Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Kaczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Kaczyński. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 207

Po kryzysie „toaletowym” mamy nową jazdę – w sklepach zabrakło drożdży. Oficjalnie dlatego, że Polacy znudzeni narodową kwarantanną masowo zamienili się w domorosłych piekarzy i wypiekają chleb. Taak... Znaczy, oczywiście chleb przy okazji również można upiec – zawsze to jakaś zagrycha. Na zdrowie i smacznego!


*

Swoją drogą, ten „run na drożdże” stanowi dowód na żywotność zakorzenionych z dziada pradziada społecznych odruchów. Mamy oto sytuację przypominającą pod pewnymi względami wojnę, a przynajmniej stan wojenny, z czającym się na horyzoncie kryzysem gospodarczym włącznie. A wiadomo, co na wojnie i w latach kryzysu jest najlepszą i powszechnie uznawaną walutą – domowy „płyn odkażający”, najlepiej taki podchodzący pod 70 voltów. Ciekawe, jaki ustali się kurs w relacji do rąbanki?


*

Tak sobie myślę, że jeszcze trochę tej „pandemonii” i powróci do łask hodowla drobiu na balkonach i świń w piwnicach – co w połączeniu z „płynem odkażającym” powinno mieć łagodzący wpływ na społeczne obostrzenia egzekwowane dziś bezlitośnie przez służby mundurowe. Jeżeli pan władza nie zmięknie na widok solidnej porcji „swojskiej” karkówki okraszonej dwiema flaszkami bimbru i nie zacznie patrzeć w innym kierunku, to ja oznajmiam, że z taką policją, postępującą wbrew uświęconej przez pokolenia tradycji nie życzę sobie mieć do czynienia!


*

Powyższe przyszło mi do głowy na wieść, że gdzieś tam policja w mieszanym patrolu z żandarmerią wojskową wlepiła Bogu ducha winnym kierowcom mandaty za mycie samochodów... w myjni samoobsługowej. W takiej myjni, jeśli ktoś nie wie, jedyny kontakt fizyczny z czymkolwiek polega na wrzuceniu monet do automatu i wzięciu w rękę lancy od „karchera”. Jeżeli ktoś tylko ma te cholerne rękawiczki, to nie ma możliwości, żeby się czymkolwiek zaraził. I tu rodzi się podejrzenie: czy to tylko nadgorliwość, czy też patrole wzorem drogówki mają już swoje limity i normy do wyrobienia na zasadzie: „nie ważcie mi się wracać na komisariat bez dziesięciu wlepionych mandatów!”? Przypominam, że policja, podobnie jak każda inna struktura biurokratyczna, musi się wykazywać przed „zwierzchnością” odpowiednio okazałymi „statystykami”. („No co wy, Kowalski, to Piprztycki z sąsiedniego posterunku w zeszłym czasookresie nastukał sto mandatów, a wy tylko pięćdziesiąt? Mam wam tłumaczyć, że trwa walka z wrogiem klasowym... tfu, to jest z pandemonią? Weźcie się ogarnijcie, albo ja was tu zaraz ogarnę!”). A gdzie rządzą statystyki w połączeniu z presją przełożonych, tam rozum mówi „dobranoc”.


*

Ale Polak zawsze da radę, bo umyty samochód na święta, to nomen omen – święta rzecz. Toteż w Wielką Sobotę przy okazji wyprawy do sklepu (ja się, panie władzo, wcale nie szwendam, naprawdę musiałem kupić ten słoiczek chrzanu) zrobiłem pobieżną lustrację aut zaparkowanych na mojej ulicy – i aż serce rośnie. Wszystkie wręcz lśniły – umyte i nawoskowane, jak tradycja nakazuje. I co z tego, że w tym roku nikt raczej nimi nie pojedzie do oddalonego o 100 metrów kościoła? Samochód na Wielkanoc ma być czysty, na takiej samej zasadzie, jak „trza być w butach na weselu”, ot co!


*

Dobra wiadomość – po wielkich bólach władza wydusiła z siebie interpretację przepisów i oznajmiła, że po pierwsze wolno dokonać wymiany opon z zimowych na letnie, a po drugie – tadam! - można udać się na działkę celem wykonania niezbędnych prac i opieki nad roślinami. Zła wiadomość – wciąż nie wiadomo, czy na działce członkowie rodziny mogą przebywać razem, czy też prace mają być wykonywane rotacyjnie. A jeżeli są razem – czy również i tam mają zachowywać „dystans społeczny” i trzymać się od siebie na dwa metry.


*

A tymczasem Jarosław Kaczyński prze jak nosorożec do zorganizowania 10 maja wyborów korespondencyjnych – w oparciu o słynącą ze sprawności i wydolności organizacyjnej Pocztę Polską. Listonosze klną na czym świat stoi i ponoć zaczynają się skrzykiwać do urządzenia strajku, bo nie bardzo wyobrażają sobie możliwość dostarczenia ok. 30 mln. pakietów do głosowania. Mam pomysł – niech wybory zorganizuje sieć sklepów „Żabka”. „Żabki” są praktycznie wszędzie, dysponują własną logistyką, ponadto mają formalnie... status placówek pocztowych, dzięki czemu są otwarte w niedziele. Wystarczy, że ludzie wpadną na zakupy i przy okazji zagłosują. Można nawet zrobić okolicznościową promocję – zrób zakupy za stówę i oddaj głos, to dostaniesz 5-proc. kupon rabatowy na komplet noży za pińćset! Trzeba frontem do klienta! A kolejne wybory zrobi się wysyłkowo przez Allegro.


*

Lecz i Pocztę można pogonić do wykazania się inwencją. Niech ogłosi, że każdy, kto 10 maja zgłosi się do placówki z wypełnionym pakietem wyborczym, dostanie w prezencie egzemplarz „Cudownych wypieków siostry Anastazji”, albo innych „Nalewek braciszka Bartłomieja” - czy co tam akurat zalega na witrynkach. Nie ma to jak rynek i zdrowa konkurencja!


*

Jacek Jaśkowiak poskarżył się przedstawicielowi ambasady USA, że władza w Polsce znajduje się „w rękach psychopaty”. Serio? Jacuś, naprawdę skarżyłeś się na „rządy psychopaty” Amerykanom, który mają Trumpa? I sądziłeś, że to ich wzruszy, albo im zaimponuje?


*

Agorowy portal „Gazeta.pl” nie byłby sobą, gdyby tuż przed Wielkanocą nie zrobił jakiejś wrzutki w swoim stylu. Mianowicie, zamieścił wywiad z jakimś, pożal się Boże, „kołczem” (to taki cwaniak od wciskania ludziom za ciężką kasę „motywacyjnej” ciemnoty, żeby jeszcze ciężej tyrali na zyski jakiejś korporacji, która ich przeżuje i wypluje), który entuzjastycznie zachwalał wymuszony epidemią model tegorocznych świąt – bo wreszcie nie trzeba się będzie męczyć przy stole z rodziną i wpychać w siebie tego okropnego, polskiego żarcia. I o to właśnie im chodzi – mają nadzieję, że „pandemonia” odzwyczai ludzi od chodzenia do kościoła oraz rozluźni więzi społeczne. Pamiętajmy: lewactwo ma zawsze dwóch głównych wrogów – Kościół i rodzinę. To dlatego tak zachwala „dystans społeczny” - rzekoma troska o nasze zdrowie nie ma z tym nic wspólnego.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (17-23.04.2020)

niedziela, 12 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 206

Z góry przepraszam, ale te „Pod-Grzybki” będą mniej krotochwilne, za to mocno podszyte irytacją. Jak Państwu podobają się nowe, „primaaprilisowe” obostrzenia wprowadzone w związku z „pandemonią” koronaświrusa? Bo według mnie, właśnie nastąpiło tzw. przegięcie pały. Małżonkowie śpiący ze sobą w jednym łóżku mają na ulicy zachowywać dwumetrową odległość? Czy kogoś tu, przepraszam, pogrzało? Nie wolno przespacerować się po parku lub po lesie? Bo co, koronaświrus spadnie z gałęzi? Ludzie w okresie przedświątecznym mają stać przed sklepami w kolejkach i mierzyć „dystans społeczny” suwmiarką? Widzę to tak: o ile poprzednie zakazy zostały przyjęte przez obywateli ze zrozumieniem, o tyle ostatnie absurdy wywołają jedynie złość i frustrację. Takie testowanie społecznej cierpliwości bardzo szybko odbije się rządowi czkawką – żeby nie było, że nie ostrzegałem.


*

Z osobistych doświadczeń. W sobotę odstałem przed „Biedrą” jakieś pół godziny, po czym wparowałem do sklepu z listą zakupów w ręku... i kupiłem może połowę tego, co zaplanowałem. W normalnych okolicznościach wszedłbym, zobaczył, że nie opłaca się stać w kolejce do kasy i poszedł gdzie indziej. Ciekawe, ilu jeszcze było takich jak ja, którzy musieli grzać do kolejnego sklepu, znów odstać swoje – i też bez gwarancji, że kupią co trzeba. Ostrzegam po raz drugi – wnerw w narodzie narasta...


*

Skąd się wziął absurdalny zakaz wchodzenia do lasu? Przypuszczam, że z taniego populizmu. Tak się złożyło, że niedawno jakiś „oburzony obywatel” wrzucił do internetu zdjęcia samochodów z parkingu w okolicach Puszczy Kampinoskiej, z komentarzem, że oto nieodpowiedzialni warszawiacy zamiast siedzieć w domach urządzają sobie wycieczki. I nikomu nie przyszło do łba, że przecież ci wszyscy ludzie nie przemieszczali się po lesie jednolitą zwartą masą, tylko w rodzinnych grupkach. Ale nie – rząd musiał pokazać, że „interweniuje” i wprowadził idiotyczny zakaz. Przy okazji – nikt nie jest w stanie wiążąco wyjaśnić, czy można udać się na ogródek działkowy, a mamy szczyt sezonu wiosennych prac. Tysiące działkowiczów mogłoby kopać grządki, siać, sadzić i generalnie ogarniać temat po zimie, oddając się zdrowej aktywności na świeżym powietrzu. Lecz znów – pewnie ktoś doszedł do wniosku, że mogą się zarazić od sąsiada zza siatki. Ciekawe, jak na dłuższą metę przymusowe siedzenie w czterech ścianach odbije się na zdrowiu i odporności obywateli.


*

Taka refleksja. Gdy wprowadzano ograniczenia poruszania się, niektórzy dowcipkowali, że za dziewięć miesięcy czeka nas wzrost liczby urodzeń. Raz już się to sprawdziło – w stanie wojennym, za Jaruzela, gdy była godzina milicyjna, ogólna beznadzieja, ludzie siedzieli w domach i z nudów robili dzieci. Problem w tym, że od tego czasu mentalność chyba dość mocno się zmieniła. Ja osobiście za jakiś czas sprawdzę statystyki rozwodów – i coś przeczuwam, że powiedzą one nam co nieco o kondycji poddanego eksperymentowi społeczeństwa.


*

Jarosław Kaczyński zafiksował się na wyborach – w najnowszej koncepcji korespondencyjnych. I tym wnerwił ludzi jeszcze bardziej. Z prostego powodu. Nie można bezkarnie wpędzać narodu w psychozę strachu, a potem jak gdyby nigdy nic ogłosić – idźcie do urn, albo biegnijcie na pocztę z kopertami, nic się wam nie stanie. Trzeba było albo nie siać paniki, albo od razu wprowadzić stan wyjątkowy i wybory 90 dni po. Obawiam się, że Naczelnika poważnie zawiódł tu słuch społeczny – bo nawet jeśli rząd ogłosi, że epidemia ustępuje, to „pandemonia” zakorzeniła się w głowach na tyle, że ludzie po prostu nie uwierzą. Coś czuję, że jako społeczeństwo będziemy się po tym wszystkim bardzo długo zbierać do kupy...


*

Chaos dotyka również szkolnictwo, zwłaszcza maturzystów, którzy nie mogą doczekać się decyzji, czy w tym roku będą matury, a jeżeli tak, to kiedy. Mam rozwiązanie – należy skorzystać z koncepcji Jarosława Kaczyńskiego i zarządzić matury korespondencyjne! Jak już stawiać wszystko na głowie i sprowadzać do absurdu, to na całego – a co!


*

Pierwszą polityczną ofiarą koronaświrusa okazał się Jarosław Gowin, który dostał nerwowego dygotu i najwyraźniej tylko szuka pretekstu jak się wymiksować z rządu, zanim spadną słupki poparcia. Tym samym po raz kolejny pokazał, że nie można na niego liczyć. W chwilach kryzysu, gdy w grę wchodzi presja, błyskawicznie wymięka. Istny człowiek-galareta.


*

No dobrze, z weselszych wieści. W Brazylii tamtejsze gangi wzięły się za zaprowadzanie kwarantanny w fawelach Rio de Janeiro. Jedne na kontrolowanym przez siebie obszarze ogłosiły godzinę policyjną, inne nakazały poruszanie się jedynie dwójkami, a jeszcze inne... zaczęły rozdawać ludziom mydło. Skąd ten przypływ przezorności? Z troski o klientów. Otóż gangi te zajmują się m.in. handlem narkotykami, a narkomani wiadomo – osłabiona odporność, podatność na infekcje... taki koronawirus mógłby ich wykosić jak muchy. Brazylijskie gangusy doszły więc do wniosku, że trzeba trochę zadbać o swoich ćpunów, bo nie będzie komu sprzedawać „towaru”. Martwy ćpun niczego nie kupi, więc lepiej jeśli jeszcze trochę pożyją. To się nazywa obywatelska postawa!


*

A tymczasem Chiny stwierdziły, że wystarczy tej pokazuchy na użytek świata i ogłosiły „zwycięstwo” w walce z koronawirusem – a świat udaje, że wierzy. Bo trzeba znów produkować i sprzedawać, tym bardziej, że Zachód był tak głupi i krótkowzroczny, że zlikwidował własny przemysł i teraz żebrze w Pekinie u Xi Jinpinga o każdy transport leków, maseczek i respiratorów. W związku z tym prorokuję, że niedługo w Europie narodzi się „kult cargo”, jak na wyspach Pacyfiku. Będziemy układać z gałązek atrapy doków i lądowisk, wyczekując statków bądź samolotów przysłanych przez Wielkie Żółte Mzimu. A najbardziej w tym wszystkim przygnębiające jest to, że nikt nie zamierza z tej sytuacji wyciągnąć żadnych wniosków na przyszłość.


*

OK, upuściłem nieco żółci, ale jednak zbliża się Wielkanoc, zatem Szanowni Państwo – wbrew wszystkiemu, Wesołego Alleluja!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (09-16.04.2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

„Kura” wyleciał z kurnika?

Większość elektoratu PiS głosuje na tę partię nie dzięki Kurskiemu, ale POMIMO tej topornej i paździerzowej sieczki serwowanej przez „Kurę” i jego podwładnych.

I. Łańcuch błędów

Zagadka: co się robi w momencie, gdy na dobre rozkręca się kampania wyborcza? Odpowiedź: wywołuje się wojenkę domową we własnym obozie politycznym. Do takich wniosków można dojść obserwując awanturę wokół podpisania przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy abonamentowej i dymisji Jacka Kurskiego. Ostatni raz tak spektakularne i rozgrywane na oczach opinii publicznej frontalne starcie w obozie władzy mieliśmy przy okazji sporu pałac prezydencki – rząd, zakończonego dymisją Antoniego Macierewicza. Tyle, że wtedy PiS nie miał na karku kluczowych wyborów. Teraz buldogi znów wylazły spod dywanu i zaczęły się żreć na oczach wyborców. Ktoś chyba doszedł do wniosku, że jest za dobrze i trzeba sobie pogorszyć notowania. Zwróćmy uwagę - „totalnej opozycji” udało się sprawić rękoma samego PiS, by kwestia rekompensaty dla mediów publicznych, będąca dotąd sporem na linii rząd-opozycja, przekształciła się w wewnętrzny konflikt w szeregach Zjednoczonej Prawicy. Mistrzowie, po prostu mistrzowie...

Mamy tutaj do czynienia z całym łańcuchem błędów. Błędem numer jeden było procedowanie ustawy o rekompensacie dla mediów publicznych w przededniu kampanii prezydenckiej. Nikt nie przewidział konfliktogennego potencjału takiego ruchu? Owszem, TVP i Polskiemu Radiu należy się wyrównanie utraconych wpływów z abonamentu – ale tę sprawę trzeba było załatwić albo zaraz po wyborach parlamentarnych, albo poczekać z nią do zakończenia wyborów prezydenckich. Przez te kilka miesięcy TVP by nie zbankrutowała – w ostateczności mogłaby się poratować linią kredytową w banku. Tymczasem PiS podał opozycji na tacy znakomity temat do „grzania”, na dodatek okraszony bonusem w postaci „palca” posłanki Lichockiej. Wymarzony pretekst do urządzania demagogicznej małpiarni, co opozycja natychmiast wykorzystała, podbijając stawkę nośnym społecznie żądaniem przekazania tych 1,95 mld. zł. „na onkologię” (przy czym do opinii publicznej jakoś nie przebiła się informacja, że „zapomoga” dla mediów publicznych zostanie wypłacona nie jako żywa gotówka, lecz w formie obligacji do spieniężenia w kolejnych transzach).

Błędem numer dwa było podesłanie uchwalonej w takiej atmosferze ustawy rozpoczynającemu kampanię Andrzejowi Dudzie „do wykonu”, nawet bez prób pozorowania jakichkolwiek konsultacji. To ważne, bo taka symboliczna nasiadówka w Pałacu Prezydenckim stanowiłaby komunikat, że ustawa jest efektem szerokiego porozumienia w obozie władzy. Można było nawet urządzić teatrzyk, na zasadzie – rząd/parlament chce dla TVP, dajmy na to, 3 mld. zł., na co Duda odpowiada – nie, to za dużo, dajmy 2 mld. I w ten sposób kwota, jaka miała i tak od początku trafić do państwowych mediów, jawiłaby się jako efekt kompromisu, co pozwoliłoby Andrzejowi Dudzie zaznaczyć swą podmiotowość i zachować twarz. Tymczasem PiS postawił stojącego u progu kampanii prezydenta w wyjątkowo niezręcznej sytuacji, podsyłając mu „zgniłe jajeczko” i traktując go tym samym niczym „Adriana” - „człowieka-długopis” rodem z memów „Soku z Buraka”.

Na powyższe nakłada się dodatkowo „błąd pierworodny” - czyli chroniczna niemożność uchwalenia ustawy medialnej, która załatwiłaby kwestię finansowania i statusu publicznych mediów raz na zawsze, bez konieczności corocznej łataniny ich budżetu subwencjami (bo rekompensaty przyznawano również w poprzednich latach). Była na to cała kadencja, a zajmować się tym miał osobiście szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański.


II. „Kurnik” TVP

Żeby nie było, że odpowiedzialnością obarczam jedynie stronę partyjno-rządową. Andrzej Duda również mógł się powstrzymać przed żądaniem dymisji Jacka Kurskiego, a ustawę chociażby skierować do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie przeczekałaby sobie spokojnie do końca maja. Ale nie – nagła szansa na uwalenie nielubianego „Kury” okazała się zbyt kusząca. Kto wie, kiedy znów trafiłaby się taka okazja? Bóg mi świadkiem, że nie należę, delikatnie mówiąc, do fanów Jacka Kurskiego i topornego stylu jaki prezentuje zarządzana przez niego TVP – ale moment, podobnie jak z uchwaleniem ustawy abonamentowej, był najgorszy z możliwych.

Generalnie, wokół TVP i Kurskiego zbiegają się linie najróżniejszych podziałów i sprzecznych interesów. Do zaprzysięgłych wrogów Kurskiego należą chociażby wspomniany wyżej Krzysztof Czabański i Joanna Lichocka (członek pięcioosobowej Rady Mediów Narodowych). Przypomnijmy, że ta dwójka już w sierpniu 2016 r. usiłowała przeprowadzić medialny „pucz”, doprowadzając do odwołania Jacka Kurskiego z funkcji prezesa TVP. Trzeba było osobistej interwencji Jarosława Kaczyńskiego, by RMN wycofała się rakiem ze swej decyzji i to w dość kuriozalny sposób: formalnie odwołany Kurski pozostał p.o. prezesa do czasu „konkursu” na stanowisko szefa TVP, który to „konkurs” wygrał – cóż za niespodzianka – tenże Jacek Kurski... Nic więc dziwnego, że od tamtego blamażu stronnictwo Czabańskiego dyszało żądzą zemsty – a że Andrzej Duda dał im sposobność, by „Kurę” utrącić, to skwapliwie z niej skorzystali. Czabański w ekspresowym tempie zarządził korespondencyjne głosowanie – i wszystkich pięciu członków Rady Mediów Narodowych zagłosowało za odwołaniem prezesa TVP. Wytworzył się przy tym egzotyczny sojusz między „pisowcami”, a przedstawicielami opozycji – Juliuszem Braunem i Grzegorzem Podżornym (z ramienia Kukiz'15). Fajnie się bawią, nie ma co...

Komu natomiast potrzebna była „kurska” TVP? Przede wszystkim okołopisowskim ośrodkom medialnym, które z dotychczasowego rozdania czerpały swoje partykularne korzyści – to ich przedstawiciele brylowali na antenie, reklamując przy tym siłą rzeczy swoje media. Wystarczy prześledzić z których redakcji w ostatnim czasie podnosiły się najmocniejsze głosy w obronie aktualnego układu. Z całą pewnością natomiast TVP w swej obecnej formule nie była potrzebna widzom – również elektoratowi PiS (który i bez tego ma sprecyzowane poglądy), a już w szczególności mitycznemu „umiarkowanemu wyborcy”. Większość elektoratu PiS głosuje na tę partię nie dzięki Kurskiemu, ale POMIMO tej topornej i paździerzowej sieczki serwowanej przez „Kurę” i jego podwładnych. Wszystkie badania pokazują, że elektorat PiS (w odróżnieniu od wyborców „totalnych”, nie oglądających niczego poza TVN) jest najbardziej pluralistyczny i otwarty - ogląda nie tylko „Wiadomości”, ale również „Fakty” TVN i „Wydarzenia” Polsatu. Słowem, konfrontuje różne punkty widzenia i nie pozwala robić sobie wody z mózgu. Traktowanie tych ludzi jak „ciemnego ludu”, któremu trzeba wbić partyjny przekaz do głów młotkiem, jest dla nich zwyczajnie obraźliwe. Biorąc to pod uwagę, nie dziwi, że Andrzej Duda wolał się od „kurnika” TVP dystansować (zresztą z wzajemnością).


III. Bądźmy mądrzejsi od politykierów

Zadziwiająca jest przy tym słabość, jaką ma do Kurskiego Jarosław Kaczyński, który najwyraźniej wierzy, że taka medialna kłonica jest niezbędna do mobilizowania „żelaznego elektoratu”. Rzecz zdumiewająca tym bardziej, że jak dotąd jedyną namacalną „zasługą” Kurskiego było... wypromowanie Konfederacji – czyli konkurenta przełamującego monopol PiS po prawej stronie. Jego TVP bojkotowała i oczerniała polityków „Konfy” tak konsekwentnie, że w końcu osiągnęła efekt przeciwny do zamierzonego. Kaczyński dotąd zdawał się pozostawać na to wszystko ślepy - ale nawet Naczelnik musiał jednak poświęcić swego protegowanego w imię zażegnania politycznego kryzysu.

Cały ten konflikt pokazuje, jak wiele złej krwi nagromadziło się w minionych latach w obozie Zjednoczonej Prawicy. Tam literalnie nikt nikomu nie ufa, poszczególne frakcje gryzą się między sobą jak wściekłe psy – i wystarczył stosunkowo niewielki detonator, by wszystko to wylało się na widok publiczny. Jeżeli poszczególnych politykierów i koterii nie powstrzymała przed skoczeniem sobie do oczu nawet perspektywa absolutnie kluczowych wyborów, to znaczy, że jest naprawdę niedobrze – i cała nadzieja, że w maju wyborcy okażą się mądrzejsi od własnych wybrańców.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Lichocka do szafy!

Finansowanie mediów publicznych – do zmiany

Media państwowe, nie „publiczne”

Zrobieni w abonament


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (13-19.03.2020)

Pod-Grzybki 200

Na rozgrzewkę taki dowcip. Siedzi Kidawa-Błońska w restauracji. Do stolika podchodzi kelner i pyta: co pani zamówi? A na to Kidawa zrywa się i krzyczy: a może to pan powie, co zamówi?! Może się pan pochwali, wszyscy chętnie posłuchamy!


*

Ale zostawmy chwilowo panią Małgorzatę (no, powiedzmy, że do następnego tygodnia) – tak po ludzku, to nawet jej trochę współczuję. Na myśl, że przez najbliższe trzy miesiące będzie musiała oglądać swą wyretuszowaną do bólu podobiznę na każdym płocie, biedaczka miała prawo nabawić się rozstroju nerwowego.

*

Sylwia Spurek nie odpuszcza i na stronach „Kretyniki Politycznej” zamieściła antymięsny manifest – że mięso trzeba opodatkować, bo globalne ocieplenie, metan i cierpią zwierzątka. Nie miejmy złudzeń - jeśli lewactwo rzuci wszystkie ręce na pokład, to w końcu te upiorne restrykcje przeforsuje i jak za dawnych czasów możliwość jedzenia mięsa stanie się luksusem dostępnym dla najbogatszych i wyznacznikiem statusu społecznego. Ja jednak pokładam wiarę w zaradność polskiego chłopa. Polski chłop przetrwał okupację, komunę i zawsze znalazł jakiś sposób, by wyhodować sobie na boku jakąś świnkę - nawet za Niemca, kiedy za taką pokątną hodowlę groziło rozstrzelanie, albo obóz koncentracyjny. Tak więc, czeka nas powrót do przeszłości i czasów szmuglowanej rąbanki. I znów cały naród będzie śpiewał: „Teraz jest wojna / kto handluje, ten żyje / ja sprzedam rąbankę, słoninę, kaszankę / i bimbru się też napiję...” - na zdrowie!


*

Ale i rząd nie ustaje w uszczęśliwianiu obywateli. Jak wiadomo, w trosce o nasz dobrostan, by naród się nie rozpijał, opodatkował tzw. małpki. Kurczę, jakbym miał trochę luźnego hajsu, to zainwestowałbym w produkcję „piersiówek” - coś czuję, że wkrótce wzrośnie na nie popyt. Cały skutek podwyżki akcyzy na butelczyny „małolitrażowe” będzie bowiem taki, że ludzie zaczną kupować większe flaszki i w miarę potrzeby przelewać do zgrabnych piersióweczek – bo jak ktoś musi, to musi. Albo przerzucą się na bimber - „...i bimbru się też napiję...” - na zdrowie jeszcze raz!


*

Koronawirus szaleje! W ukraińskim miasteczku Nowi Sanżary doszło do zamieszek. Miejscowi nie chcieli przyjąć na kwarantannę kilkudziesięciu osób ewakuowanych z chińskiego Wuhan. Blokowali dojazd, palili opony, aż wreszcie obrzucili autokary kamieniami, wybijając w nich kilka szyb. I to jest coś, czego nie rozumiem – po cholerę wybijali szyby w autobusach z potencjalnie zarażonymi ludźmi? Chcieli, żeby wirus się szybciej i swobodniej rozprzestrzenił? Wot, logika...


*

Mamy jakąś dziwną wojnę służb – i to chyba naprawdę poważną, bo buldogi wylazły spod dywanu i zaczęły się gryźć na oczach publiczności. CBA wkroczyło do biur NIK oraz mieszkań Mariana Banasia i jego syna – łamiąc przy okazji immunitet przysługujący z urzędu szefowi Najwyższej Izby Kontroli. Z kolei NIK wkroczył z kontrolą do Prokuratury Krajowej, a żeby było jeszcze zabawniej, chwilę wcześniej CBA aresztowało swojego byłego agenta – czyli Tomasza Kaczmarka, znanego jako „agent Tomek”. To ostatnie celnie skomentował ktoś w internecie: Człowiek Roku „Gazety Polskiej” 2007 (Mariusz Kamiński) aresztował Człowieka Roku „Gazety Polskiej” 2009 (agenta „Tomka”) - a wszystko pod nadzorem Człowieka Roku „Gazety Polskiej” lat 2016, 2017 i 2018 (Mateusza Morawieckiego). Ciekawe, co na to Człowiek Roku „Gazety Polskiej” z 2015 i 2019 – czyli Jarosław Kaczyński? Jak tak dalej pójdzie, to niepotrzebna będzie żadna „totalna opozycja”, która odgraża się, że jak wróci do władzy to powsadza pisowców do więzień. Szkoda fatygi, w tym tempie sami się wyaresztują jeszcze przed kolejnymi wyborami.


*

A skoro o „człowiekach roku” mowa. „Gazeta Polska” urządziła wypasioną galę na której nagrodę tę przyznano – cóż za niespodzianka - Jarosławowi Kaczyńskiemu (za rok dla odmiany dostanie Morawiecki). Ech, można by się zadumać nad skalą lizusostwa „niepokornych dziennikarzy” z „Zony Wolnego Słowa” - ale mniejsza. Skoro „GaPola” kupują praktycznie już tylko członkowie Klubów „GP” (a i to chyba nie wszyscy), to trzeba dopieszczać rządzących, bo reklamy Spółek Skarbu Państwa same się nie załatwią - i ja to nawet rozumiem. Natomiast na model biznesowy „Sakiewki” nieco światła rzucają następujące dane (za Wirtualnemedia.pl): „Według danych ZKDP w całym ub.r. średnia sprzedaż ogółem „Gazety Polskiej” wynosiła 21 875 egz., o 18,5 proc. mniej niż rok wcześniej. Wydające „GP” Niezależne Wydawnictwo Polskie osiągnęło w 2018 roku 18 mln zł przychodów sprzedażowych (wobec 15,09 mln zł rok wcześniej), a wynik netto spółki poprawił się z 539,9 tys. zł straty do 311,9 tys. zł zysku”. I to jest proszę Państwa majstersztyk – zmniejszyć sprzedaż prawie o 1/5 i jednocześnie zwiększyć zyski – nie ma to jak „midasowy dotyk” władzy!


*

Ale, przy okazji wybuchł mały skandal. Mianowicie, wśród państwowych sponsorów gali „GaPola” zaplątała się też Kompania Piwowarska, co wśród elektoratu „totalsów” wywołało pewne wzburzenie – posypały się wezwania do bojkotu konsumenckiego i takie tam. Chyba jednak nikt nie zwrócił uwagi na pewną ciekawostkę. Otóż, o ile mnie pamięć nie myli, Kompania Piwowarska, to jest ta sama Kompania, która w 2010 r. po tragedii smoleńskiej wywiesiła naprzeciwko Wawelu baner z hasłem „Zimny Lech”, nieprawdaż? Doskonale pamiętam z tamtego okresu ukazujące się na łamach „GP” zaangażowane teksty Piotra Lisiewicza wzywającego do bojkotu produktów tej firmy i skrupulatnie wyliczającego piwa znajdujące się w jej portfolio, których należy unikać. Proszę, jak to czasy się zmieniają... Jak tam, piwko „Lech” już smakuje?


*

Na koniec nieco poważniej. Papież Franciszek ogłosił posynodalną adhortację w której – ku radości i uldze tradycjonalistów – jednak nie otworzył furtki dla zniesienia celibatu księży i wprowadzenia kapłaństwa kobiet. I tylko nieliczni zadali sobie pytanie: jakich czasów dożyliśmy, skoro potwierdzenie przez papieża elementarnego kościelnego nauczania odbierane jest niczym rewelacja?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (28.02-05.03.2020)

niedziela, 23 lutego 2020

Lichocka do szafy

Szczęście w nieszczęściu, że obecny skandal wydarzył się jeszcze przed startem kampanii w której – o zgrozo – Joanna Lichocka była ponoć typowana na rzeczniczkę sztabu wyborczego, a więc na jedną z głównych „twarzy” obozu Andrzeja Dudy. Uff... opatrzność czuwa.


I. Middlefingergate

Miliony przeznaczone na spektakularną konwencję, spoty i billboardy; sztab ludzi formatujących przekaz kampanii i wizerunek kandydata; specjaliści od piaru i wyborczych strategii; tysiące kilometrów do przejechania po całej Polsce, by dotrzeć do każdego powiatu, a niekiedy wręcz poszczególnych gmin i sołectw – i dosłownie na chwilę przed odpaleniem tej machiny wychodzi taka Lichocka cała na biało, by z pełnym samozadowoleniem pokazać w Sejmie „fucka”... Cały wysiłek jak krew w piach. Takie mniej więcej refleksje mogły najść sztab Andrzeja Dudy i kierownictwo PiS po spektakularnym wyczynie posłanko-dziennikarki Joanny Lichockiej, która po wygranym głosowaniu w sprawie 2 mld. zł. dla TVP prostu nie mogła się powstrzymać, by nie pokazać triumfalnie opozycji środkowego palca. Na to nałożyły się później sztubackie (by nie powiedzieć dosadniej) tłumaczenia, jakoby rzeczonym palcem jedynie „poprawiała sobie oko”, a cała afera jest winą niefortunnej stop-klatki. Gorzej – na uwagi internautów, nawet tych sprzyjających PiS-owi poszedł przekaz, że dali się „zmanipulować” wrażej propagandzie. Doprawdy, nie wiem, co gorsze – sam gest, czy późniejsze żenujące próby „odkręcenia” i mydlenia oczu. Krótko mówiąc, wizerunkowa katastrofa na trzy dni przed inauguracyjną konwencją wyborczą.

Tu nie ma mowy o niefortunnym przypadku. Obejrzałem sobie uważnie całą sekwencję ruchów, a nie tylko feralną stop-klatkę i wniosek jest oczywisty – posłanka Lichocka ewidentnie chciała pokazać, co pokazała i zrobiła to z pełną premedytacją, nieudolnie próbując zamaskować swój gest pocieraniem twarzy. Proszę mi wierzyć, wiem co mówię – takie podwórkowe sztuczki widziałem nie raz i mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić jedno: pani Joanna nad dyskretnym pokazywactwem musi jeszcze sporo popracować. Proszę więc nie próbować robić ze mnie balona, że to tylko taki mimowolny lapsus, nie ze mną takie numery. Ale co tam ja – na nagraniu widać, jak wyraźnie spanikowana posłanka usiłowała wcisnąć ten kit samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu. Końcowa mina Naczelnika po wysłuchaniu tych bredni mówi sama za siebie.

Według doniesień „Rzeczpospolitej” „w partii wszyscy są na nią wściekli”, zaś wicerzecznik PiS Jarosław Fogiel w rozmowie z RMF FM dodał, iż „bardzo by się cieszył, gdyby do tej sytuacji w Sejmie w ogóle nie doszło”. No, ja myślę. Jeżeli polityk PiS-u (a nie któregoś z koalicjantów ze Zjednoczonej Prawicy) mówi mediom takie rzeczy pod nazwiskiem, a do tego idą kontrolowane „anonimowe” przekazy, to oznacza tylko jedno – że „wściekły” jest sam Komendant, i to zapewne nie tylko na sam gest, lecz również na to, że posłanka próbowała zrobić go w trąbę. Posłanka, dodajmy, do której dotąd Jarosław Kaczyński miał wyraźną słabość, jako do wiernego żołnierza – bezwzględnie lojalnego zarówno na odcinku medialnym, jak i politycznym. Jednak w tym przypadku żołnierz wykazał się nadmiarem własnej nieprzemyślanej inwencji i naraził swą szarżą na porażkę całą armię – musi więc wypaść z łask i pójść w odstawkę.


II. Cynizm „totalnych”

Druga strona medalu, to oczywiście zachowanie „totalnej opozycji”, która usiłowała na różne sposoby sprowokować reakcję. Tylko, na litość boską, Joanna Lichocka nie jest przecież nowicjuszem. Mało to razy „totalsi” urządzali w Sejmie małpiarnię z pohukiwaniami, okrzykami, buczeniem i czym tam jeszcze? Był chyba czas przywyknąć i się uodpornić. Przypomnę, że PiS przedstawiał się dotąd jako partia, która stara się być blisko ludzi, a jednym z kluczowych elementów wiarygodności takiego wizerunku jest wystrzeganie się wszystkiego, co mogłoby zostać odczytane jako buta i arogancja władzy. Samozadowolenie połączone z okazywaniem na każdym kroku wyższości i pogardy miało być w społecznym odbiorze domeną „tamtych” - platformersów, nachapanych „elit”, „kodziarzy”. Słowem, szeroko pojętego „obozu III RP”. Joanna Lichocka swym zachowaniem dokonała skutecznego wyłomu w tej narracji. Tak jak dla PiS-u podarunkiem było chamskie zachowanie kodziarstwa podczas uroczystości w Pucku i można było tylko prosić, by tego typu ekscesów było jak najwięcej, tak wybryk Lichockiej jest darem niebios dla „totalnej opozycji” i będzie eksploatowany w kampanii do imentu – zarówno oficjalnie, jak i w formie potencjalnie jeszcze groźniejszej internetowej „szeptanki”.

Stała się bowiem rzecz najgorsza - „middlefingergate” uległa „memifikacji” i zaczęła żyć własnym życiem w oderwaniu od całego kontekstu. Byłoby zresztą dziwne, gdyby „totalni” nie wykorzystali takiego prezentu i nie spróbowali przykleić mu własnych znaczeń – doprawdy, na aż taką nieudolność opozycji trudno było liczyć. Z miejsca więc ruszono z wersją, jakoby Lichocka pokazała „fucka” nie jakimś tam posłom, którzy mało kogo obchodzą, lecz generalnie „wszystkim Polakom”, a w szczególności – chorym na raka.

No właśnie. Zagrywka z żądaniem przekazania 2 mld. zł. na onkologię poraża swym cynizmem, ale może okazać się społecznie nośna, szczególnie dla ludzi nie wnikających na co dzień w meandry polityki – bo niemal każdy ma w rodzinie czy gronie znajomych kogoś, kto padł ofiarą tego nieszczęścia i zderzył się z realiami służby zdrowia. Pytanie, czy uda się ich przekonać, że opozycja traktuje chorych czysto instrumentalnie, są dla niej jedynie kolejnym mięsem armatnim – tak jak wcześniej lekarze-rezydenci, nauczyciele czy ofiary księży-pedofilów. Obrzydliwość tego postępowania należy bezwzględnie zdemaskować prostymi, zrozumiałymi dla każdego komunikatami – tyle, że może nie bezpośrednio przez sztab wyborczy Andrzeja Dudy, a drogą „okrężną”. W 2015 r. PiS doskonale potrafił wykorzystać potencjał swych zwolenników w internecie – i najwyższa pora wrócić do tej metody, którą od pewnego czasu partia rządząca zwyczajnie odpuściła, nazbyt polegając na topornej propagandzie TVP Kurskiego. A przy okazji – te dwa miliardy przekazane u progu kampanii wyborczej ewidentnie na propagandę właśnie, to kolejny strzał w stopę. Ja wiem, że chodzi również o rekompensatę utraconych wpływów z abonamentu (do czego walnie przyczyniły się rządy PO) – ale kto z przeciętnych wyborców będzie wnikał w takie szczegóły? Nie można było pomyśleć o tym wcześniej, tak by mieć temat „wyczyszczony” na długo przed kampanią?


III. Kampania w szafie

Teraz nadzieja w tym, że PiS-owi uda się jakoś zneutralizować tę skrajnie niewygodną wpadkę – a z drugiej strony, że zwykłemu odbiorcy się ona opatrzy, zaś „najgłupsza opozycja świata” swoim zwyczajem przegrzeje temat. Na razie uczyniono pierwsze niezbędne ruchy – Lichocka nie pojawiła się na konwencji prezydenta Andrzeja Dudy i był to pierwszy znaczący sygnał gaszenia pożaru. W całej sekwencji wydarzeń bowiem Joanna Lichocka dała się poznać jako zacietrzewiona hunwejbinka, przekonana o swej „najmojszej” racji i bez cienia elementarnej autorefleksji. Jest to zresztą szersza przypadłość przedstawicieli dziennikarskiej stajni z której się wywodzi. Nie bez przyczyny Jacek Kurski zagarnął ich szerokim gestem do TVP – pasują do jego ciosanego siekierą przekazu jak ulał. Sama Lichocka ma zresztą na koncie także inną wpadkę, jeszcze z pierwszej kadencji, kiedy to była jedną z inicjatorek podniesienia uposażeń poselskich, co też skończyło się medialną awanturą, a sprawę musiał osobiście odkręcać Jarosław Kaczyński. Szczęście w nieszczęściu, że obecny skandal wydarzył się jeszcze przed startem kampanii w której – o zgrozo – Joanna Lichocka była ponoć typowana na rzeczniczkę sztabu wyborczego, a więc na jedną z głównych „twarzy” obozu Andrzeja Dudy. Uff... opatrzność czuwa.

Teraz czeka ją okres politycznego czyśćca – wieść niesie, że dostała polecenie schowania się na najbliższe trzy miesiące do szafy, co jest jedyną sensowną i oczywistą reakcją. Powinna to jakoś przeboleć – w końcu, na czas poprzednich kampanii lojalnie chował się chociażby Antoni Macierewicz, a nawet sam Jarosław Kaczyński. Tak więc i pani poseł jakoś ten medialny detoks wytrzyma, nieprawdaż?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 8 (21-27.02.2020)

czwartek, 13 lutego 2020

Pod-Grzybki 192

i po Świętach. Pora wybudzić się ze stanu błogiej karpiozy i obezwładniającego aromatu mandarynek. Gdy piszę te słowa, jest wprawdzie jeszcze przede mną kusząca perspektywa sylwestrowych bąbelków, ale nie ma lekko – do roboty!


*

Ze świątecznych reminiscencji. Agorowy portal „Gazeta.pl” uznał za stosowne przypomnieć swoim lemingom, że – uwaga – post w Wigilię formalnie rzecz biorąc nie jest obowiązkowy. Rozumieją Państwo przesłanie? Generalnie to jesteśmy za weganizmem, ale w ten jeden, wyjątkowy dzień, żryjmy mięcho ile wlezie – na złość tej polskiej, kołtuńskiej, zaściankowej tradycji i na pohybel Kościołowi. Ot, bolszewicka dialektyka w działaniu.


*

Swoją drogą, miło wiedzieć, że na Czerskiej kultywują własne obrzędy. Otóż w starych, dobrych czasach, gdy w redakcji „Wyborczej” funkcjonowała jeszcze zakładowa stołówka dla pracowników (teraz już zlikwidowana w ramach cięć budżetowych, chlip, chlip), w dobrym tonie było zamawiać tam w piątki na obiad schabowego, natomiast o jajka na śniadanko proszono słowami: „poproszę dwa życia poczęte na miękko”. No i teraz zagwozdka – czy w czasach szalejącego ekologizmu tamtejsi funkcjonariusze dostają specjalną dyspensę na dni postne? Inaczej, jeszcze ktoś by ich pomylił z jakimiś katolami... Nic dziwnego, że tak nienawidzą tam Bożego Narodzenia – i na złość „moherom” wpychają w siebie „wigilijny pasztet”, wyjąc potępieńczo „Podmoskownyje wieczera”.


*

Sylwia Spurek w przedświątecznym wpisie: „Jak wiecie jestem / jesteśmy ateistami, ale okres poprzedzający Nowy Rok jest zawsze dla nas magiczny…”. Rozbierzmy to sobie na czynniki pierwsze. Wychodzi na to, że „ateistka” wierzy w jakąś bliżej niesprecyzowaną „magię” mającą charakteryzować „okres poprzedzający Nowy Rok”. Co więc robi w tym czasie? Lata na miotle i tańczy wokół buzującego kotła na Łysej Górze? Potwierdza się stara prawda, że człowiek, który nie wierzy w Boga, gotów jest uwierzyć w cokolwiek.


*

Ach, no i oczywiście rozległ się coroczny płacz nad ciężką dolą „cierpiących” karpi. Może więc przypomnę, tak dla porządku – ryby należą do tzw. kręgowców niższych, nie mają kory mózgowej, samoświadomości i nie odczuwają cierpienia tak jak ssaki. A ja, klasycznie – jak co roku kupiłem na rynku karpika, w domu sprawiłem, wypatroszyłem, oskrobałem – i na patelnię! Pychota... A weganom-zawistnikom niech ślina cieknie aż na podłogę.


*

Refleksja z facebookowego profilu „Sebizm Osiedlowo-Radykalny” (polecam) o tym, co by się stało, gdyby w dzisiejszych czasach Jezus narodził się w stajence: „w naszych czasach zaraz by do stajenki zjechały urzędniczki z MOPS-u i Dzieciątko poszłoby do bidula. I jeszcze by świętej rodzinie założyli niebieską (NIEBIESKĄ!) kartę”. A ja dodam od siebie, że na koniec „niezawisły sąd” pozbawiłby Maryję i Józefa praw rodzicielskich. I byłoby po Świętej Rodzinie.


*

A skoro o sądach mowa. Wzruszył mnie apel sędziego Igora Tulei z wiecu w obronie „wolnych sądów”: „Gdyby nas kiedyś zabrakło, mówcie swoim dzieciom, że były kiedyś wolne sądy...”. No więc, może spróbuję. Na przykład tak: „Dawno, dawno temu, w latach świetności krainy zwanej Trzecią Erpe, były sobie wolne sądy. Naprawdę wolne – wręcz najwolniejsze w całej Europie, co było przedmiotem dumy wszystkich orzekających w nich sędziów, których zresztą w przeliczeniu na liczbę mieszkańców też było niemal najwięcej w Europie – zupełnie jak niegdyś szlachty. Sędziowie ci mówili o sobie, że są „niezawiśli” - i to również była prawda, bo żaden z nich nigdy nie zawisł. Sądy te orzekały jak chciały i nikt nie ważył się podnieść na nie ręki. Broniły do upadłego „ludzi honoru”, takich jak ojcowie polskiej demokracji – Czesław Kiszczak i Wojciech Jaruzelski. Wyrokowały, kto jest „wybitnym obywatelem” i jako taki winien się cieszyć specjalnymi względami, jak Prezydent Lech Wałęsa. Stwierdzały, iż krytykowanie Adama Michnika jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. Reprywatyzowały kamienice na rzecz kuratorów z pełnomocnictwami wystawionymi przez 120-latków z Wysp Hula-Gula. Zaklepywały egzekucje komornicze na sąsiadach dłużników, bo dłużnik-bankrut niczego przecież nie miał, natomiast sąsiad owszem – a dług, rzecz święta, ktoś przecież musi go spłacić. Uwalniały ofiary prowokacji, które nieopatrznie, w roztargnieniu, przyjęły worek z jakimiś pieniędzmi, których nigdy wcześniej nie widziały na oczy – a skazywały niecnych prowokatorów. I jeśli nawet któremuś z sędziów przypadkiem zaplątał się do rąk 50-złotowy banknot na stacji benzynowej, albo pendrajwy do kieszeni, albo części do wiertarki, albo dżinsy w sklepie, albo pęto kiełbasy wlazło na stoisku mięsnym w markecie do rękawa – to koledzy solidarnie bronili takiego nieszczęśnika przed przykrościami. Nic więc dziwnego, że mówili o sobie, iż są „zupełnie nadzwyczajną kastą ludzi”. Owa nadzwyczajna kasta pieczołowicie wybierała sobie młody narybek, kształtując adeptów na swój obraz i podobieństwo – uzupełniając w ten sposób swe szeregi z pokolenia na pokolenie, często wręcz w ramach sędziowskich dynastii założonych jeszcze w heroicznych czasach walki o umacnianie demokracji ludowej, gdy protoplaści rodów pobierali swe nauki w sławnej Szkole Prawniczej im. Teodora Duracza, zwanej pieszczotliwie „duraczówką”. Nabór ten dał plon stukrotny w trudnych czasach stanu wojennego, gdy trzeba było wykazać się poczuciem uświadomionej, dziejowej konieczności – i temu wyzwaniu nadzwyczajna kasta sprostała na całej linii, co w naturalny sposób predestynowało ją do odgrywania poczesnej roli również w Trzeciej Erpe. Piękne to były czasy... I komu to przeszkadzało? Aż przyszedł Jarosław Kaczyński, istny potwór – wargi u niego były sine, kły długie, włos zmierzwiony, wzrok dziki, suknia plugawa – i zniewolił sądy, które od tej pory gorzko płaczą w okowach reżimu, wyglądając brukselskiej odsieczy”. Ech, aż sam się rozrzewniłem – jak myślicie, może sędzia Tuleya powinien przeczytać tę umoralniającą opowieść na kolejnej demonstracji?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (03-09.01.2020)

niedziela, 20 października 2019

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie

PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


I. Mało brakowało

O mały włos... Naprawdę, niewiele brakowało, by Zjednoczona Prawica pożegnała się z samodzielną większością w Sejmie. Ostatecznie udało się zachować stan posiadania z 2015 r. - czyli 235 mandatów. I to jest niewątpliwie sukces – przy największej od 1989 r. frekwencji (61,74 proc.) ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego zdobyło nowych wyborców (43,59 proc. przy 37,58 proc. w 2015 r.), zyskując 6,1 pkt. proc. W liczbach bezwzględnych – w 2015 r. na PiS głosowało 5 711 687 wyborców, zaś w 2019 - 8 051 935, co oznacza przyrost głosów o 2 340 248. Można więc powiedzieć, że plan minimum został wykonany. Jednocześnie jednak nie da się ukryć, że apetyty były dużo większe i liczono na znaczący przyrost miejsc z Sejmie. Dał temu zresztą wyraz w swym wystąpieniu Jarosław Kaczyński, mówiąc „otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”, w innym miejscu stwierdzając z kolei, iż jego partię czeka refleksja nad tym „co spowodowało, że poważna część społeczeństwa jednak uznała, że nie należy nas popierać”. A jest się nad czym zastanawiać – warto tu przypomnieć pogłębione badanie socjologiczne pt. „Polityczny cynizm Polaków”, które omawiam szerzej w bieżącym wydaniu „Polski Niepodległej”. Wg tego badania, twardy elektorat PiS wynosi obecnie 35 proc., zaś „elektorat rezerwuarowy” to kolejne 20 proc. - czyli łącznie 55 proc. Z tych „rezerw” PiS-owi udało się pozyskać 8,59 proc., a więc mniej niż połowę. Wystarczyło, by obronić dotychczasową pozycję – ale tylko tyle. Czyli, niby „pykło”, lecz jakoś nie do końca. Autorzy przywołanego badania zwracali uwagę, że „rezerwowy” elektorat PiS rzadziej chodzi do wyborów, niż analogiczne elektoraty ugrupowań opozycyjnych, co znajdowało potwierdzenie w późniejszych sondażach wskazujących na demobilizację wyborców Zjednoczonej Prawicy. W najbliższym czasie obóz rządzący czeka więc poważna orka nad aktywizacją potencjalnych zwolenników, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów prezydenckich, bo wbrew pozorom druga kadencja Andrzeja Dudy wcale nie jest przesądzona.

W Sejmie jednak PiS przynajmniej się obronił. Nie da się natomiast usprawiedliwić porażki w Senacie. W 2015 r. PiS wprowadził 61 senatorów, by w tej kadencji stracić 12 miejsc i tym samym większość w izbie wyższej parlamentu. To oczywiście nie jest jeszcze tragedia, ale może spełnić się scenariusz o którym pisałem przed tygodniem - „izba refleksji” może zostać zamieniona przez „totalną opozycję” w „izbę obstrukcji”. W kluczowych sprawach trzeba będzie się zmagać z próbami sabotowania ustaw, wszystko będzie szło o wiele wolniej. Tu trzeba zauważyć, że nawet tzw. „senatorowie niezależni” wywodzą się z obozu opozycyjnego, więc naprawdę ciężko będzie ciułać głosy dla poszczególnych projektów. Odnoszę wrażenie, że PiS rzucił wszystkie siły w kampanii na odcinek sejmowy, licząc iż przewagę w Senacie osiągnie siłą rozpędu. Tymczasem na tym froncie partie opozycyjne zwarły szyki, wystawiając w ramach „paktu senackiego” w większości okręgów jednego kandydata, by nie rozpraszać głosów – i ta taktyka się sprawdziła.

Dodatkowo, w wyborach do Sejmu obóz „anty-PiS” (PO-KO, Lewica, PSL) uzyskał w skali kraju łącznie 8 958 824 głosy – a więc o ponad 900 tys. więcej od Zjednoczonej Prawicy. Jeśli doliczyć Konfederację z 1 256 953 głosami, przewaga wynosi grubo ponad 2 miliony. PiS może dać na mszę w intencji metody d'Hondta premiującej największe ugrupowania.


II. Przełamanie duopolu

No właśnie, jaki szerszy obraz wyłania się z tych wyborów? Przede wszystkim okazuje się, że Polacy nie życzą sobie systemu dwupartyjnego. Polityczny duopol i wieczna nawalanka na linii PiS-PO dla wielu stała się zwyczajnie nużąca, co zaowocowało „kontrolnym” oddaniem głosu na którąś z alternatywnych opcji. Świadczy o tym nie tylko dwucyfrowy wynik lewicy startującej pod szyldem SLD (12,56 proc.), ale nadspodziewany sukces PSL z Kukizem (8,55 proc.), a nade wszystko Konfederacji (6,81 proc.). Ta ostatnia dwójka to chyba największe zaskoczenie. Okazało się, że wbrew moim nadziejom Kukiz nie pogrzebał ludowców i ten fenomen godzien jest osobnych analiz.

No i wreszcie Konfederacja – wydawało się, że wysoka frekwencja pogrzebie antysystemowców, którzy dotąd nie byli w stanie przebić szklanego sufitu kilkuset tysięcy głosów. Swój triumf (bo tak należy na to patrzeć) konfederaci zawdzięczają przede wszystkim mobilizacji najmłodszego elektoratu (18-29 lat) – z tej grupy wiekowej zagłosowało na nich ponad 20 proc., co jest trzecim wynikiem po PiS i KO. I tu nie tyle kamyczek, co wręcz głaz należy wrzucić do propagandowego aparatu PiS. Stawiam tezę, że do sukcesu Konfederacji walnie przyczyniła się przaśna, toporna propaganda TVP Jacka Kurskiego. Bojkotowanie, jak by nie było, ogólnopolskiego komitetu wyborczego balansującego w sondażach na granicy progu wyborczego było tak bezczelne i groteskowe, że zwyczajnie musiało przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Nie zapraszanie polityków Konfederacji przy jednoczesnym pompowaniu lewicy, przypieczętowane aferą z pominięciem przy podawaniu sondażowych wyników, za co TVP przegrała (zasłużenie) proces w trybie wyborczym – ta ostentacyjna stronniczość aż gryzła w oczy. Nic więc dziwnego, że na ostatniej prostej konfederatów „zagospodarował” TVN, prezentując polityków tej formacji już nie jako „faszystów”, lecz wyważonych, zdroworozsądkowych wolnorynkowców. Kurski najwyraźniej zapomniał, że TVP nie jest jedyną telewizją w Polsce i sam „sprezentował” Konfederację konkurencji – a ta nie omieszkała skwapliwie skorzystać z podarunku. Jeżeli ktoś powinien beknąć za wynik PiS poniżej oczekiwań, to w pierwszym rzędzie powinien być to „Kura”. Tu znów odwołam się do wspomnianego wyżej badania – otóż wynika z niego, że wyborcy prawicowi mają często bardzo krytyczny stosunek do przekazu mediów publicznych – a na dodatek na ogół oglądają również programy informacyjne pozostałych stacji oraz, co równie ciekawe, często nie życzą sobie zbyt miażdżącej przewagi politycznej PiS, instynktownie szukając jakiejś przeciwwagi.

Generalnie jednak, układ w Sejmie wskutek wejścia Konfederacji jest wręcz idealny. Wbrew rachubom TVN-u, konfederaci nie pozbawili PiS samodzielnej większości i partia Jarosława Kaczyńskiego utrzymała władzę – ale nie „bezkarną”. Wielokrotnie formułowałem tu pogląd, że Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje nad sobą „bata” - i to z prawej strony, by nie zastygło w pysze i samozadowoleniu. Dzięki Konfederacji, partia rządząca odebrała niezbędną lekcję pokory, a do stawu z pisowskimi karpiami wdarł się przebojem antysystemowy szczupak, który zadba o to, by nie obrosły tłuszczem. Taki „dyscyplinator” może się okazać zbawienny w pewnych sprawach typu polityka wschodnia, brak asertywności w relacjach z USA czy żydowskie roszczenia majątkowe. Jeśli tylko nie zaczną zanadto „kucować”, to 11 posłów Konfederacji może okazać się wartościowym uzupełnieniem obecnego składu parlamentu. A dla PiS rada na przyszłość – pogódźcie się z tym, że istnieje bardziej radykalna grupa wyborców (zwłaszcza młodych), których nie da się „zakopać” i którzy zwyczajnie mają prawo do swej parlamentarnej reprezentacji.


III. Przed bitwą prezydencką

Niewątpliwie te wybory pokazały, że w narodzie zaczyna coś podskórnie buzować. Zdiagnozowanie tego fermentu to zadanie dla PiS w najbliższych miesiącach. Warto zauważyć wynik Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – wprawdzie startowała z najbardziej przyjaznego KO okręgu warszawskiego, ale ponad 416 tys. głosów i tak robi wrażenie. Wygrała tu „matczynym” wizerunkiem - w czym przypominała jako żywo... Beatę Szydło z 2015 r. Może za wcześnie wyciągać daleko idące wnioski, ale jeśli PO zdecyduje się ją wystawić w wyborach prezydenckich, to może być problem. Podsumowując, PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

O co toczy się gra

Polityczny cynizm, czy zdrowy rozsądek?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (18-24.10.2019)

czwartek, 26 września 2019

Pod-Grzybki 178

Ciekawe, kto zwycięży – państwo czy korporacje? Mówię oczywiście o podniesieniu płacy minimalnej zapowiedzianej przez Jarosława Kaczyńskiego podczas konwencji w Lublinie – do 4000 zł. brutto na koniec 2023 r. Tematowi poświęcam dłuższy tekst, ale zamieszczę tutaj jeszcze jedną refleksję. Otóż Kaczyński swą zapowiedzią wysłał wielkim koncernom komunikat, jakiego nie odważył się sformułować jeszcze nikt przed nim: „migacie się z płaceniem podatków i wyprowadzacie z Polski zyski? To my was zmusimy, żebyście część tych zysków z którymi uciekacie przeznaczyli na płace dla najniżej wynagradzanych pracowników – i w ten sposób zostaną one w Polsce. Jęczycie, że nie dacie rady? To na wasze miejsce przyjdą inni, lepiej dostosowani, bo Polska to zbyt duży rynek, by z niego rezygnować. Co, nie przyszło wam do głowy, że nie ma ludzi niezastąpionych, należy być „elastycznym” i tę samą gadkę, którą wciskacie waszym korpo-szczurkom, można zastosować do was samych? Przyswajacie? Lepiej przyswójcie, dobrze radzę. Płaćcie uczciwie, wy pazerne s...ny – a jak nie chcecie, to zwijajcie się stąd. Nic tu po was”.


*

Ale, żeby nie było tak wesoło: w programie PiS zapowiedziane jest także ustawowe uregulowanie zawodu dziennikarza na podobieństwo zawodów lekarskich i prawniczych. Jednocześnie zapisano, że „ustawa nie będzie w żadnym stopniu ograniczać zasady otwartości zawodu dziennikarza”. Kurczę, już to widzę: możesz sobie być dziennikarzem, ale musisz wyspowiadać się przed odpowiednim gremium, które będzie oceniało, czy się nadajesz. Po to PiS walczy z korporacyjnymi klikami, by teraz tworzyć nową, własną? Przypomina mi to regulacje z czasów PRL dotyczące artystów estradowych. Wtedy, by zostać oficjalnie zakwalifikowanym jako „artysta estradowy”, trzeba było się wylegitymować przed spec-komisją wykształceniem muzycznym potwierdzającym m.in. umiejętność gry na dwóch instrumentach. W efekcie, np. Beata Kozidrak z „Bajmu” taką artystką nie była, bo nie miała papierów, mimo że jej przeboje śpiewała cała Polska i non-stop musiała się przebijać przez jakieś biurokratyczne procedury, żeby np. wystąpić na festiwalu w Opolu. Tak więc, PiS-ie – nie idźcie tą drogą!


*

A propos – może by tak się zająć osławionym art.212 par. 2 Kodeksu Karnego (zniesławienie za pomocą „środków masowego komunikowania” zagrożone karą do roku odsiadki), który umożliwia różnym bonzom nękanie niewygodnych dziennikarzy prywatnymi pozwami karnymi „za słowo”? Przypominam, że gdy PiS było w opozycji, to zapowiadało jego zniesienie – i co, punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia? Teraz w programie PiS zapowiada, że art. 212 zostanie zniesiony... ale pod warunkiem wprowadzenia wspomnianej wyżej ustawy, która „ureguluje” to całe dziennikarskie rozpasanie wg jakichś wprowadzanych odgórnie „standardów”. No ludzie... Poza wszystkim, to jest totalna głupota podsuwająca opozycji idealny pretekst do wrzasku o „pisowskiej dyktaturze”. Pisał to kretyn czy sabotażysta?


*

Na szczęście mamy „najgłupszą opozycję świata”, zatem Grzegorz Schetyna, po tym jak minął mu atak furii, gdy dowiedział się, że nie jest trawiony nawet we własnym elektoracie, wystawił „kandydatę na premierę” w osobie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, której głównym atutem mają być zasłużeni pradziadkowie z czasów II RP – Władysław Grabski i Stanisław Wojciechowski. Domyślam się, iż ma to oznaczać, że przymioty są dziedziczne – tak jak w hodowlach rasowych psów i kotów, albo koni pełnej krwi. Tak więc, pani Kidawa-Błońska została wystawiona do wyborczego wyścigu niczym rodowodowa klacz w Wielkiej Pardubickiej - z dżokejem-Schetyną na grzbiecie.


*

Tymczasem na lewicy skandal na miarę „Me too”. Monika Jaruzelska zgwałciła Czarzastego i nasikała mu do butów! A nie, wróć – nie Monika Jaruzelska, tylko jej pies i nie Czarzastego, tylko suczkę aktualnej faworyty szefa SLD, czyli Anny Marii Żukowskiej. Wedle tej ostatniej, musiała swoją „sunię” wziąć na ręce, by ochronić ją przed „gwałtem” - a wtedy ta męska, szowinistyczna świnia – czyli pies Jaruzelskiej - nasikał pani Annie Marii do butów. Dziwne. Musiała zdjąć buty, żeby podnieść „sunię”? To na czym ona te buty nosi? Na rękach? A zawiązuje je nogami?


*

Eko-szajba zatacza coraz szersze kręgi. Jerzy Stuhr, Mariusz Szczygieł i bliżej mi nieznany Tomasz Sadlik pozwali Skarb Państwa z powodu smogu. Tym samym, poszli w ślady aktorki Grażyny Wolszczak, która wyprocesowała metodą „na smog” 5 tys. zł. - po czym okazało się, że jest „ambasadorką” marki Volvo i jeździ po mieście wielkim, dieslowskim SUV-em. Oczywiście, żaden z panów nie pozwie władz swoich miast – bo okazałoby się, że to uderza w ich politycznych faworytów z „totalnej opozycji”. Również w czasach rządów PO podobne pomysły nie przychodziły im do głów, choć smog był dokładnie taki sam, jak obecnie. Mam pomysł – niech nałykają się spalin z rury wydechowej samochodu Grażyny Wolszczak, a potem pozwą ją do sądu. Wtedy przynajmniej ten cały absurd miałby pozory wiarygodności.


*

Na marginesie - w porównaniu z trującym przemysłem PRL-u, a tym bardziej z XIX-wieczną epoką „węgla i pary” spowijającą miasta obłokami dymu i innych toksycznych wyziewów, żyjemy obecnie w warunkach niemal sanatoryjnych. Ale, co ja będę tłumaczył – Państwo to wiedzą, a Stuhr nawet gdyby przypadkiem przeczytał, to i tak nie uwierzy...


*

Ale to jeszcze nic. „Katolicki” publicysta Szymon Hołownia ogłosił: „zwierzęta, które spotkałem w życiu będą mnie sądzić na Sądzie Ostatecznym”. I tym samym „postępowy” katolicyzm przekroczył nową barierę – szamańskiego neopoganizmu, bowiem to właśnie w tego typu systemach wierzeń uznaje się, że zwierzęta mają „dusze”, które szamani „przywołują” podczas specjalnych rytuałów. Domyślam się, że następnym krokiem Hołowni będą ekstatyczne tańce wokół ogniska i przywoływanie dusz bizonów za wstawiennictwem Wielkiego Manitou. I w tym momencie mój mózg wyłącza światło i mówi wszystkim Państwu „dobranoc” - do następnego tygodnia!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 38 (20-26.09.2019)

Kaczyński sięga do „głębokich kieszeni”

Model wzrostu opartego na taniej sile roboczej musi się skończyć i właśnie zapowiedziano pierwszy realny krok do zerwania z Polską jako wiecznym „Bangladeszem Europy”.


Na świat tutejszego biznesu padł blady strach. Jarosław Kaczyński podczas wyborczej konwencji PiS w Lublinie zapowiedział skokowy wzrost płacy minimalnej – z obecnych 2250 zł. brutto najniższa krajowa ma na koniec 2020 r. podskoczyć do 3000 zł., zaś do końca 2023 r. osiągnie poziom 4000 zł. brutto. Słowem, rewolucja. Od razu pojawiły się dwie przeciwstawne narracje. Wg pierwszej, rządowej, tak radykalna podwyżka stanowić ma impuls modernizacyjny: skłonić do większej automatyzacji, innowacyjności, podnoszenia wydajności i nade wszystko odejścia od królującego dotąd antyrozwojowego konkurowania tanią siłą roboczą. Wersja druga, płynąca ze strony opozycji i związanych z nią mediów oraz części ekonomistów tudzież organizacji biznesowych, podnosi niebezpieczeństwo utraty konkurencyjności, wzrostu bezrobocia, inflacji, szarej strefy i bankructw mniejszych przedsiębiorstw w których koszty zatrudnienia stanowią dominujące obciążenie finansowe. Niektórzy jeszcze łudzą się, że to tylko taka wyborcza retoryka. Cóż, na ich miejscu przypomniałbym sobie zapowiedź wprowadzenia „500+” z 2015 r. - wtedy też sądzono, że to gruszki na wierzbie, bo, mówiąc klasykiem, „piniędzy ni ma i nie będzie”. Okazało się, że program wprowadzono – głównie dzięki osobistemu uporowi Jarosława Kaczyńskiego, wbrew sporej części własnej partii. Krążą legendy o tym, jak niektórzy działacze pielgrzymowali na Nowogrodzką by „wyjaśnić” liderowi, że się nie da – no, może 200, 300 złotych – ale nie pięćset! Nic z tego – Kaczyński postawił na swoim i przypuszczam, że podobnie będzie z pensją minimalną.

No dobrze, ale co tak naprawdę zapowiedział Kaczyński? Otóż jest to nic innego, jak opodatkowanie biznesu tylnymi drzwiami. Walka z mafiami vatowskimi, lewym paliwem czy optymalizacją podatkową - to jedno. Udało się dzięki temu zdobyć fundusze na transfery socjalne. Kolejnym krokiem jednak musi być wzrost wynagrodzeń. Do tej pory bowiem, mimo bajdurzenia o „rynku pracownika” i „presji płacowej”, dynamika wzrostu płac w Polsce odstawała nawet od wielu państw naszego regionu – w czym znaczny udział miało masowe sprowadzanie gastarbeiterów z Ukrainy i Azji. Zmiana, szczególnie na prowincji, słabo widocznej z perspektywy Warszawy i innych dużych miast, była jedynie taka, że ulubiony „tekst motywacyjny” przedsiębiorców („na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych”) zastąpiony został przez „na twoje miejsce czeka dziesięciu Ukraińców”. Wciąż 2/3 Polaków zarabia poniżej mitycznej „średniej krajowej”, a dominanta zarobków kręci się wokół płacy minimalnej. A zatem, ową „minimalną” należy podnieść – jeżeli się inaczej nie da, to odgórnie, ustawowo.

W tym sensie, Kaczyński sięgnął do tzw. głębokich kieszeni. Od dłuższego czasu wielu ekonomistów zastanawia się, co zrobić, by wielkie korporacje przestały „chomikować kapitał” i wpuściły go do realnej gospodarki, zamiast inwestować np. w instrumenty finansowe, zakładając w tym celu nawet własne banki. Kaczyński zaproponował właśnie rozwiązanie – uwolnienie kapitałów poprzez wyższe płace. Jest to swoista forma „luzowania ilościowego dla ludzi” również podnoszonego przez część ekonomistów wskutek nieskuteczności „luzowania” w wydaniu FED czy EBC, napędzającego jedynie bańki spekulacyjne i nie przenikającego do realnego obiegu gospodarczego.

Kaczyński zakomunikował między wierszami rzecz w gruncie rzeczy banalną, którą można streścić lapidarnym komunikatem: płać, albo spadaj! Chcesz robić u nas interesy? To płać pracownikom jak ludziom, a nie jak niewolnikom. Rząd ma w tym oczywiście również własny interes, bo wyższe płace przekładają się na wyższe wpływy budżetowe – nie tylko z ZUS-u i PIT-u, ale przede wszystkim podatków pośrednich, kluczowych w warunkach panującego u nas tzw. regresywnego systemu podatkowego. Kolejny skutek, to wzrost konsumpcji będący „dopalaczem” dla koniunktury – efekt był zauważalny już po wprowadzeniu „500+”, teraz ma być podobnie.

Istotne jest również zmniejszenie nierówności społecznych – wg prognoz, podwyżka płacy minimalnej sprawi, iż najniższe wynagrodzenie może przekroczyć nawet 60 proc. średniej krajowej (obecnie jest to zaledwie ok. 47 proc.). To istotne o tyle, że problem narastających nierówności i związanych z tym zagrożeń dla rozwoju gospodarczego oraz stabilizacji społecznej przyprawia od dłuższego czasu o ból głowy nawet takie świątynie neoliberalizmu jak Bank Światowy czy MFW i w tym roku był tematem przewodnim szczytu w Davos.

Osobny temat, to drobni przedsiębiorcy. Oni faktycznie mogą odczuć zmiany dość boleśnie, dlatego należałoby pomyśleć o stosownym systemie ulg, z jednym zastrzeżeniem: należy oddzielić ziarno od plew, tj. odsiać najpierw osoby na fikcyjnym samozatrudnieniu, dlatego niezbędny byłby powrót do pomysłu „testu przedsiębiorcy”. Jedno jest pewne: model wzrostu opartego na taniej sile roboczej musi się skończyć i właśnie zapowiedziano pierwszy realny krok do zerwania z Polską jako wiecznym „Bangladeszem Europy”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Davos, czyli piknik na wulkanie

Polacy dziadami Europy

Bangladesz Europy

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Koniec Bantustanu?

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (20-26.09.2019)