodków, którym się wysługuje – i to jest prawdziwe oblicze „murzyńskości” o jakiej mówił w innej z podsłuchanych rozmów Radosław Sikorski. Zerwanie przez Polskę owych nitek podległości siłą rzeczy oddala widoki na powrót do żłoba – i stąd to potępieńcze wycie na dźwięk słowa „suwerenność”. Klasa zarządzająca do niedawno nadwiślańską kolonią, owa warstwa „lepszych Murzynów”, nie chce suwerenności, niepodległości, podmiotowości – bo to trudne i nieopłacalne. Doskonale wiedzą, że akurat oni nie są „temu krajowi” do niczego potrzebni – potrzebni są jedynie Berlinowi i Brukseli jako gwaranci zachowania obcych wpływów, a cała ich nadzieja w tym, że na skutek zewnętrznych nacisków w jakiś sposób wrócą na posady i do kręcenia lodów.

W takiej sytuacji logiczne jest, że gros swej energii, prócz ekscytowania społecznych niepokojów, koncentrują na antyszambrowaniu w brukselskich korytarzach i nakręcaniu antypolskich inicjatyw w ramach metody znanej jako „ulica i zagranica”, co oczywiście spotyka się z życzliwym przyjęciem europejskich mandarynów, pozostających z kolei politycznym narzędziem Berlina. Najnowszym tego przykładem jest wyciek pisma Trybunału Konstytucyjnego z instruktażem, jak w Brukseli należy zapatrywać się na nowelizację ustawy o TK i wizyta delegacji kodowców u Tuska. Skoro w ich świadomości nie istnieje coś takiego jak zdrada, ojczyzna i suwerenność – to niby co miałoby ich ograniczać?

Co do samej uchwały – jest to oczywiście symboliczny, polityczny gest, ale m.in. z takich gestów składa się polityka zagraniczna. Trudno sobie wyobrazić, by polskie władze zareagowały w inny sposób na ewidentny dowód, że Komisja Europejska nie szuka żadnego „kompromisu”, tylko oczekuje bezwzględnego podporządkowania się jej dyktatowi. Wszelkie rozmowy ze strony tego gremium były jedynie pozorowaniem „dialogu”, a stanowisko końcowe zostało z góry przygotowane, zaś jego radykalny język sugeruje, że sformułowano je w gabinecie politycznym Platformy. Jeżeli stawia się nam ultimatum w stylu „albo do poniedziałku spełnicie nasze żądania, albo wypowiemy wam wojnę” - bo do tego sprowadza się groźba Timmermansa i reszty brukselskich „guyów”, że „wydadzą opinię” w kwestii naszej praworządności – to jakiekolwiek ustępstwa nie wchodzą w rachubę, oznaczałoby to bowiem kapitulację i byłoby sygnałem, że można nas „dociskać” również w innych sprawach.

Teraz pora na montowanie koalicji. Wprawdzie Węgry już wcześniej ogłosiły, że nie poprą żadnych sankcji wobec Polski w Radzie Europejskiej, ale dobrze byłoby nie być uzależnionym od jednego państwa. Tu Grupa Wyszehradzka powinna mówić jednym głosem – tak jak w sprawie imigrantów. Warto uświadomić naszym sąsiadom z Czech i Słowacji, że za chwilę również i oni mogą pod byle pretekstem stać się ofiarami podobnego ostrzału. No a nade wszystko należy rozważyć podstawowy problem: jak wyobrażamy sobie dalsze funkcjonowanie w Unii pod nieustanną presją brukselskiego szantażu?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr nr 21 (27.05-02.06.2016)

środa, 20 maja 2015

Projekt „Międzymorze” - strategiczny cel Polski

Międzymorze powinno stanowić stały punkt odniesienia dla wszelkich poczynań Polski i wyznaczać generalny kierunek działania.

I. Długi marsz

Zgodnie z zapowiedzią z tekstu „Długi marsz ku Międzymorzu”(„PN” nr 15 20.04-26.04.2015) powracam do tematyki Międzymorza i propozycji w jaki sposób można urzeczywistnić tę ideę. Na samym wstępie dwa zastrzeżenia. Pierwsze – Międzymorze rozumiane jako konfederacja państw naszego regionu jest dalekosiężnym punktem docelowym. To nie jest plan do zrealizowania przez jedną, czy dwie kadencje, lecz doktryna geopolityczna obliczona na dziesięciolecia – i należy z góry założyć, że po drodze czekają nas liczne meandry. Zawsze jednak ów cel powinien stanowić stały punkt odniesienia dla wszelkich poczynań Polski i wyznaczać generalny kierunek działania. To jak z Mitteleuropą, której koncepcja pojawiła się w Niemczech w 1915 roku, a dopiero teraz, po stu latach, urzeczywistnia się na naszych oczach (i z naszą szkodą). W zdawałoby się zupełnie innych uwarunkowaniach odbywa się bezkrwawa, miękka kolonizacja Europy Środkowej, zaś jedynym punktem zapalnym jest Ukraina, gdzie toczy się walka o zasięg dwóch projektów – niemieckiej Mitteleuropy i rosyjskiej Eurazji.

Zastrzeżenie drugie – z małymi wyjątkami nie będę zajmował się tu problemem reform wewnętrznych Polski, a to z prostego powodu. Wzmocnienie państwa jest warunkiem tak oczywistym, że jak sądzę, nie trzeba go Czytelnikom szerzej uzasadniać. Bez silnej Polski o Międzymorzu próżno marzyć, co więcej – postępy na drodze realizacji naszego celu będą wprost proporcjonalne do wzrostu znaczenia Rzeczypospolitej na różnych polach – gospodarczym, demograficznym, militarnym i kulturowym. Zatem oba kierunki działań – wewnętrzny i zewnętrzny winny być prowadzone równolegle i wzajemnie się stymulować. Efektem strategicznym zaś ma być wbicie klina między Mitteleuropę oraz Eurazję i de facto unieważnienie obu śmiertelnie zagrażających nam inicjatyw. W pojedynkę się tego nie zrobi, stąd konieczność budowy Międzymorza.

II. Regionalna unia energetyczna

Jak z konglomeratu różnych, często skłóconych ze sobą państw uczynić jeden blok? Otóż, do każdego z nich należy wychodzić z osobną, dobrze skalkulowaną ofertą. Oferta ta winna przebijać atrakcyjnością zarówno Moskwę (tanie surowce w zamian za podporządkowanie), jak i Berlin/Brukselę oferujące eurofundusze i korumpujące lokalne elity, by te godziły się na kolonizację swych krajów. Taką ofertą może być na początek współpraca energetyczna krajów regionu. UE niechcący dała nam tu szansę wyrzucając do kosza projekt unii energetycznej – wspólnego negocjowania kupna surowców i reasekuracji w tym żywotnym obszarze. Swoje dołożyły Niemcy realizując projekt Nord Streamu. Powyższe, połączone z obłędem „pakietu klimatycznego” i „dekarbonizacji”, co w bliskiej perspektywie zamorduje gospodarki krajów „nowej Europy”, stało się wielkim dzwonem alarmowym, wołającym „umiesz liczyć, licz na siebie”. Praktyczne konsekwencje wyciągnęła z tego już Litwa budując własny gazoport i zapewniając sobie alternatywne źródła dostaw z perspektywą odsprzedaży innym krajom nadbałtyckim. Tu, zakładając, że uda się w końcu wybudować gazoport w Świnoujściu, powinniśmy wyjść z propozycją „wzajemnego ubezpieczenia” - budowy interkonektorów oraz integracji infrastruktury przesyłowej. To samo tyczy się pozostałych naszych sąsiadów – nawet prorosyjskie Czechy i Słowacja nie powinny pogardzić taką formą dywersyfikacji, zwłaszcza w obliczu rozczarowania cyniczną postawą Brukseli. A ze Słowacji już tylko krok na Węgry – tam również nie będą się wzdragać przed dodatkowym atutem chroniącym przed zbyt głębokim utonięciem w rosyjskich objęciach.

Powyższy schemat warto zastosować także w kwestii energii elektrycznej – projekt mostu energetycznego między Polską a Litwą zarzucony przez rząd PO-PSL powinien wrócić i to w makroskali. Podobne propozycje można złożyć Ukrainie, przekraczając w ten sposób granice UE, co jest niezbędne dla powodzenia operacji „Międzymorze”. Im dłużej Ukraina będzie przetrzymywana w unijnym przedpokoju, a także im bardziej doskwierające stanie się uzależnienie od rosyjskich dostaw, tym bardziej powinna być konstruktywnie nastawiona do naszych propozycji. Polska w tym układzie byłaby z racji swego położenia centrum infrastrukturalnym. To u nas krzyżowałyby się szlaki przesyłowe, powstałyby kluczowe instalacje itd., co dawałoby nam wiodącą pozycję w całym układzie, szczególnie, jeśli zaczęlibyśmy eksploatować wreszcie mityczny już gaz łupkowy. Z czasem, wydarzenia nabrałyby własnej dynamiki a przykład działałby zachęcająco na pozostałe kraje regionu. Docelowo należałoby tworzoną unię energetyczną połączyć z planowanym gazoportem chorwackim na wyspie Krk.

III. Projekt „Exodus”

Jak łatwo zauważyć, scenariusz regionalnej unii energetycznej – swoistego szkieletu Międzymorza, obrastającego z czasem mięsem innych współzależności - byłby realizowany mimo Brukseli i Berlina, a zapewne przy ich cichym sprzeciwie, da nam jednak sporą dozę niezależności wobec tych ośrodków. To podstawa dla ziszczenia jednego z kluczowych etapów na drodze ku naszemu celowi – etapem tym jest opuszczenie Unii Europejskiej. W warunkach unijnego gorsetu będącego narzędziem niemieckiej dominacji Międzymorza nie będziemy w stanie urzeczywistnić. Pisałem już o tym w tekście „EFTA – alternatywa dla Polski?” („PN” nr 12-13 30.03-12.04.2015), więc tu tylko pokrótce. Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu (EFTA), skupiające Szwajcarię, Norwegię, Islandię i Liechtenstein jest tworem niezależnym od UE, lecz współtworzącym z nią Europejski Obszar Gospodarczy (EOG). Projekt „Exodus” jak go nazywam, zakładałby stopniowe wycofywanie się z Unii i przyłączenie się do EFTA – byłoby idealnie, gdybyśmy zdołali to uczynić w większej grupie krajów. W ten sposób pozbylibyśmy się wielu ograniczeń zachowując korzyści płynące z wymiany handlowej z UE. Zwróćmy uwagę, że Islandia ostatecznie zrezygnowała ze starań o członkostwo, Norwegia również do Unii się nie wybiera, kontentując się obecnością w EFTA i EOG. Warto tu przypomnieć, że Polska już jest członkiem EOG – umowę podpisaliśmy w 2003, ratyfikowaliśmy w 2004, weszła w życie w 2005.

Należy sądzić, iż sama emancypacja spod niemieckiej kurateli i wywikłanie się z gospodarczej eksploatacji powinno podziałać zachęcająco na pozostałe kraje – ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy, która w dającej się przewidzieć perspektywie będzie blokowana w europejskim przedsionku, co pogłębi frustrację zarówno polityków, jak i społeczeństwa. Wspólne lobbowanie pod polskim przewodnictwem na rzecz przyjęcia Ukrainy do EFTA związałoby nas razem o wiele mocniej, niż obecne podlizywanie się banderowcom i przymilne chowanie pod sukno historycznych konfliktów. To jak z regionalną unią energetyczną – mając w perspektywie realny interes zamiast czczych gestów i pokrzykiwań, Ukraina stanie się bardziej racjonalna. Nasz „exodus” z unijnego „domu niewoli” łatwo może się przerodzić w efekt domina, takie procesy często nabierają własnego pędu – m.in. dlatego główni gracze starają się za wszelką cenę zatrzymać Grecję w strefie euro.

IV. Blok militarny

W tym momencie docieramy do aspektu militarnego. Ponieważ leżymy między młyńskimi kamieniami, konieczne będzie zacieśnienie współpracy wojskowej, tak by przyszłe Międzymorze stanowiło możliwie zwarty podmiot w ramach NATO. USA i Sojusz to niezbędny parasol ochronny, potrzebny nam w newralgicznym momencie opuszczania Unii. Jeśli coś mamy z tych „atlantyckich więzi” mieć, to właśnie w tego typu momentach. Żeby jednak USA były sprawowaniem takiego parasola zainteresowane, należy wpierw - trochę jak z unią energetyczną – połączyć siły w ramach wzajemnej asekuracji. Oczywiście nie jako proponowane niedawno „europejskie siły zbrojne”, które mają być kolejnym narzędziem niemieckiej supremacji (szerzej pisałem o tym w artykule Euro-bundeswehra, a niemiecka hegemonia w Europie” - „PN” nr 10 16-22.03.2015), lecz na bazie bilateralnych lub multilateralnych umów między poszczególnymi krajami, tworzących np. międzynarodowe oddziały, a w przyszłości – wspólne dowództwo dysponujące własnymi siłami szybkiego reagowania, uzupełniającymi militarnie armie poszczególnych krajów. Stany Zjednoczone chcąc zachować swą pozycję prędzej czy później będą musiały się zwrócić znów ku naszemu regionowi i dobrze byłoby, gdyby Waszyngton miał tu do kogo zadzwonić. Regionalny blok militarny w ramach NATO funkcjonujący między Rosją (Eurazją) a Niemcami (UE), gwarantowałby nam podmiotową pozycję porównywalną z Izraelem bądź Turcją, nie zaś jak teraz – chłopców na posyłki wykorzystywanych w różnych „misjach stabilizacyjnych”, bądź użyczających swego terytorium na więzienia dla amerykańskiej bezpieki.

Obecnie jest dobry moment, by długi marsz ku Międzymorzu wreszcie rozpocząć. Pojawia się szansa na odsunięcie od władzy zdrajców, Rosja i Niemcy rękoma Ukraińców wodzą się za łby w kwestii ustalenia wschodniej rubieży między Eurazją a Mitteleuropą – musimy to wykorzystać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/d%C5%82ugi-marsz-ku-mi%C4%99dzymorzu#.VUpCffBvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/efta-%E2%80%93-alternatywa-dla-polski#.VUpdLvBvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/euro-bundeswehra-niemiecka-hegemonia-w-europie#.VUpi4PBvAmw

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1631-pod-grzybki-3

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 18 (13-19.05.2015)

niedziela, 26 kwietnia 2015

Długi marsz ku Międzymorzu

Bez jakiejś formy urzeczywistnienia sojuszu państw naszego regionu, prędzej czy później czeka nas powtórka z traumatycznej przeszłości.

I. Międzymorze albo śmierć

Idea Międzymorza była bodaj jedynym dwudziestowiecznym pomysłem na Polskę, który zakładał nie tylko jej pełną podmiotowość polityczną, ale wręcz pozycję regionalnego mocarstwa – przywódcy szeregu krajów leżących między Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem (koncepcja „ABC”). Jak pokazała historia, niepowodzenie realizacji tego projektu geopolitycznego oznaczało w konsekwencji upadek polskiej państwowości oraz wtrącenie całej Europy Środkowo-Wschodniej pod jarzmo sowieckiej dominacji. Nie pierwszy raz zresztą geopolityczna słabość okazała się dla nas gwoździem do trumny. Rozkład wewnętrzny pierwszego międzymorza jakim była I Rzeczpospolita zakończył się tragedią rozbiorów i ponad studwudziestoletnią niewolą. Obecnie Międzymorze przywoływane jest raczej w charakterze snu o potędze, wizji snutej ku pokrzepieniu serc i poprawie samopoczucia, niż realnej możliwości, którą przy zaangażowaniu odpowiednich środków można by zrealizować. Ot, taka terapia zbiorowa środowisk patriotycznych – jak to mogliśmy być, panie, silni i znaczący, tylko nam nie dali i wciąż nie dają.

Tymczasem, należy powiedzieć sobie jasno – bez jakiejś formy urzeczywistnienia sojuszu państw naszego regionu prędzej czy później czeka nas powtórka z traumatycznej przeszłości. Niestety, obecne elity polskie sprawiają wrażenie kompletnie wyzutych z poczucia podmiotowości – i dotyczy to w znacznej mierze również tzw. środowisk niepodległościowych. Można czasami odnieść wrażenie, że poszczególne opcje różnią się jedynie rozłożeniem akcentów i sympatiami, a nie generalnym podejściem do zagadnienia suwerennego bytu państwowego. Jak zauważyłem niegdyś w tekście „Czy Polskę stać na podmiotowość?” („Polska Niepodległa” nr 43/2014) cała aktywność międzynarodowa III RP sprowadzała się w zasadzie do zakotwiczenia nas w strukturach euroatlantyckich, które następnie miały już załatwić za nas wszelkie problemy. Taki fukuyamowski „koniec historii” na miarę naszych możliwości. Okazało się to szkodliwą mrzonką, o czym przekonujemy się od jakiegoś czasu, kiedy to zostaliśmy sprowadzeni do roli „obrotowego kondominium” rozgrywanego w trójkącie Niemcy-Rosja-USA. Obecnie zaś realizowana przez Niemcy pod przykrywką „pogłębiania integracji” współczesna wersja Mitteleuropy z jednej strony, oraz coraz bardziej agresywne zakusy imperialne Rosji z drugiej, przy indolencji USA i NATO, dobitnie pokazują, że nasz urlop od historii się skończył – i to już jakiś czas temu.

Dlatego rzecz nie w tym, by obijać się między Rusem, Prusem a Jankesem, będąc wiecznie skazanym na rolę narzędzia realizującego cudzą politykę, lecz by sformułować, a następnie wprowadzać w życie własne założenia strategiczne.

II. Między młyńskimi kamieniami

Jest to zadanie niezwykle trudne, znajdujemy się bowiem między młyńskimi kamieniami. Spójrzmy.

Na jakikolwiek sojusz, czy chociażby wypracowanie normalnych stosunków z Rosją nie ma co liczyć. Rosja może nas zaakceptować tylko w jednym przypadku – jeśli się jej całkowicie podporządkujemy. Z istnieniem Polski suwerennej, prowadzącej podmiotową politykę Rosja nigdy się nie pogodzi – taka Polska zawsze będzie traktowana jako obraza imperialnych ambicji. Nie ma też sensu silić się na jakiekolwiek pojednawcze gesty – takowe zawsze będą traktowane przez zakute, mongolskie łby jako oznaka słabości. Do zakutych, mongolskich łbów może trafić tylko jeden argument, powodując w nich pewne przewartościowania w postrzeganiu rzeczywistości – tym argumentem jest potężny cios w zęby, im mocniejszy, tym lepiej. Bez tego nic się nie zmieni. I takim ciosem powinno być powstanie Międzymorza hamującego raz na zawsze rosyjską ekspansję w regionie. Uprzedzając zarzuty – nie, to nie jest emocjonalna „rusofobia”, tylko realne skonstatowanie nieprzekraczalnych barier polityczno-cywilizacyjnych.

Podobnie rzecz się ma z Niemcami. Nie po to zrobiły sobie z nas własną kolonię w ramach „zjednoczonej Europy”, by teraz godzić się na jakąkolwiek emancypację Polski. Nasza rola jest jasno określona – mamy być gospodarczym dominium, spełniającym funkcję rynku zbytu, rezerwuaru taniej siły roboczej i źródła wyprowadzanych na różne sposoby dochodów. Przemysł ma jedynie dopełniać niemiecki potencjał na zasadzie: montownia pracująca dla Opla, czy fabryka produkująca jakieś podzespoły dla niemieckiego koncernu – owszem, natomiast własne stocznie konkurujące z niemieckimi, czy górnictwo zapewniające energetyczną niezależność – w żadnym wypadku. Politycznie jesteśmy od tego, by wspierać niemiecką hegemonizację kontynentu, czego poglądową lekcję zafundowali nam Tusk z Sikorskim.

Ze Stanami Zjednoczonymi sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, będziemy bowiem potrzebowali ich jako dźwigni na pierwszym etapie odzyskiwania suwerenności, oraz jako sojusznika – nie tylko formalnego, lecz rzeczywistego – w ramach NATO, niemniej i tu należy mieć na uwadze, że póki co jesteśmy dla nich jedynie środkiem uprawiania polityki w regionie, oczywiście pod warunkiem, że akurat są tą częścią świata zainteresowane. W przypadku przeniesienia ciężaru uwagi supermocarstwa gdzie indziej, zostajemy z miejsca pozbawieni jakiegokolwiek wsparcia, co czyni „strategiczny sojusz” fikcją i to kosztowną, a cenę ponosimy każdorazowo w postaci zdominowania przez potężnych sąsiadów ze wszystkimi tego konsekwencjami. Idę o zakład, że np. bez „resetu” Obamy nie byłoby Smoleńska i wszystkich fatalnych następstw zamachu określanych zbiorczym mianem „katastrofy posmoleńskiej”. Zatem, mając na uwadze potencjalne korzyści ze współpracy z USA, musimy przestać mylić sojusz z wasalizacją – a z tym mamy poważny problem i dotyczy on również proamerykańskiej części polskiej prawicy.

III. Region w rozsypce

Nie lepiej rysuje się sytuacja w regionie – czyli wśród państw, które docelowo miałyby Międzymorze współtworzyć. Z Litwą stosunki mamy złe, na co wpływa m.in. szowinistyczna polityka tamtejszych władz wobec polskiej mniejszości, będąca kompletnym przeciwieństwem polityki Polski wobec mniejszości litewskiej. Łotwa, Estonia – tu przynajmniej nie mamy zatargów, jednak „pribałtika” orientuje się coraz mocniej na Skandynawię. Białoruś jest zdominowana przez Moskwę, choć Łukaszenka co jakiś czas puszcza oko w naszą stronę i w miarę możliwości stara się stawiać Putinowi w rozmaitych kwestiach, co potencjalnie jest dla nas do wykorzystania. Ukraina jawnie już promuje kult banderowszczyzny, poza tym totalnie nas lekceważy, uznając nasze poparcie dla swych aspiracji albo za bez znaczenia, albo za coś oczywistego i darmowego. Dziś dla Ukrainy partnerem są Niemcy i potencjalnie USA, a nie Polska. Słowacja i Czechy są prorosyjskie, wspólnie z Austrią tworząc „trójkąt sławkowski”, którego osią jest sprzeciw wobec sankcji wymierzonych w Rosję. Węgry są do odzyskania, zostały w ramiona Rosji wepchnięte przez Zachód i po części Polskę, która zbyła milczeniem propozycję Orbana złożoną na jesieni 2010 roku podczas wizyty w Warszawie, kiedy to postulował regionalny sojusz – czyli coś na kształt Międzymorza właśnie. Rumunia – tu jest potencjał sojuszniczy, Bułgaria – równie prorosyjska jak Czechy czy Słowacja.

Jak z tego konglomeratu zlepić Międzymorze, sojusz zdolny oprzeć się rosyjsko-niemieckim dążeniom do podporządkowania sobie regionu w charakterze labilnej strefy wpływów? Cóż, wszystko jest kwestią odpowiedniej oferty w której muszą zostać skalkulowane takie podstawowe składniki jak atrakcyjność propozycji, potencjalne korzyści płynące z ich przyjęcia i ryzyko jakim są obarczone. Przy czym, należy mieć na uwadze, że dla różnych krajów potrzebne są różne warianty „marchewek” za którymi byłyby skłonne pójść. To, co jest atrakcyjne dla Litwy, niekoniecznie musi interesować Słowację, propozycja dla Ukrainy musi wyglądać inaczej, niż ta złożona Węgrom i tak dalej. To karkołomne zadanie, w dwudziestoleciu międzywojennym się nie powiodło, również z tej przyczyny, że między poszczególnymi państwami występują liczne animozje – np. problem mniejszości węgierskiej zawsze potencjalnie będzie ustawiał Budapeszt na kursie kolizyjnym z Bukaresztem, Bratysławą, czy Kijowem. O bałkańskim kotle nawet nie ma co wspominać, tu widziałbym potencjał głównie w Chorwacji (projekt gazoportu na wyspie Krk).

Jak widać, uwarunkowania startowe są potwornie ciężkie i budowa Międzymorza byłaby zadaniem tytanicznym nawet, gdyby Polska znajdowała się w o wiele lepszej kondycji wewnętrznej niż obecnie. Niemniej, uważam, że sformowanie takiego bloku geopolitycznego w mniej lub bardziej zaawansowanej formie jest realne – przy odpowiedniej determinacji, zręczności politycznej, no i oczywiście pod warunkiem, że historia da nam nieco czasu, którego zabrakło chociażby w międzywojniu. Konkretne propozycje pozytywne, jak przebyć ów długi marsz ku Międzymorzu, startując z miejsca w którym znajdujemy się obecnie, postaram się przedstawić w kolejnym tekście na który już dziś Państwa zapraszam.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.blog-n-roll.pl/pl/efta-%E2%80%93-alternatywa-dla-polski#.VS7lt_BvAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-podmiotowo%C5%9B%C4%87#.VS7lkfBvAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 15 (20.04-26.04.2015)