Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oligarchia finansowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oligarchia finansowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 kwietnia 2020

Doktryna szoku

Obecny kryzys został wygenerowany sztucznie – śmiem podejrzewać, że w interesie globalnej oligarchii finansowej i wielkich koncernów.

I. Globalna „pandemonia”

Na początek podzielę się z Państwem spiskową teorią. Otóż obserwując przyczyny i przebieg globalnego kryzysu gospodarczego wywołanego „pandemią” COVID-19, nie mogę opędzić się od myśli, że cała ta medialna i społeczna ogólnoświatowa histeria na punkcie koronawirusa została wygenerowana z absolutną premedytacją – właśnie po to, by doprowadzić do załamania na światowych rynkach. Dlaczego? Postaram się to wyjaśnić po kolei.

Przede wszystkim, gdyby nie indukowana sztucznie panika, najprawdopodobniej byśmy tego wirusa niemal nie zauważyli – i to pomimo wysokiej zaraźliwości. Większość przypadków przebiega albo bezobjawowo, albo przypomina zwykłe przeziębienie. Przypuszczalnie, gdyby zrobić badania wszystkim Polakom, to okazałoby się, że większość z nas tę francę już ma, tylko o tym nie wie – i żyje sobie w najlepsze, tyle że bezproduktywnie siedząc w domach, osłabiając na dodatek swoją odporność wskutek braku stałego kontaktu ze świeżym powietrzem. Bez drakońskich obostrzeń zarządzonych przez władze szeregu krajów pod naciskiem mediów i uwarunkowanych panikarskim jazgotem społeczeństw, ludzie ci chodziliby normalnie do pracy, a gospodarka kręciłaby się z grubsza jak do tej pory. Poważniejsze objawy, przypominające swym przebiegiem grypę lub zapalenie płuc kończyłyby się wizytą u lekarza, przepisaniem leków i wysłaniem na L4 – jak to zwykle w sezonie zachorowań. Hospitalizacja dotyczyłaby jedynie najcięższych przypadków, stanowiących ułamek procenta wszystkich zarażonych – dokładnie tak, jak dzieje się to w „normalnych” okolicznościach, gdy u pacjenta stwierdza się np. powikłania pogrypowe. Może lekko skoczyłaby śmiertelność, co zostałoby potraktowane jako statystycznie nieistotne odstępstwo od normy, tak jak to dzieje się w przypadku co bardziej zjadliwych mutacji „zwykłej” grypy.

Niestety, jak wiemy, media rzuciły się na egzotycznego wirusa jak stado szakali, zarażając społeczeństwa psychozą strachu – i mamy globalną „pandemonię”. Totalny „lockdown”, kwarantanny, przymusowe ograniczenia poruszania się, zamknięte granice, wymuszone „wygaszanie” całych gałęzi gospodarek – wszystko w atmosferze gęstniejącego lęku rodem z filmów katastroficznych. Jak już tu podkreślałem w poprzednich artykułach, najgroźniejsza pandemia, to ta zagnieżdżająca się w ludzkich głowach – koronawirus rozgościł się w zbiorowej psychice na dobre i trzeba będzie wiele czasu, by się z niej wyprowadził.


II. „Doktryna szoku” i „czarny łabędź”

Po co to wszystko? Dla wyjaśnienia tej kwestii pomocne będą dwa pojęcia: „czarny łabędź” i „doktryna szoku”.

Zacznijmy od tego drugiego. Termin „doktryna szoku” ukuła kanadyjska lewaczka Naomi Klein w swej książce z 2007 r. pt. „Doktryna szoku: jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne”. (Na marginesie: generalnie, z lewicą jest ten problem, że jej przedstawicielom czasem zdarza się nawet trafnie zdiagnozować różne patologie, gorzej z wyciąganiem wniosków, a nade wszystko – receptami). Owa „doktryna szoku” oznacza wykorzystywanie pojawiających się (lub celowo wywoływanych) nadzwyczajnych, drastycznych sytuacji do zastraszania i terroryzowania społeczeństw oraz rządów, by pod przykrywką walki z zagrożeniami przeprowadzać rozwiązania, na jakie w normalnych okolicznościach ludzie nie wyraziliby zgody. Przykładem mogą być kryzysy gospodarcze, wojny czy zamachy terrorystyczne skutkujące np. przywilejami dla wielkiego biznesu, ograniczeniami swobód obywatelskich czy pogorszeniem sytuacji pracowników najemnych (to ostatnie przerobiliśmy na polskim gruncie chociażby pod postacią „uśmieciowienia” rynku pracy po kryzysie z 2008 r.). Te nadzwyczajne metody mają dwie cechy wspólne: po pierwsze - służą establishmentowi i gospodarczej oligarchii ze szkodą dla zwykłych obywateli; po drugie – wprowadzane rzekomo „chwilowo” do czasu zażegnania zagrożenia, zostają już na stałe.

Z kolei teorię „czarnego łabędzia” sformułował ekonomista i filozof Nassim Nicolas Taleb w książce pt. „Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń”. Ów „czarny łabędź” oznacza niemożliwe do przewidzenia, zaskakujące zjawisko radykalnie zmieniające rzeczywistość, przy czym często zjawisko to mamy przed nosem, tylko nie chcemy go zauważać, ulegając iluzji, że mamy wszystko pod kontrolą – dopóki nie będzie za późno. Przykładem „czarnego łabędzia” może być „bańka” amerykańskich kredytów hipotecznych, która doprowadziła w 2008 r. do upadku Lehmann Brothers i wybuchu kryzysu finansowego. Obecnie „czarnym łabędziem” określa się często epidemię koronawirusa.


III. Sztuczny kryzys

Problem w tym, że koronawirusowy „czarny łabędź” wcale nie musiał doprowadzić do aż tak katastrofalnych skutków gospodarczych. I tutaj dochodzimy do konkluzji: obecny kryzys został wygenerowany sztucznie – śmiem podejrzewać, że w interesie globalnej oligarchii finansowej i wielkich koncernów. Pisząc o „sztuczności” nie mam tu na myśli samego pochodzenia wirusa lecz to, że stał się on wymarzonym pretekstem („czarnym łabędziem”) do rozdmuchania „pandemonii” i wdrożenia „doktryny szoku”. Dzieje się to na naszych oczach, wręcz ostentacyjnie. Scenariusz jest następujący: najpierw, jak wspomniałem na wstępie, rozpętuje się medialną histerię. Następnie pod wpływem paniki zamyka się granice i wyłącza normalne życie społeczne oraz całe sektory gospodarki, co musi skutkować nieuchronnym kryzysem. No i wreszcie – przystępuje się do „walki” ze skutkami kryzysu, przy czym dziwnym trafem metody „zwalczania” są idealnie zbieżne z interesami wielkiego biznesu. Mamy zatem zwolnienia z podatków, „uelastycznianie” rynku pracy, dopłaty do wynagrodzeń (czyli biznes przerzuca na państwo część swoich kosztów), a przede wszystkim wisienkę na torcie w postaci „luzowania ilościowego” (o którym szerzej za chwilę).

Wszystkie te środki mają wspólny mianownik – drobnym przedsiębiorcom pozbawionym poduszki finansowej pomogą jak umarłemu kadzidło, natomiast globalne koncerny będą mogły dzięki nim wydatnie ściąć koszty i zmultiplikować zyski. Te same koncerny, dodajmy, które mają pochomikowane ogromne rezerwy w rajach podatkowych i przetrwałyby kryzys nawet bez pomocy państwa. Z ich punktu widzenia kryzys jest okazją do dalszego rozrostu – zbankrutowane małe firmy zwolnią miejsce na rynku, bezrobocie spowoduje, że zdesperowani pracownicy będą gotowi tyrać za miskę ryżu na półniewolniczych warunkach, zaś przygniecione widmem recesji rządy zmuszone będą przymykać oczy na agresywne „optymalizacje” podatkowe. Słowem – hulaj dusza, piekła nie ma. Ot, „doktryna szoku” w działaniu.

Ale to wszystko nic przy konfiturach w postaci wspomnianego „luzowania ilościowego”. Polega ono na tym, że banki centralne (FED, EBC czy nasz NBP) wykupują na rynkach finansowych papiery wartościowe (głównie obligacje) wpuszczając tym samym do sektora finansowego nowo wykreowany, świeży pieniądz i futrując nim „nadzwyczajną kastę” banksterów. Tak zrobiono po krachu 2008 r. i tak dzieje się obecnie. Założenie było takie, że pieniądze te będą „przenikać” do realnej gospodarki pobudzając koniunkturę – tyle, że to nie działa. Wpompowane w system finansowy pieniądze posłużyły bowiem głównie do kolejnych piętrowych spekulacji i pompowania „baniek”. Teraz rządy i banki centralne powtarzają ten sam błąd.

W 2016 r. podczas spotkania w Parlamencie Europejskim George Soros oświadczył, że zadłużanie się państw jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych. Wskutek gospodarczej „pandemonii” państwa będą zadłużać się na potęgę, co dla „rynków” oznacza mega-zyski. Biorąc to pod uwagę, oraz okoliczność, że światowe media są trwale uzależnione (kapitałowo, poprzez reklamy) od globalnej oligarchii, przestaje dziwić, że działając w interesie swych mocodawców zgodnie pracowały na rzecz rozpętania „korona-histerii”, doprowadzając do obecnej zapaści. To szaleństwo należy czym prędzej przerwać i odmrozić gospodarkę – póki skutki są jeszcze w miarę odwracalne.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (09-16.04.2020)

niedziela, 10 lutego 2019

Ludzka polityka monetarna

Mamy do czynienia z patologiczną sytuacją – bank centralny nie ma prawa finansować bezpośrednio rządu, ale wpompowywać pieniądze do sektora finansowego – już tak!

W ubiegłotygodniowym felietonie zarysowałem pokrótce koncepcję „luzowania ilościowego dla ludzi” (Quantitative Easing for People) zakładającą, iż pieniądze, które w ramach luzowania ilościowego trafiały dotąd bezproduktywnie do sektora finansowego, napędzając jedynie kolejną falę spekulacji, powinny trafić do gospodarki realnej – w formie inwestycji, bądź bezpośrednio do kieszeni obywateli. Teoretycznie jest to jak najbardziej wykonalne – bo skoro banki centralne tak czy inaczej kreują „z niczego” świeży pieniądz, by za jego pomocą wykupywać obligacje i inne papiery wartościowe, to równie dobrze mogą decydować gdzie ów pieniądz trafi. Byłoby to zresztą w pełni zgodne zarówno z ideą pieniądza suwerennego, jak i Nowoczesną Teorią Monetarną (MMT – Modern Money Theory), które legły u podstaw luzowania ilościowego w jego obecnym kształcie. Na przeszkodzie jednak stoi obecny „ustrój” finansowy, który jest – nie zawaham się tego nazwać wprost – systemem bandyckim.

W czym rzecz? Ano w tym, że we współczesnym świecie standardem jest zakaz finansowania potrzeb budżetowych bezpośrednio przez banki centralne. Przykładowo, art. 123 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (tzw. Traktat Lizboński) głosi, iż „Zakazane jest udzielanie przez Europejski Bank Centralny lub banki centralne Państw Członkowskich, zwane dalej »krajowymi bankami centralnymi«, pożyczek na pokrycie deficytu lub jakichkolwiek innych kredytów instytucjom, organom lub jednostkom organizacyjnym Unii, rządom centralnym, władzom regionalnym, lokalnym lub innym władzom publicznym, innym instytucjom lub przedsiębiorstwom publicznym Państw Członkowskich, jak również nabywanie bezpośrednio od nich przez Europejski Bank Centralny lub krajowe banki centralne ich papierów dłużnych”. Podobny zapis mamy w naszej konstytucji: „Ustawa budżetowa nie może przewidywać pokrywania deficytu budżetowego przez zaciąganie zobowiązania w centralnym banku państwa” (art. 220 p.2).

Cóż to oznacza w praktyce? Otóż zapisy te zmuszają rządy do zadłużania się na rynkach finansowych – krajowych i zagranicznych. Pół biedy, jeśli czynią to we własnej walucie, ale nader często w grę wchodzi również o wiele groźniejsze zadłużenie w walutach obcych. Skutek jest taki, że całe państwa siedzą w kieszeni globalnej oligarchii finansowej, która prawem kaduka zyskała monopol na kredytowanie długu publicznego pod zastaw przyszłych dochodów obywateli (podatków). Jednocześnie rządy i banki centralne mogą skupować obligacje na rynku wtórnym – czyli najczęściej odkupywać je od instytucji finansowych (na tym wszak polega wspomniane luzowanie ilościowe). Mamy zatem do czynienia z patologiczną sytuacją – bank centralny nie ma prawa finansować bezpośrednio rządu, ale wpompowywać pieniądze do sektora finansowego – już tak! Na dodatek, dzięki systemowi rezerwy cząstkowej, banki mogą kreować pieniądze jednym „kliknięciem”, zatem są w stanie kupić w ten sposób praktycznie „bezkosztowo” rządowe obligacje, by potem zarabiać na oprocentowaniu. Czarno na białym wykazał to prof. Richard A. Werner w omawianej na tych łamach pracy „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód”. Więcej – zagraniczne waluty za które rzekomo „kupiono” obligacje przeważnie nie trafiają fizycznie do krajów przeznaczenia. Stanowią one jedynie wirtualny przelicznik, na podstawie którego kraj „sprzedający” obligacje może wyemitować ich ekwiwalent we własnej walucie. Innymi słowy – rządy poprzez obligacje kupują na rynkach „prawo” do wydrukowania pieniądza. Nota bene, spłata zadłużenia musi nastąpić w walucie w jakiej się pożyczało (np. dolary, euro), co jako żywo przypomina niesławny mechanizm „kredytów” frankowych – tyle, że w megaskali. Paranoja. Nic dziwnego, że George Soros wyznał w przypływie szczerości, że dług publiczny jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych.

Warto przypomnieć, że obecnie to banki komercyjne odpowiadają za kreację przytłaczającej większości pozostającego w obiegu pieniądza, podczas gdy zgodnie z konstytucją jedynym emitentem winien być bank centralny. Krótko mówiąc – banki fałszują pieniądz na masową skalę. Taka „polityka monetarna” jest nieludzka, wtrąca bowiem kolejne pokolenia podatników w spiralę niespłacalnego zadłużenia, czyniąc ich de facto niewolnikami globalnego kapitału. Najlepiej byłoby oczywiście odejść od tego łupieżczego systemu – ale nawet i w jego ramach jest furtka, pozwalająca na wprowadzenie „ludzkiej” polityki monetarnej. Wystarczy, że rząd „obdaruje” obligacjami obywateli – i wtedy bank centralny będzie mógł w majestacie prawa skupić te papiery dłużne z powstałego w ten sposób „rynku wtórnego” za żywą gotówkę, przeprowadzając „luzowanie ilościowe dla ludzi” i wpuszczając pieniądz bezpośrednio do realnej gospodarki. Oczywiście, istnieje ryzyko inflacji – lecz tu wystarczyłoby zastosować progi ostrożnościowe, na wzór tych już obowiązujących w odniesieniu do długu publicznego. Tylko na czym wtedy zarabialiby finansowi grandziarze?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Ekonomia „króla Albanii”

Nowoczesna teoria pieniądza

BDP, czyli dywidenda obywatelska

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Wirtualny pieniądz i realny dług


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 06 (08-14.02.2019)

piątek, 4 stycznia 2019

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Na COP24 organizacje ekologiczne grzmiały, że należy odejść od spalania węgla do 2030 r. - czyżby właśnie w tych okolicach czasowych planowano inaugurację nowej waluty?

I. CO2 i nowy pieniądz światowy

Znany chiński ekonomista Song Hongbing w drugim tomie swojego cyklu „Wojna o pieniądz” („Świat władzy pieniądza”) postawił tezę, że ogólnoświatowa histeria na punkcie dwutlenku węgla i presja na ograniczenie jego emisji ma sprawić, że to właśnie CO2 stanie się jednym z komponentów przyszłej globalnej waluty. Po prostu, podchodząc zdroworozsądkowo do zagadnienia – szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę, jakie potęgi (w tym finansowe) są zaangażowane w „promowanie” CO2 i jaki nacisk polityczno-propagandowy towarzyszy kolejnym konferencjom klimatycznym – nie sposób znaleźć innego, racjonalnego wyjaśnienia. Mechanizm stojący za nowym, ogólnoświatowym pieniądzem byłby podobny do niegdysiejszych środków płatniczych opartych na parytecie złota (które zresztą ma stać się kolejną częścią składową przyszłej waluty). Ponieważ jednak sama podaż złota nie wystarczy do obsługi rozwijającej się gospodarki, więc potrzebny jest jako uzupełnienie element bardziej elastyczny, którego ilość można by kreować w zależności od bieżącego zapotrzebowania i prognoz ekonomicznych. I do tego celu dwutlenek węgla nadaje się idealnie. Aby jednak CO2 odegrał przewidzianą dla niego rolę, musi spełnić kilka warunków. Po pierwsze, należy nadać mu wartość – i temu ma właśnie służyć ograniczanie jego emisji, w ten sposób bowiem staje się poszukiwanym, rzadkim dobrem – niczym kruszec. Po drugie, jego produkcję należy uczynić przedmiotem ścisłej reglamentacji – i po to właśnie wprowadzono kwoty CO2. Po trzecie wreszcie – oba poprzednie punkty należy wprowadzić w globalnej skali, bez żadnych wyjątków. Wystarczy bowiem jedno wyłamujące się państwo, by cały projekt diabli wzięli. Mówiąc całkiem dosłownie, taki buntownik, nie stosując się do narzuconych limitów emisyjnych, odgrywałby rolę globalnego „fałszerza” pieniądza, podrywając zaufanie i obniżając jego wartość. Tutaj zatem niezbędny jest system międzynarodowych sankcji – kary finansowe, embarga, blokady inwestycyjne i polityczny ostracyzm.

Dlaczego ten nowy system finansowy jest potrzebny? Wg Songa (Song – to nazwisko, Hongbing - imię) związane jest to z nadchodzącym bankructwem systemu dolarowego, bowiem dziś to głównie dolar pełni rolę światowej waluty rozliczeniowej. Autor przewiduje krach na 2051 r. - wtedy, biorąc pod uwagę narastanie zadłużenia amerykańskiej gospodarki, odsetki przekroczą łączną wartość dochodu Amerykanów. Jednak, aby przejście na nową walutę odbyło się bez zakłóceń, powinna ona zostać wprowadzona odpowiednio wcześniej – tu przypomnijmy sobie historię euro, które „wirtualnie” funkcjonowało na długo przed wprowadzeniem go do „realnego” obiegu. USA dzięki temu zabiegowi porzuciłyby zbankrutowanego dolara, uwalniając się od długów i płynnie przesiadłyby się na nowy środek płatniczy, zachowując pozycję światowego hegemona i mając wpływ na globalny „bank emisyjny” tak, jak mają obecnie na Bank Światowy czy MFW. Oczywiście, bankiem tym zarządzaliby ci sami, co zawsze – globalna oligarchia finansowa (tak jak dziś np. FED-em), oficjalnie formując Rząd Światowy. W tym nowym porządku, rzecz jasna, krajowe waluty nie wytrzymałyby konkurencji i naporu spekulacyjnego, zatem poszczególne państwa chcąc nie chcąc przeszłyby na nowy pieniądz, pozbawiając się tym samym resztek realnej suwerenności – podobnie jak teraz podrzędne gospodarki strefy euro, tylko do n-tej potęgi.


II. Global Warming Industry

Chiński analityk start nowego pieniądza przewiduje na 2024 rok – ale akurat do tej daty nie przywiązywałbym większej wagi, równie dobrze może się wszystko nieco opóźnić. Rzecz jednak w tym, że patrząc pod kątem zarysowanej tu hipotezy, wszystko wydaje się potwierdzać. Liczące się państwa jak tylko mogą, powiększają swoje rezerwy złota (składnik nr1 przyszłego pieniądza) lub sprowadzają swe zasoby kruszcu zza granicy. Prócz posiadających największe rezerwy Stanów Zjednoczonych dotyczy to m.in. takich krajów jak Rosja, Chiny, Niemcy, Turcja. Również Polska w ostatnim czasie stara się w miarę możności powiększać swe zasoby.

Jednak najciekawsze jest to, co dzieje się z CO2. Od tego roku bowiem kwoty dwutlenku węgla zostały poddane urynkowieniu - tym samym „wypłukiwanie złota z powietrza” w postaci handlu emisjami weszło w nową fazę. Od 1 stycznia 2018 r. uprawnienia emisyjne stały się instrumentem finansowym, a co za tym idzie, fundusze inwestycyjne rzuciły się do skupowania i spekulacji. Efekt? Cena pozwoleń podskoczyła o 150 proc. - co polska gospodarka boleśnie odczuje już od przyszłego roku w postaci drastycznych podwyżek cen energii. W ten oto sposób osiągnięto cel w postaci uczynienia CO2 wartościowym, rzadkim „kruszcem”, nadającym się na „parytet” dla przyszłej waluty.

Teraz już chyba lepiej rozumiemy, skąd ten nieprzytomny zdawałoby się pęd krajów rozwiniętych do przechodzenia na „zielone” technologie i eksportowanie „brudnych” ogniw produkcji na peryferia, np. do krajów Trzeciego Świata. W nowej rzeczywistości bowiem wygranymi będą ci, którzy „oczyszczą” swą gospodarkę, zachowując rezerwy emisyjne na „eksport”, a przegranymi i wiecznymi, ubezwłasnowolnionymi dłużnikami – kraje zmuszone do ciągłego kupowania limitów CO2. To dlatego Niemcy stawiają na potęgę wiatraki, a Macron ogłasza program „transformacji ekologicznej”. I dlatego też tak bardzo znienawidzony jest Donald Trump, który odchodząc od tzw. Porozumienia Paryskiego postawił cały projekt pod znakiem zapytania.

I na tym, z grubsza rzecz ujmując, zasadza się światowa panika na punkcie „globalnego ocieplenia” kładąca główny nacisk na „dekarbonizację” i dwutlenek węgla (dodajmy, że ludzka aktywność odpowiada zaledwie za 4 proc. jego całkowitej emisji). Warto z tej perspektywy spojrzeć na tegoroczny szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach, na którym organizacje ekologiczne grzmiały, że należy bezwarunkowo odejść od spalania węgla do 2030 r. - rzekomo, by ograniczyć wzrost temperatury do 1,5ºC. Czyżby właśnie w tych okolicach czasowych planowano inaugurację nowej waluty?

Przed Polską, niestety, rysują się kiepskie perspektywy – głównie za sprawą zaakceptowanego przez rząd Tuska unijnego pakietu klimatycznego zakładającego redukcję emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r. Gdyby za stan bazowy przyjąć rok 1988, jak zakładał protokół z Kioto, wówczas bylibyśmy wśród wygranych – bowiem zamiast wymaganych 6 proc., obniżyliśmy (głównie za sprawą upadku PRL-owskiego przemysłu) już do 2005 r. emisję CO2 aż o 31,9 proc. - co dawało nam ogromną nadwyżkę. Niestety, UE narzuciła nam jako rok wyjścia właśnie 2005, co sprawiło, że zostaliśmy z niczym i cała poprzednia redukcja dwutlenku węgla poszła na marne. I o to zapewne właśnie chodziło, byśmy stanęli na z góry przegranej pozycji, stając się wiecznym klientem Global Warming Industry – że sparafrazuję tytuł książki Normana Finkelsteina. Zwróćmy uwagę, że mamy tu podobne sprzężenie propagandy i pasożytniczego biznesu - i kręcą się przy tym podobnego typu ludzie.


III. Droga do zniewolenia

No dobrze, ale nawet zakładając, że kraje rozwinięte dokonają pomyślnej „transformacji ekologicznej” przestawiając się na bezemisyjną gospodarkę, to cena takiego przedsięwzięcia będzie gigantyczna. Kto ją pokryje? Ci co zawsze – zwykli obywatele, o czym właśnie przekonują się Francuzi, na których rząd przerzuca koszty odchodzenia od samochodów spalinowych, co stało się przyczyną buntu „żółtych kamizelek”. Zyski natomiast mają trafić do 1 procenta najbogatszych – „warstwy przywódczej” stojącej na czele globalnych koncernów. Idealnym narzędziem tresury jest tu straszak globalnego ocieplenia głoszonego przez skorumpowane lub zastraszone śmiercią zawodową elity naukowe i eko-aktywistów rekrutujących się z cynicznych pieczeniarzy oraz zindoktrynowanych durniów. Dzieje się tak, gdyż warunkiem niezbędnym do przeprowadzenia omawianego tu planu jest wzięcie ludzkości w twarde karby, to zaś wymaga eliminacji klasy średniej – jedynej wewnątrzsterownej warstwy społecznej, mogącej stanowić w swej masie źródło oporu przeciw „nowemu, wspaniałemu światu”. Dlatego należy ją zlikwidować - spauperyzować i przygiąć do ziemi podstawowymi kosztami życia i podatkami; zmienić w bezwolną, sprekaryzowaną, wiecznie niepewną jutra masę, uzależnioną od łaski swych nowych właścicieli. Stąd podmywanie chrześcijańskiej cywilizacji - czyli sił duchowych; ogłupianie masową rozrywką i dewiacjami - czyli osłabianie sił intelektualnych; a wreszcie - pozbawianie własności, czyli niszczenie materialnych podstaw egzystencji. To wszystko już się odbywa na naszych oczach - i być może dokona jeszcze za naszego życia.

Na szczęście, w ludziach coś się budzi – rosną w siłę ruchy antysystemowe, czego najnowszym przejawem jest bunt „żółtych kamizelek”. Czy z ich rewolty coś wyniknie, czy rozpłyną się w niebycie jak ruch „Occupy Wall Street”? Dziś trudno orzec – ale warto pamiętać, że to tego typu nastroje wyniosły w Ameryce do władzy Trumpa.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 24-01 (19.12.2018-15.01.2019

niedziela, 1 kwietnia 2018

Globalna oligarchia

Globalnych oligarchów „rynek” nie dotyczy, bo to co widzimy jako „rynek” jest po prostu ich z góry uzgodnioną kreacją.


Jeżeli ktoś z Państwa zastanawiał się kiedyś, niczym bohater „Matrixa”, co z tym światem jest nie tak, to warto zwrócić uwagę na takie nazwiska, jak James Glattfelder, Francois Morin czy Ladislau Dowbor. Ten pierwszy jest naukowcem pracującym na uznawanej za najlepszą w Europie Politechnice Federalnej w Zurychu (ETH) i w 2012 r. opublikował przełomowe badania dotyczące funkcjonowania globalnej sieci korporacji. To wręcz niewiarygodne, że nikt wcześniej nie zajął się tym tematem. W każdym razie, zespół Glattfeldera wyodrębnił ze światowego wykazu zawierającego 37 mln. przedsiębiorstw 43 tys. największych światowych grup kapitałowych i szczegółowo przeanalizował zachodzące między nimi współzależności i różnego rodzaju powiązania w rodzaju krzyżowania się udziałów. Efektem był obraz niesamowitej koncentracji majątku – okazało się, że 80 proc. korporacji jest kontrolowanych przez zaledwie 737 grup, zaś spośród nich aż 40 proc. znajduje się w rękach zaledwie 147 grup kapitałowych, z czego ponad 75 proc. stanowią instytucje finansowe, takie jak wielkie banki, firmy ubezpieczeniowe czy fundusze inwestycyjne. Strukturę tę nazwano „superorganizmem”, a zarządza nią grono kilkuset wielkich udziałowców i „supermanagerów”.

Kolejny krok poczynił francuski ekonomista i wieloletni członek rady Banku Francji – Francois Morin w wydanej w 2015 r. książce „Globalna hydra”. Tam z kolei wziął pod lupę 28 największych banków, takich jak JPMorgan Chase, Bank of America, Citigroup, HSBC, Deutsche Bank, Santander, Goldman Sachs, które określono mianem „systemowo ważnych instytucji finansowych” (SIFI). W ich posiadaniu (dane na 2012 r.) pozostawał majątek o wartości 50 bln. dolarów, przy światowym PKB wynoszącym 73 bln. Nadmieńmy, że ogólnoświatowy dług publiczny wynosił wówczas 49 bln. dolarów, co oznacza, iż zadłużone państwa siedzą w kieszeni właśnie owych „systemowo ważnych instytucji”. W tym kontekście słowa George'a Sorosa, iż „dług rządu jest zasadniczym elementem funkcjonowania rynków finansowych” nabierają całkiem nowego wymiaru. Na tym jednak nie koniec, bowiem SIFI kontrolują również rynek produktów pochodnych, czyli mówiąc wprost – spekulacji. W 2015 r. było to 600 bln. dolarów, czyli ośmiokrotność światowego PKB, a warto dodać, iż owe spekulacje obejmują wszystko – od surowców po żywność.

Co to wszystko oznacza? Ano to, że nie ma wolnego rynku. Nie ma i już – jest tylko fikcja dla naiwnych. Wolny rynek zakłada bowiem równość szans i element konkurencyjności między działającymi na nim podmiotami. Przykładowo, gdyby gospodarka pojedynczego państwa była uzależniona od ponad stu, czy nawet kilkudziesięciu największych przedsiębiorstw, to wówczas od biedy można by mówić, że zachodzi między nimi jakaś rynkowa rywalizacja – ale gdy to samo mamy w skali światowej, to wówczas otrzymujemy oligopol. I tak wygląda dziś światowy system gospodarczy.

Przywoływany na wstępie prof. Ladislau Dowbor (brazylijski ekonomista polskiego pochodzenia z Papieskiego Uniwersytetu Katolickiego Sao Paulo, m.in. konsultant wielu agend ONZ) zwraca uwagę, iż mówienie o rynkowych mechanizmach w odniesieniu do tych gigantów zwyczajnie nie ma sensu. Oni nie konkurują ze sobą – oni ze sobą negocjują, mając przy tym świadomość, że nie warto robić sobie nawzajem krzywdy. Ich „rynek” nie dotyczy, bo to co widzimy jako „rynek” jest po prostu z góry uzgodnioną kreacją. Ta bezwzględna dominacja globalnej oligarchii pieniądza przekłada się też oczywiście na władzę polityczną, choćby z tytułu wspomnianego uzależniania od siebie państw poprzez dług. Innymi słowy, demokracja, czy jakikolwiek inny system rządów (może z wyjątkiem Korei Północnej) działa jedynie o tyle o ile – dopóki nie wejdzie na kurs kolizyjny z międzynarodowymi potentatami. Efektem jest chociażby podporządkowywanie polityk gospodarczych wymaganiom wielkich graczy czy obsadzanie kluczowych stanowisk, takich jak ministrowie finansów bądź szefowie banków centralnych wskazanymi osobami – co opisywane jest eufemizmem, że dane posunięcie (np. cięcia budżetowe) tudzież osoba delegowana do pełnienia istotnej gospodarczo funkcji zostanie „pozytywnie odebrana przez rynki”. Brzmi znajomo, prawda? Tyle, że jak wspomnieliśmy, nie ma żadnych „rynków”. Jest „superorganizm” pod kolegialnym zarządem SIFI.

Ów kolegialny zarząd przybiera całkiem jawną, instytucjonalną formę. Przykładem może być tu Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF - Institute of International Finance). Jak pisze cytowany przez Dowbora Morin: „Prezes IIF ma oficjalny, uznany status, uprawniający go do zabierania głosu w imieniu wielkich banków. Można by powiedzieć, że IIF jest parlamentem banków, a jego prezes niemal odgrywa rolę szefa państwa. Należy do grona wielkich decydentów światowych”. Mamy zatem zorganizowany system, oparty na długu i spekulacji - więc w swej istocie pasożytniczy, wampiryczny - obezwładniający, zatruwający i koniec końców zabójczy dla żywiciela, czyli nas wszystkich. Witamy w matrixie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 13 (30.03-12.04.2018)

niedziela, 24 grudnia 2017

Wirtualny pieniądz i realny dług

Mamy do czynienia ze zorganizowanym systemem łupiestwa – kraje zadłużające się nie widziały obcych walut na oczy, lecz właśnie w nich muszą spłacać swoje zobowiązania.

Tydzień temu, omawiając pracę prof. Richarda A. Wernera „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód”, wyjaśniliśmy sobie fałsz teorii rezerwy cząstkowej i bankowej teorii pośrednictwa finansowego. Została natomiast empirycznie potwierdzona słuszność bankowej teorii kreacji kredytu, wedle której bank udzielając kredytu tworzy nowy pieniądz. Dziś przyjrzymy się konsekwencjom tego stanu rzeczy dla uboższych, rozwijających się krajów, zmuszanych do zaciągania pożyczek w obcych walutach.

Otóż takie instytucje jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy prowadząc doradztwo w różnych państwach (a taki „patronat” jest zazwyczaj niezbędny do pozyskania finansów ze światowych rynków), niejako przymuszają je do zadłużania się – pod „zastaw” przyszłych podatków obywateli i majątku narodowego (przemysł, infrastruktura, surowce). Prof. Werner analizując tę politykę doszedł do wniosku, że działa ona na niekorzyść krajów-dłużników, których sytuacja każdorazowo staje się gorsza, niż gdyby w ogóle nie brały zagranicznych pożyczek. Efekt nieodmiennie jest taki sam – kolonialny drenaż, co w skali globalnej przejawia się w zjawisku przepływów finansowych od państw biednych do bogatych.

Dzieje się tak dlatego, że owe „pożyczki” są w istocie rzeczy wielką fikcją i pułapką zastawianą na słabszych uczestników światowej wymiany gospodarczej. Mechanizm jest następujący: zgodnie z bankową teorią kreacji kredytu, instytucje finansowe udzielając pożyczek kreują pieniądz. Tyle że... te pieniądze nigdy nie wpływają do gospodarek państw zadłużających się! Realia międzynarodowej rachunkowości pokazują, twierdzi Werner, że euro i dolary pozostają w „macierzystych” systemach bankowych. Cóż zatem otrzymują kredytobiorcy? Tylko tyle, że waluty zagraniczne stanowią wirtualny przelicznik, na podstawie którego następuje denominacja na waluty narodowe. Innymi słowy, te „pożyczki” służą jedynie wypuszczeniu na lokalny rynek ich ekwiwalentu w miejscowej walucie. Ale – i tu docieramy do sedna – powstały w ten sposób „dług” jest już jak najbardziej realny, zaś jego obsługa i spłata kapitału dokonywana musi być w „pożyczonych” euro i dolarach. Krótko mówiąc, mamy do czynienia ze zorganizowanym systemem łupiestwa w białych rękawiczkach – kraje zadłużające się nie widziały obcych walut na oczy, lecz właśnie w nich muszą spłacać swoje zobowiązania.

Przypomina to jako żywo znaną nam aż za dobrze sprawę tzw. „kredytów frankowych”, gdzie również prawdziwych franków szwajcarskich na linii bank-klient nie było w obrocie, co nie przeszkodziło w „alchemicznym” wykreowaniu często niespłacalnego, wciąż rosnącego zadłużenia. Podobnie jest z obrotem w skali międzynarodowej. Opisywany tu mechanizm prowadzi bowiem do stopniowego osłabiania walut krajowych i narastania spirali długu – zaś na końcu tego patologicznego łańcucha fikcji znajduje się zawsze kieszeń podatnika i jak najbardziej namacalne aktywa państwowe, które idą w końcu pod młotek, choćby poprzez konwersję długu na udziały w majątku narodowym, co przerobiliśmy na własnej skórze podczas sławetnej „transformacji gospodarczej”. Jak trzeźwo zauważa Richard Werner, kredyt w walucie narodowej państwa mogłyby zorganizować sobie same, bez konieczności uciekania się do uzależniającego zagranicznego przelicznika – bo tworzyć pieniądz z niczego poprzez bankową kreację kredytu mogłyby chociażby miejscowe banki centralne.

W tym momencie słyszę głosy, że to samobójstwo, bo pod naciskiem ignoranckich i nieodpowiedzialnych rządów nadrukowano by pustego, inflacyjnego pieniądza. Cóż, biorąc pod uwagę, jak przy okazji ostatniego kryzysu finansowego urządzili nas „fachowi” i „odpowiedzialni” bankierzy, wolę postawić jednak na rząd, który w przeciwieństwie do globalnej banksterki przynajmniej pozostaje pod jakąś społeczną kontrolą. Tak się składa, że to właśnie owi bankowi „fachowcy”, bez których ponoć świat nie może funkcjonować, nadmuchali niekontrolowaną, spekulacyjną „bańkę”, w efekcie której trzeba było zasypywać kryzys lawinowym „luzowaniem ilościowym” i kolejnymi bilionami dolarów i euro. A zatem i tak skończyło się na „drukowaniu”.

Werner proponuje w to miejsce inne rozwiązania – np. politykę „wytycznych kredytowych” polegającą na regulacjach określających ilość i alokację kredytów w kierunku pożądanym z punktu widzenia stabilnego rozwoju gospodarczego (produkcja), przy ograniczaniu kredytów na zakup różnych „aktywów finansowych” powodujących bańki spekulacyjne. Alternatywą może być również system niemiecki opierający się na rozdrobnionym sektorze bankowym składającym się z małych, lokalnych podmiotów, działających niezarobkowo. Z kolei model oparty na pożyczkach od własnych banków centralnych (w miejsce emitowania obligacji) umożliwia zwiększenie podaży pieniądza i wzrost nominalnego PKB, a co za tym idzie - wpływów podatkowych. Jest więc w czym wybierać, a każda z tych propozycji ma jedną, podstawową zaletę – jest lepsza niż obecna bandyterka.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 51-52 (22.12.2017-11.01.2018)

niedziela, 15 września 2013

W niewoli kapitału

Jan Vincent Rostowski mógł zostać Tuskowi zwyczajnie narzucony, by dokończyć proces kolonizacji gospodarczej Polski.

I. Wynarodowiona gospodarka

Do annałów: 13.09.2013. Sejm uchwalił nowelizację ustawy budżetowej zwiększającą deficyt o ok. 16 mld zł – z 35,6 mld do 51mld 565mln zł. Dalsze 7,7 mld złotych mają przynieść cięcia w poszczególnych resortach. W sumie – prawie 25 mld złotych. No cóż, przydałoby się teraz mieć te 5,8 mld euro, które „pożyczyliśmy” na 0,1-0,2 procenta w ramach zrzutki na ratowanie Grecji Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu w 2011 roku (sami mamy linię kredytową w MFW oprocentowaną na 5-6%). Po obecnym kursie (ok. 4,2 zł), byłoby to 24,36 mld zł – i kwestia niedoboru byłaby właściwie rozwiązana. Ale przecież nie po to międzynarodowa finansjera nasłała tu w charakterze strażnika swych interesów pana Jana Vincenta „no PESEL” Rostowskiego z samego londyńskiego City, by Polska przestała się zadłużać.

Powyższe koreluje z wypowiedzią prof. Witolda Kieżuna o tym, w jakim stopniu jesteśmy (Polska i cała środkowa Europa) skolonizowani przez obcy kapitał. Sektor finansowy – na sześćdziesiąt kilka banków tylko cztery są polskie. W krajach Europy Zachodniej obecność obcych banków nie przekracza 20% - i to pomimo „swobodnego” przepływu kapitałów. Poszczególne branże – zdominowane przez firmy zagraniczne, wliczając w to „sprywatyzowane” za ułamek wartości przedsiębiorstwa państwowe. Do tego jesteśmy rezerwuarem taniej siły roboczej. Sędziwy profesor mówiąc o tym, płakał. Nie o taką Polskę walczył, nie takiej Polski wyglądał. Struktura gospodarcza Polski przypomina bowiem jako żywo to, co ma miejsce w krajach postkolonialnych.

II. Kapitałowa kolonizacja

Mamy zatem do czynienia z wielopoziomową kolonizacją – finansową, sił wytwórczych i materiału ludzkiego. Czegoś jednak z punktu widzenia ekonomicznych kolonizatorów wciąż brakowało – mianowicie, do pewnego momentu Polska, dzięki zachowywaniu jako-takiej dyscypliny finansowej, pozostawała krajem stosunkowo mało zadłużonym. Dług publiczny wprawdzie stopniowo narastał, jednak dość powoli, ponadto istniały progi ostrożnościowe traktowane przez wszystkie kolejne ekipy niezależnie od politycznych barw jako tabu. Inna sprawa, że kolejne rządy przed nadmiernym zapożyczaniem się ratowała „prywatyzacja” - czyli wyprzedaż obliczona na „dopięcie” kolejnych budżetów.

W każdym razie, na koniec 2007 roku dług publiczny wynosił nieco ponad 527 mld zł, a obecnie według różnych wyliczeń od 800 mld do biliona złotych. Osobiście przypuszczam, że bliższa prawdzie jest ta wyższa suma z uwagi na różne, nie stosowane przez poprzedników, księgowe sztuczki ministra Rostowskiego.

Co spowodowało tak nagły wzrost tempa zadłużania Polski? Do niedawna skłonny byłem sądzić, iż jest to wynik zbrodniczej beztroski i dojutrkowości charakteryzującej rządy Tuska - „ciepła woda w kranie” za pożyczone pieniądze dopóki się da, a potem ucieczka na brukselską posadę komisarza od prostowania bananów. Rostowski zaś miał być wykonawcą tej polityki. Obecnie jednak rodzi mi się w głowie spiskowe podejrzenie, że sprawa może mieć drugie i o wiele poważniejsze dno.

III. Dokończenie procesu kolonizacyjnego

Otóż Jan Vincent Rostowski mógł zostać Tuskowi zwyczajnie nastręczony, lub wręcz narzucony, jako strażnik interesów banksterskiej międzynarodówki, by dokończyć proces kolonizacyjny i to tak, byśmy nie mieli szans kiedykolwiek wygrzebać się z bagna. Finanse publiczne były bowiem ostatnim poważnym segmentem w którym mieliśmy jeszcze pole manewru i jakąkolwiek podmiotowość. A finanse publiczne, to nic innego jak podatki płacone przez obywateli, na które chrapkę mają instytucje finansowe skupujące państwowe papiery dłużne. Wydaje się nam, że podatki płacimy do budżetu państwa, tymczasem, jak poskrobać, to okazuje się, że budżet państwa jest tu tylko „przepompownią” która przekazuje nasze pieniądze do wierzycieli będących w posiadaniu obligacji Skarbu Państwa. W 2012 na samą obsługę zadłużenia wydaliśmy równowartość wpływów z PIT i jeszcze trochę, a przecież to nie koniec.

Zrozumiałe więc, że w interesie ekonomicznych kolonizatorów jest pogłębianie zadłużenia państwa, bo to gwarantuje im pewne dochody – im zadłużenie wyższe, tym większe zastrzyki gotówki płyną z naszych do ich kieszeni. Cały proceder kończy się zaś bankructwem i półformalnym ubezwłasnowolnieniem kraju, jak dzieje się to w przypadku Grecji. Pisałem już o tym wielokrotnie (wykaz poprzednich tekstów pod notką), ale powtórzę – zadłużanie państwa, to wyprzedaż suwerenności. Do tej pory owo uzależnienie od międzynarodowej finansjery postępowało najwyraźniej zbyt wolno jak na apetyty mocodawców Rostowskiego. Od momentu objęcia teki ministra finansów przez Jana Vincenta wszystko ruszyło z kopyta.

Nie do przecenienia jest również naruszenie finansowego tabu w postaci „zawieszenia” pierwszego progu ostrożnościowego. W ten sposób pękła pewna psychologiczna bariera - od tej pory każdy rząd będzie miał świadomość, że wszelkie zasady dotyczące finansów publicznych będzie można złamać ku uciesze przyszłych wierzycieli i licytatorów masy upadłościowej. I sądzę, że to również jest celowe działanie Rostowskiego, który zwyczajnie musiał wiedzieć, że układa nierealny budżet – właśnie po to, by stworzyć okazję do przełamania ostrożnościowej granicy i otworzyć wrota do dalszego zadłużania Polski.

IV. Na drodze do upadłości

Warto dodać, iż powyższe jest logiczną konsekwencją procesu „transformacyjnego” zapoczątkowanego w postkomunistycznym regionie przez George'a Sorosa (a tak naprawdę przez jego mocodawców, którzy posyłają Sorosa w charakterze finansowego „komandosa”). Proces ów Song Hongbing w swej „Wojnie o pieniądz” scharakteryzował jako „zamianę długów na udziały”. W telegraficznym skrócie polega on na tym, że demoludom umarzano częściowo długi, których nie mogły spłacić w zamian za „udziały” w poszczególnych gospodarkach narodowych. Stąd ta niezrozumiała na pierwszy rzut oka wyprzedaż majątku narodowego po dyskontowych cenach i niepohamowana inwazja gospodarcza, nad którą tak boleje prof. Kieżun.

Przy okazji - państwo właśnie dało sygnał o rychłej niewypłacalności, przystępując do likwidacji OFE. Tak się bowiem składa, że OFE są dość istotnym wierzycielem Skarbu Państwa na rynku wewnętrznym – na koniec 2012 roku obligacje stanowiły 45% papierów wartościowych w portfelu OFE na łączną sumę 118 mld zł. „Nacjonalizując” te obligacje, państwo dało sygnał, że długo już nie pociągnie, mimo pozornego obniżenia długu publicznego. Oczywiście, OFE nie ma co żałować, ten finansowy pasożyt był bowiem jedną z wielu form eksploatacji, zaś nasze „prywatne” emerytury i tak przecież koniec końców w 45% były uzależnione od zdolności wykupu przez państwo obligacji. Niemniej, w obecnej kondycji finansów publicznych ten rozpaczliwy rzut na taśmę dokonany przez Rostowskiego po to, by plajta nie wyszła na jaw przedwcześnie, ma jednoznaczną wymowę.

Podsumowując, obecnie jesteśmy na najlepszej drodze, by jako bankruci trafić pod nieubłagane skrzydła Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którego recepta jest zawsze taka sama: fiskalizm, wyprzedaż tego co jeszcze jest państwowe, plus radykalne cięcia – również inwestycyjne, co każdorazowo skutkuje „zamrożeniem” gospodarki „ratowanego” kraju. Lecz to zabójcze rozwiązanie ma dla finansowej oligarchii podstawowy plus – spłacając transze „pomocy międzynarodowej” pod egidą MFW, wyciska się to, czego nie udało się z danego kraju wycisnąć do tej pory. I w tym momencie kolonizacja o której tu mówimy osiąga stadium finalne - totalne podporządkowanie wszelkich zasobów opanowanego terytorium.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/dlugi-suwerennosc

http://niepoprawni.pl/blog/287/szesciolatki-na-emigracje

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow

czwartek, 18 lipca 2013

Długi a suwerenność

Finansowe chciejstwo każdorazowo kończy się tym samym: bankructwem i utratą suwerenności.

I. Przemysł przykrywkowy wciąż działa

Jak to się wszystko pięknie składa: najpierw otrzymujemy spektakl „mama Madzi v. 2.0”, gdzie w roli Madzi obsadzono księdza Lemańskiego, zaś w roli wyrodnej Katarzyny W. abp. Henryka Hosera, a na wszelki wypadek – gdyby emocje i uwaga publiczności nie zostały rozbujane wystarczająco – dołożono jeszcze ubój rytualny, by gawiedź mogła do woli przejmować się, co Żydzi o nas powiedzą. No, po takim przygotowaniu można już śmiało ogłosić nowelizację budżetu i niedobór 24 miliardów złotych, dalsze zapożyczanie się na koszt przyszłych pokoleń i „zawieszenie” progu 50% relacji długu publicznego do PKB. Uwaga społeczna odwrócona została w inną stronę, mediodajnie pomne swej organizatorskiej funkcji skutecznie o to zadbały, słowem - przemysł przykrywkowy wciąż działa.

Proszę zwrócić uwagę: głównonurtowe mediodajnie nad wydarzeniem mogącym w przyszłości odbić się tragicznymi dla Polski reperkusjami przeszły w zasadzie do porządku dziennego. To znaczy, odnotowały, ma się rozumieć, że „nowelizacja” będzie miała miejsce, by żaden „faszysta” nie mógł zarzucić, że przemilczały temat, ale ze sprawą „Madzi – Lemańskiego”, czy sposobem szlachtowania wołów na koszerne nie ma porównania. Kompletnie inna skala emocjonalnego zaangażowania, zapełnionych szpalt i czasu antenowego. W zasadzie szerszy oddźwięk możemy znaleźć jedynie na prawicowych portalach i w blogosferze.

II. Balansowanie na linie

Tymczasem kolejny finansowy szacher-macher „sztukmistrza z Londynu” skutkował będzie na najróżniejsze i zawsze negatywne sposoby. Nie łudźmy się - „chwilowe” zawieszenie zasady 50% relacji długu publicznego do PKB będzie trwałym odejściem od tego progu ostrożnościowego – pamiętajmy, że podwyżki VAT również miały być „tymczasowe”, a tu Jan „no PESEL” Vincent mówi, że obniżka będzie możliwa najwcześniej w 2017, czyli czekaj tatka latka. Z tą podwyżką VAT-u, to też zresztą była ciekawa sprawa. Jak pamiętamy, Rostowski chciał w ten sposób uzyskać dodatkowe 5 mld zł. PiS proponował wtedy wprowadzenie podatku bankowego w wysokości 0,39%, który wg GUS i Komisji Nadzoru Finansowego miał przynieść te same 5 mld. No, ale to za bardzo pachniało Orbanem i „pomysłami rodem z Budapesztu”, które – jak surowo zapowiedział wówczas Jan Vincent - „nie przejdą”, stawiając się tym samym ostentacyjnie w roli strażnika interesów międzynarodowej finansjery.

W tym samym mniej więcej czasie, polski rząd robił interes życia, udzielając transzy Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu w wysokości 5,8 miliarda euro na oszałamiające 0,1-0,2 procenta, podczas gdy nasza linia kredytowa w MFW oprocentowana jest na 5-6%. Wyszło na to, że tę pożyczkę potrzebną MFW na ratowanie Grecji sfinansowano m.in. z podwyżki VAT – czyli z pieniędzy polskich konsumentów. I dokładnie tych pieniędzy oddanych hojną ręką MFW zabrakło dziś w budżecie, bowiem 5,8 mld euro to jak raz 24,3 mld złotych.

Ciekaw jestem, na ile „rentowne” będą papiery dłużne, wyemitowane by uzyskać 16 mld złotych, które rząd chce pożyczyć na rynkach. Tak się bowiem składa, że przekroczenie progu ostrożnościowego będzie wyraźnym sygnałem dla międzynarodowej banksterki, że pożyczanie nam pieniędzy jest obarczone coraz wyższym ryzykiem. Na dodatek przesądzona już raczej likwidacja OFE sprawi, że instytucje te przestaną inwestować w papiery wartościowe Skarbu Państwa – do tej pory bowiem część długu publicznego finansowana była właśnie z pieniędzy „II Filaru”, czyli ze składek przyszłych emerytów. Na koniec 2012 roku 45% papierów wartościowych w portfelu OFE stanowiły właśnie obligacje Skarby Państwa na łączną sumę 118 mld zł, a bywało jeszcze więcej. Teraz to źródełko finansowania wyschnie, choć doraźnie przejęcie OFE i umorzenie obligacji nieco zmniejszy dług publiczny. Jednym słowem – dojutrkowość i ciągłe balansowanie na linie.

Aha, prócz pożyczenia 16 mld rząd chce dodatkowo zaoszczędzić ponad 8 mld złotych – logiczne byłoby tu zredukowanie liczby urzędników, których rząd Tuska we wszelkich podległych mu instytucjach zatrudnił od 2007 roku około stu tysięcy, ale to czyste samobójstwo – zrażać do siebie 100.000 przekupionego posadami elektoratu? Toteż już słyszymy, że oszczędzi się 3,3 miliarda zł na armii – pozostałe cięcia pójdą zapewne po innych, równie zbędnych nam instytucjach – policji, służbie zdrowia itp.

III. Kryzysowy korkociąg

Tak czy owak, najprawdopodobniej jesteśmy świadkami wpadania Polski w kryzysowy korkociąg. Wyczerpanie niemal całego zaplanowanego deficytu w pół roku nie jest sytuacją normalną, a rozmontowanie ustawowych zabezpieczeń tylko to potwierdza. O skali zapaści finansowej państwa może świadczyć, że już teraz na samą obsługę zadłużenia wydajemy wszystkie wpływy z PIT plus jeszcze trochę. Dodajmy, że obecna rozpaczliwa miotanina rządu skutkować może obniżeniem ratingu Polski na rynkach finansowych, czego konsekwencją będzie podrożenie kolejnych pożyczek, co z kolei napędzi spiralę zadłużenia... Kto to przerabiał? Grecja chociażby.

To, co niepokoi dodatkowo, to zerowy społeczny oddźwięk. Podejrzewam, iż bierze się to nie tylko stąd, że ludziska są ogłupiani zaznaczonymi na wstępie spektaklami typu „mama Madzi” i „ksiądz Lemański”. Dla większości, coś takiego jak „dług publiczny”, „deficyt”, „progi ostrożnościowe” jest czystą abstrakcją i wolą hołdować przekonaniu, że jednak tak źle nie będzie. Dopiero gdy wszystko runie, wylegną nagle na ulice protestując – wciąż nie rozumiejąc, co się tak naprawdę stało. A stało się to, że wybierając dwa razy pod rząd czarusiów od „cieplej wody w kranie” za pożyczone pieniądze i nie chcąc słuchać przestróg, sami sprzedali Polskę międzynarodowej lichwie.

Dyktatura Matołów jest jedynie emanacją chciejstwa elektoratu. A takie chciejstwo, polegające na przeświadczeniu, że „jakoś to będzie” i to nie my będziemy musieli martwić się długami, każdorazowo kończy się tym samym: bankructwem i utratą suwerenności. Przyjdą windykatorzy, zdominowane przez Niemcy instytucje europejskie postawią swój twardy dyktat – i płacić, frajerzy! Nie macie gotówki? To przejmiemy w naturze, co tam jeszcze zostało: ostatnie przedsiębiorstwa, lasy, kopaliny... Zastawiliście swój kraj za parę lat konsumpcji na kredyt, to teraz oddawać ostatnią koszulę. Nic nowego – kiedyś w takiej sytuacji wysyłało się korpus ekspedycyjny, który przejmował kontrolę nad zbankrutowanym krajem, teraz robi się dokładnie to samo, tyle że w białych rękawiczkach.

Oczywiście, można się z tego wywikłać. Takie Węgry przed czasem spłacą w tym roku ostatnią transzę do MFW i podziękują temu gremium za współpracę. Ale Węgrzy – tak obecne władze, jak i społeczeństwo – są jakby bardziej rozgarnięci i odporni na presję. Obawiam się, że nam pod tym względem o wiele bliżej do Greków.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow

sobota, 18 lutego 2012

Budapeszt czy Ateny?


„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - zagrzmiał Rostowski. No to, prędzej czy później, będą Ateny...


I. Rząd się żywi

Jan Vincent Rostowski, oddelegowany aktualnie do pilnowania nad Wisłą interesów międzynarodowej finansjery, pokrzyczał sobie z sejmowej mównicy na niekonstruktywną opozycję. No bo, przyznajmy, posiadanie przez opozycję jakichkolwiek pomysłów wykraczających poza palenie zioła i skrobanki na życzenie, jest wyjątkową bezczelnością, a już zwłaszcza gdy są to pomysły, które godzą w jedynie słuszną linię ekonomiczną Zielonej Wyspy, gwarantującą nam stabilny wzrost gospodarczy.

Co prawda, jak napisałem niedawno, z tego osławionego, czteroprocentowego wzrostu nic nie wynika, o czym świadczą dane Eurostatu ogłaszające zdumionej gawiedzi, iż 10 milionów Polaków czyli 27,8% jest zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym. Te 10 milionów, to jedna czwarta tubylczej populacji, ćwierć narodu. I to pomimo wpompowanego w polską gospodarkę strumienia unijnych pieniędzy, trzystu miliardów pożyczonych w ciągu czterech lat przez rząd Tuska (rekord świata!) oraz kaski przesyłanej rodzinom przez zarobkowych emigrantów rozsianych po Europie. Jeśli dołożymy do tego bezrobocie na poziomie ponad 13% (w tym 25% wśród młodych) i ponaddwumilionową rzeszę tzw. „pracującej biedoty” (working poor), to pytanie o owe „pozytywne wskaźniki” za które ponoć tak chwali nas Europa staje się całkiem zasadne.

Tu, po namyśle, muszę sprostować swe radykalne stwierdzenie sprzed chwili, że z polskiego wzrostu gospodarczego „nic nie wynika”. Zależy, jak dla kogo. W ciągu czterech lat rządu Tuska w szeroko rozumianej administracji (wliczając ZUS, KRUS i NFZ) przybyło blisko sto tysięcy urzędników (538 tys w 2011 w stosunku do ok. 440 tys w 2007 – wzrost o 23%), zaś średnia płaca w administracji państwowej podniosła się o 1000 zł (30-procentowy wzrost). Można się domyślać, że większość z tej rzeszy głosuje na swych dobroczyńców z PO. Tak się hoduje lojalny elektorat, związany klientelistycznymi zależnościami ze swym patronem. Krótko mówiąc, wzrost gospodarczy ma pracować na władzę, by ta – niczym za Urbana - mogła sama się wyżywić. Czyż nie jest to ze wszech miar słuszne podejście?

II. Wzrost i kapitał

No, ale wszak rząd, choć żarłoczny, nie jest w stanie samodzielnie przejeść owoców wzrostu. To znaczy jest w stanie, jak najbardziej, ale chcąc nie chcąc musi doprosić do stołu tych, dzięki którym ów wzrost wzrasta i wzrasta – i jeszcze wzrasta... Oczywiście, jak nas uczą różni mądrzy ludzie, tegoż mitycznego wzrostu, którego nikt z nas na oczy nie widział, chyba że pod postacią entuzjastycznych słupków w mediodajniach - tegoż bezcennego wzrostu powiadam, nie wypracowują miliony takich jak my szaraczków na śmieciowych umowach czy znoszący codzienną gehennę prowadzenia small-businessu drobni przedsiębiorcy bez podwieszeń i układów w rozmaitych sitwach. Ten wzrost, mianowicie, generują ponoć „inwestorzy” na czele ze szlachetną rasą bankierów i w związku z tym powinniśmy całować ich po piętach, łykając przy tym łzy wdzięczności.

Owi dobroczyńcy z workami złota przybywają do nas z zagranicy, by wspomóc, zasilić i ucywilizować gospodarczych Irokezów, zatem zrozumiałe jest, że każde próby brużdżenia muszą spotkać się z odporem światłych kół rządzących oraz beneficjentów i utrwalaczy III RP, którzy nie po to przecież zostali dopuszczeni do komitywy i pousadzani na różnych posadach, by teraz kąsać rękę, która im chleb daje. Tym bardziej, że światłe koła rządzące dobrze znają tzw. „sytuację ogólną” oraz „generalne uwarunkowania”, które sprawiają, iż „obiektywne rynkowe okoliczności” są takie a nie inne.

Skomplikowane? Już wyjaśniam. Otóż, jak wiadomo, polskiego sektora finansowego nie ma. Nie ma i już. Są tylko filie wielkich międzynarodowych koncernów, światowych macherów od pieniądza i jego kreacji. To by nawet pasowało do hasła „kapitał nie ma narodowości”, ale takie ględzenie dobre jest na czas prosperity. W czasie kryzysu kapitał sobie o narodowości przypomina, bo potrzebuje pieniędzy podatników na „dokapitalizowanie” po poniesionych w wyniku własnej chciwości stratach. A i narodowość sobie przypomina o kapitale - o tym, że jednak te wszystkie jaskinie spekulacji są formalnie niemieckie, włoskie, angielskie i warto grać na ich korzyść, bowiem one po wyżyłowaniu „rynków wschodzących” na których grasowali „budując” tamtejszy „wzrost gospodarczy”, wytransferują jakoś prawem i lewem te fundusze do rodzimych central i puszczą w obieg u siebie, co jest cichym warunkiem rządowego „dokapitalizowywania”. Ot, symbioza taka. U nas również poniewczasie się w tym mechanizmie połapano i zaczęto przebąkiwać o zrobieniu jakiegoś polskiego konsorcjum, które wykupiłoby („udomowiło”) jedną czy drugą filię zachodniego banku, ale zapewne „rynki” („ponadnarodowe” oczywiście) zmarszczyły brwi i na gadaniu się skończyło.

III. Konsumowanie owoców wzrostu

Powyższy przydługi szkic sytuacyjny przedstawiłem dlatego, gdyż daje on nam odpowiedź na przyczyny furii, która ogarnęła nieocenionego Jana Vincenta na sejmowej mównicy podczas debaty z posłami opozycji. Albowiem, jak wiemy, nasz sztukmistrz z Londynu w ramach programu żywienia rządu i podtrzymywania słupka wzrostu gospodarczego zapożyczył nas u scharakteryzowanych powyżej rekinów spekulacji tak skutecznie, że pod koniec zeszłego roku musiał uciekać się do iście cyrkowej ekwilibrystyki, by dług publiczny nie przekroczył progu ostrożnościowego 55% PKB. Czego to nie było!Rozpaczliwe rozpisywanie wydatków na kolejne rubryczki i fundusze, wypychane następnie na papierze poza zobowiązania Skarbu Państwa, no i spektakularna interwencja, by utrzymać relację złotówki do innych walut na poziomie umożliwiającym odnotowanie, że oto na 31.XII.2011 prześlizgnęliśmy się pod gilotyną.

Tym razem się udało, ale nie zmienia to faktu, że siedzimy w kieszeniach „banksterów” po same uszy i nie możemy im podskoczyć, gdyż to właśnie oni sfinansowali państwowe zobowiązania oraz wyżywienie rządu w ramach napędzonego pożyczkami „wzrostu gospodarczego”. A że teraz mają walizki pełne polskich papierów dłużnych i to coraz bardziej „rentownych”, czyli wypisywanych wraz z upływem czasu na coraz wyższy procent, zatem oczywiste jest, iż nasza dyktatura matołów musi ich dopuścić do żłobu, by mogli pospołu z władzą konsumować owoce tegoż ciężko wypracowanego „wzrostu”, czyli wpuszczonego w gospodarkę via budżet państwa pożyczonego pieniądza.

Owa konsumpcja zaś ma polegać na tym, by na owych pieniądzach wpuszczonych w obieg zarobić podwójnie. Pierwszy raz – obracając nimi, bo wszak obracanie pieniędzmi odbywa się w przytłaczającej mierze za pośrednictwem banków i firm zależnych – a nie czynią tego przecież za darmo, tylko liczą sobie najrozmaitsze opłaty, odsetki i prowizje. Drugi raz – zarobić na nich poprzez nasze podatki, którymi rząd spłaci zaciągnięte wobec „rynków” zobowiązania.

IV. „Na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera”

W tej sytuacji nie dziwi wzburzenie oddelegowanego na polski odcinek finansowego lobbysty Jana Vincenta, gdy niekonstruktywna, pisowska opozycja wniosła – o zgrozo – projekt opodatkowania aktywów banków, towarzystw ubezpieczeniowych i funduszy inwestycyjnych zamiast 23% stawki VAT na towary i usługi. Wprawdzie proponowany podatek bankowy w wysokości 0,39% (!) przyniósłby wg danych Komisji Nadzoru Finansowego i GUS te same 5 miliardów złotych co zwiększony do 23% VAT (4,1 mld zł od aktywów banków, 538 mln zł od aktywów zakładów ubezpieczeń oraz 405 mln zł od aktywów funduszy inwestycyjnych), ale przecież - jak wykazałem powyżej - nie po to „rynki finansowe” wsadziły sobie państwo polskie do kieszeni, żeby teraz płacić temuż państwu z tego tytułu podatki. To my jesteśmy od tego, by naszymi podatkami, w tym dwudziestotrzyprocentowym VAT-em, spłacać papiery dłużne państwa, to chyba oczywiste. Inne rozwiązanie byłoby wbrew naturze, albowiem „na tym się świata ład opiera, że jeden sieje, drugi zbiera”.

Na dzień dzisiejszy owo „sianie i zbieranie” wygląda tak, że w 2012 roku prognozowane wpływy z PIT przyniosą ok. 42,4 mld, zaś obsługa długu Skarbu Państwa wyniesie... ok. 43,8 mld złotych (TU). Czyli, nasze PIT-y idą w całości na pokrycie odsetek i wykup roczny państwowych papierów wartościowych!

Histeryczną obroną finansowej oligarchii uskutecznioną przez Jana Vincenta Rostowskiego dyktatura matołów pokazała jasno (który to już raz?) po czyjej stoi stronie i gdzie ma obywateli jako potencjalnych beneficjentów wzrostu gospodarczego. Wiadomo, że słodkich pierniczków dla wszystkich nie wystarczy, zatem plony wspólnego wysiłku zbierać będzie „waadza” do spółki z grandziarzami. Dla tubylców przewidziana jest rola taniej siły roboczej, mordercze podatki i obszary nędzy nakreślone w cytowanych na wstępie danych dotyczących ubóstwa.

„- Pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą” - zagrzmiał Rostowski. No to, prędzej czy później, będą Ateny...

Gadający Grzyb

(Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL)

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

piątek, 18 listopada 2011

Kryzysowy korkociąg


Już wkrótce przyjdzie nam zapłacić za lata „ciepłej wody w kranie”, czyli zaordynowanej przez Tuska i jego dyktaturę matołów gierkowszczyzny.


I. Krach w 2012?

Po obniżeniu przez agencję ratingową Moody’s perspektywy dla polskiego sektora bankowego ze „stabilnej”do „negatywnej” zrobił się mały szum, a momentami nawet większy huczek. No bo, jak to – banki notują rekordowe zyski (lider, PKO BP, nawet 1 mld PLN), a tu taki despekt? Posypały się narzekania, że niesprawiedliwie wrzucono nas do jednego worka z innymi krajami UE, przypomniano wpadki agencji ratingowych jak utrzymywanie wysokiej oceny Lehman Brothers tuż przed bankructwem i, generalnie, wszystkie wątpliwe ratingi z ostatnich czasów.

No dobrze, może i Moody’s się myli. Ale niewykluczone przecież, że swe prognozy opiera na racjonalnych podstawach i wie co mówi. Co to oznacza? Ano, oznacza to, że w przyszłym roku czeka nas kryzysowe łupnięcie jak się patrzy. Już teraz klienci banków mają coraz większe problemy ze spłatami kredytów gotówkowych. Jeśli fala kryzysu spowoduje gwałtowny wzrost bezrobocia, to zacznie się również zaleganie na masową skalę z ratami kredytów hipotecznych, do czego dodatkowo może się przyczynić dalsze osłabienie złotego, czyli wzrost ceny m.in. franka szwajcarskiego. Nie będzie to może zapaść porównywalna z rynkiem nieruchomości w USA, ale pamiętajmy, że Polacy są zadłużeni po uszy - orientacyjnie (bo konkretnych danych nikt nie podaje) ocenia się „prywatne” zadłużenie na jakieś 400 mld zł, czyli połowę wartości długu publicznego państwa (czyli de facto również nas).

Osłabienie złotego zwiększy również koszta obsługi zadłużenia Polski (ok. 800 mld zł, a tak naprawdę, to nie wiadomo...), a to poskutkuje przekroczeniem kolejnych progów ostrożnościowych i w konsekwencji obniżeniem ratingu Polski, co wiąże się z kolei z podrożeniem kolejnych pożyczek, a w konsekwencji z dalszym zwiększeniem długu publicznego... i tak dalej... – słowem, kryzysowy, grecki korkociąg.

Konsekwencji takiego rozwoju wypadków tłumaczyć chyba nie trzeba i nie pomogą żadne księgowe sztuczki ministra Rostowskiego, który w pocie czoła misternie rozpisuje państwowe zobowiązania w kolejnych rubryczkach, tak by na papierze wszystko się zgadzało. Urwie się także strumień kasy unijnej, bo te „nawet 300 miliardów” obiecywanych w kampanii wyborczej było bajeczką dla naiwnych, którzy na dodatek bardzo chcą, by nie wytrącano ich z błogiego letargu. Krótko mówiąc, przyjdzie nam zapłacić za lata „ciepłej wody w kranie”, czyli zaordynowanej przez Tuska i jego dyktaturę matołów gierkowszczyzny.

Powyższe wiąże się z zagrożeniem wartości obligacji Skarbu Państwa, zaś dla banków, które zainwestowały w te papiery jest to zdecydowanie zła perspektywa, która mogła być kolejnym czynnikiem wziętym pod uwagę przez Moody’s. Co bowiem zrobią banki, jeśli poleci wypłacalność zarówno prywatnych klientów, jak i państwa? Będą pożyczać od siebie nawzajem?

II. Kapitał odzyskuje narodowość

Analitycy wskazują, że na obniżenie ratingu mają wpływ „czynniki zewnętrzne”, czyli problemy banków europejskich, których spółkami-córkami są banki działające w Polsce, bo też ten „nasz” system bankowy „polski” jest tylko z nazwy. Obecnie większość banków pozyskuje środki (pożyczane następnie konsumentom w formie różnych kredytów) teoretycznie „na rynku”, a w praktyce od swych zachodnich „matek”, bo przecież nie z depozytów – Polacy bowiem albo w ogóle nie posiadają oszczędności, albo na jakimś minimalnym poziomie (mają za to, jak wspomniałem, furę długów, co dodatkowo uwiarygadnia czarne prognozy związane z wypłacalnością). Firmy również raczej „balansują” obracając cały czas pieniędzmi, a przynajmniej starają się, czemu nie sprzyjają zatory płatnicze będące jedną ze zmór naszej gospodarki. Na luksus mrożenia funduszy na lokatach naszych przedsiębiorców raczej nie stać.

Na dodatek, że w związku z kryzysem strefy euro, banki-matki same potrzebują na gwałt dokapitalizowania, bo w swych aktywach mają kupę śmieciowych obligacji z którymi nie wiadomo co począć. Zachodzi raczej obawa, że będą próbowały jakimś sposobem, „prawem i lewem”, wyprowadzić środki z polskich „córek” do zachodnich central. Po to się przecież inwestuje w dzieci, by pomogły rodzicom w ciężkich terminach, nieprawdaż?

W ten oto sposób sypie się mit, który podawano nam do wierzenia jako niewzruszony dogmat: że niby, panie, w zglobalizowanym świecie „kapitał nie ma ojczyzny i narodowości”. Otóż, okazuje się, że owa zasada sprawdza się jedynie w latach prosperity. W czasach kryzysu, gdy przychodzi co do czego, to jednak ów kosmopolityczny, bezosobowy „kapitał” nagle sobie o „ojczyźnie” i „narodowości” przypomina. Albo inaczej – to „narodowość” przypomina sobie o kapitale...

III. „Udomowienie” banków?

Zatem, na naszych oczach dzieją się istne dziwy: oto ci sami szemrani „liberałowie”, którzy przez ostatnie dwadzieścia lat zabijali śmiechem, „oszołomów” i „ekonomicznych dyletantów” protestujących przeciw wyprzedaży sektora bankowego... tj. pardon - „modernizacji” i „unowocześnieniu”, teraz zaczynają pomału gadać ludzkim głosem i powtarzać argumenty tych, na których jeszcze niedawno nie zostawiali suchej nitki. Potrzebowali dwudziestu lat i widma gospodarczej zapaści o pokoleniowym wymiarze, by podrapać się z frasunkiem po głowach, czy po czym tam zwykli się drapać światli architekci naszej transformacji oraz ich wychowankowie i przebąknąć nieśmiało, że może by tak, kumie, jak już ta wartość „polskiego sektora bankowego” nieco spadnie, wykupić tak jeden czy drugi bank od zagranicznej centrali i ten, tego – jakoś „udomowić”?

Gada się na mieście, że konsorcjum złożone z tych resztek, których jeszcze nie opędzlowaliśmy zagranicznym „partnerom”, czyli PKO BP, PZU i KGHM miałoby wyemitować obligacje i z pozyskanych funduszy coś tam kupić. Byłoby miło i na dodatek mądrze, nie powiem, tyle że jak u nas coś ma pójść źle to z pewnością pójdzie i na gadaniu się skończy.

Stanie się tak dlatego, że na polskie oddziały banków, a także na ich zachodnie centrale chrapkę ma również Rosja, a konkretnie – Sbierbank. Od jakiegoś czasu mówi się o portugalskim Millenium i belgijskim Kredyt Banku – tak na dobry początek. Przywódcy strefy euro dość rozpaczliwie zabiegają o kapitał – zarówno chiński jak i rosyjski, zatem pewnie nie będą robić trudności, mimo iż Sbierbank jest bankiem państwowym (należy w większości do Banku Centralnego Rosji). Ale co tam – z doświadczenia wiemy, że jeśli Rosja coś postanowi, to zrealizuje czego widomym znakiem jest uruchomiony niedawno Nord Stream. Na dodatek rychłe przyjęcie Rosji do WTO zrobi niezbędną do takich transakcji „dobrą atmosferę”.

Koniec końców, efekt będzie zapewne taki, że Rosja uruchomi u nas swe rozliczne ludzkie aktywa i nagle okaże się, że naszym wschodnim przyjaciołom nie warto wchodzić w paradę, ba – po co mamy „udomawiać” banki, skoro znakomicie może za nas „udomowić” je Rosja...

IV. Demokratyczna fasada, czyli państwo oddane w zastaw

Trochę przedłużę, ale chciałbym poruszyć jeszcze jeden wątek. Jeśli ktoś z Państwa miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, że współczesna demokracja jest pustą atrapą, to po ostatnich wydarzeniach w Grecji i we Włoszech wątpliwości te musiały rozwiać się ostatecznie. Demos od dawna już nie jest suwerenem. Jego miejsce zajęły anonimowe, bezosobowe „rynki” składające się z tzw. „inwestorów” czyli spekulantów. Ile razy słyszeliśmy frazy typu „rynki zareagowały z satysfakcją”, bądź „inwestorzy są zaniepokojeni”? A wszystkie te „satysfakcje” i „zaniepokojenia” każdorazowo i bardzo konkretnie przekładają się na sytuację polityczno-gospodarczą krajów do których się odnoszą.

Papandreu ani Berlusconi nie są moimi ulubieńcami, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że tych przywódców nie odwołali wyborcy. Odwołały ich „rynki”. Te same „rynki” powołały ich następców – wszak niemal jawnie przeprowadzano casting, by wyłonić takich premierów, których obecność uspokoi sytuację na giełdach. „Demos” zresztą zrzekł się suwerenności na własne życzenie – domagając się łatwego życia za cudze pieniądze i wybierając odpowiednio spolegliwych polityków, którzy następnie, by spełnić obietnice, przez dziesięciolecia zadłużali swe kraje, wydając je w konsekwencji na pastwę finansowej oligarchii, która sama nic nie wytwarza, za to zawsze bardzo chętnie pożywi się na zastawionym majątku.

Powiedzmy jasno: zaciąganie długów to oddawanie państwa w zastaw, więc nie ma co się dziwić, że w końcu walą do drzwi windykatorzy. Co gorsza, „demos” niczego się nie nauczył. Wszak ten cały „ruch oburzonych” domaga się w zasadzie tylko tego, by było jak do tej pory – by wróciło „dolce vita” sprzed epoki kryzysu. Zła wiadomość, odmóżdżeni frajerzy: nie wróci. Sami sprzedaliście lichwiarzom własne ojczyzny.

Oto konsekwencje zadłużania się państw i życia długimi latami ponad stan, na kredyt. Wbijmy to sobie do głów: zadłużając państwo sami oddajemy się we władzę spekulantów, obsługiwanych przez agencje ratingowe zdolne jednym oświadczeniem zmienić sytuację gospodarczą. Czasem zresztą mówią to bez ogródek. Pamiętacie Państwo, jak agencja S&P obniżyła rating USA, po czym jej szef John Chambers wprost przyznał, że chciał „przede wszystkim ukarać polityków"? Tak oto „ratingowcy” wyszli z roli analityków i prognostyków, by wcielić się w role aktywnych kreatorów politycznej i ekonomicznej rzeczywistości.

Nie wiem, czy rating Moody’s odnoszący się do „naszego”systemu bankowego jest z tej samej „kreatywnej” parafii. Może nie. A może tak. Pewności nie mamy.

***

Wszystko co powyżej odnosi się również w całej rozciągłości do nas, Polaków, bo tak się składa, że mając wybór wielokrotnie zastawialiśmy Polskę za obietnicę ciepłej wody w kranie. Tak więc, jak widzimy, czasy zapowiadają się jeszcze ciekawsze niż dotychczas i nasi „wybrańcy” doskonale o tym wiedzą. Dlatego też, jak mniemam, nie-miłościwie nam panująca dyktatura matołów w ramach doskonalenia systemu pełzającej represjonizacji postanowiła urządzić sobie na warszawskich ulicach przy okazji Marszu Niepodległości poligon doświadczalny dla „kasków” oraz różnych tajniaków i prowokatorów. Ktoś naiwny mógłby sądzić, że to taka putinada, „pokazucha” mająca upokorzyć środowiska opozycyjne, lub może ćwiczenia przed Euro2012. Otóż nie. Tu chodziło o coś poważniejszego. Znacznie poważniejszego.

Gadający Grzyb