Pokazywanie postów oznaczonych etykietą luzowanie ilościowe dla ludzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą luzowanie ilościowe dla ludzi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2019

Kaczyński sięga do „głębokich kieszeni”

Model wzrostu opartego na taniej sile roboczej musi się skończyć i właśnie zapowiedziano pierwszy realny krok do zerwania z Polską jako wiecznym „Bangladeszem Europy”.


Na świat tutejszego biznesu padł blady strach. Jarosław Kaczyński podczas wyborczej konwencji PiS w Lublinie zapowiedział skokowy wzrost płacy minimalnej – z obecnych 2250 zł. brutto najniższa krajowa ma na koniec 2020 r. podskoczyć do 3000 zł., zaś do końca 2023 r. osiągnie poziom 4000 zł. brutto. Słowem, rewolucja. Od razu pojawiły się dwie przeciwstawne narracje. Wg pierwszej, rządowej, tak radykalna podwyżka stanowić ma impuls modernizacyjny: skłonić do większej automatyzacji, innowacyjności, podnoszenia wydajności i nade wszystko odejścia od królującego dotąd antyrozwojowego konkurowania tanią siłą roboczą. Wersja druga, płynąca ze strony opozycji i związanych z nią mediów oraz części ekonomistów tudzież organizacji biznesowych, podnosi niebezpieczeństwo utraty konkurencyjności, wzrostu bezrobocia, inflacji, szarej strefy i bankructw mniejszych przedsiębiorstw w których koszty zatrudnienia stanowią dominujące obciążenie finansowe. Niektórzy jeszcze łudzą się, że to tylko taka wyborcza retoryka. Cóż, na ich miejscu przypomniałbym sobie zapowiedź wprowadzenia „500+” z 2015 r. - wtedy też sądzono, że to gruszki na wierzbie, bo, mówiąc klasykiem, „piniędzy ni ma i nie będzie”. Okazało się, że program wprowadzono – głównie dzięki osobistemu uporowi Jarosława Kaczyńskiego, wbrew sporej części własnej partii. Krążą legendy o tym, jak niektórzy działacze pielgrzymowali na Nowogrodzką by „wyjaśnić” liderowi, że się nie da – no, może 200, 300 złotych – ale nie pięćset! Nic z tego – Kaczyński postawił na swoim i przypuszczam, że podobnie będzie z pensją minimalną.

No dobrze, ale co tak naprawdę zapowiedział Kaczyński? Otóż jest to nic innego, jak opodatkowanie biznesu tylnymi drzwiami. Walka z mafiami vatowskimi, lewym paliwem czy optymalizacją podatkową - to jedno. Udało się dzięki temu zdobyć fundusze na transfery socjalne. Kolejnym krokiem jednak musi być wzrost wynagrodzeń. Do tej pory bowiem, mimo bajdurzenia o „rynku pracownika” i „presji płacowej”, dynamika wzrostu płac w Polsce odstawała nawet od wielu państw naszego regionu – w czym znaczny udział miało masowe sprowadzanie gastarbeiterów z Ukrainy i Azji. Zmiana, szczególnie na prowincji, słabo widocznej z perspektywy Warszawy i innych dużych miast, była jedynie taka, że ulubiony „tekst motywacyjny” przedsiębiorców („na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych”) zastąpiony został przez „na twoje miejsce czeka dziesięciu Ukraińców”. Wciąż 2/3 Polaków zarabia poniżej mitycznej „średniej krajowej”, a dominanta zarobków kręci się wokół płacy minimalnej. A zatem, ową „minimalną” należy podnieść – jeżeli się inaczej nie da, to odgórnie, ustawowo.

W tym sensie, Kaczyński sięgnął do tzw. głębokich kieszeni. Od dłuższego czasu wielu ekonomistów zastanawia się, co zrobić, by wielkie korporacje przestały „chomikować kapitał” i wpuściły go do realnej gospodarki, zamiast inwestować np. w instrumenty finansowe, zakładając w tym celu nawet własne banki. Kaczyński zaproponował właśnie rozwiązanie – uwolnienie kapitałów poprzez wyższe płace. Jest to swoista forma „luzowania ilościowego dla ludzi” również podnoszonego przez część ekonomistów wskutek nieskuteczności „luzowania” w wydaniu FED czy EBC, napędzającego jedynie bańki spekulacyjne i nie przenikającego do realnego obiegu gospodarczego.

Kaczyński zakomunikował między wierszami rzecz w gruncie rzeczy banalną, którą można streścić lapidarnym komunikatem: płać, albo spadaj! Chcesz robić u nas interesy? To płać pracownikom jak ludziom, a nie jak niewolnikom. Rząd ma w tym oczywiście również własny interes, bo wyższe płace przekładają się na wyższe wpływy budżetowe – nie tylko z ZUS-u i PIT-u, ale przede wszystkim podatków pośrednich, kluczowych w warunkach panującego u nas tzw. regresywnego systemu podatkowego. Kolejny skutek, to wzrost konsumpcji będący „dopalaczem” dla koniunktury – efekt był zauważalny już po wprowadzeniu „500+”, teraz ma być podobnie.

Istotne jest również zmniejszenie nierówności społecznych – wg prognoz, podwyżka płacy minimalnej sprawi, iż najniższe wynagrodzenie może przekroczyć nawet 60 proc. średniej krajowej (obecnie jest to zaledwie ok. 47 proc.). To istotne o tyle, że problem narastających nierówności i związanych z tym zagrożeń dla rozwoju gospodarczego oraz stabilizacji społecznej przyprawia od dłuższego czasu o ból głowy nawet takie świątynie neoliberalizmu jak Bank Światowy czy MFW i w tym roku był tematem przewodnim szczytu w Davos.

Osobny temat, to drobni przedsiębiorcy. Oni faktycznie mogą odczuć zmiany dość boleśnie, dlatego należałoby pomyśleć o stosownym systemie ulg, z jednym zastrzeżeniem: należy oddzielić ziarno od plew, tj. odsiać najpierw osoby na fikcyjnym samozatrudnieniu, dlatego niezbędny byłby powrót do pomysłu „testu przedsiębiorcy”. Jedno jest pewne: model wzrostu opartego na taniej sile roboczej musi się skończyć i właśnie zapowiedziano pierwszy realny krok do zerwania z Polską jako wiecznym „Bangladeszem Europy”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Davos, czyli piknik na wulkanie

Polacy dziadami Europy

Bangladesz Europy

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Koniec Bantustanu?

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 38 (20-26.09.2019)

niedziela, 9 czerwca 2019

Waluta równoległa – ucieczka z „niemieckiej klatki”?

Gdyby projekt waluty równoległej został wcielony w życie mielibyśmy okazję obserwować arcyciekawy eksperyment z udziałem jednej z wiodących gospodarek.

We Włoszech powraca temat wprowadzenia waluty równoległej do euro. Piszę „powraca”, bo nie jest to nowa koncepcja. Od wielu lat otwarcie głosi ją prof. Paolo Savona – bynajmniej nie żaden „populista”, lecz ekonomista z uznanym dorobkiem, mający w swoim C.V. pracę na ważnych stanowiskach w instytucjach publicznych i prywatnych (m.in. w ministerstwie finansów, bankowości i organizacjach biznesowych). Savona jest zadeklarowanym przeciwnikiem eurowaluty (strefę euro nazywa „niemiecką klatką”) i uważa ją za głównego sprawcę nieszczęść włoskiej gospodarki. Jak wspominałem w marcowym felietonie „Niemiecka strefa euro”, włoski ekonomista stwierdził wręcz, że euro jest spełnieniem planu Walthera Funka (szefa Banku Rzeszy) z 1940 r., zakładającego iż w Europie waluty narodowe mają się znaleźć pod wpływem niemieckiej marki. Dziś ta „marka” nazywa się euro i służy dokładnie temu samemu, co chciał osiągnąć Walter Funk – drenowaniu przez Niemcy europejskich gospodarek, z tą różnicą, że państwa eurolandu nie mają nawet symbolicznych, własnych walut pozostających „pod wpływem” marki/euro, lecz wprost uzależnione są od wspólnego pieniądza, którego niepodzielnym władcą jest mieszczący się we Frankfurcie Europejski Bank Centralny działający w interesie swego kraju-gospodarza.

Prof. Paolo Savona po zwycięstwie Ligi i Ruchu 5 Gwiazd typowany był na ministra finansów. Wtedy to właśnie po raz pierwszy na porządku dziennym stanął realnie projekt równoległej waluty, co spotkało się z histeryczną reakcją „rynków” i brukselskich decydentów, przyczyniając się do fiaska powołania pierwszego rządu nowej koalicji, a przed Włochami stanęła perspektywa kolejnych wyborów. Do annałów przeszła otwarta groźba eurokomisarza ds. budżetu, Guenthera Oettingera: Oczekuję, że kolejne tygodnie pokażą, że rynki, obligacje i rozwój gospodarczy Włoch mogą być tak decydujące, że będzie to dla wyborców sygnałem, by nie głosować na prawicowych i lewicowych populistów”. Po wielu korowodach, rząd Ligi i R5G jednak powstał, tyle że prof. Savona objął w nim tekę ministra ds. europejskich. Nie wygasiło to jednak napięć na linii Bruksela-Rzym. Niedawno Jean-Claude Juncker wystosował gniewny list krytykujący włoskie podejście do deficytu budżetowego. Domaga się w nim wdrożenia polityki „zaciskania pasa”, grożąc karą 3,5 mld. euro i w ultymatywnym tonie dając włoskiemu rządowi 48 godzin na odpowiedź.

I tu wracamy do waluty równoległej. Pomysł ten zakłada wprowadzenie do obiegu pewnego rodzaju rządowych skryptów dłużnych („bonów”) mających charakter IOU („I Owe yoU” - jestem ci winien), którymi rząd spłacałby swoje zobowiązania. Instrument ten ma tę zaletę, że z jednej strony byłby honorowanym przez państwo środkiem płatniczym, a z drugiej (w przeciwieństwie do obligacji denominowanych w euro) nie wliczałby się do zadłużenia finansów publicznych. Takim quasi-pieniądzem rząd mógłby regulować należności wobec swoich kontrahentów, ci zaś puszczaliby go dalej w obieg – można by nim płacić podatki i inne daniny publiczne, uiszczać rachunki za usługi komunalne typu woda, prąd, gaz, płacić za komunikację zbiorową itp. Słowem, wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z sektorem publicznym, nowa waluta miałaby pełną akceptowalność. Oczywiście, jedynie kwestią czasu byłoby uznanie (przynajmniej w znacznej części) rządowych „bonów” również przez sektor prywatny. Nowy pieniądz byłby bowiem „tani”, w odróżnieniu od „drogiego” euro i stopniowo wypierałby z wewnętrznego obrotu eurowalutę. Trochę przypomina to pamiętane z PRL-u „bony PeKaO” stanowiące odpowiednik dolara i innych „walut wymienialnych”. Jak łatwo zauważyć, masowa emisja alternatywnej waluty oznaczałaby w konsekwencji powrót Włoch do lekko tylko zakamuflowanego lira, który automatycznie byłby z miejsca poddany dewaluacji, elastycznie dostosowując się do specyfiki włoskiej gospodarki, poprawiając jej konkurencyjność i zdolności eksportowe – znów, w odróżnieniu od „sztywnego” i krojonego na potrzeby Niemiec euro. W ten sposób Włochy stopniowo, tylnymi drzwiami, „wymiksowałyby się” z „niemieckiej klatki”, co niewątpliwie jest docelowym zamiarem Paolo Savony.

W pierwotnym zamyśle emisja rządowych „bonów” miała stanowić odpowiednik nawet 100 mld. euro. Dziś plany są skromniejsze – mówi się o równowartości 50 mld. euro. Tak czy inaczej, oznacza to potężny zastrzyk gotówki – i to w postaci „pieniądza suwerennego”, stanowiąc jednocześnie rodzaj postulowanego przez część ekonomistów „luzowania ilościowego dla ludzi” (czyli trafiającego do realnej gospodarki, a nie pompującego rynki finansowe). Na dodatek, nowy pieniądz nie nosiłby „garba” międzynarodowego długu – co szczególnie musi boleć wspomniane „rynki” przyzwyczajone do żerowania na deficytach budżetowych. Gdyby projekt został wcielony w życie mielibyśmy okazję obserwować arcyciekawy eksperyment z udziałem jednej z wiodących gospodarek. Kto wie, może okazałoby się, że poza strefą euro też istnieje życie?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Włochy w uścisku Brukseli

Rynki was nauczą...

Niemiecka strefa euro


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 23 (07-13.06.2019)

niedziela, 10 lutego 2019

Ludzka polityka monetarna

Mamy do czynienia z patologiczną sytuacją – bank centralny nie ma prawa finansować bezpośrednio rządu, ale wpompowywać pieniądze do sektora finansowego – już tak!

W ubiegłotygodniowym felietonie zarysowałem pokrótce koncepcję „luzowania ilościowego dla ludzi” (Quantitative Easing for People) zakładającą, iż pieniądze, które w ramach luzowania ilościowego trafiały dotąd bezproduktywnie do sektora finansowego, napędzając jedynie kolejną falę spekulacji, powinny trafić do gospodarki realnej – w formie inwestycji, bądź bezpośrednio do kieszeni obywateli. Teoretycznie jest to jak najbardziej wykonalne – bo skoro banki centralne tak czy inaczej kreują „z niczego” świeży pieniądz, by za jego pomocą wykupywać obligacje i inne papiery wartościowe, to równie dobrze mogą decydować gdzie ów pieniądz trafi. Byłoby to zresztą w pełni zgodne zarówno z ideą pieniądza suwerennego, jak i Nowoczesną Teorią Monetarną (MMT – Modern Money Theory), które legły u podstaw luzowania ilościowego w jego obecnym kształcie. Na przeszkodzie jednak stoi obecny „ustrój” finansowy, który jest – nie zawaham się tego nazwać wprost – systemem bandyckim.

W czym rzecz? Ano w tym, że we współczesnym świecie standardem jest zakaz finansowania potrzeb budżetowych bezpośrednio przez banki centralne. Przykładowo, art. 123 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (tzw. Traktat Lizboński) głosi, iż „Zakazane jest udzielanie przez Europejski Bank Centralny lub banki centralne Państw Członkowskich, zwane dalej »krajowymi bankami centralnymi«, pożyczek na pokrycie deficytu lub jakichkolwiek innych kredytów instytucjom, organom lub jednostkom organizacyjnym Unii, rządom centralnym, władzom regionalnym, lokalnym lub innym władzom publicznym, innym instytucjom lub przedsiębiorstwom publicznym Państw Członkowskich, jak również nabywanie bezpośrednio od nich przez Europejski Bank Centralny lub krajowe banki centralne ich papierów dłużnych”. Podobny zapis mamy w naszej konstytucji: „Ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa” (art. 220 p.2).

Cóż to oznacza w praktyce? Otóż zapisy te zmuszają rządy do zadłużania się na rynkach finansowych – krajowych i zagranicznych. Pół biedy, jeśli czynią to we własnej walucie, ale nader często w grę wchodzi również o wiele groźniejsze zadłużenie w walutach obcych. Skutek jest taki, że całe państwa siedzą w kieszeni globalnej oligarchii finansowej, która prawem kaduka zyskała monopol na kredytowanie długu publicznego pod zastaw przyszłych dochodów obywateli (podatków). Jednocześnie rządy i banki centralne mogą skupować obligacje na rynku wtórnym – czyli najczęściej odkupywać je od instytucji finansowych (na tym wszak polega wspomniane luzowanie ilościowe). Mamy zatem do czynienia z patologiczną sytuacją – bank centralny nie ma prawa finansować bezpośrednio rządu, ale wpompowywać pieniądze do sektora finansowego – już tak! Na dodatek, dzięki systemowi rezerwy cząstkowej, banki mogą kreować pieniądze jednym „kliknięciem”, zatem są w stanie kupić w ten sposób praktycznie „bezkosztowo” rządowe obligacje, by potem zarabiać na oprocentowaniu. Czarno na białym wykazał to prof. Richard A. Werner w omawianej na tych łamach pracy „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód”. Więcej – zagraniczne waluty za które rzekomo „kupiono” obligacje przeważnie nie trafiają fizycznie do krajów przeznaczenia. Stanowią one jedynie wirtualny przelicznik, na podstawie którego kraj „sprzedający” obligacje może wyemitować ich ekwiwalent we własnej walucie. Innymi słowy – rządy poprzez obligacje kupują na rynkach „prawo” do wydrukowania pieniądza. Nota bene, spłata zadłużenia musi nastąpić w walucie w jakiej się pożyczało (np. dolary, euro), co jako żywo przypomina niesławny mechanizm „kredytów” frankowych – tyle, że w megaskali. Paranoja. Nic dziwnego, że George Soros wyznał w przypływie szczerości, że dług publiczny jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych.

Warto przypomnieć, że obecnie to banki komercyjne odpowiadają za kreację przytłaczającej większości pozostającego w obiegu pieniądza, podczas gdy zgodnie z konstytucją jedynym emitentem winien być bank centralny. Krótko mówiąc – banki fałszują pieniądz na masową skalę. Taka „polityka monetarna” jest nieludzka, wtrąca bowiem kolejne pokolenia podatników w spiralę niespłacalnego zadłużenia, czyniąc ich de facto niewolnikami globalnego kapitału. Najlepiej byłoby oczywiście odejść od tego łupieżczego systemu – ale nawet i w jego ramach jest furtka, pozwalająca na wprowadzenie „ludzkiej” polityki monetarnej. Wystarczy, że rząd „obdaruje” obligacjami obywateli – i wtedy bank centralny będzie mógł w majestacie prawa skupić te papiery dłużne z powstałego w ten sposób „rynku wtórnego” za żywą gotówkę, przeprowadzając „luzowanie ilościowe dla ludzi” i wpuszczając pieniądz bezpośrednio do realnej gospodarki. Oczywiście, istnieje ryzyko inflacji – lecz tu wystarczyłoby zastosować progi ostrożnościowe, na wzór tych już obowiązujących w odniesieniu do długu publicznego. Tylko na czym wtedy zarabialiby finansowi grandziarze?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Ekonomia „króla Albanii”

Nowoczesna teoria pieniądza

BDP, czyli dywidenda obywatelska

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Wirtualny pieniądz i realny dług


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 06 (08-14.02.2019)

niedziela, 3 lutego 2019

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Skoro banki centralne mogą kreować pieniądze „ex nihilo”, by ratować nimi sektor finansowy – to co stoi na przeszkodzie, by na takiej samej zasadzie skierować je bezpośrednio do ludzi?

Czym się różni neoliberalizm od liberalizmu klasycznego? Przywołując znany dowcip – tym samym, czym krzesło elektryczne od krzesła zwykłego. Neoliberalizm to nic innego, jak totalitarna władza oligarchii pieniądza zachowująca pozory wolności gospodarczej. W praktyce oznacza to, że świat polityki siedzi w kieszeni bandy krwiopijców infiltrujących newralgiczne instytucje na zasadzie „drzwi obrotowych”. W klasycznym liberalizmie prowadzenie działalności gospodarczej związane jest z ponoszeniem odpowiedzialności – jeśli jakaś firma wskutek błędnych decyzji, nadmiernego i źle skalkulowanego ryzyka popadnie w tarapaty, to bankrutuje i zwalnia miejsce dla innych. W neoliberalizmie zaś powyższa zasada dotyczy tylko małych graczy. Giganci sektora finansowego przyspawani są rozlicznymi mackami do państwa – i w efekcie okazuje się, że są „zbyt wielcy, by upaść”.

Weźmy ostatni kryzys finansowy. Banki, fundusze inwestycyjne i cała reszta hordy spekulantów w zasadzie nie poniosła żadnej odpowiedzialności za swą nieopanowaną chciwość. Przeciwnie – FED, rządy poszczególnych krajów oraz międzynarodowe instytucje typu Europejski Bank Centralny na wyprzódki rzuciły się ratować bankrutów, zasypując sektor finansowy górami pieniędzy w ramach luzowania ilościowego (czyli zmasowanego wykupu obligacji i innych papierów wartościowych za pomocą wykreowanego przez banki centralne „świeżego” pieniądza). Wpompowano w ten sposób w system finansowy nieprzytomne miliardy dolarów i euro, licząc na rozruszanie gospodarki. I rozruszała się – ale w dużej mierze „wirtualnie”. Okazało się, że pieniądze w stosunkowo znikomym stopniu przeniknęły do gospodarki realnej i ludzkich portfeli. Napędziły za to rynki finansowe, pompując kolejne bańki spekulacyjne – zyskali więc ci, którzy doprowadzili do kryzysu z 2008 r. i w poczuciu pełnej bezkarności szykują nam kolejny. Krótko mówiąc, luzowanie ilościowe nie zadziałało, albo raczej – zadziałało, ale niezgodnie z założeniami. Pieniądze nie trafiły tam, gdzie miały trafić – bo po co inwestować w „realu”, skoro można spekulować na giełdzie?

Dlatego w 2015 r. pojawiła się inicjatywa „Quantitative Easing for People”, czyli „Luzowania ilościowego dla ludzi”. Poszczególni zwolennicy tego rozwiązania różnią się w szczegółach, lecz generalna intencja jest jasna: pieniądze, zamiast futrować finansjerę, powinny trafić do realnej gospodarki i obywateli – przykładowo, profesor ekonomii z Uniwersytetu Oksfordzkiego, John Muellbauer twierdził, iż EBC powinien wysłać do każdego dorosłego obywatela czek na 500 euro, co przypomina słynną koncepcję Miltona Friedmana „zrzucania pieniędzy z helikoptera”. Z kolei Jeremy Corbyn, lider brytyjskiej Partii Pracy, zaproponował „People's Quantitative Easing”, w myśl którego Bank Anglii miałby kreować pieniądze inwestowane następnie w takie branże, jak budownictwo mieszkaniowe czy transport publiczny. Podobne rozwiązanie proponował przed ostatnimi wyborami we Włoszech prof. Paolo Savona, typowany na ministra finansów. Ten zagorzały przeciwnik strefy euro chciał wprowadzić walutę równoległą („bon rządowy”), w której rząd regulowałby swoje zobowiązania i pobierał należności, wpuszczając tym samym do gospodarki dodatkowy pieniądz.

Zasadniczo, „Quantitative Easing for People” sprowadzono do pięciu założeń: 1. Luzowanie ilościowe się nie sprawdziło; 2. Jest obarczone ryzykiem i szkodliwe; 3. Potrzeba rozwiązania nie nakręcającego baniek spekulacyjnych oraz wzrostu zadłużenia prywatnego i publicznego; 4. Pieniądze zamiast do sektora finansowego powinny trafić do realnej gospodarki poprzez inwestycje lub przekazywane bezpośrednio ludziom; 5. EBC powinien jak najszybciej wprowadzić powyższe postulaty w życie.

Warto zauważyć, że coś w tym stylu przeprowadził rząd Islandii, kierując w różnych formach pomoc bezpośrednio do poszkodowanych kryzysem bankowym obywateli. A więc można. I tutaj dochodzimy do omawianych wcześniej w tym miejscu koncepcji pieniądza suwerennego i nowoczesnej teorii monetarnej. Skoro banki centralne mogą kreować pieniądze ex nihilo, by ratować nimi sektor finansowy – to co stoi na przeszkodzie, by na takiej samej zasadzie skierować je bezpośrednio do ludzi? Można by to uczynić chociażby w formie bezwarunkowego dochodu podstawowego (który propagatorzy „Quantitative Easing for People” nazywają „dywidendą społeczną”). Na marginesie, taka „dywidenda” i tak stanie się wkrótce niezbędna, kiedy w wiek emerytalny zaczną wchodzić roczniki obecnego prekariatu, które większość życia przepracowały na nisko płatnych „śmieciówkach”.

„Luzowanie ilościowe dla ludzi” ma jeszcze jeden walor – omijając pośrednictwo sektora finansowego pokazałoby banksterom, że nie są bezkarni, co być może wpłynęłoby mitygująco na obecne spekulacyjne szaleństwo. Byłby to sygnał: następnym razem pomoc trafi do kogo innego, więc lepiej się opamiętajcie. A jeśli się nie opamiętają, wtedy cóż... może się okazać, że wcale jednak nie są aż tak wielcy, by nie móc upaść.


Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Ekonomia „króla Albanii”

Nowoczesna teoria pieniądza

BDP, czyli dywidenda obywatelska


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 05 (01-07.02.2019)