Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2018

Globalna oligarchia

Globalnych oligarchów „rynek” nie dotyczy, bo to co widzimy jako „rynek” jest po prostu ich z góry uzgodnioną kreacją.


Jeżeli ktoś z Państwa zastanawiał się kiedyś, niczym bohater „Matrixa”, co z tym światem jest nie tak, to warto zwrócić uwagę na takie nazwiska, jak James Glattfelder, Francois Morin czy Ladislau Dowbor. Ten pierwszy jest naukowcem pracującym na uznawanej za najlepszą w Europie Politechnice Federalnej w Zurychu (ETH) i w 2012 r. opublikował przełomowe badania dotyczące funkcjonowania globalnej sieci korporacji. To wręcz niewiarygodne, że nikt wcześniej nie zajął się tym tematem. W każdym razie, zespół Glattfeldera wyodrębnił ze światowego wykazu zawierającego 37 mln. przedsiębiorstw 43 tys. największych światowych grup kapitałowych i szczegółowo przeanalizował zachodzące między nimi współzależności i różnego rodzaju powiązania w rodzaju krzyżowania się udziałów. Efektem był obraz niesamowitej koncentracji majątku – okazało się, że 80 proc. korporacji jest kontrolowanych przez zaledwie 737 grup, zaś spośród nich aż 40 proc. znajduje się w rękach zaledwie 147 grup kapitałowych, z czego ponad 75 proc. stanowią instytucje finansowe, takie jak wielkie banki, firmy ubezpieczeniowe czy fundusze inwestycyjne. Strukturę tę nazwano „superorganizmem”, a zarządza nią grono kilkuset wielkich udziałowców i „supermanagerów”.

Kolejny krok poczynił francuski ekonomista i wieloletni członek rady Banku Francji – Francois Morin w wydanej w 2015 r. książce „Globalna hydra”. Tam z kolei wziął pod lupę 28 największych banków, takich jak JPMorgan Chase, Bank of America, Citigroup, HSBC, Deutsche Bank, Santander, Goldman Sachs, które określono mianem „systemowo ważnych instytucji finansowych” (SIFI). W ich posiadaniu (dane na 2012 r.) pozostawał majątek o wartości 50 bln. dolarów, przy światowym PKB wynoszącym 73 bln. Nadmieńmy, że ogólnoświatowy dług publiczny wynosił wówczas 49 bln. dolarów, co oznacza, iż zadłużone państwa siedzą w kieszeni właśnie owych „systemowo ważnych instytucji”. W tym kontekście słowa George'a Sorosa, iż „dług rządu jest zasadniczym elementem funkcjonowania rynków finansowych” nabierają całkiem nowego wymiaru. Na tym jednak nie koniec, bowiem SIFI kontrolują również rynek produktów pochodnych, czyli mówiąc wprost – spekulacji. W 2015 r. było to 600 bln. dolarów, czyli ośmiokrotność światowego PKB, a warto dodać, iż owe spekulacje obejmują wszystko – od surowców po żywność.

Co to wszystko oznacza? Ano to, że nie ma wolnego rynku. Nie ma i już – jest tylko fikcja dla naiwnych. Wolny rynek zakłada bowiem równość szans i element konkurencyjności między działającymi na nim podmiotami. Przykładowo, gdyby gospodarka pojedynczego państwa była uzależniona od ponad stu, czy nawet kilkudziesięciu największych przedsiębiorstw, to wówczas od biedy można by mówić, że zachodzi między nimi jakaś rynkowa rywalizacja – ale gdy to samo mamy w skali światowej, to wówczas otrzymujemy oligopol. I tak wygląda dziś światowy system gospodarczy.

Przywoływany na wstępie prof. Ladislau Dowbor (brazylijski ekonomista polskiego pochodzenia z Papieskiego Uniwersytetu Katolickiego Sao Paulo, m.in. konsultant wielu agend ONZ) zwraca uwagę, iż mówienie o rynkowych mechanizmach w odniesieniu do tych gigantów zwyczajnie nie ma sensu. Oni nie konkurują ze sobą – oni ze sobą negocjują, mając przy tym świadomość, że nie warto robić sobie nawzajem krzywdy. Ich „rynek” nie dotyczy, bo to co widzimy jako „rynek” jest po prostu z góry uzgodnioną kreacją. Ta bezwzględna dominacja globalnej oligarchii pieniądza przekłada się też oczywiście na władzę polityczną, choćby z tytułu wspomnianego uzależniania od siebie państw poprzez dług. Innymi słowy, demokracja, czy jakikolwiek inny system rządów (może z wyjątkiem Korei Północnej) działa jedynie o tyle o ile – dopóki nie wejdzie na kurs kolizyjny z międzynarodowymi potentatami. Efektem jest chociażby podporządkowywanie polityk gospodarczych wymaganiom wielkich graczy czy obsadzanie kluczowych stanowisk, takich jak ministrowie finansów bądź szefowie banków centralnych wskazanymi osobami – co opisywane jest eufemizmem, że dane posunięcie (np. cięcia budżetowe) tudzież osoba delegowana do pełnienia istotnej gospodarczo funkcji zostanie „pozytywnie odebrana przez rynki”. Brzmi znajomo, prawda? Tyle, że jak wspomnieliśmy, nie ma żadnych „rynków”. Jest „superorganizm” pod kolegialnym zarządem SIFI.

Ów kolegialny zarząd przybiera całkiem jawną, instytucjonalną formę. Przykładem może być tu Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF - Institute of International Finance). Jak pisze cytowany przez Dowbora Morin: „Prezes IIF ma oficjalny, uznany status, uprawniający go do zabierania głosu w imieniu wielkich banków. Można by powiedzieć, że IIF jest parlamentem banków, a jego prezes niemal odgrywa rolę szefa państwa. Należy do grona wielkich decydentów światowych”. Mamy zatem zorganizowany system, oparty na długu i spekulacji - więc w swej istocie pasożytniczy, wampiryczny - obezwładniający, zatruwający i koniec końców zabójczy dla żywiciela, czyli nas wszystkich. Witamy w matrixie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 13 (30.03-12.04.2018)

piątek, 27 listopada 2009

Biadolenie nad rozlanym mlekiem.


W kwestii gazowej PiS, jako największa siła opozycyjna, dał haniebnie ciała.

Prasokonferencja.

Przedwczoraj (25.11.2009) natknąłem się w telewizji na jakieś migawki z konferencji prasowej PiSu „Nie dla umowy z Rosją”. Następnie obejrzałem sobie całość na polityczni.pl . Oto co ujrzały moje piękne oczy: Paweł Poncyliusz i Aleksandra „Aniołek” Natali - Świat na zmianę prześcigali się w wyliczaniu negatywnych, a możliwe że wręcz tragicznych konsekwencji zawartego z Rosją kontraktu gazowego (właściwie – aneksu do tzw. „umowy Jamalskiej” z 1993 r.). Wszystko merytorycznie, punkt po punkcie, jak należy.

A mnie trafił jasny szlag.

Gdzie był PiS?

Pierwsze spotkania Grupy Roboczej ds. paliwowo-energetycznych Polsko-Rosyjskiej Międzyrządowej Komisji ds. Współpracy Gospodarczej miały miejsce 15 stycznia i 10 marca 2009 r. Formalne negocjacje rozpoczęły się w Moskwie 7 maja b.r. Od tamtych wydarzeń minęły, lekko licząc, trzy p***one kwartały. Gdzie wtedy był PiS? Przez niemal cały rok nie znalazł czasu, by bić we wszystkie dzwony i organizować tego typu konferencje. Politycy PiSu goszczą codziennie we wszystkich mediach – mieli możliwość, by alarmować ludzi i budować społeczną presję wokół negocjacji.

Z apelem mógł wystąpić Prezydent, tym bardziej, że przysługuje mu czas antenowy w telewizji publicznej. Bał się oskarżeń, że ingeruje w kwestie przekraczające jego prerogatywy? Do kroćset, w momencie, gdy ważą się sprawy o charakterze strategicznym, takie jak bezpieczeństwo energetyczne kraju, głowie państwa zwyczajnie nie wolno milczeć.

Może pod naciskiem opinii publicznej (a sondaże z początku roku wskazywały wysokie poparcie dla opcji typu „droższy gaz, byle nie z Rosji” – był to efekt kryzysu ukraińskiego) polityczni mocodawcy naszych, pożal się Boże, „negocjatorów”, kierując się swą legendarną troską o „słupki” utwardziliby jednak nieco polskie stanowisko i nie podżyrowywali hurtem wszystkich żądań Rosji. Może rosyjska agentura byłaby wówczas nieco mniej skuteczna…

Bicie piany.

Nic takiego nie miało miejsca. Zamiast zajmować się kwestiami najwyższej wagi i mobilizować wokół nich Polaków, PiS wolał spalać się w medialnych pyskówkach z Palikotem, Niesiołowskim, Nowakiem i resztą platformerskiej menażerii. Przypomnijmy sobie ile godzin programów „publicystycznych” w najrozmaitszych mediodajniach, ile szpalt w największych gazetach w ciągu ostatnich miesięcy było wypełnionych tego rodzaju biciem piany… Ile czasu PiS zmarnował na „dyskusje” typu: „Palikot / Niesiołowski powiedział i co pan / pani na to”? Para w gwizdek.

Pochlebiam sobie, że nie poświęciłem Palikotowi ani jednej notki, zaś o Niesiołowskim napisałem bodaj raz. I tak o jeden raz za dużo.

Niedoinformowani?

A może PiS nie miał informacji? Wszak negocjacje były tajne… Nieee, wolne żarty. Coś tam jednak do gazet i internetu wyciekało. Skoro ja, prosty bloger, po stosunkowo niedługim szperaniu w necie, byłem w stanie zgromadzić dane do napisania w sierpniu poprawnej merytorycznie notki, alarmującej o tym w jakim kierunku zmierzają negocjacje i co usiłuje na nas wymusić Rosja, to nigdy nie uwierzę, że największa partia opozycyjna błąkała się niczym dziecko we mgle, nieświadoma tego, co dzieje się na gazowym froncie.

W sumie poświęciłem tematyce trzy teksty, w których opisałem stan rosyjskich finansów, czego żąda od nas Rosja i po co jest to jej potrzebne, sygnalizowałem też kapitulancką postawę strony polskiej. Inni blogerzy również na ten temat pisali. I co, ja wiedziałem, inni wiedzieli a PiS, do k***wy nędzy, nie wiedział?! Gdzie oni wtedy byli – na Księżycu?

Z ręką w nocniku.

Teraz się, cholera, obudzili. Teraz! Gdy uzależnienie Polski od rosyjskiego gazu jest przyklepane i gdy można co najwyżej pohałasować na konferencji prasowej. Krzyczcie sobie, krzyczcie, albo piszcie na Berdyczów. Rosję wasze wrzaski obchodzą tyle, co zeszłoroczny śnieg. Teraz, do 2037 r., będziemy rok w rok, via Gazprom dokarmiać budżet Federacji Rosyjskiej. A Rosja po wybudowaniu Nord Stream’u będzie mogła nas bezkarnie szantażować przykręceniem kurka. Jesteśmy gazowym ćpunem i część winy za ten stan rzeczy spada na was, Panie i Panowie z PiSu, bo nie biliście na alarm wtedy, kiedy było trzeba. Teraz jest już po ptokach.

Nie da się ukryć – w kwestii gazowej PiS, jako największa siła opozycyjna, dał haniebnie ciała. I nawet milion choćby nie wiem jak merytorycznie słusznych prasokonferencji tego nie zmieni. Trzeba było działać, zanim mleko się rozlało.

Gadający Grzyb

polityczni.pl/nie_dla_umowy_z_rosj%C4%85_,audio,50,4409.html

niepoprawni.pl/blog/287/czy-dokarmimy-rosje

niepoprawni.pl/blog/287/dokarmimy-rosje

pierwotna publikacja: www. niepoprawni.pl

sobota, 31 października 2009

Gazowy ćpun.


Tak w telegraficznym skrócie można przedstawić sytuację Polski po zawarciu „kompromisu” między Polską a Rosją w kwestii renegocjacji tzw. ”kontraktu jamalskiego”.



Krótka retrospekcja.

Przypomnijmy, że po wyeliminowaniu z gazowej gry pośrednika - firmy RosUkrEnergo, która dostarczała nam rosyjski gaz z kierunku ukraińskiego, przed Polską pojawiła się groźba niedoboru tego surowca w wysokości ok.2 mld m3 rocznie. Cóż zrobiła z tym fantem strona polska? Ano, poszła po najmniejszej linii oporu i zwróciła się do Rosjan z supliką o zwiększenie dostaw gazociągiem jamalskim. Rosjanie, oczywiście, nie byliby sobą, gdyby nie spróbowali wykorzystać sytuacji do maksimum, a nasi, z przeproszeniem, „mężowie stanu” i „negocjatorzy” również nie byliby sobą, gdyby szansy, jaka pojawiła się przed Polską na częściowe uniezależnienie się od rosyjskich dostaw, kompletnie nie przesrali.

Pisałem już o tym dwukrotnie, przewidując mniej więcej taki rozwój wydarzeń jaki faktycznie nastąpił (linki pod tekstem), więc tylko krótko przypomnę:

- rosyjskie finanse publiczne są w trudnej sytuacji. Maleją dochody z eksportu surowców (w tym gazu), rezerwy finansowe państwa kurczą się z kwartału na kwartał, Gazprom odprowadza do budżetu państwa o wiele mniej niż zakładano – czyli Rosja pilnie potrzebuje zwiększenia dochodów;

- Polska rozpoczęła budowę gazoportu w Świnoujściu z planowanym uruchomieniem w 2014 roku i początkową przepustowością ok.2,5 mld m3 rocznie (oraz możliwością dalszej rozbudowy w przyszłości);

Zagrożenie czy szansa?

Na zdrowy rozum, wydawałoby się, że skoro za 5 lat ma być uruchomiona inwestycja, która z nawiązką pokryje braki w bilansie gazowym kraju, dodatkowo zaś będzie to surowiec z innego, niż rosyjskie, źródła, to warto te kilka lat się przemęczyć, łatając niedobory kontraktami krótkoterminowymi i zwiększając własne wydobycie, w ostateczności zaś dokonując okresowych cięć w zużyciu surowca. Patrząc pod tym kątem, ograniczenie dostaw z kierunku rosyjskiego jawiło się wręcz nie jako zagrożenie, lecz jako szansa. To Rosja jest w trudnej sytuacji, nie my.

Co zrobiono?

Niestety, nasze orły – sokoły pod kierunkiem wicepremiera Pawlaka postąpiły dokładnie na odwrót. Jak donosi „Rzeczpospolita”, wynik negocjacji z Gazpromem jest następujący:

- kontrakt jamalski został przedłużony do 2037 r. (obecny wygasał w 2022 r.);

- dostawy zostaną zwiększone o 2,5 – 3 mld m3 rocznie;

- ze spółki EuRoPol Gaz zarządzającej polskim odcinkiem gazociągu zostanie wyeliminowany Gas Trading Aleksandra Gudzowatego. Podział w spółce będzie wynosił 50:50.

Co z tego wynika?

Konsekwencje takiego dealu są następujące:

- przez kolejne 28 lat będziemy uzależnieni od rosyjskiego gazu niczym ćpun od jedynego dilera w okolicy;

- rosyjski diler będzie szprycował nas swoim towarem po gardło, po dziurki w nosie, by przypadkiem Polaczkom nie strzeliło do głowy szukać innego źródła zaopatrzenia;

- w sytuacjach spornych w EuRoPol Gazie głos decydujący, siłą rzeczy, będzie należał do Gazpromu, jako jedynego dostarczyciela surowca, zagwarantowanego długoterminowym kontraktem – stawia to Rosję w naturalnie uprzywilejowanej sytuacji;

- po wybudowaniu Nord Streamu tłoczącego gaz bezpośrednio z Rosji do Niemiec z pominięciem Polski, Rosjanie będą mogli szantażować nas do woli przykręceniem kurka, wymuszając rozmaite ustępstwa;

- rura na dnie Bałtyku spłyci tor wodny do portu w Świnoujściu do głębokości uniemożliwiającej ruch gazowców typu Q-Flex;

- zwiększenie dostaw na zasadzie „bierz lub płać” z zakazem reeksportu nadwyżek, postawi pod znakiem zapytania opłacalność inwestycji w gazoport.

Krótko mówiąc, jesteśmy udupieni.

Znaki zapytania.


Jakby tego było mało, możliwe, że sytuacja jest jeszcze gorsza, niż wynika z medialnych doniesień, albowiem wciąż nie wiadomo:

- ile będziemy płacić Gazpromowi;

- ile Gazprom będzie płacić nam z tytułu tranzytu „błękitnego paliwa” przez piękny Kraj Priwislański i czy będziemy mieli jakiekolwiek narzędzia do egzekwowania opłat w razie problemów.

Wiadomo jedno – PGNiG milczy jak zaklęte. Oświadczenie na stronie przedsiębiorstwa (link poniżej) to śmiech na sali.

Filia "Państwa – Gazprom".

Pozostaje zastanowić się, jak wiele (albo – jak mało) dzieli Polskę od przekształcenia się w energetyczno – polityczną filię "Państwa – Gazprom," jak niekiedy określa się współczesną Rosję. Chociaż, może lepiej nie. Wnioski mogą być koszmarne.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Linki:

www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-dokarmimy-rosje

www.niepoprawni.pl/blog/287/dokarmimy-rosje

"Rzepa":

www.rp.pl/artykul/67299,385348_Gazowe_dylematy_rzadu.html

www.rp.pl/artykul/385347_Dodatkowy_gaz_z_Rosji_poplynie_jeszcze_w_tym_roku.html

Oświadczenie PGNiG:
www.pgnig.pl

piątek, 4 września 2009

Dokarmimy Rosję.


Na naszych oczach rządzący przesrywają kolejną, po gazociągu norweskim, szansę na surowcowe uniezależnienie się od Rosji.

Gdy w pierwszej połowie sierpnia pisałem notkę „Czy dokarmimy Rosję?” (http://www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-dokarmimy...), nie znałem aktualnego stanu gazowych negocjacji z Rosjanami. Teraz, po wizycie Putina, trudno już mieć wątpliwości. Odpowiedź na tytułowe pytanie poprzedniego postu, brzmi: owszem, dokarmimy Rosję.

Rys sytuacyjny.

Zreferuję w telegraficznym skrócie zasadnicze tezy wzmiankowanej na wstępie notki:

1) Rosyjskie finanse publiczne na skutek kryzysu i obniżki cen surowców są w fatalnym stanie, zaś rezerwy szybko topnieją;

2) Gazprom odprowadził do rosyjskiego budżetu mniej, niż zakładano, musi więc szukać dodatkowego zbytu;

3) Polska podjęła (nareszcie!) działania na rzecz dywersyfikacji – budowa gazoportu w Świnoujściu, który po zakończeniu prac w 2014r będzie miał przepustowość 2,5 mld m3 rocznie z możliwością stopniowej rozbudowy nawet do 7,5 mld m3. Czyli, od 2014 r będziemy w stanie zaspokajać (z nawiązką) deficyt gazu powstały po wyeliminowaniu z rynku RosUkrEnergo.

4) Rosja usiłuje uczynić świnoujską inwestycję nieopłacalną na trzy sposoby: - zapchanie nas gazem (mają temu służyć aktualne negocjacje); - przejąć kontrolę nad EuRoPolGazem (przypomnę – zawiadującym polskim odcinkiem gazociągu) (j.w.); - spłycić tor wodny do portu w Świnoujściu, kładąc na tym odcinku rurę Nord Streamu na dnie, a nie pod dnem Bałtyku.

Reasumując, Rosja stoi pod ścianą – na gwałt potrzebuje zwiększenia dochodów ze sprzedaży surowców, my zaś mamy szansę na rychłe wyrwanie się z jej gazowego uścisku (terminal LNG plus wydobycie własne mogłyby zapewnić zaopatrzenie nawet w połowę potrzebnego nam gazu – po ewentualnej rozbudowie terminala nawet więcej).

A tymczasem…

Tymczasem, to strona polska zdaje się zachowywać jak przyparta do muru. Informacje, które co jakiś czas przewijają się przez media, wskazują, że strona Polska już zgodziła się na przedłużenie kontraktu jamalskiego do 2035 r. (aktualny kontrakt wygasa w 2022 r.), połączone ze zobowiązaniem do kupna większej niż obecnie ilości gazu (obecnie 7 mld m3, Rosja chce sprzedawać nam 10 mld m3 rocznie). Czyli, zgodziliśmy się na rosyjskie postulaty, nie uzyskując niczego w zamian (przynajmniej nic o tym nie wiadomo).

Ale Rosja gra o wszystko – żąda dodatkowo wyeliminowania ze struktury EuRoPolGazu spółki Gas-Trading, mającej 4% udziałów, na którą składa się Gazprom, PGNiG oraz Bartimpex Aleksandra Gudzowatego. Formalnie, żąda podziału „pół na pół” między Gazprom i PGNiG, ale w efekcie Kreml przejmie kontrolę nad EuRoPolGazem – Gazprom, jako jedyny dostarczyciel surowca do rury, w naturalny sposób stanie się siłą dominującą w tym pozornie równoprawnym układzie (zresztą, już od dłuższego czasu nie uiszcza opłat tranzytowych w pełnej wysokości).

Jeżeli zgodzimy się i na ten postulat strony rosyjskiej, wówczas Gazprom będzie już w majestacie prawa ustalał sam sobie opłaty za tranzyt jamalskiego gazu przez Polskę. A my będziemy udupieni do 2035 roku. I przez ten czas, rok w rok, będziemy dokarmiać Rosję.

W międzyczasie Rosja z Niemcami wybudują sobie Nord Stream i Kreml będzie mógł do woli szantażować nas zakręceniem kurka bez obawy, że wywoła to jakieś gwałtowniejsze reakcje na Zachodzie.

Zmarnowana szansa.


Obecna sytuacja jest, wydawałoby się, idealna dla Polski – Gazprom do czasu wybudowania Nord Streamu nie może odciąć nas od dostaw, gdyż tym samym odciąłby zachodnich odbiorców (głównie Niemcy). Inwestycja w terminal LNG postępuje. Na jakieś 14,5 mld m3 rocznego zapotrzebowania, brakuje nam w gazowym bilansie 2,3 – 2,5 mld. Nie jestem specjalistą, ale po prostu nie wierzę, że tego deficytu nie dałoby się uzupełnić w inny sposób, niż przysysanie się niczym chroniczny ćpun do rosyjskiej rury. Tym bardziej, że w awaryjnej sytuacji (np. ostra zima) można by zwiększyć wydobycie własne i dokupić trochę gazu na Zachodzie (co już po trosze robimy). Na naszych oczach rządzący przesrywają kolejną, po gazociągu norweskim, szansę na surowcowe uniezależnienie się od Rosji.

Pozostają pytania:

- Czy Tusk obiecał coś Putinowi w tej kwestii podczas rozmowy na sopockim molo?

- Czy Rosja zaoferowała nam coś w zamian, poza łaskawą rezygnacją z ewentualnego embarga na nasze produkty spożywcze? (Zważywszy, że negocjacje prowadzi PSL-owskie ministerstwo gospodarki, tak postawione pytanie chyba nie jest bezzasadne).

I wreszcie, kto wie czy nie najważniejsza, zagwozdka:

- Jacy szatani są tu czynni?


Gadający Grzyb

P.S.1 Skąd moja teza, że nasi negocjatorzy zgodzili się na rosyjskie żądania? Jak donosiła „Rzepa”, polscy negocjatorzy byli gotowi przyjąć warunki „państwa Gazprom”, prócz zmian w strukturze EuroPolGazu, byle tylko dopiąć negocjacje do 1.09. i podpisać na Westerplatte nowy kontrakt w blasku fleszy:

„Polscy negocjatorzy, którym przewodzi wiceminister gospodarki Joanna Strzelec- Łobodzińska, zaproponowali nawet, by te dodatkowe ilości importu wpisać do wieloletniego kontraktu, jamalskiego jaki ma PGNiG z rosyjskim Gazpromem. Polska chciała też zgodzić się na wydłużenie w czasie - o 12 lat - terminu obowiązywania tej umowy.”

Link: http://tnij.org/gaz_neg

Nie udało się, bowiem w mojej opinii, Rosja gra tu o wszystko. I ugra wszystko, spokojna głowa. Skoro nasi zgodzili się raz, to zgodzą się po raz drugi.

P.S.2 Pocieszający sondaż (ze stycznia b.r.): większość Polaków jest skłonna płacić za gaz więcej, byle nie był to gaz rosyjski. http://tnij.org/gaz_sondaz

pierwotnapublikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 12 sierpnia 2009

Czy dokarmimy Rosję?


Wychodzi na to, że dla Rosji nawet kryzys i zapaść w finansach publicznych jest dobrą okazją, by poszerzać swoje wpływy.

Oczywiście, używa do tego celu najgroźniejszej broni, jaką dysponuje, czyli surowców, a w naszym przypadku – gazu. Temu mają posłużyć trwające od marca gazowe negocjacje, które po mału wchodzą w decydującą fazę.

I. Rosyjskie finanse - garść danych.


Na dzień dzisiejszy sytuacja w rosyjskich finansach jest następująca:

- prognozowany deficyt budżetowy na poziomie 10 % PKB;

- inflacja jak do tej pory wynosi 8,9 %, a to nie koniec;

- bezrobocie na poziomie 10% osób w wieku produkcyjnym i rośnie;

- planowane pożyczki Rosji: w 2010 - 17,8 mld $, w 2011 r. - 20,7 mld $, w 2012 r. 20 mld $;

- eksport gazu zmniejszył się od stycznia b.r. o 36,9%;

- dochód, który miała odprowadzić Federalna Służba Celna będzie mniejszy o 400 – 500 mld rubli, niż zakładało Ministerstwo Finansów (miało być 3,47 bln rubli (110 mld $), będzie 3-3,1 bln rubli (95,1-98,2 mld $);

- Fundusz Rezerwowy, z którego Rosja chce pokryć straty skurczy się z 3,1 biliona rubli (czerwiec) do 1,6 bln rubli (50,7 mld $) – październik.

Jak łatwo zauważyć, w tym tempie Rosja pozbędzie się bardzo szybko rezerw odłożonych w czasach prosperity i to nawet biorąc pod uwagę dodatkowe pieniądze zgromadzone na Funduszu Dobrobytu Narodowego (90 mld $.). Do końca 2012 r. Rosja ma wykorzystać 60 mld $, czyli 2/3 tej kwoty.

Co więcej, rząd rosyjski planował, iż do 2012 roku dochody płynące z podatków ściąganych od Gazpromu będą wynosiły co rok od 1,5 do 2 mld $. Na skutek wymienionych wyżej czynników (spadek eksportu i zysków - 15,9 mld $, z eksportu do Europy Zachodniej w pierwszym półroczu 2009 przy 33,8 mld $ w analogicznym okresie 2008 r.), Gazprom musi na gwałt znaleźć brakującą kasę, tym bardziej, że Kreml nie zwiększył koncernowi podatków, by te nie odbiły się na cenach akcji.

II. Dywersyfikacyjne szanse.

Polska buduje gazoport w Świnoujściu, który ma być oddany do użytku ok. 2014 r. Początkowa przepustowość – 2,5 mld m3 rocznie. Po rozbudowie – nawet 7.5 mld m3. Przy rocznym zużyciu gazu na poziomie ok. 14,5 mld m3 i wydobyciu własnym oscylującym w okolicach 4,6 mld m3 (z szansami do nawet 6 mld m3 rocznie), tudzież planowanym imporcie z Kataru 1,5 mld m3 od 2014 przez 20 lat (dostawca – spółka Quatargas), mamy szansę na realną dywersyfikację. Planowana przepustowość otwiera możliwości bądź to zwiększenia importu z Kataru, bądź szukania innych źródeł zaopatrzenia.

Nadmieńmy jeszcze, iż po kryzysie gazowym Rosja - Ukraina z początku tego roku, pośrednik - spółka RosUkrEnergo (RUE) została wyeliminowana i przestała dostarczać gaz do Polski (miało to być 2,3 mld m3 rocznie)

III. Imperium kontratakuje czyli trzy uderzenia.

Sytuacja jest zatem następująca: Rosja ze swym budżetem stoi pod ścianą, my zaś pracujemy nad dywersyfikacją i w naszym interesie leży co najwyżej zawarcie krótkoterminowej umowy, która pokryłaby niedobór gazu powstały po odpadnięciu z gry RosUkrEnergo, do czasu, aż wybudujemy terminal LNG.

Interes Rosji jest przeciwstawny – zablokowanie gazoportu, lub uczynienie go nieopłacalnym i zrobienie z nas priwislańskich dojnych krówek, zawsze gotowych sfinansować naszym słowiańskim braciom w jakimś stopniu ich deficyt budżetowy. W imię „partnerstwa i dobrosąsiedzkich stosunków”, oczywiście.

Aby to osiągnąć, Rosja wyprowadza trzy, potencjalnie mordercze, uderzenia:

Uderzenie pierwsze - zadławienie gazem.

Przypomnijmy, że Państwo – Gazprom, w formalnej szacie spółki Gazprom–Export negocjuje z nami od marca aneks do umowy „jamalskiej” z 1993r. Czego pragnie Rosja? Niewiele. Tylko tyle, byśmy zawarli długoterminowy kontrakt do 2035r. (dotychczasowy obowiązuje do 2022r.) ze zobowiązaniem do kupna 10 mld m3 gazu (do tej pory od Gazpromu kupowaliśmy niespełna 7,0 mld m3 gazu rocznie). Oczywiście, na zasadzie „bierz lub płać” (czyli, bez możliwości dalszej odsprzedaży ewentualnych nadwyżek).

Innymi słowy, Rosja chce zadławić nas swoim gazem, tym bardziej, iż Gazprom musi zrealizować swoje cele sprzedażowe, by wspomóc walący się z kwartału na kwartał (a nawet z miesiąca na miesiąc) rosyjski budżet, tak by dywersyfikacja okazała się nieopłacalna.

Negocjacje trwają. Formalnie prowadzi je resort gospodarki z wicepremierem Pawlakiem na czele. Kolejna runda zakończyła się niedawno. Ponoć bez rozstrzygnięcia. Nie znam szczegółów, niemniej, jeżeli podżyrujemy żądania Rosji, staniemy się na długi czas „skarbonką” wspomagającą jej budżet kolejnymi transzami opłat za gaz i to bez ekwiwalentu w postaci rozsądnych opłat tranzytowych.

Uderzenie drugie – przejąć tranzyt.

Ano, właśnie - tranzyt. Następnym postulatem Rosji jest gruntowna przebudowa struktury podejmowania decyzji w EuRoPolGazie zawiadującym polskim odcinkiem gazociągu jamalskiego. Do tej pory, gdy nie udawało się podjąć decyzji zwykłą większością głosów, rozstrzygało zdanie prezesa nominowanego przez PGNiG. Teraz wymagana ma być jednomyślność, która sparaliżowałaby procedury decyzyjne i blokowała możliwość zapadnięcia niekorzystnych dla Rosji rozstrzygnięć. Chodzi tu, między innymi, o opłaty tranzytowe, które ustala Urząd Regulacji Energetyki, a które od czterech lat Gazprom płaci „po uważaniu”, nie uiszczając ich w pełnej wysokości. Na dzień dzisiejszy po 48% udziałów mają PGNiG oraz Gazprom. 4% prawem kaduka przypadło Gas-Tradingowi – zadziwiającej strukturze podzielonej między PGNiG, Gazprom i Bartimpex.

Uderzenie trzecie – zablokować gazoport.

Kolejnym uderzeniem Imperium jest Nord Stream, a konkretnie – głębokość ułożenia rury, która ma przecinać tor wodny portów w Świnoujściu i Szczecinie. Obecnie tor ma głębokość 14,3 m. Na naszym, newralgicznym odcinku, rura ma być położona na dnie, a nie zakopana pod dnem. Przy średnicy rury 1,4 m. tor wodny ulegnie spłyceniu do 12,9 m. W efekcie, uniemożliwi statkom z Kataru dotarcie do świnoujskiego gazoportu, gdyż zanurzenie gazowców Q-Flex, które mają obsługiwać terminal przy pełnym obciążeniu wynosi 12,5 m., zaś wymagany dla nich bezpieczny tor wynosi 14,3 m. głębokości.

Dodajmy, że nasze zastrzeżenia są permanentnie ignorowane przez konsorcjum Nord Stream. Rura na tym odcinku ma bowiem pobiec poza obszarem naszej jurysdykcji.

IV. Wyścig z czasem.

Zatem, mamy wyścig z czasem. Jeżeli uskutecznimy dostawy do terminalu LNG przed Rosją i Niemcami, wówczas albo Nord Stream zakopie rurę pod dnem, albo poprowadzi ją na dnie, spłycając tor wodny i wywołując międzynarodowy skandal. Jeżeli nie zdążymy przed Nord Streamem – wówczas nasz gazoport stanie się mocno problematyczną inwestycją zaopatrywaną przez statki o mniejszym tonażu. Jeżeli zaś zaakceptujemy warunki Gazpromu w sprawie renegocjacji umowy jamalskiej, wówczas:

- zostaniemy naładowani rosyjskim gazem po gardło;

- kontrakt z Katarem pójdzie do kosza, tak jak kontrakt z 2001 z Norwegami (lub, co najwyżej, ocaleje w formie szczątkowej, by nie zagrażał rosyjskiej surowcowej supremacji na naszym rynku);

- dostawy LNG z innych źródeł niż Katar również staną się problemem (zmniejszona drożność portu);

- Rosja przejmie kontrolę nad EuRoPol Gazem, czyli tranzytem gazu przez Polskę;

- pogłębimy uzależnienie surowcowe (a więc i polityczne) od Rosji;

- jako importer gazu, uzależniony od jednego kierunku dostaw, będziemy w większej części niż dotychczas partycypować w „dokarmieniu” budżetu Rosji, która dodatkowo będzie mogła bez ryzyka szantażować nas zakręceniem kurka.

V. Refleksje końcowe.


1) Gazoport z niezakłóconą drożnością toru wodnego i stabilnym zaopatrzeniem w LNG, to na dzień dzisiejszy jedyna realna możliwość uzyskania solidnej karty przetargowej w stosunkach z Rosją. Rosja zresztą doskonale o tym wie, dlatego też licytuje wysoko i z pełną determinacją.

2) Celowo abstrahowałem od kwestii agenturalnych, o których wszyscy wiemy, a których nie sposób udowodnić w sensie procesowym. Zobaczymy, jaki będzie finał. Jeżeli zakończymy negocjacje po myśli Gazpromu – trzeba będzie ustalić, „jacy szatani byli tam czynni” (negocjatorzy, osoby towarzyszące itp.).

3) Do podpisania umowy polsko – rosyjskiej w sprawie gazu ma ponoć dojść 1 września, w ramach obchodów na Westerplatte, podczas których nie będzie co prawda za bardzo wiadomo kto na kogo napadł i kto z kim zawarł pakt wzmiankowaną napaść umożliwiający, jednak wiadomo będzie bezspornie, iż druga wojna światowa była „wielkim nieszczęściem” dla wszystkich, bez względu na zbędne szczegóły kto tam kogo napadał i w jakiej kolejności. Podpisanie nowego kontraktu gazowego świetnie wpisze się w ahistoryczne świętowanie historycznej rocznicy.

Jeżeli do 1 września negocjacje się nie dopną, nic straconego - polecam następną datę – 17 września. Będzie jak ulał.

Gadający Grzyb

P.S. W powyższej notce nie wspomniałem o South Stream, rosyjskich problemach z eksploatacją własnych złóż, przejmowaniu złóż kaspijskich, tudzież Nabucco i dziwnej opieszałości UE „w tym temacie”, mitycznej wspólnej strategii energetycznej i tak dalej. Celowo skoncentrowałem się na rosyjskich roszczeniach i na tym, co nasz rząd z nimi (nie) robi.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Ściema antykryzysowa.


W ustawie antykryzysowej jest wszystko za wyjątkiem tego, co powinno się było w niej znaleźć w pierwszej kolejności.

No i mamy ustawę antykryzysową, która wg szacunków Ministerstwa Pracy ma ponoć ochronić ponad 200 tys. miejsc pracy.

Czegóż tam nie ma!

Jest pomoc finansowa/rządowe gwarancje dla firm, których obroty spadły od lipca ub. roku w ciągu 3 miesięcy o 25%. Jest uelastycznienie warunków na jakich zatrudnia się pracowników, by firmy mogły zmniejszać koszty. Jest możliwość redukcji czasu pracy, wysyłanie pracowników na szkolenia ze stypendium w wysokości zasiłku, urlopy postojowe, ruchomy czas pracy… Pomyślałby ktoś naiwny – rząd walczy z kryzysem na całego!

Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, uzyskanie pomocy obwarowane jest rozlicznymi biurokratycznymi barierami ( http://www.rp.pl/artykul/2,342928_Chcesz_pomocy_w_kryzysie__Wystarczy_10_zaswiadczen_.html">) . Po drugie, ustawa obowiązywać ma raptem przez 2 lata. Po trzecie wreszcie i najważniejsze, mamy tu do czynienia z typowym zestawem działań pozornych, starannie omijających meritum problemu, innymi słowy, w ustawie jest wszystko za wyjątkiem tego, co powinno się było w niej znaleźć w pierwszej kolejności.

Deregulacja, głupcze!

Podstawowym problemem polskiej gospodarki jest przeregulowanie, tłumiące inicjatywę i krępujące rozwój kraju. Ta biurokratyczna poducha, na którą składają się tysiące częstokroć sprzecznych ze sobą przepisów, w połączeniu z urzędniczą wszechwładzą, tłamsi przedsiębiorczość i przyczynia się do kryzysu o wiele silniej, niż zawirowania na rynkach finansowych, blokuje bowiem setkom tysięcy zwykłych ludzi podjęcie i rozwój własnej działalności. I właśnie tą kwestią walczące z kryzysem państwo winno zająć się w pierwszej kolejności.

Owszem, coś „w tym temacie” usiłowała zrobić sejmowa komisja „Przyjazne państwo” pod przewodem Palikota. Zakończyło się to jak wszystkie inicjatywy rzeczonego osobnika – błazenadą. Wyzwanie redukcji biurokratycznych absurdów wymagające żmudnego przekopania się przez setki tysięcy przepisów najróżniejszych ustaw, okazało się ponad siły posłów – tak z Palikotem, jak i bez niego.

Poniżej zajmę się pokrótce pewnymi obszarami, których naprawa sama z siebie dałaby większego kopa naszej gospodarce, niż wszystkie incydentalne „pakiety antykryzysowe” razem wzięte.

Reglamentacja działalności gospodarczej i zawodowej.

Obecnie, (dane z marca b.r., link pod tekstem), w Polsce obowiązuje sześć różnych form reglamentowania działalności gospodarczej. Są to:

- koncesje (6 branż),

- wpis do rejestru działalności regulowanej (25 branż),

- zezwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej (32 branże),

- licencje (3 branże),

- zgoda na prowadzenie działalności gospodarczej (1 branża),

- uprawnienia zawodowe (8 branż).

Łącznie powyższymi formami reglamentacji objętych jest 75 różnych obszarów działalności gospodarczej. Pomyślmy - 75 obszarów wyjętych z normalnego, konkurencyjnego krwioobiegu gospodarki. Ale to jeszcze nie wszystko. Dodać bowiem należy jeszcze listę tzw. zawodów regulowanych (link pod tekstem) obejmujących – uwaga – 104 różne kategorie zawodowe. Jeśli dodać, że wiele z powyższych 104 kategorii dzieli się na szereg poszczególnych zawodów, otrzymamy ich na oko, grubo ponad 300 (tzn. przy doliczeniu do trzystu poddałem się – proszę mi wierzyć, jest tego znacznie więcej), z czego jakieś 20 zawodów ma charakter korporacyjny, tj. pardon, skupia się w „samorządach zawodowych” (jak taka sitwa działa i jak skłonna jest na otwieranie się na nowych członków, widać chociażby po profesjach prawniczych).

Krótko mówiąc – gdzie się nie ruszysz, tam państwo łapie cię za rękę i pyta: a gdzie papier? Jeżeli dodamy do tego nieprecyzyjne (często celowo) przepisy i dużą uznaniowość urzędniczą, otrzymujemy atmosferę jakby specjalnie zniechęcającą obywateli do brania spraw w swoje ręce i sprzyjającą usitwowieniu gospodarki w skali nieznanej poza krajami Trzeciego Świata.

Państwo permanentnej kontroli.

Weźmy takie kontrole - jedną z podstawowych bolączek nękających przedsiębiorców. Organów uprawnionych do tego, by wjechać do firmy i sparaliżować jej działalność jest co niemiara – od skarbówki, poprzez PIP, Sanepid, ZUS, nadzór budowlany i sam diabeł wie, co jeszcze. Zakaz więcej niż jednej kontroli w tym samym czasie to fikcja, gdyż z łatwością można go ominąć nasyłając kilka kontroli jedna po drugiej, lub też robiąc tzw. kontrole krzyżowe.

Właśnie – kontrole krzyżowe. To dopiero jest kryminał w majestacie prawa. Robi się, dla pozoru, po jednej kontroli u, powiedzmy, siedmiu kontrahentów danego przedsiębiorcy, następnie zaś wysyła się urzędników z tychże siedmiu różnych kontroli na „czynności sprawdzające” do tego przedsiębiorcy, którego pragnie się docelowo udupić. Chyba nie muszę wyjaśniać jakie to stwarza możliwości różnym lokalnym sitwom, którym przypadkiem jakiś nieszczęśnik nadepnie na odcisk. W takich sitwach, burmistrz, miejscowi „biznesmeni” z często partyjnym, lub esbeckim rodowodem (lub synkowie tychże, dziedziczący koneksje po tatusiach), naczelnicy urzędów, prokuratorzy i sędziowie stanowią jedno zblatowane środowisko, pijące razem wódkę i chodzące na te same dziwki. Można się domyślać, jak pilnie dbają, by nikt „spoza układu” nie bruździł im w interesach.

Wolności! Wolności!

Dodajmy jeszcze korupcję, skandaliczne prawo podatkowe, brak uwłaszczenia, niewydolne sądy i otrzymamy komplet, dzięki któremu Polska w tegorocznym Indeksie Wolności Gospodarczej Heritage Foundation zajęła zaszczytne 82 miejsce (ostatnie w UE) za m.in. Ugandą, Mongolią i Madagaskarem. (link pod tekstem).

Zamiast wpompowywać podatnicze miliony w molochy ponadnarodowych koncernów (bo to przecież one będą głównymi beneficjentami pakietu antykryzysowego), które łaskawie zgodziły się pozakładać u nas swoje filie deklarując zatrudnienie iluś tam przedstawicieli „lokalnej siły roboczej” za c-a 1500 peelenów brutto, (dodajmy, przy ulgach i zwolnieniach o których nie może marzyć np. rzemieślnik, czy kupiec, utrzymujący swą ciężką harówą rodzinę), należałoby przede wszystkim pomyśleć o drobnych przedsiębiorcach, którzy w swej masie są w stanie o wiele skuteczniej zapewnić materialne upodmiotowienie narodu.

Tylko, zapytam retorycznie, po co politykowi sklepiki, czy warsztaty gdzie obywatel gospodaruje na swoim, co przynajmniej częściowo uniezależnia go od państwa i uczy krytycyzmu w stosunku do poczynań władzy?

Takim ludziom przyjęty właśnie pakiet antykryzysowy nie pomoże. Nie odblokuje branż, w których dzięki uznaniowej reglamentacji rozmnożyły się przeróżne układy i układziki. Nie uprości prawa podatkowego, pozwalającego urzędnikowi jednego zgnoić, drugiemu zaś umorzyć należność (przypomnę sprawę „mafii w ministerstwie finansów” – jakoś nie słyszałem, by zlikwidowano nonsensy umożliwiające podobną korupcyjną działalność). Nie otworzy dostępu do regulowanych zawodów. Nie zlikwiduje zorganizowanego system łupiestwa i obszarów żerowisk, z jakich de facto składa się nasze państwo.

To zadanie dla straceńców, którzy nie boją się narazić rozlicznym a wpływowym grupom interesów, zaś obecny rząd właśnie takim grupom (od postkomunistycznego biznesu po korporacje zawodowe) zawdzięcza w znacznej mierze władzę. I dobrze wie, że każdy zamach na trzęsące Polską para – mafie, oznaczałby jego koniec.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Linki:

Reglamentowane obszary działalności gospodarczej:

http://firma.wieszjak.pl/abc-malej-firmy/78442,Kiedy-potrzebne-sa-koncesje--zezwolenia--wpis-do-rejestru-dzialalnosci-regulowanej--licencje-i-uprawnienia-zawodowe.html">
Lista zawodów regulowanych:

http://www.buwiwm.edu.pl/eu/public/db/index.php?fullinfo=true">

Indeks Heritage Foundation:
http://www.heritage.org/Index/Ranking.aspx">