Pokazywanie postów oznaczonych etykietą endokomuna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą endokomuna. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 sierpnia 2013

Realizm kolaborantów

Realizm proponowany przez zwolenników Zychowicza jest realizmem kolaborantów. W ten sposób całe tabuny zdrajców uwiarygadniały swe postępowanie.

I. Realiści na pasku

W dyskusji, która toczy się wokół książki Piotra Zychowicza „Obłęd 44” dostrzegam zarówno w wypowiedziach autora jaki i wśród jego zwolenników pewien niepokojący ton. Oto Powstanie Warszawskie miało być skazanym na klęskę, szaleńczym zrywem grupy nieodpowiedzialnych przywódców-żołdaków, którzy dla własnych, utopijnych mrzonek, tudzież rozdętego do absurdu poczucia honoru, doprowadzili do ruiny Warszawy i hekatomby ludności cywilnej. A przecież wystarczyło się nie mieszać i poczekać aż Hitler ze Stalinem rozstrzygną losy Polski między sobą, samemu koncentrując się na „ratowaniu substancji narodowej” (jak?!). Albo, jeszcze lepiej, dogadać się wcześniej z Niemcami i pójść na Sowietów.

Jest to myślenie dość charakterystyczne i (oprócz ostatniego punktu, czyli sojuszu z Hitlerem) przewijało się ono dotąd w co najmniej trzech grupach krytyków Powstania Warszawskiego. Pierwszymi byli oczywiście komuniści, którzy potępiali warszawską krwawą „awanturę”, rozpętaną na zlecenie „jaśnie panów z Londynu”. Od zarania PRL-u na przywódców Polski Podziemnej wylewano tony propagandowego plugastwa – wiemy dlaczego, pamiętamy, zatem nie ma co teraz szczegółowo tego roztrząsać.

Grupą drugą, czynną do tej pory, choć na marginesie, są post-endeccy „realiści” z PAX-u, tudzież „narodowi komuniści” z ZP „Grunwald”, współtworzący tzw. „endokomunę” oraz ich współcześni pogrobowcy ze środowiska „Myśli Polskiej”, czy konserwatywnych monarchistów od Adama Wielomskiego. Ci z kolei uczynili sobie z „realizmu” rodzaj listka figowego i totemu, mającego przesłonić/usprawiedliwić ich kolaborację z komuną i Sowietami, kiedy to z łaski Iwana Sierowa otrzymali monopol na „koncesjonowany patriotyzm”. Obecnie zaś ów „realizm” służy im jako uzasadnienie bezkrytycznie promoskiewskiej, naznaczonej panslawizmem, linii politycznej. Pisałem o nich w tekście „Realiści z moskiewskiej łaski”.

Trzecia grupa wreszcie, to salonowszczyzna, dla której uderzanie w pamięć o Powstaniu Warszawskim stanowi element „anty-polityki historycznej” mającej na celu uczynienie z Polaków zbiorowiska podatnych na manipulację, zatomizowanych i wykorzenionych klonów bez tożsamości - przepełnionych poczuciem wstydu i kompleksem niższości wobec elit IIIRP oraz ich brukselskich mocodawców. Tymi z kolei zająłem się w notce „Powstanie Warszawskie kontra Bogowie Demokracji”.

II. W poszukiwaniu patrona

Tak mniej więcej przedstawiało się to do niedawna. Obecnie jednak obserwujemy, wraz z ofensywą niemieckiej polityki historycznej, formowanie się kolejnej, czwartej grupy, nominalnie odwołującej się do „realizmu”, a de facto pozostającej pod wpływem narracji powstającej w Berlinie. Zwiastunem tej nowej tendencji jest Piotr Zychowicz, autor „Paktu Ribbentrop-Beck” oraz właśnie wydanego „Obłędu 44”. Zwróćmy uwagę, że wszystkie wymienione tu środowiska w zasadzie używają tego samego zestawu „antypowstaniowych” argumentów, co najwyżej nieco inaczej rozkładając akcenty, choć robią to w interesie różnych patronów, w zależności od tego gdzie im politycznie i ideologicznie bliżej – do Moskwy, Brukseli lub Berlina. Jednak Zychowicz postępuje o krok dalej, czyniąc z AK stalinowskich kolaborantów – tego jeszcze nie grali...

Nie będę tu wnikał, czy Zychowicz jest niemieckim agentem wpływu, czy tylko pożytecznym idiotą, któremu się wydaje, że oto odkrył świętego Graala polskiej racji stanu. Jestem nawet gotów przyjąć, że działa szczerze i w poczuciu narodowej misji. Nie ma to znaczenia. Znaczenie natomiast ma co innego: otóż, dylemat, czy iść z Ruskimi na Szkopów, czy ze Szkopami przeciw Ruskim, jest dylematem fałszywym, bowiem interesy obu mocarstw w odniesieniu do Europy Środkowej, ze szczególnym uwzględnieniem Polski, są idealnie zbieżne. Chodzi o to, by w tej części kontynentu nie powstało nic mogącego choćby potencjalnie zagrozić ich dominującej pozycji. Teza o rosyjsko-niemieckim kondominium jest jak najbardziej zasadna i dotyczy całości naszego regionu. Oba państwa mogą od czasu do czasu wziąć się za łby przy podziale łupów, lecz generalnych pryncypiów to nie zmienia.

Dopóki sami nie staniemy mocno na własnych nogach, a nie na protezach pożyczanych od kolejnych geopolitycznych protektorów, sytuacja ta nie ulegnie zmianie. Tymczasem odnoszę wrażenie, że oto mamy do czynienia z próbą wyszukania sobie nowego patrona: po Moskwie, Stanach Zjednoczonych i Brukseli, ktoś doszedł do wniosku, że może tym razem warto by postawić na Niemcy, skoro i tak są obecnie hegemonem Europy. To ślepy zaułek i strata cnoty bez zarobienia choćby rubla (czy euro). Niemcy miałyby pozwolić, by pod ich patronatem wyrosła silna, niezawisła Polska? Wolne żarty.

III. Realizm kolaborantów

Literacką działalność Zychowicza na niwie historycznej publicystyki odczytuję właśnie w tych kategoriach – szukania sponsora, zaś przesłanie jest oczywiste. Mamy do czynienia z nastręczaniem się w charakterze sojusznika-satelity, w tym przypadku w zakresie propagandy historyczno-symbolicznej. Jak wspomniałem wyżej, jestem nawet gotów przyjąć, że motywacją Zychowicza i jego zwolenników (np. Ziemkiewicz, Cenckiewicz) są – jakkolwiek kuriozalnie by to zabrzmiało - pobudki patriotyczne. Oni naprawdę mogą sądzić, iż strategiczny sojusz z Niemcami leży w polskim interesie. Odnajduję tu echa działalności i poglądów Władysława Studnickiego (tak, była również i pro-niemiecka endecja ;) ) I tu wracamy, do tak chętnie podnoszonego przez przeciwników Powstania – i generalnie, wrogów tradycji insurekcyjnej – realizmu.

Otóż, ten realizm – czy to w wydaniu komunistów, „endokomuny”, salonowszczyzny, czy też Zychowicza i spółki – jest realizmem kolaborantów. W ten sposób na przestrzeni naszej historii całe tabuny zdrajców uwiarygadniały swe postępowanie, co trafnie odczytał Sienkiewicz wkładając w usta Janusza Radziwiłła „państwowotwórczą” perorę, którą magnat uwiódł Kmicica. Świeższym przykładem jest „realistyczna” argumentacja Jaruzelskiego mająca usprawiedliwić wybór „mniejszego zła”. Inni z kolei zapętlali się w nierozwiązywalne dylematy, jak margrabia Wielopolski. Zaś wynikiem mogło być tylko postępujące uzależnienie i „żadnych mrzonek, panowie” w odpowiedzi na uniżone postulaty. Boleśnie przekonał się o tym choćby Roman Dmowski podczas swej działalności w rosyjskiej Dumie.

Na zakończenie dodam jeszcze, że wbrew pozorom, Powstanie Warszawskie jest w przesłaniu „realistów” najmniej istotne. Nie byłoby Powstania, to znaleziono by coś innego w charakterze kija mającego wbić nam do głów „realizm” ubrany w szaty kolaboranckiej logiki dziejów. Może pisano by, że nieodpowiedzialni awanturnicy z „Solidarności” sprowadzili na Polskę widmo sowieckiej interwencji i noc stanu wojennego. Albo rozwodzono się nad bezsensem „bohaterszczyzny” Żołnierzy Niezłomnych. Bowiem w proponowanej nam optyce każde wystąpienie przeciw opresji i przemocy silniejszego jest obarczonym ryzykiem „obłędem”, zaś najlepsze co można zrobić to skorzystać z okazji, żeby siedzieć cicho.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/realisci-z-moskiewskiej-laski

http://niepoprawni.pl/blog/287/powstanie-warszawskie-kontra-bogowie-demokracji

środa, 12 czerwca 2013

Dwa płuca polskiego patriotyzmu

Obóz patriotyczno-niepodległościowy powinien oddychać dwoma płucami: zarówno tradycją piłsudczykowską, jak i endecką.

I. Bez „endokomuny”

W dotychczasowych notkach dotyczących Ruchu Narodowego (TU i TU) sformułowałem pogląd, że na polskiej scenie politycznej powinno być miejsce dla znaczącego ugrupowania o profilu narodowym – i to nie gdzieś na marginesie, ale w parlamencie, gdzie funkcjonowałby jako licząca się reprezentacja Polaków podzielających narodowe przekonania.

Do pewnego momentu było to niezwykle trudne, z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, spuścizna Narodowej Demokracji została propagandowo zohydzona w społecznym odbiorze jak mało który element naszej historycznej tradycji. Po drugie, nad inicjatywami narodowymi przez długie lata unosił się zaduch tzw. „endokomuny” - kolaboracji części postendeckich środowisk z komunistami (PAX, ZP Grunwald), w ramach jakiejś parszywej symbiozy mającej „oswoić” PZPR za pomocą patriotycznej retoryki i uzasadnić „sojusz” z ZSRS demagogicznymi popłuczynami po panslawizmie, za którą to usługę czerwoni okupanci rewanżowali się możliwością funkcjonowania lojalistycznych wobec PRL, „koncesjonowanych narodowców”.

Trzeba było dopiero dojścia do głosu młodych, nieuwikłanych działaczy, by środowiska narodowe zyskały nowe oblicze i mogły liczyć na odniesienie sukcesu, czego pierwszym wyraźnym przejawem było powodzenie ostatnich Marszów Niepodległości gromadzących po kilkadziesiąt tysięcy uczestników. Naturalną koleją rzeczy, następnym etapem stała się integracja rozproszonych inicjatyw w ruch społeczny, z czym mieliśmy niedawno do czynienia na Kongresie Ruchu Narodowego, który odbył się 8 czerwca w Warszawie.

W związku z Kongresem miałem tylko jedną obawę – by nie wypełzły skądś zombies wspomnianej wyżej endokomuny: pogrobowcy PAX-u i Grunwaldu epatujący swą nieprzytomną rusofilią i uwielbieniem dla cara-Putina. Na szczęście, obawa ta okazała się płonna, zaś zmarginalizowanie Bohdana Poręby, który „zaprosił się” na Kongres by tam uwiarygadniać się projektem filmu o Jedwabnem jest dobrą wróżbą na przyszłość. Zresztą, obecność wśród gości takich publicystów jak Ziemkiewicz i Michalkiewicz jest wyraźnym sygnałem, że recydywa panslawizmu i peerelowskich sentymentów Ruchowi Narodowemu raczej nie grozi, zaś akcja „Zablokuj komucha” stanowi kolejne potwierdzenie, że upatrywanie w Ruchu Narodowym promoskiewskiej agentury wpływu nie znajduje potwierdzenia w faktach. Ta amputacja zgangrenowanej Peerelem tkanki dobrze świadczy o Ruchu i jego liderach. Warto tu również odnotować in plus wcześniejsze zerwanie ze środowiskiem „trepów” z Nowego Ekranu.

II. Dwa płuca

Przyznam się, że kibicuję przedsięwzięciu narodowców, i - co niektórym może wydać się dziwne – czynię to jako wyborca PiS, który od lat głosuje w kolejnych wyborach na to właśnie ugrupowanie. Uważam bowiem – i jest to kolejna teza, którą chciałbym tu mocno podkreślić – że „obóz patriotyczno-niepodległościowy” powinien oddychać dwoma płucami: zarówno tradycją piłsudczykowską, jak i endecką. Amputowanie któregokolwiek z tych płuc sprawia, że oddech staje się niepełny, zaś tak nam dziś potrzebna „infrastruktura patriotyzmu” (określenie Ziemkiewicza) – ułomna.

Przy okazji Marszu Niepodległości zetknąłem się z opinią, że obecna sytuacja w Polsce jest taka, że Dmowski i Piłsudski znaleźliby się po tej samej stronie barykady. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z zaawansowanymi usiłowaniami uczynienia z Polski jakiejś strefy neokolonialnej, nieformalnego kondominium, zaś z Polaków – zbiorowiska wykorzenionych klonów bez właściwości; z drugiej zaś – dążenie do szeroko rozumianego upodmiotowienia Polski i Polaków w oparciu o narodową tożsamość, gospodarkę, historię, religię, tradycję i kulturę. W pełni podpisuję się pod tą tezą.

Dlatego też budzi mój sprzeciw pozycjonowanie się Ruchu Narodowego i PiS-u w twardej kontrze wobec siebie nawzajem. Ani bowiem PiS nie siedzi w jednym worku z Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP (wypomina się Kaczyńskiemu Magdalenkę, zapominając, że po wyborach '89 roku był on zwolennikiem zdecydowanego odsunięcia komunistów od wpływu na państwo, a Okrągły Stół traktował nie jako „umowę, której należy dotrzymać” lecz jako taktyczny etap na drodze do odzyskania Polski), ani Ruch Narodowy nie jest zagrożeniem dla mitycznej „jedności prawicy”, tylko naturalną emanacją części polskiego społeczeństwa. Nerwowe reakcje działaczy PiS-u (np. wywiad z Krystyną Pawłowicz) i sprzyjających partii mediów (przemilczanie Kongresu okraszone bandyckim numerem Niezależnej.pl z manipulanckim tekstem o obecności Poręby – odpowiedź Roberta Winnickiego TUTAJ), upatrujących w Ruchu Narodowym konkurencji kierowanej jakimiś szemranymi intencjami, są co najmniej nie na miejscu.

Nie tędy droga, tym bardziej, że jeśli RN dostanie się do Sejmu w następnych wyborach, to koalicja PiS – narodowcy będzie jedynym sensownym rozwiązaniem, póki co bowiem nie zanosi się na samodzielne rządy Prawa i Sprawiedliwości, zaś narodowcy – i tu kolejny plus dla nich – oczyścili się z giertychowskich „złogów” równie skutecznie, co z „endokomuny”. Dodam, że jeśli nie chcą być ugrupowaniem wiecznej kontestacji bez wpływu na cokolwiek, kanalizującym jedynie społeczne niezadowolenie, to sojusz z PiS-em jest na chwilę obecną najbardziej racjonalnym wyborem, pozwalającym zafunkcjonować obu „płucom polskiego patriotyzmu” w wymiarze politycznym.

III. Nowocześni endecy

Czy Ruchowi Narodowemu uda się stworzyć nowoczesną endecję? Mam taką nadzieję, albowiem Polska potrzebuje „nowoczesnych endeków” potrafiących znaleźć adekwatny język i metody działania – stosowne do wyzwań współczesności. Nadzieję budzi tu konsekwentna praca u podstaw, jaką środowiska narodowe realizują w lokalnych społecznościach. Mamy bowiem do czynienia z rozpaczliwym deficytem świadomości polskiej racji stanu, interesów narodowych oraz „obowiązków polskich” o których pisał Roman Dmowski w „Myślach nowoczesnego Polaka”.

Ten zanik poczucia istnienia wspólnego dobra charakteryzujący – mówiąc Ziemkiewiczem - „polactwo”, jest bodaj największym narodowym problemem do rozwiązania. Innymi słowy – jest zglajszachtowany peerelem „żywioł” na który obecnie nakłada się dodatkowo pokolenie „fajnopolaków” i „lemingów”, którym 24 lata propagandy mainstreamu III RP wdrukowało w mózgi przekonanie, że Polska to obciach, wiocha i że generalnie im mniej będą Polakami, tym lepiej, bo przez to staja się bardziej „europejscy”. I tenże „żywioł” pogrążony w narodowej abnegacji należy odwojować, tak jak pod koniec XIX wieku odwojowywali go endecy.

Póki co jednak najbardziej powszechną postawą społeczną jest zjawisko, które określam jako „zmęczenie suwerennością” - czyli niechęć do podejmowania jakichkolwiek wyzwań czy zadań, które są związane z szeroko rozumianym niezawisłym bytem narodowym. Zacytuję tu pierwsze słowa „Myśli nowoczesnego Polaka”: „Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich.” Jest to diagnoza jak najbardziej aktualna (szerzej pisałem o tym w tekście „Ani dla jednych, ani dla drugich”) - i by ten fatalny stan rzeczy przełamać potrzebujemy właśnie tytułowych „dwóch płuc polskiego patriotyzmu”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/ruch-narodowy-nowoczesni-endecy

http://niepoprawni.pl/blog/287/perspektywy-ruchu-narodowego

http://niepoprawni.pl/blog/287/ani-dla-jednych-ani-dla-drugich

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1

sobota, 17 listopada 2012

Perspektywy Ruchu Narodowego

Na polskiej scenie politycznej powinno znaleźć się miejsce dla znaczącego ugrupowania narodowego.

I. Miejsce dla narodowców!

Pozwolę sobie pozostać jeszcze przez chwilę w tematyce „okołomarszowej”, a konkretnie – przy powołanym 11 listopada Ruchu Narodowym.

Na początek powtórzę swoją tezę z tekstu „Co dalej z Marszem?”, że na polskiej scenie politycznej powinno być miejsce dla znaczącego ugrupowania narodowego. Nie gdzieś na marginesie, wśród różnych dziwnych grupek, nie będących nawet w stanie zarejestrować komitetów wyborczych, ale w parlamencie, jako pełnoprawna reprezentacja części Polaków podzielających narodowe przekonania. Tym bardziej, że spuścizna Romana Dmowskiego jest w przestrzeni publicznej rozpaczliwie niedowartościowana, zohydzona i obrosła rozlicznymi kłamstwami. Przeciętne wyobrażenie o Narodowej Demokracji doskonale oddaje słynna wypowiedź Wojewódzkiego, jak to w „Myślach nowoczesnego Polaka” Dmowski miał rzekomo zachwycać się Hitlerem. Erudycja godna Macieja Stuhra i jego „Cedyni”.

Oczywiście, jest w tym pewien haczyk – gdyby okazało się, że ugrupowanie narodowców zostało skolonizowane przez jakieś PAX-owskie popłuczyny po Bolesławie Piaseckim - dla których realizm polityczny przedwojennej endecji stanowił parawan dla kolaboracji z komuną, a rozbiorowe „ratowanie substancji” było pretekstem do urządzenia się w realiach PRL-u i popierania junty Jaruzelskiego z zaangażowaniem godnym najbardziej twardogłowych aparatczyków - to taka partia byłaby skrajnie szkodliwa. Mielibyśmy wówczas do czynienia z nawrotem tzw. „endokomuny” i mówiąc wprost – rosyjskiej agentury wpływu na prawicy. Ruskich poputczików mamy już teraz w życiu publicznym na pęczki, zatem dziękujemy, nie skorzystamy.

Póki co jednak, Ruch Narodowy takich ciągot nie zdradził, choć Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, od pewnego czasu ostrzega przed pro-rosyjską siłą polityczną po prawej stronie. Konkretów jednak nie podaje, zatem na razie traktuję to jako uderzenie wyprzedzające, by patriotyczny elektorat nie zachłysnął się przypadkiem urokiem nowości i nie zaczął odpływać od PiS-u. Tak więc, kwestię domniemanej prorosyjskości zostawmy na razie na boku – jeśli jest coś na rzeczy, to szydło i tak wyjdzie z worka.

II. Wyborcze „żerowisko”

Przypuszczam, że Ruch Narodowy wyłoni z siebie partię polityczną, która będzie stanowiła „twarde jądro” obudowane organizacjami społecznymi (bo nie wierzę, że Robert Winnicki, czy Przemysław Holocher będą na tyle głupi, by rezygnować z Młodzieży Wszechpolskiej i ONR-u). Gdzie taka partia mogłaby szukać elektoratu?

Przede wszystkim, nie sądzę, by nadszarpnęła wyborczy stan posiadania Prawa i Sprawiedliwości. Ze strony PiS słychać już głosy niechętne tej inicjatywie. Jak się zdaje, odczytywana jest ona jako chęć „obejścia” Prawa i Sprawiedliwości z prawej strony. Być może również pewną rolę odgrywa obawa przed „podebraniem” dawnego elektoratu LPR. Moim zdaniem, nie do końca słusznie. PiS może utracić co najwyżej jakiś promil narodowych wyborców, którzy „zatykając nos” głosują na tę partię z braku laku. Ale generalnie, pisowski elektorat, scementowany dodatkowo Tragedią Smoleńską, jest nie do ruszenia. Zdają się to rozumieć sami liderzy Ruchu, rezygnując w tegorocznym Marszu Niepodległości z odwołań do Piłsudskiego, czy nie wspominając w przemówieniach o Smoleńsku.

Myślę, że naturalnym „żerowiskiem wyborczym” dla Ruchu będą raczej ludzie, którzy nie akceptują obecnego kształtu Polski – tej „republiki Okrągłego Stołu”, ale z różnych przyczyn nigdy nie zagłosują na PiS. Dla jednych PiS to po prostu partia systemu, pospołu z innymi betonująca scenę polityczną, dojąca państwowe dotacje i nie dopuszczająca nikogo z zewnątrz. Dla drugich, PiS to „piłsudczycy”, dla kolejnych – etatyści, socjaliści z bogoojczyźnianą retoryką. Następni jeszcze uważają że partia Jarosława Kaczyńskiego jest zbyt centrowa, miałka. Zdecydowani przeciwnicy Unii Europejskiej nie wybaczą podpisania przez Lecha Kaczyńskiego traktatu lizbońskiego, który negocjował rząd Jarosława Kaczyńskiego, a poza tym PiS ani myśli wyprowadzać Polski z UE. No i wreszcie są również zafiksowani na punkcie różnych „list Żydów”, dla których Kaczyński to „Kalkstein” i w ogóle nie ma o czym gadać – tym bardziej, że Jarosław Kaczyński wygłosił kilka lat temu referat w Fundacji Batorego, co automatycznie ma go stawiać w szeregu kolaborantów Sorosa i światowej finansjery.

Ile procent wśród powyższych grup się uzbiera? Przy maksymalnej mobilizacji, może wystarczyć do przekroczenia progu wyborczego. Poza tym, warto pamiętać o grupie, którą na własny użytek nazywam „elektoratem jednorazowym” - są to ludzie głosujący na złość „onym”, co siedzą w parlamencie, których to „onych” traktują jako jednorodną masę, bez podziału na polityczne barwy. Ostatnio ich głosy zebrał Palikot – teraz są do wzięcia.

Osobiście ciekawi mnie jeszcze potencjał wyborczy środowisk kibicowskich, „kibolskich”, których liczna reprezentacja wzięła udział w Marszu Niepodległości. Przed zeszłorocznymi wyborami wydawało się, że „przypisani” są do PiS-u. Tymczasem, nic z tego. Po wyborach Piotr Lisiewicz dał wyraz swemu rozczarowaniu pisząc tekst w którym wytykał, że nikt wśród kibiców nie przeprowadził pracy uświadamiającej, wskutek czego zagłosowali na Palikota, bo ten obiecał im legalizację marihuany. Czy Ruch Narodowy przyciągnie ich do siebie? Potencjał narodowego radykalizmu jest w tym kontekście nader obiecujący.

III. Fidesz – Jobbik po polsku

No i wreszcie, warto zastanowić się nad wzajemnymi stosunkami na linii Ruch Narodowy – Prawo i Sprawiedliwość. Krytyka z pozycji radykalnych, narodowych, „na prawo od...” jest tyleż nieunikniona, co zrozumiała. Sądzę wręcz, że PiS-owi, który dłuższymi momentami grzęźnie w marazmie, taki oścień się przyda. Patrząc chłodno, nawet jakiś nurt „prorosyjski” byłby do przełknięcia, bo jakoś trzeba zagospodarować różne sentymenty do „braci Słowian” drzemiące wciąż tu i ówdzie w narodzie. Jeśli tego typu wątki nie zyskają pozycji dominującej w nowym ugrupowaniu, to zawsze lepiej mieć rodzimych „panslawistów” we własnym namiocie i... pod kontrolą. Polityczna logika wskazywać będzie i tak na powyborczą koalicję z PiS-em (zakładając oczywiście, że RN przekroczy próg pięciu procent). Rodzima wersja Fidesz-Jobbik nie musi być małżeństwem z miłości. Wystarczy rozsądek i w miarę poprawne stosunki. Dlatego też warto, by PiS ze swej strony wykazywał umiarkowanie w podejściu do potencjalnego partnera.

Oczywiście, istnieje również możliwość, że Ruch Narodowy pójdzie na totalną konfrontację i samoizolację. Jakieś podchody pod ten kierunek zaczął portal konserwatyzm.prl, zadając „pytanie publiczne” do Artura Zawiszy, w którym Adam Wielomski z Ludwikiem Skurzakiem żądają, by ten określił się wobec środowiska „Gazety Polskiej”, oraz by odpowiedział na pytanie, czy „celem [Ruchu] jest doprowadzenie do tego, że wraz z PiS - czy też poszerzając zaplecze polityczne PiS dzięki Ruchowi Narodowemu - Jarosław Kaczyński ma przejąć władzę w Polsce?”. Taak, najlepiej pójść z Wielomskim i Skurzakiem. I Engelgardem na dokładkę. Niewątpliwie jest to przepis na sukces.

Na zakończenie zostawiam ewentualność destrukcyjną – że tacy znani z konstruktywnego działania i owocnych inicjatyw politycy jak Artur Zawisza i Dariusz Grabowski, którzy żwawo wokół Ruchu się dziś krzątają, zrobią to, w czym są najlepsi – czyli spieprzą całe to przedsięwzięcie i nic z tego nie wyjdzie, a potencjał twórczy panów Winnickiego i Holochera wyczerpie się na zorganizowaniu marszu raz do roku – i na tym skończy się całe to „obalanie republiki okrągłego stołu”.

Byłoby szkoda, bo jak wspomniałem – znaczące ugrupowanie narodowe powinno znaleźć swe miejsce w głównym nurcie polskiej polityki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 21 września 2012

Prywislańska prawica

Zastanówmy się, jak mogłaby wyglądać „prywislańska prawica” - nazwijmy roboczo tę hipotetyczną partię „Jednaja Polsza”.

I. „Jednaja Polsza”

Tomasz Sakiewicz opublikował niedawno wstępniak, w którym przestrzega przed trwającą od jakiegoś czasu „podgotowką” mającą na celu stworzenie prorosyjskiej „poważnej siły politycznej” na prawicy. Na razie ma być budowane „zaplecze” dla takiego ugrupowania, które miałoby zagospodarować część prawicowego elektoratu „pod szczytnymi hasłami religijnymi i patriotycznymi”. Bliższych szczegółów redaktor Sakiewicz niestety nam poskąpił, poprzestając na charakterystycznej dla niego retoryce składającej się z ogólników i niedomówień mających, jak sadzę, wprowadzić czytelników w nastrój nieokreślonej grozy w celu wywołania efektu konsolidacyjnego wokół „strefy wolnego słowa” oraz Prawa i Sprawiedliwości.

Niemniej, zakładając, że naczelny „Gazety Polskiej” faktycznie wie co w trawie piszczy (byłbym na przykład ciekaw z czyich, „mało spodziewanych przeze mnie ust” dobiegają redaktora Sakiewicza te prorosyjskie pienia) pozwolę sobie ten wątek pociągnąć, gdyż może on rzucać ciekawe światło na kondycję szeroko rozumianej prawicy. Zastanówmy się zatem, jak mogłaby wyglądać taka „prywislańska prawica” - nazwijmy ją roboczo „Jednaja Polsza” na wzór rosyjskiej, putinowskiej odpowiedniczki, która ponoć również mieni się partią „konserwatywną”.

II. Przegląd szabel

Przede wszystkim należy stwierdzić, że jeśli Rosja faktycznie zechce zmontować u nas wasalną, „prywislańską prawicę”, by zdezintegrować „obóz niepodległościowy”, to taka partia z pewnością powstanie. Chętnych do roli mężyków stanu z pewnością nie zabraknie – na pierwsze wezwanie nadbiegną ze wszystkich wyautowanych politycznych środowisk by oddać się pod czułą „kryszę” oficerów prowadzących, zarówno tutejszego, jak i cudzoziemskiego autoramentu.

Widzę tu wielkie pole do popisu szczególnie dla tzw. „realistów”, którzy pod płaszczykiem tegoż „realizmu” kontynuują serwilistyczną postawę odziedziczoną po PAX-ie, kiedy to Bolesław Piasecki z nadania prominentnego czekisty Iwana Sierowa otrzymał w PRL swoistą „koncesję na patriotyzm”, by właśnie z tych patriotycznych i bogoojczyźnianych pozycji umacniać jedynie słuszne sojusze i wspierać wiodącą rolę Partii. Była wszak lojalna wobec systemu „kato-lewica”, więc czemuż by nie miała odrodzić się równie lojalna „kato-prawica”? Tym bardziej, że „znakowska” „kato-lewica” w pewnym momencie jednak trochę się zbiesiła, zaś „paxowska” „kato-prawica” dowiodła swego oddania trwając dzielnie u boku „towarzysza generała”, legitymizując stan wojenny i po dziś dzień wpatrzona jest w Jaruzela niczym w jasne słoneczko, mimo iż ten swojego czasu bezpardonowo kopnął swych wyznawców w cztery litery, gdy tylko przestali być potrzebni i usiadł do Okrągłego Stołu z różnymi Mazowieckimi i Michnikami. Takiego kapitału oddania nie wolno marnować, tym bardziej, że „endokomuna” skupiona wokół „Myśli Polskiej” Engelgarda, czy „konserwatyzm.PRL” Wielomskiego nie ustaje w dostarczaniu dowodów wierności choćby w postaci wiernopoddańczych adresów do batiuszki-cara.

Pogrobowców „endokomuny” jest zresztą znacznie więcej. Charakteryzuje ich głównie to, że z bogatej spuścizny Narodowej Demokracji przyswoili sobie jedynie tępą rusofilię i żydożerstwo, czyniąc z nich główne wyznaczniki patriotyzmu, dodając do tego obsesyjną nienawiść do „zdegenerowanego Zachodu” ze Stanami Zjednoczonymi na czele, co jak raz współgra z rosyjskimi interesami. Powielając dziewiętnastowieczne jeszcze, panslawistyczne kalki i bredząc o jakiejś mitycznej „słowiańskiej wspólnocie”, której naturalnym liderem miałaby być Rosja, uporczywie ignorują zaborcze tradycje bandyckiego imperium, postulując zaś „realizm” bardzo starają się by nie widzieć, iż Rosja „realistycznie” postępuje jedynie z tymi, których uważa za równych sobie, od pozostałych oczekując podporządkowania.

Ale, jak sądzę, „endokomuniści” to nie jedyne części składowe potencjalnej „prywislańskiej prawicy”. Polecałbym bowiem uwadze ciekawą ewolucję jaką przechodzą secesjoniści z PiS. Liderzy „Solidarnej Polski” od jakiegoś czasu dystansują się od Tragedii Smoleńskiej – Zbigniew Ziobro stwierdził wręcz, iż mamy do czynienia z „tragicznym wypadkiem”. Teoretycznie, od „endokomuny” różni ziobrystów bardzo wiele, ale łagodniejsze pozycjonowanie się wobec Rosji i zmiana frontu w sprawie Smoleńska jest niewątpliwie krokiem zbliżającym te na pozór tak różne od siebie środowiska, tym bardziej, że post-endecy o „sekcie smoleńskiej” gardłują momentami ostrzej niż reżimowe przekaziory.

Kto wie, czy takim spoiwem nie mógłby się okazać z czasem... Roman Giertych, szczególnie jeśli nie przyjmą go do Platformy. Wspólne grillowanie może stopić niejedne lody. A gdyby takie historyczne pojednanie zyskało jeszcze wsparcie „patriotycznej wojskówki” kręcącej się wokół „Nowego Ekranu”, gdzie też próbuje się rzeźbić jakieś „trzecie siły”... Zresztą, tego „patriotycznego” planktonu rozproszonego w różnych Konwentach Narodowych itp. jest znacznie więcej – trzeba to tylko pozbierać do kupy, do tego zaś niezbędne jest zielone światło z Kremla sygnalizujące, że sytuacja dojrzała do zbudowania „prywislańskiej prawicy”.

III. Spoiwo ideologiczne

I takie światełko zostało zapalone. Było nim „Wspólne przesłanie do Narodów Polski i Rosji” podpisane 17. sierpnia 2012 na Zamku Królewskim w Warszawie przez przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika i patriarchę Moskwy i Całej Rusi Cyryla. Potwierdza się moja teza wyartykułowana we wcześniejszym tekście, iż treść tego dokumentu będzie absolutnie drugorzędna wobec politycznej wymowy aktu „pojednania” i jego konsekwencji. I tak właśnie się dzieje, niezależnie od tego jak bardzo by się napinał redaktor Terlikowski, snując swe projekcje jak to teraz ręka w rękę z rosyjską Cerkwią pod przewodem agenta Michajłowa będziemy zmagać się z „cywilizacją śmierci”. To wszystko plewy, wabik dla naiwnych, na który dał się złapać polski Kościół i część środowisk katolickich.

Sądzę, że główną rolę jaką ma do odegrania wzmiankowany akt, to stworzenie ideologicznego spoiwa dla „prywislańskiej prawicy” i wmanipulowanie Kościoła w poparcie dla takiej inicjatywy politycznej. Inną korzyścią jest wbicie klina między Kościół hierarchiczny a obóz niepodległościowy. To dlatego Kreml wkrótce po wizycie Putina na Westerplatte 1 września 2009 zadaniował Cerkiew na okoliczność „dialogu” który – cóż za traf – zintensyfikowany został zaraz po Smoleńsku, by znaleźć swe zwieńczenie w ponurej hecy na Zamku Królewskim.

Taka religijna podkładka, dzięki której będzie można głosić, iż oto wspólnie ze „świętą Rusią” położymy tamę zachodniej zgniliźnie, jest nieoceniona w walce o rząd dusz wśród konserwatywnego elektoratu. Ułatwia to postępowanie Kościoła, który najwyraźniej ma dość „smoleńskiego garba” i łączenia go z „oszołomami”. Wyraźnie dał to do zrozumienia arcybiskup Michalik w wywiadzie dla KAI, w którym odesłał Smoleńsk na półkę z „symbolami” i odciął się od tych co „dolewają oliwy do ognia” - najostrzej, jak jest to możliwe w specyficznej, okrągłej stylistyce, którą zwykli posługiwać się hierarchowie.

Jak można było się spodziewać, zarówno wywiad abp. Michalika, jak i samo „Przesłanie...” spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem zarówno ze strony endokomuny, jak i secesjonistów z PiS, którzy zwietrzyli szansę na „wyślizganie” Prawa i Sprawiedliwości z łask konserwatywnej części Episkopatu. Wspomniane wyżej słowa Ziobry o Smoleńsku padły wkrótce po akcie „pojednania”, z kolei Arkadiusz Mularczyk „zaapelował” do PiS „o jasne wyrażenie poparcia” dla „Wspólnego przesłania...”, by „nie dzielić prawicy”. Nie ma to jak wyczucie mądrości etapu.

W tym kontekście Kościół, niezależnie od tego jak by się wzbraniał, zostanie gładko wkręcony w patronat nad „Jedną Polszą”, tak jak w chwili obecnej (lub przynajmniej do niedawna) kojarzony jest w masowym przekazie z PiS-em. Zresztą, jak przypuszczam, znajdą się hierarchowie którzy sami z siebie ochoczo roztoczą nad taką „prywislańską prawicą” swój patronat.

IV. Media

Do kompletu brakuje jeszcze mediów, dzięki którym „Jednaja Polsza” mogłaby zaistnieć w świadomości „targetu”, jakim byliby tradycjonalistyczni wyborcy. To musi być medium wiarygodne, zakorzenione społecznie i o ustalonej renomie. Pewnie „Nowy Ekran” ze swą „patriotyczną wojskówką” obecnie skrywaną ze względów taktycznych na zapleczu nie byłby od tego, ale sam portal to nie wszystko, zaś wywiady Kurskiego dla „Wyborczej” mogą w „grupie docelowej” przynieść więcej szkody niż pożytku.

I tu kluczowa będzie postawa ojca Rydzyka i jego medialnego konglomeratu. Nie byłoby to nic nowego, jeśli przypomnimy sobie niegdysiejszy flirt Radia Maryja z endokomuną, tudzież antyzachodni i prorosyjski kurs, zanim o. Rydzyk nie zrobił wolty odcinając „prywislańskiej prawicy” medialny tlen i stawiając na Jarosława Kaczyńskiego oraz Prawo i Sprawiedliwość. Warto wziąć pod uwagę, iż Telewizja Trwam walczy obecnie o przetrwanie – czyli dostęp do multipleksu – i choćby z tego tytułu nie może pozwolić sobie na konflikt z zafiksowaną aktualnie na punkcie „pojednania” hierarchią (KEP głosowała za „Wspólnym przesłaniem...” jednomyślnie!).

Póki co, toruńskie media nie zajmują jednoznacznego stanowiska, aczkolwiek pewne głosy za „pojednaniem” dało się już słyszeć, podobnie jak widuje się na antenie TV Trwam polityków z „Solidarnej Polski” w ramach markowanego pluralizmu. Myślę, że aktualnie ojciec Rydzyk jest na etapie ważenia „za i przeciw” i nie zamyka sobie żadnej drogi, bo jak by nie było, póki co PiS pozostaje jedyną liczącą się instytucjonalną siłą na prawicy. Nie znaczy to jednak, iż sytuacja nie ulegnie zmianie, jeśli po prawej stronie pojawi się jakaś skonsolidowana formacja – zwłaszcza, gdy okaże się, że porzucenie PiS i wsparcie „Jednej Polszy” może skutkować nagłą zmianą decyzji w sprawie multipleksu dla TV Trwam.

***

Ach, byłbym zapomniał – pamiętajmy o ruskich serwerach obsługujących PKW i konsultacjach udzielanych w zakresie „używania środków technicznych w procesie wyborczym” przez szefa rosyjskiej Centralnej Komisji Wyborczej - „czarodzieja” Władimira Czurowa. Wszak ktoś musi odpowiednio policzyć głosy.

Podsumowując, jeśli kremlowskim szachistom wyjdzie posunięcie z powołaniem „prywislańskiej prawicy” może to dla środowisk patriotyczno-niepodległościowych poskutkować smutą jeszcze gorszą, niż obecna. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że tak sklecona partia rozpadnie się pod wewnętrznym ciśnieniem wynikającym z legendarnej kłótliwości liderów polskiej prawicy, z których każdy jeden jawi się sobie samemu jako mąż opatrznościowy i zbawca narodu, pozostając z tego tytułu w stanie permanentnego ambicjonalnego rozedrgania. Oficerowie prowadzący będą mieli huk roboty.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na zbliżony temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/pojednanie-z-zywa-cerkwia

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-pojednaniu

http://niepoprawni.pl/blog/287/realisci-z-moskiewskiej-laski

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-sluzbie-wladimira-katechona

środa, 1 sierpnia 2012

„Realiści” z moskiewskiej łaski

„Endokomunie”, oraz jej dzisiejszym następcom, odmawiam prawa do debaty nad polską tradycją powstańczą, a nad Powstaniem Warszawskim w szczególności.

I. „Realiści” ze stajni Sierowa

Zawsze w okolicach kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego uaktywnia się pewien szczególny typ jego krytyków. Nie twierdzę, rzecz jasna, że o zasadności Powstania nie należy dyskutować – spór o polską tradycję insurekcyjną jest wszak jedną z „odwiecznych” polskich debat, toczoną już od XIX stulecia – aczkolwiek zajęcie to uważam za dość jałowe. Obie strony poruszają się w obszarze wciąż tych samych argumentów, co najwyżej badania historyczne dostarczyć mogą nowych szczegółów na poparcie jednego, czy drugiego stanowiska. Osobiście uważam, że są to dylematy nierozwiązywalne – zwolennicy wskazywać będą na sytuację, która spowodowała wybuch kolejnych powstań i kalkulacje, które temu towarzyszyły, przeciwnicy – na tragiczne koszta przegranych zrywów. I tak się to kręci od przeszło stulecia. Nie będę rozstrzygał tu racji, gdyż na poparcie obu stanowisk można znaleźć równie poważne argumenty.

Jednakże, jak wspomniałem przed chwilą, jest wśród strony „krytycznej” pewien szczególny typ, który napawa mnie wyjątkowym obrzydzeniem. To tzw. „realiści” uważający się za spadkobierców tradycji endeckiej i Romana Dmowskiego, a którzy ten krytyczny wobec insurekcjonizmu nurt polskiej myśli politycznej doprowadzili do skrajnej karykatury, czyniąc zeń pozór moralnego uzasadnienia dla swej kolaboracji z sowietami z łaski Sierowa w latach komuny, co dziś znajduje przełożenie na bezkrytyczne rusofilstwo. Co ciekawe, ten „realizm” aktywizuje się u nich tylko gdy przychodzi do plucia jadem na powstańcze tradycje przy okazji kolejnych rocznic i gdy trzeba jakoś uzasadniać służalczą postawę wobec Rosji, czy wcześniej – Sowietów. W pozostałych przypadkach „realizm” ów nie przeszkadza im bredzić o „słowiańskim braterstwie krwi”, czy oplatających świat rozlicznych, z reguły żydomasońskich, spiskach.

II. Spadkobiercy endokomuny

Mówię tu rzecz jasna o pogrobowcach Bolesława Piaseckiego i jego PAX-owskiej, kolaboranckiej formacji, tudzież „narodowych komunistów” z niegdysiejszej stajni Albina Siwaka i Gontarza, ZP „Grunwald” Bohdana Poręby, wcześniej zaś – Mieczysława Moczara (vel Mykoły Demko, lub Diomko). Formacja ta określana ogólnym mianem „endokomuny” wciąż funkcjonuje w życiu publicznym, robiąc za moskiewską agenturę wpływu na prawicy. I doprawdy, nie ma tu znaczenia, czy są zadaniowani i opłacani, czy też robią to, co robią, z przekonania, tudzież własnej i nieprzymuszonej woli. Ich skrajnie jadowity stosunek do Powstania Warszawskiego, czy do powstań narodowych jako takich, ma bowiem jedną podstawową funkcję: jest to gra w interesie Moskwy – bandyckiego mocarstwa, które było wrogiem polskiej suwerenności co najmniej od czasów Iwana Groźnego i doktryny zbierania ziem ruskich aż do „Białej Wody” (czyli – Wisły), co znalazło urzeczywistnienie przy okazji rozbiorów, potem komunizmu, obecnie zaś - po krótkim okresie względnej „pieredyszki” - przybiera postać przekształcania „Priwislańskiego Kraju” we współdzieloną z Niemcami strefę wpływów – kondominium.

Tu uwaga na marginesie – nie można być jednocześnie wrogiem Niemiec i przyjacielem Rosji, jak usiłuje się przedstawiać „endokomuna”, a to z tego prostego powodu, iż w sprawie Polski interesy obu krajów są idealnie zbieżne i nam wrogie. Niemcy i Rosja mogą się co najwyżej na chwilę pokłócić o zakres wpływów w „strefie buforowej”, ale co do generaliów są w kwestii polskiej zgodne: nie może tu powstać żaden liczący się organizm państwowy. Lekcją poglądową takiego podejścia był stosunek obu naszych Wielkich Braci do rządów PiS i prezydentury Lecha Kaczyńskiego, kiedy to Polska usiłowała prowadzić suwerenną politykę w regionie.

Tych moskiewskich „gawnojedów” z endokomuny spotkać można w różnych miejscach internetu – na „narodowych” portalach, lub też w kręgach „konserwatystów” umoczonych w PAX-owskie zaszłości. Klinicznym przykładem jest tu portal „konserwatyzm.prl” i takie postaci jak Jan Engelgard, czy Adam Wielomski – wielbiciele junty Jaruzelskiego i autorzy płomiennych „adresów” do Władymira „katechona” Putina, ale jest tego tałatajstwa znacznie, znacznie więcej. Ostatnio np. na Niepoprawnych przyplątał się (STĄD) jeden z przedstawicieli tej „szkoły” w postaci użytkownika „p.e. 1984” (czyli „Palmer Eldritch 1984”, bo i pod takim nickiem występuje w necie – też sobie, cholera, Dickowsko-Orwellowski przydomek wybrał), który uraczył nas całą propagandową serią (np. TU i TU), rok wcześniej był niejaki xiazeluka – syntezę jednego i drugiego znajdziemy TUTAJ.

III. Odmawiam prawa

Endokomuniści po dziś dzień powtarzają antypolskie manipulacje ukute w sowieckich i PRL-owskich kuźniach propagandowych, dorzucając od siebie „realistyczną” retorykę, często–gęsto wzbogacaną „rozporkowym patriotyzmem” i z tego co widać – wychowują kolejne pokolenie następców zaczadzonych panslawistyczno-rusofilskimi miazmatami. To, co przez PAX-owców zostało wymyślone dla usprawiedliwienia własnej kolaboracji i zaprzaństwa, dziś – w nowym pokoleniu „endokomuny”, zyskuje status poniekąd autonomiczny – choć wciąż mogłoby ukazać się w, dajmy na to, „Słowie Powszechnym”.

Nawiasem mówiąc, panslawizm to wynalazek carskiej propagandy oparty na micie wielkiej słowiańskiej wspólnoty, której naturalną siłą scalającą i przywódczą ma być „święta Ruś”. Jak widać, ten z gruntu fałszywy przekaz, bazujący na „plemienności”, „krwi” i „pobratymstwie”, a skrzętnie przemilczający fundamentalne różnice cywilizacyjne i polityczne (polska niepodległość kontra rosyjska dominacja), wciąż ma swych wyznawców. Taki to „realizm”.

No dobrze, ale skoro, jak zaznaczyłem na wstępie, dopuszczam możliwość debaty nad sensownością Powstania Warszawskiego i powstań narodowych w ogóle, to czemu uwziąłem się akurat na „endokomunę”? Z prostego powodu: nad takimi kwestiami wolno debatować jedynie z polskich pozycji. Co innego Dmowski, jeden z ojców odzyskania przez Polskę niepodległości, co innego zdrajcy, którzy z endeckiej tradycji uczynili listek figowy dla kolaboracji z sowieckim okupantem. Im, oraz ich dzisiejszym następcom, odmawiam prawa do debaty nad polską tradycją powstańczą, a nad Powstaniem Warszawskim w szczególności. Prawo to bowiem utracili wysługując się Moskwie, oraz jej krajowym namiestnikom, natomiast ich współcześni następcy – podpisując się pod tą zaprzańczą spuścizną. Z takimi ludźmi nie ma dyskusji, dla takich jak oni rezerwuję sobie jedną emocję – odrazę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Na zbliżony temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/gnoje

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-sluzbie-wladimira-katechona

czwartek, 16 lutego 2012

Gnoje


Napatrzmy się, jak pseudo-legalistycznym bełkotem można przykryć każde zaprzaństwo, zaś płk Kuklińskiego przemianować na wyrzutka.

I. Profanacja

Kilka dni temu (11.02.) doszło do dewastacji popiersia płk Ryszarda Kuklińskiego, stojącego w Alei Wielkich Polaków w krakowskim Parku Jordana. Do podobnego aktu doszło w rocznicę stanu wojennego, nocą z 12 na 13 grudnia zeszłego roku.

Łajno wyłazi z człowieka właśnie w takich chwilach. Przepraszam, ale trudno inaczej odnieść się do wymalowania na pomniku w rocznicę śmierci tego wybitnego Polaka i Patrioty celtyckiego krzyża, symbolu falangi i koślawych napisów „CIA” oraz „zdrajca”. Nie mam tu zamiaru wyłuszczać jaka jest różnica między wypowiedzeniem posłuszeństwa zbrodniczemu, komunistycznemu reżimowi a zdradą. Historia działalności płk Kuklińskiego i jego roli w otwarciu Zachodowi oczu na rzeczywiste plany i agresywny charakter Układu Warszawskiego jest od dawna powszechnie znana – podobnie jak cena, którą zapłacił za swój dramatyczny wybór. Jeśli fakty nie przekonały kogoś do tej pory, to próżny mój trud.

II. Maoistyczna Falanga

Warto natomiast odnieść się przy tej okazji do sprawców i tych, którzy im przyklaskują. Do profanacji niemal wprost przyznała się małopolska „Falanga”, zamieszczając na swej stronie oświadczenie sformułowane ze względów procesowych tak, by nie można było go potraktować jako dowodu w sprawie. (przykładowe cytaty: „Cieszy nas, że temu sprzeciwowi wobec kultu zdrajcy, mającego być w oczach różnych środowisk usprawiedliwieniem serwilistycznej postawy wobec USA i NATO, towarzyszy użycie symboli polskiego (falanga) i europejskiego (krzyż celtycki) nacjonalizmu.” oraz „Kimkolwiek byli sprawcy nazwania zdrajcy zdrajcą, popieramy ich stanowisko i pozdrawiamy na sposób rzymski, z tradycyjnym zawołaniem: Czołem Wielkiej Polsce!”).

Jako ciekawostkę podam, iż ci, pożal się Boże, „falangiści” od 2010 roku współpracują... z polskimi maoistami (tak!) funkcjonującymi najpierw pod nazwą Rewolucyjnej Lewicy Komunistycznej, przemianowanej następnie na Organizację Czerwonej Gwardii im. Kazimierza Mijala (przyjmowani są zresztą chętnie w ambasadzie Korei Północnej). Obie bandy – czarnokoszulowcy z maoistami - urządzają sobie wspólne demonstracyjki, podczas których piętnują „imperialistów”, jak ta w 2010 roku pod ambasadą USA przy okazji rocznicy powstania NATO. Już za sam taki „czerwony sojusz” przedwojenni RNR-owcy obiliby tych gnoi pałami. Przynajmniej ci, którzy po wojnie nie przeszli na żołd komuny.

III. Endokomuna

A skoro już jesteśmy przy czerwonych. Osobną sprawą jest zachowanie endokomuny z portalu konserwatyzm.pl (a raczej – „konserwatyzm.PRL”) . Doprawdy, nie pojmuję co trzeba mieć we łbie, jaką zas...ą sieczkę, by pod notką o zbezczeszczeniu pomnika zamieścić taki oto redakcyjny komentarz:

„Jakkolwiek nie popieramy idei dewastacji pomników (czyichkolwiek), to fakt, że ludzie jeszcze pamiętają, że PRL była jednak Państwem Polskim a Kukliński przysięgał temu państwu wierność, cieszy. [aw]”.

Tak gwoli wyjaśnienia dla niezorientowanych: publicyści portalu „konserwatyzm.PRL” na czele z Janem Engelgardem dość aktywnie przy różnych okazjach wybielają PRL (to jest, przepraszam - „Państwo Polskie”), ze szczególnym uwzględnieniem Jaruzelskiego, zaś Engelgard rocznicę wprowadzenia Stanu Wojennego „uczcił” tekstem o wszystko mówiącym tytule: „Większość Polaków nie wierzy w propagandę IPN”, w którym to dawał wyraz swej satysfakcji, iż „większość Polaków nadal uważa wprowadzenie stanu wojennego za uzasadnione”. Wszystko z pozycji narodowo-demokratycznych (albowiem panowie ci uważają się za jedynych uprawnionych spadkobierców dziedzictwa Romana Dmowskiego), legalistycznych, konserwatywnych i „realistycznych”. W tym kontekście nie dziwi ich reakcja na krakowską profanację, skoro pułkownik Kukliński zrobił kuku ich idolowi – sowieckiemu generałowi w polskim mundurze - i walnie przyczynił się do upadku PRL.

Dodajmy jeszcze przeszłość i zakotwiczenie polityczno-ideowe w środowiskach PAX-owskich, rehabilitację „narodowych komunistów” od Albina Siwaka i tworów w rodzaju ZP „Grunwald”, oraz usprawiedliwianie „politycznym realizmem” kolaboracji w ramach PRON a la Maciej Giertych. Powyższe w naturalny sposób skutkuje antyzachodnim kursem skorelowanym z prorosyjskimi ciągotami i wyraża się chociażby w piętnowaniu „oszołomów od Smoleńska”, którzy godzą w stosunki z ruską neo-kacapią.

IV. „Prawica” postkomunistyczna

Tak więc mamy postkomunistyczną „prawicę”, która śmiało może ścigać się z PZPR-owskim betonem w antyamerykanizmie i prorosyjskości, a z „Wyborczą” w nobilitowaniu sowieckiego satrapy i wyśmiewaniu „religii smoleńskiej”. Tak, tak – napatrzmy się, jak pseudo-legalistycznym, niby-konserwatywnym bełkotem i „realizmem” politycznym można przykryć każde zaprzaństwo, każdą zdradę, zaś pułkownika Kuklińskiego przemianować na wyrzutka, wycierając sobie przy okazji gębę patriotyzmem.

Falangiści głoszą w zasadzie to samo, tylko w sprymitywizowanej formie, dołączając uwielbienie dla wszelkich groteskowych dyktatur w rodzaju Łukaszenki, czy Kadafiego, plus sympatie nacjonal-bolszewickie. No i żydożerstwo, ma się rozumieć. Wedle tej optyki Kukliński był zły, bo „zdradziecko” wysługiwał się „USraelowi” - nie to, co szczery patriota Jaruzelski, który „patriotycznie” robił za sługusa najbardziej ludobójczego systemu w dziejach ludzkości.

Dziwią jedynie dąsy konserwatystów od Wielomskiego i Engelgarda na romans kolegów-falangistów z maoistami. Wszak gnojki w czarnych koszulach tylko wyciągnęły logiczne wnioski z ich własnej politycznej linii.

Gadający Grzyb