Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaprzaństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaprzaństwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 grudnia 2017

Gorze zdrajcom!

Dziś zdrajcy kabotyńsko układają się na pluszowych krzyżach, konsumując jurgielt z niemieckich i sorosowskich fundacji.


I. Widmo Targowicy

Narodowcy z ONR, Młodzieży Wszechpolskiej i Ruchu Narodowego zorganizowali 26 listopada w Katowicach pikietę-happening podczas której powiesili na atrapach szubienic zdjęcia szóstki eurodeputowanych PO, głosujących za antypolską rezolucją Parlamentu Europejskiego: Michała Boniego, Danuty Hubner, Róży von Thun und Hohenstein, Danuty Jazłowieckiej, Barbary Kudryckiej i Julii Pitery. Ta symboliczna akcja wymierzona w jawnych zdrajców została oczywiście okrzyknięta „nienawistną”, a lewacki publicysta Jakub Majmurek spytał dramatycznie na łamach „Wyborczej”: „Czy obudzimy się, kiedy zaczną wieszać naprawdę?”. Nie dziwię się, że rodzimym targowiczątkom zrobiło się na widok szubienic słabo – oni sami najlepiej wiedzą, ile mają za uszami; wiedzą również, że gorliwe zabieganie w Brukseli i Berlinie o kolejne wrogie wobec Polski kroki jest jednoznacznie potępiane przez społeczną większość. Zdają sobie także sprawę z tego, że kulturowo są tutaj ciałem obcym i jedyną drogą, by powrócili do wpływów i dawnego znaczenia jest obca interwencja – może nie tyle militarna (dziś raczej trudno sobie to wyobrazić), ale w formie permanentnego nacisku i międzynarodowego grillowania obecnego rządu.

Tymczasem, narodowcy dali po prostu adekwatną i zgodną z historycznym kontekstem odpowiedź – dawno bowiem nawiązania do Konfederacji Targowickiej nie były w naszym życiu publicznym tak czytelne. Dotyczy to zarówno szukania pomocy u obcych potęg – z zastrzeżeniem, że dzisiaj Moskwa i Berlin zamieniły się miejscami i obecna caryca Katarzyna rezyduje w Berlinie, a stary Fryc w Moskwie - jak i uzasadniania narodowego zaprzaństwa. Każdy, kto zechciałby wyszukać treść aktu Targowicy, musiałby się zadumać nad jego aktualnością. Gdyby tylko uwspółcześnić język i realia, mielibyśmy propagandę obecnych mediów w skali 1:1. W akcie konfederacji aż roi się od wyrazów troski o państwo, mamy odniesienia do zagrożenia swobód obywatelskich i rysujące się widmo rzekomej tyranii – wypisz wymaluj, nagłówki z „Wyborczej” czy funkcjonujących nad Wisłą niemieckich gazet dla Polaków. Przekaz zagranicznych ośrodków także pokrywa się z tym z okresu rozbiorów – Polacy to ciemny, nietolerancyjny motłoch i dla dobra nich samych oraz Europy powinni zostać wzięci pod kuratelę „oświeconych” władców, dziś uosabianych przez Komisję Europejską. Międzynarodowa histeria rozpętana po Marszu Niepodległości na tle kilku transparentów mówi tu sama za siebie – i ma podobny cel: zohydzenie i pacyfikację polskich narodowych aspiracji idących pod prąd interesów możnych tego świata.


II. Rachunek za zdradę

Pozostając jeszcze przy historycznych analogiach. Polacy „podziękowali” targowiczanom podczas Insurekcji Kościuszkowskiej. 25 kwietnia 1794 r. w Wilnie przed ratuszem miejskim powieszony został hetman wielki litewski Szymon Kossakowski. 9 maja tegoż roku na Rynku Starego Miasta w Warszawie straceni zostali Piotr Ożarowski (hetman wielki koronny), Józef Ankwicz (marszałek Rady Nieustającej), Józef Zabiełło (hetman polny litewski), do tego przed kościołem św. Anny zawisł biskup inflancki Józef Kazimierz Kossakowski po uprzednim zdjęciu święceń kapłańskich. Wymienieni zawiśli po procesach sądowych, lecz 28 czerwca 1794 r. warszawski lud sam wymierzył sprawiedliwość kolejnym sprzedawczykom. Przed kościołem św. Anny zadyndali wówczas na powrozie m.in.: Ignacy Massalski (biskup wileński), Antoni Czetwertyński (kasztelan przemyski), szambelan Stefan Grabowski czy rosyjski szpieg Marceli Piętka.

Dodać trzeba, że targowicka „wierchuszka” w osobach Stanisława Szczęsnego Potockiego, Franciszka Ksawerego Branickiego, Stanisława Rzewuskiego i innych uniknęła śmierci, w porę uciekając przed sprawiedliwością. Wyrok na nich został wykonany „in effigie” - czyli poprzez powieszenie na szubienicy ich portretów. Taka „zastępcza egzekucja” była przyjęta w ówczesnym porządku prawnym, gdy skazany był nieosiągalny dla wymiaru sprawiedliwości. I do tych właśnie konotacji historycznych odwołali się narodowcy podczas wspomnianej na wstępie demonstracji w Katowicach. Dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie broni historycznych zdrajców – nawet tych, którzy padli ofiarą samosądu rozgniewanego tłumu. I jestem przekonany, że potomni należycie ocenią również dzisiejszych sprzedawczyków, którzy zarzuty o „współczesną targowicę” zwykli zbywać w poczuciu bezkarności ironicznym śmiechem, na zmianę z teatralnymi atakami histerii.


III. Gorze zdrajcom!

Warto nadmienić, że insurekcyjne procesy były możliwe dzięki zajęciu archiwum rosyjskiej ambasady, gdzie czarno na białym skrupulatnie odnotowano, kto, kiedy, ile i za co przyjął od ościennej potęgi. Teraz wszystko odbywa się „na legalu”. Współczesne jurgielty wypłacane są w postaci grantów, możliwości kariery, stanowisk w fundacjach, suto opłacanych publikacji itp. - co nie czyni zdrady mniej odrażającą. Ludzie ci dali wielokrotnie dowody zaniku elementarnych państwowych instynktów. Wystarczy wspomnieć, kto wspierał ubiegłoroczny „ciamajdan”, kto podżegał do siłowej rozprawy z legalnym rządem i kto słał wiernopoddańcze listy do obcych ośrodków, zachęcając do szczucia na własny kraj. Weźmy dla przykładu publicystę „Wyborczej”, Bartosza T. Wielińskiego, który słynie z tego, że w żadnej spornej sprawie nie staje po stronie Polski. To on w styczniu 2016 r. na łamach niemieckiego dziennika „Sueddeutsche Zeitung” wzywał „Nie milczcie, proszę”, prosząc „europejską rodzinę” o interwencję – trzeźwo przy tym zauważał, że zostanie okrzyknięty „folksdojczem”, lecz poczytywał to sobie za „wyróżnienie”, wyrażając zarazem żal, że niemieccy politycy „obawiają się napominać Polskę głośno”. Uspokajam pana Bartosza – od tego Angela Merkel ma swych politycznych kundli w Brukseli, z Verhofstadtem, Timmermansem, Junckerem i Tuskiem na czele, by wysługiwać się nimi przy tego typu brudnej robocie. Tenże dziennikarz po ostatnim sabacie w Strasburgu nawoływał polityków Platformy, by „podnieśli czoło i robili swoje”, dodając, że trzeba przywyknąć do nazywania zdrajcami, bo dziś to jest „komplement”. Wcześniej z kolei na łamach „New York Timesa” wzywał prezydenta Trumpa, by zbeształ polski rząd w swym warszawskim przemówieniu.

To od takich jak on popłynęły po Marszu Niepodległości sygnały skwapliwie podchwycone przez światowe ośrodki propagandowe głoszące że w Polsce rodzi się „faszyzm”, a ulicami Warszawy przeszło „60 tys. nazistów” i „zwolenników supremacji białej rasy”. Tu przypomnę, że w październiku 2010 r. zupełnie poważnie projekt swoistej „kulturowej segregacji” i „wewnątrzpolskiego apartheidu”, zgłosił salonowy politolog, prof. Radosław Markowski w rozmowie z Agnieszką Kublik. „Nie jest nam potrzebna sztuczna jedność. Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić. Razem się już nie da” - stwierdził, postulując, że skoro „oświeceni” i „mohery” muszą już dzielić wspólne terytorium, to niech mają swoje oddzielne instytucje i niech osobno płacą na nie podatki. Mamy tu totalne wyobcowanie z poczucia narodowej wspólnoty i ten typ myślenia jest wciąż aktualny – dla „drugiej strony” Polska w której odsunięci są od wpływów nie jest ich Polską i skłonni są usprawiedliwić każde przeniewierstwo i zdradę, o ile ma ona na celu przywrócenie naturalnego w ich osądzie porządku rzeczy. Przekonanie to zresztą podzielają razem z europejskimi lewackimi elitami, z którymi czują powinowactwo bliższe i głębsze, niż z rodzimym „ciemnogrodem”, niczym komunistyczni internacjonaliści ze Związkiem Sowieckim.

Dziś kabotyńsko układają się na pluszowych krzyżach, konsumując jurgielt z niemieckich i sorosowskich fundacji i dostając spektakularnych spazmów, gdy ktoś im pomacha przed nosem widmem targowickiej historii. Powiem tak – gdyby któregoś dnia zrewoltowany tłum wtargnął do tych wszystkich sprzedajnych redakcji i gabinetów, wywlókł na ulice ich rezydentów i udekorował nimi okoliczne latarnie, nawet nie drgnęła by mi powieka. Gorze zdrajcom!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (01-07.12.2017)

niedziela, 9 grudnia 2012

Na drodze zaprzaństwa

Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Gmyz napisał prawdę – i wiedzą też, że muszą iść w zaparte.

I. Kłamstwo obnażone

Gdybym był naiwny, to po posiedzeniu sejmowej komisji sprawiedliwości z 5 grudnia, kiedy posypało się ordynarne kłamstwo prokuratury w sprawie trotylu na wraku tupolewa, zapytałbym: kiedy wreszcie dotrze do różnych zakutych łbów, że w kwestii Smoleńska, podobnie jak w większości diagnoz dotyczących stanu i rozlicznych patologii III RP, to „prawicowe oszołomy” mają rację? Że gdy z „moherowych” kręgów dobiega alarm zwracający uwagę na jakieś nie spotykane w cywilizowanych krajach systemowe wynaturzenia post-peerelowskiej rzeczywistości, to koniec końców okazuje się, że jest właśnie tak jak twierdzą „pisowcy”, a nie organa Dyktatury Matołów, tudzież sprzęgnięta z nią propagandowa psiarnia z reżimowych mediodajni?

Ale ponieważ naiwny nie jestem, to bez większej ekscytacji odnotowałem tylko to, co było wiadome od samego początku, czyli od tekstu Cezarego Gmyza „Trotyl na wraku tupolewa”. Wysokiej klasy urządzenia przeznaczone do wykrywania materiałów wybuchowych nie mogą wariować po zetknięciu się z perfumami, namiotem z PCV, czy pastą do butów. Nie mogą i już, bo czyniłoby to takie urządzenia bezużytecznymi – tak samo, jak alkomat nie ma prawa zareagować na coca-colę. Chyba nikt przytomny nie sądzi, że analogiczne detektory na lotniskach alarmują przy każdym podróżnym, który akurat spryskał się „wysokoenergetycznym” dezodorantem, czy świeżo wypastował buty. Służby specjalne 60 krajów też raczej nie wywalają pieniędzy na niestabilne buble.

Innymi słowy, jest dokładnie tak, jak powiedział pan Jan Bokszczanin, producent detektora MO2M, który był używany do badań w Smoleńsku : „nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że jeśli to urządzenie pokazuje, że mamy do czynienia z trotylem, to mogą to być także jony różnych innych substancji (…) Jeśli to urządzenie i jeszcze inne urządzenie pokazują trotyl, to prawdopodobieństwo, że nie był to trotyl jest dla mnie równe zero.” No chyba, że asy z prokuratury wojskowej faktycznie zanurzały sprzęt w jakimś wiaderku z acetonem, by mieć podkładkę do twierdzeń typu: „po pierwsze, trotylu nie było, po drugie pochodził z II wojny światowej, a po trzecie to nie wiadomo ze względu na 'wysokoenergetyczne jony' namiotu z PCV”.

II. Na drodze zaprzaństwa

Wszystko to było, powtarzam, oczywiste od samego początku, a informacje pana Bokszczanina jedynie potwierdziły zdroworozsądkowe wnioskowanie. Spróbujmy zrekapitulować: Cezary Gmyz jest zbyt doświadczonym dziennikarzem śledczym, by dać się wpuścić w maliny jakimś sensatom lub prowokatorom – to raz. Wyraźna panika w obozie władzy i kuriozalna konferencja prokuratury z pokrętnymi tłumaczeniami – to dwa. Zachowanie Hajdarowicza, wyraźnie poinstruowanego przez zaprzyjaźnionego Grasia i ekspresowa czystka w redakcji „Rzepy”, bez czekania na rozwój sprawy – a taka sprawa zawsze jest „rozwojowa” - to trzy. Słowem, wszystko wskazywało na to, że co najmniej jest coś na rzeczy. I faktycznie – na posiedzeniu komisji prokuratorzy wijąc się niczym Piekarski na mękach musieli w końcu przyznać, że na wraku ten nieszczęsny trotyl jednak wykryto – wbrew wcześniejszym kłamstwom, również o tym, jakoby wrak był badany i okazał się być czyściutki jak łza – zresztą pewnie po to ruscy mołojcy tak troskliwie go wypucowali.

Niemniej, zgodnie z medialną tradycją III RP, ta oczywistość została w przekazie skrajnie zmanipulowana. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Gmyz napisał prawdę – i wiedzą też, że muszą iść w zaparte. Muszą kłamać rano, w południe, wieczorem i przez sen. Muszą kłamać wybiórczym przemilczaniem niewygodnych ustaleń, powtarzaniem manipulanckich wrzutek i antysmoleńską histerią – zbyt daleko zaszli na drodze zaprzaństwa, by teraz się wycofać.

III. Wojna z sumieniem

Paradowska, weteranka proreżimowej publicystyki, będzie bezczelnie nawoływać, by nie transmitować „bzdur” w rodzaju przywoływanego tu posiedzenia sejmowej komisji, a TVP Info z rewolucyjną czujnością będzie wycinać numery takie jak ten ostatni, kiedy to urwała transmisję tuż przed kluczowym wystąpieniem Jana Bokszczanina. Paweł Deresz, były esbecki kapuś, będzie pluł na pamięć swej tragicznie zmarłej małżonki kolportując najbardziej prostackie insynuacje. Kim trzeba być, by występować w tak urągającej człowieczeństwu roli? Jeśli mu nie po drodze z „pisowcami” mógł po prostu wybrać milczenie, usunąć się w cień, jak wiele innych rodzin. Ale nie – pędzi przed kamery i mikrofony, by upowszechniać elukubracje rodem z „twórczości” płatnych trolli internetowych zaludniających różne Onety, czy fora „Wyborczej”. Dlatego też nie ma nawet sensu zadawanie im pytań w rodzaju tych postawionych na wstępie notki.

Jednak, mimo wszystko, co jakiś czas wymknie się temu i owemu jakieś freudowskie przejęzyczenie. A to „Newsweek” na swoich stronach, a to Sikorski, a to Schetyna, ba – nawet sam Ober-Matoł w chwili utraty samokontroli - wypowiedzą wyklęte słowo „zamach”. I wtedy uświadamiamy sobie z całą wyrazistością, że oni wiedzą. Wiedzą tak samo dobrze jak my i to ich jakoś wewnętrznie zżera, bo to nie jest tak, że sumienie da się całkiem wygłuszyć, schować i wyprzeć bez żadnych konsekwencji. Nie - im dłużej toczy się z własnym sumieniem walkę, tym bardziej destrukcyjnie wpływa to na psychikę, degraduje, rozstraja wewnętrznie. Kiedyś ich to zniszczy i to w wielowymiarowym aspekcie – w ten czy inny sposób poniosą karę, nawet jeśli nie dosięgnie ich ramię sprawiedliwości.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na:http://niepoprawneradio.pl/

Inne notki na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/czy-detektor-nie-jest-w-stanie-odroznic-trotylu-od-dezodorantu

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony

środa, 1 sierpnia 2012

„Realiści” z moskiewskiej łaski

„Endokomunie”, oraz jej dzisiejszym następcom, odmawiam prawa do debaty nad polską tradycją powstańczą, a nad Powstaniem Warszawskim w szczególności.

I. „Realiści” ze stajni Sierowa

Zawsze w okolicach kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego uaktywnia się pewien szczególny typ jego krytyków. Nie twierdzę, rzecz jasna, że o zasadności Powstania nie należy dyskutować – spór o polską tradycję insurekcyjną jest wszak jedną z „odwiecznych” polskich debat, toczoną już od XIX stulecia – aczkolwiek zajęcie to uważam za dość jałowe. Obie strony poruszają się w obszarze wciąż tych samych argumentów, co najwyżej badania historyczne dostarczyć mogą nowych szczegółów na poparcie jednego, czy drugiego stanowiska. Osobiście uważam, że są to dylematy nierozwiązywalne – zwolennicy wskazywać będą na sytuację, która spowodowała wybuch kolejnych powstań i kalkulacje, które temu towarzyszyły, przeciwnicy – na tragiczne koszta przegranych zrywów. I tak się to kręci od przeszło stulecia. Nie będę rozstrzygał tu racji, gdyż na poparcie obu stanowisk można znaleźć równie poważne argumenty.

Jednakże, jak wspomniałem przed chwilą, jest wśród strony „krytycznej” pewien szczególny typ, który napawa mnie wyjątkowym obrzydzeniem. To tzw. „realiści” uważający się za spadkobierców tradycji endeckiej i Romana Dmowskiego, a którzy ten krytyczny wobec insurekcjonizmu nurt polskiej myśli politycznej doprowadzili do skrajnej karykatury, czyniąc zeń pozór moralnego uzasadnienia dla swej kolaboracji z sowietami z łaski Sierowa w latach komuny, co dziś znajduje przełożenie na bezkrytyczne rusofilstwo. Co ciekawe, ten „realizm” aktywizuje się u nich tylko gdy przychodzi do plucia jadem na powstańcze tradycje przy okazji kolejnych rocznic i gdy trzeba jakoś uzasadniać służalczą postawę wobec Rosji, czy wcześniej – Sowietów. W pozostałych przypadkach „realizm” ów nie przeszkadza im bredzić o „słowiańskim braterstwie krwi”, czy oplatających świat rozlicznych, z reguły żydomasońskich, spiskach.

II. Spadkobiercy endokomuny

Mówię tu rzecz jasna o pogrobowcach Bolesława Piaseckiego i jego PAX-owskiej, kolaboranckiej formacji, tudzież „narodowych komunistów” z niegdysiejszej stajni Albina Siwaka i Gontarza, ZP „Grunwald” Bohdana Poręby, wcześniej zaś – Mieczysława Moczara (vel Mykoły Demko, lub Diomko). Formacja ta określana ogólnym mianem „endokomuny” wciąż funkcjonuje w życiu publicznym, robiąc za moskiewską agenturę wpływu na prawicy. I doprawdy, nie ma tu znaczenia, czy są zadaniowani i opłacani, czy też robią to, co robią, z przekonania, tudzież własnej i nieprzymuszonej woli. Ich skrajnie jadowity stosunek do Powstania Warszawskiego, czy do powstań narodowych jako takich, ma bowiem jedną podstawową funkcję: jest to gra w interesie Moskwy – bandyckiego mocarstwa, które było wrogiem polskiej suwerenności co najmniej od czasów Iwana Groźnego i doktryny zbierania ziem ruskich aż do „Białej Wody” (czyli – Wisły), co znalazło urzeczywistnienie przy okazji rozbiorów, potem komunizmu, obecnie zaś - po krótkim okresie względnej „pieredyszki” - przybiera postać przekształcania „Priwislańskiego Kraju” we współdzieloną z Niemcami strefę wpływów – kondominium.

Tu uwaga na marginesie – nie można być jednocześnie wrogiem Niemiec i przyjacielem Rosji, jak usiłuje się przedstawiać „endokomuna”, a to z tego prostego powodu, iż w sprawie Polski interesy obu krajów są idealnie zbieżne i nam wrogie. Niemcy i Rosja mogą się co najwyżej na chwilę pokłócić o zakres wpływów w „strefie buforowej”, ale co do generaliów są w kwestii polskiej zgodne: nie może tu powstać żaden liczący się organizm państwowy. Lekcją poglądową takiego podejścia był stosunek obu naszych Wielkich Braci do rządów PiS i prezydentury Lecha Kaczyńskiego, kiedy to Polska usiłowała prowadzić suwerenną politykę w regionie.

Tych moskiewskich „gawnojedów” z endokomuny spotkać można w różnych miejscach internetu – na „narodowych” portalach, lub też w kręgach „konserwatystów” umoczonych w PAX-owskie zaszłości. Klinicznym przykładem jest tu portal „konserwatyzm.prl” i takie postaci jak Jan Engelgard, czy Adam Wielomski – wielbiciele junty Jaruzelskiego i autorzy płomiennych „adresów” do Władymira „katechona” Putina, ale jest tego tałatajstwa znacznie, znacznie więcej. Ostatnio np. na Niepoprawnych przyplątał się (STĄD) jeden z przedstawicieli tej „szkoły” w postaci użytkownika „p.e. 1984” (czyli „Palmer Eldritch 1984”, bo i pod takim nickiem występuje w necie – też sobie, cholera, Dickowsko-Orwellowski przydomek wybrał), który uraczył nas całą propagandową serią (np. TU i TU), rok wcześniej był niejaki xiazeluka – syntezę jednego i drugiego znajdziemy TUTAJ.

III. Odmawiam prawa

Endokomuniści po dziś dzień powtarzają antypolskie manipulacje ukute w sowieckich i PRL-owskich kuźniach propagandowych, dorzucając od siebie „realistyczną” retorykę, często–gęsto wzbogacaną „rozporkowym patriotyzmem” i z tego co widać – wychowują kolejne pokolenie następców zaczadzonych panslawistyczno-rusofilskimi miazmatami. To, co przez PAX-owców zostało wymyślone dla usprawiedliwienia własnej kolaboracji i zaprzaństwa, dziś – w nowym pokoleniu „endokomuny”, zyskuje status poniekąd autonomiczny – choć wciąż mogłoby ukazać się w, dajmy na to, „Słowie Powszechnym”.

Nawiasem mówiąc, panslawizm to wynalazek carskiej propagandy oparty na micie wielkiej słowiańskiej wspólnoty, której naturalną siłą scalającą i przywódczą ma być „święta Ruś”. Jak widać, ten z gruntu fałszywy przekaz, bazujący na „plemienności”, „krwi” i „pobratymstwie”, a skrzętnie przemilczający fundamentalne różnice cywilizacyjne i polityczne (polska niepodległość kontra rosyjska dominacja), wciąż ma swych wyznawców. Taki to „realizm”.

No dobrze, ale skoro, jak zaznaczyłem na wstępie, dopuszczam możliwość debaty nad sensownością Powstania Warszawskiego i powstań narodowych w ogóle, to czemu uwziąłem się akurat na „endokomunę”? Z prostego powodu: nad takimi kwestiami wolno debatować jedynie z polskich pozycji. Co innego Dmowski, jeden z ojców odzyskania przez Polskę niepodległości, co innego zdrajcy, którzy z endeckiej tradycji uczynili listek figowy dla kolaboracji z sowieckim okupantem. Im, oraz ich dzisiejszym następcom, odmawiam prawa do debaty nad polską tradycją powstańczą, a nad Powstaniem Warszawskim w szczególności. Prawo to bowiem utracili wysługując się Moskwie, oraz jej krajowym namiestnikom, natomiast ich współcześni następcy – podpisując się pod tą zaprzańczą spuścizną. Z takimi ludźmi nie ma dyskusji, dla takich jak oni rezerwuję sobie jedną emocję – odrazę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Na zbliżony temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/gnoje

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-sluzbie-wladimira-katechona