Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrada. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 grudnia 2017

Gorze zdrajcom!

Dziś zdrajcy kabotyńsko układają się na pluszowych krzyżach, konsumując jurgielt z niemieckich i sorosowskich fundacji.


I. Widmo Targowicy

Narodowcy z ONR, Młodzieży Wszechpolskiej i Ruchu Narodowego zorganizowali 26 listopada w Katowicach pikietę-happening podczas której powiesili na atrapach szubienic zdjęcia szóstki eurodeputowanych PO, głosujących za antypolską rezolucją Parlamentu Europejskiego: Michała Boniego, Danuty Hubner, Róży von Thun und Hohenstein, Danuty Jazłowieckiej, Barbary Kudryckiej i Julii Pitery. Ta symboliczna akcja wymierzona w jawnych zdrajców została oczywiście okrzyknięta „nienawistną”, a lewacki publicysta Jakub Majmurek spytał dramatycznie na łamach „Wyborczej”: „Czy obudzimy się, kiedy zaczną wieszać naprawdę?”. Nie dziwię się, że rodzimym targowiczątkom zrobiło się na widok szubienic słabo – oni sami najlepiej wiedzą, ile mają za uszami; wiedzą również, że gorliwe zabieganie w Brukseli i Berlinie o kolejne wrogie wobec Polski kroki jest jednoznacznie potępiane przez społeczną większość. Zdają sobie także sprawę z tego, że kulturowo są tutaj ciałem obcym i jedyną drogą, by powrócili do wpływów i dawnego znaczenia jest obca interwencja – może nie tyle militarna (dziś raczej trudno sobie to wyobrazić), ale w formie permanentnego nacisku i międzynarodowego grillowania obecnego rządu.

Tymczasem, narodowcy dali po prostu adekwatną i zgodną z historycznym kontekstem odpowiedź – dawno bowiem nawiązania do Konfederacji Targowickiej nie były w naszym życiu publicznym tak czytelne. Dotyczy to zarówno szukania pomocy u obcych potęg – z zastrzeżeniem, że dzisiaj Moskwa i Berlin zamieniły się miejscami i obecna caryca Katarzyna rezyduje w Berlinie, a stary Fryc w Moskwie - jak i uzasadniania narodowego zaprzaństwa. Każdy, kto zechciałby wyszukać treść aktu Targowicy, musiałby się zadumać nad jego aktualnością. Gdyby tylko uwspółcześnić język i realia, mielibyśmy propagandę obecnych mediów w skali 1:1. W akcie konfederacji aż roi się od wyrazów troski o państwo, mamy odniesienia do zagrożenia swobód obywatelskich i rysujące się widmo rzekomej tyranii – wypisz wymaluj, nagłówki z „Wyborczej” czy funkcjonujących nad Wisłą niemieckich gazet dla Polaków. Przekaz zagranicznych ośrodków także pokrywa się z tym z okresu rozbiorów – Polacy to ciemny, nietolerancyjny motłoch i dla dobra nich samych oraz Europy powinni zostać wzięci pod kuratelę „oświeconych” władców, dziś uosabianych przez Komisję Europejską. Międzynarodowa histeria rozpętana po Marszu Niepodległości na tle kilku transparentów mówi tu sama za siebie – i ma podobny cel: zohydzenie i pacyfikację polskich narodowych aspiracji idących pod prąd interesów możnych tego świata.


II. Rachunek za zdradę

Pozostając jeszcze przy historycznych analogiach. Polacy „podziękowali” targowiczanom podczas Insurekcji Kościuszkowskiej. 25 kwietnia 1794 r. w Wilnie przed ratuszem miejskim powieszony został hetman wielki litewski Szymon Kossakowski. 9 maja tegoż roku na Rynku Starego Miasta w Warszawie straceni zostali Piotr Ożarowski (hetman wielki koronny), Józef Ankwicz (marszałek Rady Nieustającej), Józef Zabiełło (hetman polny litewski), do tego przed kościołem św. Anny zawisł biskup inflancki Józef Kazimierz Kossakowski po uprzednim zdjęciu święceń kapłańskich. Wymienieni zawiśli po procesach sądowych, lecz 28 czerwca 1794 r. warszawski lud sam wymierzył sprawiedliwość kolejnym sprzedawczykom. Przed kościołem św. Anny zadyndali wówczas na powrozie m.in.: Ignacy Massalski (biskup wileński), Antoni Czetwertyński (kasztelan przemyski), szambelan Stefan Grabowski czy rosyjski szpieg Marceli Piętka.

Dodać trzeba, że targowicka „wierchuszka” w osobach Stanisława Szczęsnego Potockiego, Franciszka Ksawerego Branickiego, Stanisława Rzewuskiego i innych uniknęła śmierci, w porę uciekając przed sprawiedliwością. Wyrok na nich został wykonany „in effigie” - czyli poprzez powieszenie na szubienicy ich portretów. Taka „zastępcza egzekucja” była przyjęta w ówczesnym porządku prawnym, gdy skazany był nieosiągalny dla wymiaru sprawiedliwości. I do tych właśnie konotacji historycznych odwołali się narodowcy podczas wspomnianej na wstępie demonstracji w Katowicach. Dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie broni historycznych zdrajców – nawet tych, którzy padli ofiarą samosądu rozgniewanego tłumu. I jestem przekonany, że potomni należycie ocenią również dzisiejszych sprzedawczyków, którzy zarzuty o „współczesną targowicę” zwykli zbywać w poczuciu bezkarności ironicznym śmiechem, na zmianę z teatralnymi atakami histerii.


III. Gorze zdrajcom!

Warto nadmienić, że insurekcyjne procesy były możliwe dzięki zajęciu archiwum rosyjskiej ambasady, gdzie czarno na białym skrupulatnie odnotowano, kto, kiedy, ile i za co przyjął od ościennej potęgi. Teraz wszystko odbywa się „na legalu”. Współczesne jurgielty wypłacane są w postaci grantów, możliwości kariery, stanowisk w fundacjach, suto opłacanych publikacji itp. - co nie czyni zdrady mniej odrażającą. Ludzie ci dali wielokrotnie dowody zaniku elementarnych państwowych instynktów. Wystarczy wspomnieć, kto wspierał ubiegłoroczny „ciamajdan”, kto podżegał do siłowej rozprawy z legalnym rządem i kto słał wiernopoddańcze listy do obcych ośrodków, zachęcając do szczucia na własny kraj. Weźmy dla przykładu publicystę „Wyborczej”, Bartosza T. Wielińskiego, który słynie z tego, że w żadnej spornej sprawie nie staje po stronie Polski. To on w styczniu 2016 r. na łamach niemieckiego dziennika „Sueddeutsche Zeitung” wzywał „Nie milczcie, proszę”, prosząc „europejską rodzinę” o interwencję – trzeźwo przy tym zauważał, że zostanie okrzyknięty „folksdojczem”, lecz poczytywał to sobie za „wyróżnienie”, wyrażając zarazem żal, że niemieccy politycy „obawiają się napominać Polskę głośno”. Uspokajam pana Bartosza – od tego Angela Merkel ma swych politycznych kundli w Brukseli, z Verhofstadtem, Timmermansem, Junckerem i Tuskiem na czele, by wysługiwać się nimi przy tego typu brudnej robocie. Tenże dziennikarz po ostatnim sabacie w Strasburgu nawoływał polityków Platformy, by „podnieśli czoło i robili swoje”, dodając, że trzeba przywyknąć do nazywania zdrajcami, bo dziś to jest „komplement”. Wcześniej z kolei na łamach „New York Timesa” wzywał prezydenta Trumpa, by zbeształ polski rząd w swym warszawskim przemówieniu.

To od takich jak on popłynęły po Marszu Niepodległości sygnały skwapliwie podchwycone przez światowe ośrodki propagandowe głoszące że w Polsce rodzi się „faszyzm”, a ulicami Warszawy przeszło „60 tys. nazistów” i „zwolenników supremacji białej rasy”. Tu przypomnę, że w październiku 2010 r. zupełnie poważnie projekt swoistej „kulturowej segregacji” i „wewnątrzpolskiego apartheidu”, zgłosił salonowy politolog, prof. Radosław Markowski w rozmowie z Agnieszką Kublik. „Nie jest nam potrzebna sztuczna jedność. Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić. Razem się już nie da” - stwierdził, postulując, że skoro „oświeceni” i „mohery” muszą już dzielić wspólne terytorium, to niech mają swoje oddzielne instytucje i niech osobno płacą na nie podatki. Mamy tu totalne wyobcowanie z poczucia narodowej wspólnoty i ten typ myślenia jest wciąż aktualny – dla „drugiej strony” Polska w której odsunięci są od wpływów nie jest ich Polską i skłonni są usprawiedliwić każde przeniewierstwo i zdradę, o ile ma ona na celu przywrócenie naturalnego w ich osądzie porządku rzeczy. Przekonanie to zresztą podzielają razem z europejskimi lewackimi elitami, z którymi czują powinowactwo bliższe i głębsze, niż z rodzimym „ciemnogrodem”, niczym komunistyczni internacjonaliści ze Związkiem Sowieckim.

Dziś kabotyńsko układają się na pluszowych krzyżach, konsumując jurgielt z niemieckich i sorosowskich fundacji i dostając spektakularnych spazmów, gdy ktoś im pomacha przed nosem widmem targowickiej historii. Powiem tak – gdyby któregoś dnia zrewoltowany tłum wtargnął do tych wszystkich sprzedajnych redakcji i gabinetów, wywlókł na ulice ich rezydentów i udekorował nimi okoliczne latarnie, nawet nie drgnęła by mi powieka. Gorze zdrajcom!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (01-07.12.2017)

sobota, 11 czerwca 2016

Ta uciążliwa suwerenność

Jak wyobrażamy sobie dalsze funkcjonowanie w Unii pod nieustanną presją brukselskiego szantażu?

Mało kiedy można spotkać tak otwartą autodemaskację, jak ta, która miała miejsce podczas sejmowej debaty nad uchwałą o obronie suwerenności. Posłanka Agnieszka Pomaska drąca na mównicy projekt uchwały już na stałe wpisze się w polski krajobraz polityczny jako symbol stosunku establishmentu III RP do kwestii podmiotowości własnego kraju („tego kraju” w nomenklaturze tzw. „Polski jasnej”). Przy tym, posłanka Pomaska, szczera w swej głupocie, objawiła jedynie publicznie to, co w jej środowisku formułowane jest po cichu. W ich języku nie istnieje słowo „zdrada” - bo też i nie istnieje dla nich pojęcie ojczyzny, którą mieliby zdradzić. Obszar Rzeczypospolitej jest dla nich jedynie terytorium zamieszkałym przez jakichś bliżej niesprecyzowanych autochtonów, żywioł, któremu trzeba się raz na jakiś czas podlizać, by wydębić głosy wyborcze, ale którym jednocześnie się pogardza do samych trzewi – tym bardziej, że samemu się spośród owego „żywiołu” wyszło. „Odseparowujesz się od tego folkloru, od tego syfu” - słowa Jacka Krawca z rozmowy z Pawłem Grasiem o brukselskiej karierze Tuska są doskonałym podsumowaniem tego podejścia oraz aspiracji napędzających całe środowisko.

Skoro zatem Polska jawi się w ich oczach jako bantustan do drenowania, żerowisko przynależne im – o czym są głęboko przekonani – z racji przynależności do „lepszego towarzystwa”, to nic dziwnego, że każda wzmianka o suwerenności wywołuje ich drwiący uśmieszek (kiedy są u wpływów i władzy), bądź wściekłość i agresję (gdy zostali odsunięci od koryta). Dzieje się tak dlatego, że z ich punktu widzenia suwerenna Polska jest zagrożeniem dla ich żywotnych interesów. Są kastą kompradorską, postkolonialną elitą zastępczą, osobiste kariery tej warstwy są uzależnione od przychylności zagranicznych ośrodków, którym się wysługuje – i to jest prawdziwe oblicze „murzyńskości” o jakiej mówił w innej z podsłuchanych rozmów Radosław Sikorski. Zerwanie przez Polskę owych nitek podległości siłą rzeczy oddala widoki na powrót do żłoba – i stąd to potępieńcze wycie na dźwięk słowa „suwerenność”. Klasa zarządzająca do niedawno nadwiślańską kolonią, owa warstwa „lepszych Murzynów”, nie chce suwerenności, niepodległości, podmiotowości – bo to trudne i nieopłacalne. Doskonale wiedzą, że akurat oni nie są „temu krajowi” do niczego potrzebni – potrzebni są jedynie Berlinowi i Brukseli jako gwaranci zachowania obcych wpływów, a cała ich nadzieja w tym, że na skutek zewnętrznych nacisków w jakiś sposób wrócą na posady i do kręcenia lodów.

W takiej sytuacji logiczne jest, że gros swej energii, prócz ekscytowania społecznych niepokojów, koncentrują na antyszambrowaniu w brukselskich korytarzach i nakręcaniu antypolskich inicjatyw w ramach metody znanej jako „ulica i zagranica”, co oczywiście spotyka się z życzliwym przyjęciem europejskich mandarynów, pozostających z kolei politycznym narzędziem Berlina. Najnowszym tego przykładem jest wyciek pisma Trybunału Konstytucyjnego z instruktażem, jak w Brukseli należy zapatrywać się na nowelizację ustawy o TK i wizyta delegacji kodowców u Tuska. Skoro w ich świadomości nie istnieje coś takiego jak zdrada, ojczyzna i suwerenność – to niby co miałoby ich ograniczać?

Co do samej uchwały – jest to oczywiście symboliczny, polityczny gest, ale m.in. z takich gestów składa się polityka zagraniczna. Trudno sobie wyobrazić, by polskie władze zareagowały w inny sposób na ewidentny dowód, że Komisja Europejska nie szuka żadnego „kompromisu”, tylko oczekuje bezwzględnego podporządkowania się jej dyktatowi. Wszelkie rozmowy ze strony tego gremium były jedynie pozorowaniem „dialogu”, a stanowisko końcowe zostało z góry przygotowane, zaś jego radykalny język sugeruje, że sformułowano je w gabinecie politycznym Platformy. Jeżeli stawia się nam ultimatum w stylu „albo do poniedziałku spełnicie nasze żądania, albo wypowiemy wam wojnę” - bo do tego sprowadza się groźba Timmermansa i reszty brukselskich „guyów”, że „wydadzą opinię” w kwestii naszej praworządności – to jakiekolwiek ustępstwa nie wchodzą w rachubę, oznaczałoby to bowiem kapitulację i byłoby sygnałem, że można nas „dociskać” również w innych sprawach.

Teraz pora na montowanie koalicji. Wprawdzie Węgry już wcześniej ogłosiły, że nie poprą żadnych sankcji wobec Polski w Radzie Europejskiej, ale dobrze byłoby nie być uzależnionym od jednego państwa. Tu Grupa Wyszehradzka powinna mówić jednym głosem – tak jak w sprawie imigrantów. Warto uświadomić naszym sąsiadom z Czech i Słowacji, że za chwilę również i oni mogą pod byle pretekstem stać się ofiarami podobnego ostrzału. No a nade wszystko należy rozważyć podstawowy problem: jak wyobrażamy sobie dalsze funkcjonowanie w Unii pod nieustanną presją brukselskiego szantażu?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr nr 21 (27.05-02.06.2016)

sobota, 9 kwietnia 2016

Pozarządowe agentury wpływu

Organizacje pozarządowe są specjalną, można by rzec, zinstytucjonalizowaną formą agentury wpływu.

Agentura wpływu, jak wiadomo, tym m.in. różni się od agentury „zwyczajnej”, że funkcjonuje jawnie, zaś sferą jej aktywności jest oddziaływanie na procesy decyzyjne w danym kraju – już to przez doradztwo odpowiednio ustawionych ekspertów, już to przez wygłaszanie opinii na forum publicznym, publikacje, media itd. Specyfiką tej „branży” jest również to, że agenta wpływu trudno złapać za rękę. Formalnie bowiem może to być intelektualista, twórca, naukowiec, autorytet w danej dziedzinie, bądź jakakolwiek osoba publiczna, która po prostu dzieli się swymi przemyśleniami i poglądami na szereg spraw. Nie wykrada tajemnic państwowych, często nawet nie pobiera wprost wynagrodzenia, kontentując się ułatwieniami w karierze, możliwością publikacji, grantami, stypendiami od różnych instytucji itd. Przykładowo, kilka lat temu Gazprom powołał wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim specjalny program stypendialny dla doktorantów. Wolno mu? Wolno. I kto po latach udowodni, że taki były stypendysta przekonując w mediach do korzyści płynących z kupowania rosyjskiego gazu, bądź kręcąc się w otoczeniu ministra, pod pozorem „eksperckich” analiz wypełnia w istocie zadania wyznaczone mu przez sponsora?

Specjalną, można by rzec, zinstytucjonalizowaną formą agentury wpływu są organizacje pozarządowe (zwane też z angielska NGO - non-government organization). Po czym odróżnić organizację agenturalną od nieszkodliwej? M.in. po tym, że jej prawdziwe cele są odmienne od deklarowanych. „Statutowo” taka organizacja może zajmować się wymianą kulturalną, fundowaniem stypendiów dla młodych twórców, ochroną środowiska, „krzewieniem społeczeństwa obywatelskiego”, obroną praw człowieka – i faktycznie, na co dzień tym rzeczywiście się para, choćby po to, by się uwiarygodnić. Prawdziwe oblicze odkrywa z reguły w momencie jakiegoś kryzysu, przesilenia, gdy zagrożone są interesy jej mocodawców. A że w międzyczasie przywiązała do siebie tabun artystów, naukowców itd., dokładając do tego codzienny wysiłek propagandowy i urabiając różnymi kanałami w pożądanym duchu opinię publiczną – to i jej siła oddziaływania może być potężna.

Z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie w Polsce. Proszę zwrócić uwagę na nagłą aktywizację tych wszystkich Fundacji Helsińskich, Amnesty International, Fundacji Batorego, Panoptykonów – wszyscy jak jeden stają nagle „w obronie demokracji” wspierając stricte polityczną akcję KOD-u i współmaszerujących partii opozycyjnych – PO i Nowoczesnej. Łączy ich jeden, podstawowy cel – obalić rząd PiS i przywrócić dotychczasowe statu quo, w którym to dziele wspiera je jednomyślnie niemiecki mainstream medialny. Rzeczone NGO'sy łączą także zagraniczne źródła finansowania. Za rządów PO-PSL siedziały cichutko, za nic mając chociażby próby policyjnego rozpędzania Marszy Niepodległości, aresztowania pod dętymi zarzutami ich uczestników, akcje policyjne wymierzone w środowiska kibicowskie, czy grzywny za „obrażanie konstytucyjnego organu państwa” hasłem „Donald matole, twój rząd obalą kibole”. Nie, wtedy ich główną troską była walka z „nietolerancją”, „homofobią”, tudzież innymi tego typu wynalazkami.

A teraz weźmy sam KOD. Ze sprawozdania finansowego na dzień 31.01.2016 wynika, iż z internetowego crowdfundingu organizacja zebrała 172 894,00 zł, z bezpośrednich wpłat na konto - 52 382,93 zł, ze zbiórek publicznych - 116 169,61 zł. Łącznie – 341 446,54 zł. Wszystko to w ciągu niecałych dwóch miesięcy – przypomnę, że „komitet społeczny” KOD-u powstał 07 grudnia 2015 r. Obecnie tylko na internetowej „zrzutce” widnieje kwota ponad 202 tys. zł. Ale to jeszcze nic – podczas marszu w obronie Wałęsy do „puszek” miano zebrać (podkreślę – jednorazowo!)... 165 tys. zł. I to wszystko przy frekwencji ok. 15 tys. osób (opowieści ratusza o 80 tys. można włożyć między bajki). Do czego zmierzam? Ano, do tego, że takie „puszki” są znakomitą metodą „legalizowania” funduszy płynących skądinąd. Wnioski wyciągnijcie sobie Państwo sami.

Bóg mi świadkiem, że nie należę do wielbicieli Putina, ale warto tu przypomnieć jego pacyfikację sponsorowanych z zagranicy różnych organizacji „obywatelskich” funkcjonujących w Rosji. Uznano je po prostu ustawowo za obcą agenturę, robiącą „podgatowkę” pod „kolorową rewolucję”. Oberwało się utrzymankom Sorosa, lecz także np. niemieckim fundacjom Adenauera i Friedricha Eberta afiliowanym przy CDU i SPD. Z naszego punktu widzenia źle się stało, bo lepiej, gdyby te agentury rozkładały wciąż Rosję od wewnątrz, lecz z perspektywy Rosji i samego Putina, był to ruch jak najbardziej zasadny. No i teraz pytanie – czy będziemy mieli dość determinacji, by zabrać się za działające u nas jaczejki, zanim urządzą nam tutaj finansowany przez nie-wiadomo-kogo „majdan”?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/346/organizacje-pozarzadowe-jako-agentura-wplywu

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3591-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (18-24.03.2016)

wtorek, 13 października 2015

Opuścić Eurokołchoz!

Eurokołchoz niech się dławi własnym tłuszczem i gnije rozdrapywany przez hordy muzułmańskich najeźdźców. BEZ NAS.

I. Grupa, której nie było

Twór międzynarodowy o nazwie Grupa Wyszehradzka został zaprojektowany jako byt wirtualny - stworzony do robienia dobrego wrażenia na użytek maluczkich, wspólnych fotografii – lecz, nie daj Boże, do ustalania jakichś regionalnych strategii. Do czego służą takie wirtualne byty? Otóż, są one kanałami transmisyjnymi. Geopolityczne „byty wyższe” za pomocą różnych „grup wyszehradzkich” komunikują się z bytami niższymi i zgłaszają im swe zapotrzebowania. A to na wykup zasobów interioru, to znów na siłę roboczą... oraz podbechtują aspiracje. Aspiracji nie należy lekceważyć - to dzięki nim klasa polityczna była tak zdeterminowana, by dołączyć do „lepszego świata”, w czym miała poparcie społecznej, również aspirującej, większości. Przypomnijmy sobie chociażby tęskne westchnienia zarejestrowane u „Sowy i Przyjaciół”, by trafić do Brukseli i zostać wreszcie „dużym misiem” oraz zostawić za sobą „ten cały syf” i „folklor”. Społeczna większość została oszukana, klasa polityczna się wyżywiła... ale to temat na osobną pogadankę. W każdym razie, bodaj jedynym konkretem, jaki urodził się w wyniku funkcjonowania Grupy Wyszehradzkiej było zawarte w 1992 roku Środkowoeuropejskie Porozumienie o Wolnym Handlu (CEFTA). Aspiracja została zinstytucjonalizowana na poziomie międzypaństwowym, jako wstępny krok do Unii, oraz poręczne narzędzie samodysplinowania się. Tak, niewątpliwie w mechanizmie integracyjnym, konstruowanym ponad naszymi głowami, Grupa Wyszehradzka bywała przydatnym instrumentem.

Po wejściu do struktur euroatlantyckich aspiracyjne spoiwo przestało istnieć i każdy skupił się na zabieganiu w brukselskich korytarzach o własne, partykularne interesy. Zresztą, Polska, Czechy, Słowacja oraz Węgry i tak często radykalnie różniły się między sobą w politycznych kierunkach, choćby wobec Rosji, choć wszystkie pospołu były intensywnie kolonizowane politycznie i gospodarczo zarówno ze wschodu jak i z zachodu, co Węgry omal nie doprowadziło do bankructwa. Z biegiem lat okazało się, że wszystkie państwa Grupy zaczynają jakoś tak coraz ciaśniej orbitować wokół już nawet nie tyle Brukseli, co Berlina. O czym więc miano dyskutować, a zwłaszcza – decydować, skoro wskutek „integracji” pogłębiającej się nieuchronnie niczym dół cmentarny i wzrastających wpływów Niemiec wracających w nowych warunkach do projektu Mitteleuropy, zostawiono w naszej gestii co najwyżej jakieś trzeciorzędne sprawy?

Swoją rolę odegrały tu również kolonialne, lokalne elity poszczególnych państw, nie zainteresowane zdefiniowaniem wspólnego obszaru interesów, których warto by bronić pod szyldem Grupy. Nawet w kwestii Traktatu Lizbońskiego dogadywali się między sobą co najwyżej Lech Kaczyński z Vaclavem Klausem, przy bierności Słowacji i Węgier, za to pod potężnym polityczno-medialnym ostrzałem zarówno zewnętrznym, jak i wewnętrznym. Nie byliśmy w stanie namówić partnerów z pozostałych stolic do aktywnego lobbowania na rzecz Ukrainy czy Gruzji i redukowania wpływów rosyjskich, co wiązało się z wejściem na kurs kolizyjny z Kremlem trzymającym rękę na gazowym kurku. Być może traktowano to jako awanturniczą dywersję inspirowaną przez Stany Zjednoczone (pamiętajmy, że w naszej sympatii do USA byliśmy wyjątkiem). Nieobecność przedstawicieli Czech, Słowacji i Węgier w Tbilisi w 2008 była wymowna. My z kolei zbyliśmy milczeniem propozycję regionalnego sojuszu złożoną jesienią 2010 roku w Warszawie przez Viktora Orbana podczas jego pierwszej zagranicznej podróży – rząd Tuska od lat był już wtedy na niemieckim kursie, uzupełnionym przez dopiero co wybranego Komorowskiego o gwarancję respektowania interesów rosyjskich i nie w głowie były mu jakieś tam Węgry... i tak to się turlało.

II. Aborcja sojuszu

Grupa Wyszehradzka była więc forum dekoracyjnym, pozbawionym jakiejkolwiek mocy sprawczej i co najważniejsze – woli, by wypełnić je jakąkolwiek realną treścią. Aż nagle wybuchł kryzys imigracyjny w trakcie którego Berlin zerwał z ostatnimi pozorami i pokazał jasno kto w tej całej Unii rządzi, kogo i kiedy obowiązują traktaty; instytucje unijne ostentacyjnie wręcz ujawniły się jako polityczne narzędzie Niemiec służące tresowaniu Europy w ramach „solidarności”, pojawiły się – niespotykane dotąd - groźby użycia siły, obcięcia funduszy strukturalnych itd. I wtedy stał się cud – Grupa Wyszehradzka zmartwychwstała i przemówiła jednym głosem. Głosem tym przemawiała również Ewa Kopacz, bo inaczej w danym momencie nie wypadało, wyczekując jednocześnie na wytyczne z brukselskiej kwatery Tuska. A potem, gdy instrukcje już nadeszły – bez żenady zdradziła swych sojuszników.

Ewa Kopacz na rozkaz Donalda Tuska, będącego z kolei pasem transmisyjnym Angeli Merkel, złożyła Grupę Wyszehradzką do grobu, zanim ta zdążyła się tak naprawdę odrodzić. Abortowała ją po prostu. Była to zdrada w najczystszej postaci – i gdyby to była chociaż zdrada w interesie Polski, można by taki ruch zrozumieć. Polityka międzynarodowa nie zna pojęcia honoru, czy przyjaźni – to kategorie z dziedziny prywatnej, międzyludzkiej, zupełnie nieadekwatne do relacji między państwami. Kategorią adekwatną do poruszania się po arenie międzynarodowej jest pojęcie interesu. I właśnie w obliczu dyktatu Berlina w sprawie imigranckich „kwot” nasze interesy w ramach Grupy Wyszehradzkiej były zbieżne jak nigdy. Mamy więc przeniewierstwo dubeltowe – nie tylko względem koalicjantów, lecz przede wszystkim wobec polskiego interesu narodowego. A wystąpienie przeciw interesom własnego kraju kwalifikuje się jako zdradę stanu.

Ten wspólny opór przeciwko niemieckiej hegemonii do którego pretekst dał problem imigracji mógł się stać zarzewiem bardziej trwałego sojuszu. Z czterema kluczowymi krajami Europy Środkowej Niemcy nie dałyby sobie tak łatwo rady. Przy wszystkich różnicach, była szansa na wypracowanie modelu współdziałania w ramach Unii - przynajmniej w jakichś kluczowych dla wszystkich obszarach. Takim czynnikiem spajającym mogła się stać obawa przed niemiecką dominacją. Tymczasem, dzięki rejteradzie Polski, kanclerz Merkel wykorzystała swą supremację, przeforsowując bardzo niebezpieczny dla słabszych krajów precedens – obarczania ich konsekwencjami niemieckiej polityki, przy zachowaniu całkowitej swobody Berlina, czego świeży dowód otrzymaliśmy w postaci umowy na gazociąg Nord Stream 2. Jak słusznie zauważono przy tej okazji – europejska solidarność leży dziś na dnie Bałtyku. My zaś – bo w stolicach regionu zostało to odczytane nie jako posunięcie pani Ewy Kopacz, lecz jako działanie polskiego państwa – wyrzuciliśmy rodzący się sojusz do kosza. Skutki tego co zaszło będą do nas wracały w najróżniejszych sytuacjach jeszcze przez długie lata. Podkreślam – w opisie tej sytuacji nie chodzi o czcze emocje, lecz o sprzeniewierzenie się przez nominalnie polski rząd najbardziej żywotnym interesom naszego kraju.

III. Opuścić eurokołchoz!

Odbudować ledwie co zarysowującą się wspólnotę regionalną będzie, po ciosie jaki na zlecenie Niemiec zadała jej Ewa Kopacz, niezwykle trudno. Jest to jednak konieczne z podstawowego względu: będziemy musieli wkrótce opuścić Unię Europejską i dobrze byłoby, gdybyśmy uczynili to w większym gronie krajów. Realnie funkcjonująca Grupa Wyszehradzka byłaby bardzo dobrym narzędziem takiego „exitu”. Celem Polski i szerzej – naszej części Europy - w najbliższych latach powinno być opracowanie strategii wyjścia ze struktur UE i przeniesienie się do EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu - obecnie należą do niego Norwegia, Islandia, Liechtenstein i Szwajcaria), które wraz z UE tworzy Europejski Obszar Gospodarczy. Zachowalibyśmy wówczas korzyści związane z wymianą handlową z krajami Europy, a pozbylibyśmy się biurokratyczno-politycznej „czapy” Brukseli i – zwłaszcza – Berlina. Zamiast obijać się niczym pijany między trójkątem Berlin-Moskwa-Waszyngton, winniśmy stanąć na własnych nogach i nawiązać możliwie ścisłą współpracę ze Skandynawią, która również ma powoli dosyć europejskich dobrodziejstw i hegemonii Niemiec.

Co tak naprawdę trzyma nas w UE? Poza wymianą handlową (której w ramach EOG nie stracimy) dwie sprawy: strefa Schengen i unijne fundusze. Dla tych dwóch korzyści pozwalamy się kolonizować międzynarodowym koncernom, patrzymy biernie na wyprowadzanie z Polski miliardów dolarów rocznie, prowadzimy politykę wasalną wobec Niemiec z pogwałceniem własnych interesów i wdrażamy miliardy prawnych kretynizmów produkowanych przez brukselską administrację. Lecz teraz Schengen rozpada się na naszych oczach – strefę rozwaliły Niemcy swą idiotyczną polityką (najpierw otwierając granice dla „uchodźców”, by potem na gwałtu-rety owe granice zamykać). Europejskie fundusze natomiast skończą się w 2020 wraz z wygaśnięciem obecnej perspektywy finansowej Unii. I właśnie po 2020 roku winniśmy Brukseli podziękować za współpracę. A eurokołchoz niech się dławi własnym tłuszczem i gnije rozdrapywany przez hordy muzułmańskich najeźdźców. BEZ NAS.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„EFTA – alternatywa dla Polski?”

„Projekt „Międzymorze” - strategiczny cel Polski”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 38 (30.09-06.10.2015)

niedziela, 7 lutego 2010

Kres pomarańczowej Ukrainy.


Pomarańczowa rewolucja a legenda „Solidarności".

Co się dzieje z Ukrainą? To pytanie zadawali sobie od 2005r. liczni komentatorzy, w miarę pogłębiających się rozdźwięków w ekipie „pomarańczowych”, które w końcu przerodziły się w otwartą polityczną wojnę na śmierć i życie między obozami Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko, na czym, siłą rzeczy, skorzystał ten trzeci – Wiktor Janukowycz. Ten sam, którego zrewoltowany tłum zgromadzony na Kijowskim Majdanie Niepodległości ledwie kilka lat wcześniej zmusił do powtórzenia drugiej tury wyborów i odejścia – jak się wtedy zdawało – na śmietnik historii.

Dziś, tenże Janukowycz, powraca triumfalnie i wedle wszelkich znaków, pewnie zmierza do objęcia prezydentury. I to bez uciekania się do wyborczych fałszerstw. Jego Partia Regionów – oligarchiczna, promoskiewska jaczejka, zdobyła znaczącą reprezentację parlamentarną już wcześniej.

Co się stało z Pomarańczową Rewolucją? – jeszcze kilka lat temu załamywali ręce analitycy, podając miliony uczonych politologiczno – socjologicznych wyjaśnień, za wyjątkiem tego jednego, najbardziej oczywistego, rzucającego się w oczy. Odpowiedź zaś jest prosta, jak w pysk dał. Staranne unikanie jej wiele mówi o stanie dusz i umysłów nadwiślańskich elit, które jak ognia, mimo upływu lat, unikają uczciwego spojrzenia w lustro.

Dziś nikt nie załamuje rąk. Ustały biadolenia. Każdy patrzy chłodno, kto tu kogo na Ukrainie, z przeproszeniem, wydyma, i jakie będą tego skutki.

Garść analogii.

A zatem zapytam ja: co się stało z Pomarańczową Rewolucją? I odpowiem: ano, stało się z nią dokładnie to samo, co z legendą „Solidarności”.

I Pomarańczowa Rewolucja i „Solidarność” zakończyły się „historycznymi kompromisami” (tam – zakulisowe rozmowy w Kijowie z mediatorami pokroju Kwaśniewskiego i Wałęsy, u nas – Okrągły Stół).

W obu przypadkach „zwycięstwa”, których akuszerami były społeczeństwa, dając temu wyraz, czy to w polskich czerwcowych wyborach z 1989r., czy to w powtórzonych wyborach prezydenckich na Ukrainie z roku 2005, zostały z miejsca zawłaszczone przez wyniesione do władzy elity.

Te same elity doprowadziły w krótkim czasie do totalnego zohydzenia w ludzkich oczach legendy, którą ci ludzie w znacznej mierze współtworzyli.

W efekcie nastąpił zwrot nastrojów społecznych o 180 stopni, co poskutkowało powrotem do władzy postkomunistów (Polska, rok 1993 – trochę ponad 3 lata od „przełomu” i „historycznego kompromisu”) i Partii Regionów (w 2006 – zaledwie rok po „pomarańczowym Majdanie Niepodległości” premierem został Wiktor Janukowycz.) Owszem, był to efekt doraźnych koalicyjek, zaś potem Juszczenko rozpisał przedterminowe wybory, po których w wyniku wcześniejszego zawiązania się innych koalicyjek (Blok Julii Tymoszenko) premierem została Julia Tymoszenko i zgodnie z polityczną logiką z miejsca stała się śmiertelną wroginią Juszczenki – ale ja nie o tym. Ja o tym, w jaki sposób zmarnotrawiono społeczny entuzjazm i utopiono go w politycznym sosie.

Jedźmy dalej. W Polsce, w 1995r., niecałe 6 lat po Okrągłym Stole na fali społecznego zniechęcenia do wszystkiego, co wiąże się z „solidaruchami”, prezydentem zostaje były partyjny aparatczyk, a prywatnie, drobny moczymorda – Aleksander Kwaśniewski. Prezydentura trwa przez 2 kadencje i gdyby nie konstytucyjne ograniczenia, potrwałaby pewnie znacznie dłużej.

Na Ukrainie, 5 lat po „pomarańczowej”, prezydentem najpewniej zostanie Wiktor Janukowycz. Ten sam, przeciw któremu (i uzależnieniu od Rosji, którego był symbolem) wywołano rewolucję na kijowskim Majdanie, której współtowarzyszyły demonstracje we Lwowie i innych miastach - nawet w Doniecku, „zagłębiu” Janukowycza. Ukraińska prasa wieściła wtedy „narodziny Narodu”. Dziś ten sam Naród nie może patrzeć na „pomarańczowych”, podobnie jak Polacy w pewnym momencie mieli powyżej uszu „solidaruchów”.

Zresztą, nawet gdyby wygrała Julia Tymoszenko, to przez te kilka lat tak intensywnie się „odpomarańczowiła” (dlatego ma dobre wyniki w sondażach), że nie zrobi to większej różnicy. Juszczenko natomiast powtórzył spektakularnie drogę Wałęsy – od bohatera do zera.

Syndrom „zdrady elit”.


Kluczowym elementem łączącym zjawiska odwrotu od „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie i zerwanie społecznej więzi z legendą „Solidarności” w Polsce, jest zjawisko, które hasłowo określa się niekiedy mianem „zdrady elit”.

Owo społeczne poczucie zdrady nie sprowadza się, bynajmniej, tylko do kwestii ekonomicznych, jak chętnie trywializują okołosalonowi publicyści – że niby to „bydłu”, tudzież „motłochowi” zabrakło pełnej michy, że wydawało się im, iż od jutra będzie dobrobyt „jak na Zachodzie”, a przecież wiadomo – dobrobytu z dnia na dzień być nie może.

O wiele istotniejszym czynnikiem jest poczucie, często nie do końca uświadamiane, instynktowne raczej, że elity przed chwilą ustawiające się w roli trybunów ludowych, na plecach tegoż ludu dorwały się do władzy i przywilejów zastrzeżonych do niedawna dla „onych” i jęły ochoczo z nich korzystać, kłócąc się przy tym, niczym stado świń przy korycie, jednocześnie coraz wyraźniej dając do zrozumienia, że „prosty” vel „ciemny” „lud” mają w głębokiej pogardzie.

Oto, niedawni herosi („solidarnościowi”, „pomarańczowi”), poczuwszy splendory i konfitury, dają nagle w nieskrępowany sposób upust swym najgorszym cechom. „Czerń wyborcza” staje się świadkiem erupcji najgorszych plag życia publicznego, które miały wszak zniknąć, gdy zwyciężą „nasi”: chciwości, arogancji, zadufania, ambicjonerstwa, zacietrzewienia, pazerności na mamonę zaszczyty i władzę, korupcji, chwiejności, małostkowości, zawiści, usitwowienia, wyrządzanych sobie nawzajem łotrostw… długo by można ciągnąć tę wyliczankę.

Hołdowanie tym wszystkim plagom, którym gawiedź początkowo przypatrywała się z niedowierzaniem, rozdziawiając gęby („To wy tacy jesteście? Nasi bohaterowie?”), a potem zwolna zwierając pięści („O, wy sukinsyny… za naszą krwawicę?) – to w odbiorze społecznym nic innego, tylko bezczelne naigrawanie się z tych, którzy nie załapali się na „przemianę” i pozostali w robociarskich kombinezonach w zdewastowanych zakładach pracy – czy to na Śląsku, czy w Donbasie.

W Polsce dołożył się do tego kolejny czynnik – notoryczne połajanki i pouczania płynące z intelektualnych Parnasów, które „ludowi” nie miały do zaoferowania niczego poza pogardą. Jesteś ciemny, niewykształcony, zacofany, religiancki, pochodzisz „z małego ośrodka”, słowem – zasługujesz na swój los, sam jesteś sobie winien, nieudaczniku.

A „nieudacznik”, widząc z jednej strony limuzyny wożące dygnitarzy, których sam wyniósł do władzy i konfrontując je z małością wybrańców ludu, obnażaną coraz wyraźniej niczym tyłek przysłowiowej małpy wspinającej się na drzewo, z drugiej strony zaś faszerowany urągliwymi połajankami, w naturalnym odruchu zgina rękę w łokciu i całując pięść powiada sobie w duchu „o – takiego wała, zło–dzie-je!”. Po czym, albo zostaje w czasie wyborów w domu, albo idzie do urny i głosuje na złość tym, którzy jego i miliony takich jak on – zdradzili.

Ta fundamentalna zdrada elit, zdrada w najgłębszym sensie tego pojęcia, jest - powtórzę raz jeszcze – podstawową analogią, gdy porównywać uwiąd „pomarańczowej rewolucji” i mitu „Solidarności”.

Poczucie zdrady, gorzkiego rozczarowania i osamotnienia będzie od tej pory tkwiło między Ukraińcami a każdą kolejną władzą – tak, jak tkwi między Polakami a kolejnymi, tasującymi się niczym karty, ekipami rządzącymi.

„Nasi” stali się „onymi”.

***

Jeszcze jedno. Nieufność i frustracja tworzą wdzięczne pole bitew rozgrywanych przez szemrane figury, wylansowane przez służby zarówno własnego, jak i cudzoziemskiego autoramentu – oto przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zarówno Polski, jak i Ukrainy.

Rozdroże.

Pewnie można się przyczepić do wysnutej tu analogii. Że uproszczona, że może niepełna, że miejscowa specyfika, że inne uwarunkowania konstytucyjne, że nieco inne czasy… Że duet Juszczenko – Tymoszenko z czasów „Majdanu Niepodległości” pochodził wprost z postkomunistycznych układów, zaś dramatis personae „Okrągłego Stołu” nie wszyscy i nie do końca…

Będę się jednak upierał, że zasadnicze mechanizmy są takie same: wybuch społecznego entuzjazmu, roztrwonienie tegoż entuzjazmu przez krótkowzroczne, zadufane w sobie, sprzedajne i niekompetentne „elity” – i, koniec końców, odwrócenie społecznych nastrojów, skutkujące powrotem do władzy tych, których kilka lat wcześniej najchętniej powywieszanoby na ulicznych latarniach.

Ukraina jest dzisiaj w punkcie, w którym Polska była gdzieś w połowie lat 90-tych minionego stulecia.

Dokąd pójdzie?

Gadający Grzyb

P.S. Celowo nie pisałem tu o prezydenturze Wiktora Juszczenki (‘Razom nas bahato / nas ne podołaty’ – kto teraz to zaśpiewa?). Odchodząc, wydał świadectwo - zarówno sobie, jak i jego bezkrytycznym poplecznikom w Polsce. Ale jedno nadmienić muszę: założę się o medal z kartofla, iż prezydenturę Janukowycza będzie chwaliła moskiewska partia w Priwislańskim Kraju - że obliczalny, stabilny, itd.…

Polska zrobiła dwa błędy – pierwszy, to bezkrytyczne postawienie na Juszczenkę. Poczuł się zbyt pewnie. Drugi błąd, to - paradoksalnie, odpuszczenie sobie Ukrainy, ku czemu skłania się obecna ekipa rządząca.

Zamiast aktywnej polityki, wspierającej siły które mogłyby się przysłużyć obu państwom, ograniczamy się albo do wspierania raz przyhołubionych polityków, albo do bierności.

Na dzień dzisiejszy wygląda na to, że Ukrainy nie odwojujemy. Nie będziemy mieli niepodległego przedmurza chroniącego nas przed Rosją.I w znacznej mierze sami jesteśmy sobie winni.